a

Bieszczady 27 VI - 11 VII 2009

Obóz Wędrowny

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Monika Sikora
  • Wojtek Olszewski
  • Michał Kucharczyk
  • Agata Wereszko
  • Adam Foiński
  • Asia Huzar
  • Piotr Wojtaś
  • Agnieszka Sroczyńska
  • Kasia Łuc
  • Dominik Gronkiewicz
  • Paweł Dracz
  • Adam Świokło
  • Krzysiek Story
  • Jurek Bińczak
  • Anula Witkowska
  • Marta Polak
  • Marta Łysak
  • Marta Pałczyńska
  • Ola Adamska
  • Ania Wilczura
  • Paweł Lorenc
  • Marta Żołnierska
  • Asia Ramos
  • Agata Dobrzańska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Górzanka
Łopienka
Kalnica
Mała Rawka
Stuposiany
Czarna
Autor: Paweł

Lato 2009. Zakończył się trzeci rok pracy w LO III profesora Mizi. A po trzech latach w liceum, jak powszechnie wiadomo, zostaje się uznanym za dojrzałego. Albo na kolejny rok. Szef został nawet na więcej niż rok, ale w ramach dojrzałości pierwszy raz samodzielnie poprowadził obóz wędrowny z prawdziwego zdarzenia. Rok wcześniej odbył się wprawdzie pierwszy wędrowny wyjazd wakacyjny, ale trwał tylko tydzień, zaś kierowanie było współdzielone ze Stefanem Mizią. Tym razem Profesor Ojciec, a także Profesor Mama, byli tylko gośćmi spotkanymi w trakcie obozu. Tak samo jak Profesor Bińczak Jerzy Wzór Młodzierzy (przez „rz” żeby się rymowało).

Na dobry początek trafiła się noc w pociągu, który zebrał po drodze trochę spóźnienia i nieplanowane 6 godzin oczekiwania na kolejny w Krakowie. Na szczęście straty były tylko czasowe i bez większych przeszkód udało się dojechać do skąpanej w letniej totalnej ulewie Górzanki. Na szczęście można było posiedzieć w schronisku i pograć w bilard na stole, w którym dziury były nie tylko w narożnikach i środkach długich band. A gdy aura wróciła, to nawet skusić się na siatkóweczkę z mistrzami gmin bieszczadzkich.

Bieszczady – zdjęcie poglądowe

Pierwszą trasą był spacer nad Solinę. W końcu skoro przestał padać deszcz, to można było się zanurzyć w wodzie. Przy okazji w Polańczyku zgarnięci zostali świeży absolwenci (tacy, co po trzech latach w liceum postanowili zmienić miejsce nauki i mieli trochę formalności do załatwienia), w tym uczestnicy pierwszej wycieczki TKT w historii – Adam, Jadan i Xylu. Po nocach w górzanieckim PTSM-ie i kąpielach w Solinie przyszedł czas na trochę więcej dzikości. Choć baza namiotowa Łopienka taka zupełnie dzika nie jest. Są naczynia, jest gdzie je umyć (w strumieniu oddalonym o jakieś 200-300 metrów), zaś dla rozrywki są nawet gry planszowo-karciane. Gdyby nie będąca na stanie Cytadela, to Wojciu być może wszystkie poobiednie brudy myłby nosząc je do strumienia po jednym naczyniu. Możliwość uczestnictwa w tej strategicznej rozgrywce odwiodła go jednak od tego planu po kilku turach. Chodzenia z jednym talerzem w tę i nazad, nie Cytadeli.

Oblegana każdego latka Chatka Puchatka
Przerwa na spanie

Z Łopienki szlak zawiódł obóz do Kalnicy. I tam znowuż pojawiły się nowe osoby. Wspomniani na wstępie Profesorowie Rodzice, Profesor Bińczak, ale również m.in. prof. Anula, która rychło stała się ciotką Anulą. Wszak grupy zorganizowane nie mogą sobie tak o chodzić po Bieszczadzkim Parku Narodowym, ale jak podzielić się na dwie grupy i uczynić z nich wycieczki rodzinne, to przecież wszystko będzie w porządku. A Bieszczadzki Park Narodowy został zaatakowany już następnego dnia po przybyciu do Kalnicy. Klasyczną trasą, czyli czerwonym na Smerek, Przełęcz Orłowicza i w końcu Połoninę Wetlińską. Bez plecaków, bez deszczu, bez przeszkód. Bez sensu. Na szczęście przynajmniej głównie pod górę. No i po powrocie do Kalnicy czekał kolejny nocleg we dwa obozy wędrowne w jednym PTSM-ie i spanie po dwie osoby w sprzyjających swoją konstrukcją zbliżeniom łóżkach.

Śniadanie na trasie. 50m od startu. Niebywała oszczędność czasu
Mamy wodę i jedzenie – zostajemy

Kolejna traska znowu bez deszczu i plecaków, które w swojej uprzejmości podrzucił prof. Biniu, ale tym razem przynajmniej długo i bardziej po lesie. A na początek trochę szosy. Jawornik, Rabia Skała i wzdłuż granicy polsko-słowackiej aż do Krzemieńca zwanego Kremenarosem. Krzemieniec może brzmi ładnie, ale Kremenaros… Tym słowem matki mogłyby straszyć swoje niedobre dzieci (albo niedobre matki dobre dzieci), a producenci amerykańskich filmów nazywać pochodzącego z którejś z postradzieckich republik najbliższego ochroniarza głównego złego bohatera. Potem zostały już tylko Rawki i, po 30 kilometrach, meta w Bacówce pod Małą Rawką. A stamtąd kolejnego dnia, w końcu z plecakami, na Połonię Caryńską i do Stuposian – miejsca, które dzięki kolejnym pokoleniom jeżdżących na bieszczadzkie obozy (których w historii były 3) stało się uniwersalnym i ponadczasowym symbolem znakomitej kuchni.

Choć znawcy bieszczadzkiej topografii z pewnością zorientowali się, że oto obóz oddalił się od najwyższych bieszczadzkich szczytów, nic nie stało na przeszkodzie, żeby kolejnego dnia zdobyć najwyższy szczyt całego pasma. Chyba że deszcz. Niektórzy skorzystali z tego alibi i cofnęli się z Przełęczy Bukowskiej, by zmoknąć niemiłosiernie w dolinie. Pozostali wspięli się na Tarnicę, by poznać zjawisko deszczu z nieco bliższej jego źródłu perspektywy. Albo odebrać SMSa z informacją o dostaniu się na studia. Xylu poleca.

Przynajmniej ludzi wypadało
Bieszczadzkie anioły

A z deszczem, tak swoją drogą, można sobie radzić na wiele sposobów. Często niemałą popularnością cieszy się opcja „akceptacja”, ale można również mieć ze sobą pelerynkę. Lekka, mało miejsca w plecaku, raz-dwa można narzucić. Słabo biodegradowalna, ale poza tym same plusy. Chyba że akurat weźmie się ze sobą pelerynkę typu plandeka z żuka. Przyjazna środowisku bardziej nie jest, ale za to jest ciężka, zajmuje mnóstwo miejsca w plecaku i zakładając ją można się zmęczyć niemniej, niż wyżymając ręcznie wszystkie przemoczone ubrania i odchorowując przez tydzień. I jeszcze trzeba świecić oczami przed dobrymi kolegami, żeby ją nosili na swoich plecach, gdy pogoda bezopadowa… Ale tutaj obciążeni mogli czuć się tylko dobrzy koledzy. Z kolei wysuszenie butów przy użyciu całego obozowego zapasu papieru toaletowego, którym popisały się inne dwie niewiasty było już czynem o daleko większej szkodliwości społecznej. A przecież co robić z rolką taśmy i butami świetnie pokazał Xylu, który swoje granatowe trampki z czterema białymi paskami i równie białą (przynajmniej na początku) podeszwą, w których przeszedł przez całe Bieszczady, ratował silvertape’em.

Aczkolwiek i tak na końcu się rozpadły.

Tajemnica ataku Tarnicy aż ze Stuposian ukryta jest w transporcie kołowym. Taką samą metodą odbył się również kolejny transfer – do Czarnej. Kompozycja klamry, jak to ładnie mówią. Zaczęło się od takiego naprawdę szkolnego PTSMu i w takim samym się skończyło. I znowuż na sportowo. Tym razem w roli głównej była piłka ręczna na sali sportowej czarneńskiej szkoły. Na którą oczywiście można wejść tylko w obuwiu zmiennym, ale niektórzy zignorowali ten zakaz i weszli bez obuwia. Nie obyło się też, tak jak w przypadku Górzanki, bez traski bez plecaków. Tym razem na spotkanie z bieszczadzkimi cerkiewkami – w Michiniowcu i Bystrem. Choć trasa trudna nie była, a i deszcz tym razem nie padał, znowu doszło do podziału. Na grupę, która wybrała trasę bardziej wysublimowaną oraz lamerską, którą to o swojej lamerskiej naturze pośpieszyli poinformować panowie spożywający kulturalnie napoje alkoholowe przed sklepem.

Góry wystarczą. Nieba nie potrzeba
Tertium datur. Tu akurat opcja słowacka

Skoro koniec obozu, to nie mogło oczywiście zabraknąć otrzęsin, których zabrakło rok wcześniej. I piosenki obozowej, której nie było rok wcześniej. Było więc pierwsze artystyczne podsumowanie obozu w postaci piosenek, scenek, legend, listów. Które traktowały oczywiście o historiach i osobach, o których był cały ten tekst. A także pewnie o wielu innych sprawach. Ale trudno pamiętać to wszystko, pisząc ten tekst po przeszło siedmiu latach. Tym bardziej osobie, której tam nie było.

Boczny rozgrywający reprezentacji LO III versus bramkarka reprezentacji LO III, czyli UKS Znicz na wakacjach
Historii tego zdjęcia i tak byś nie zrozumiał
Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk