a

Orle 14-15 XI 2009

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Michał Śliwiński
  • Anula Witkowska
  • Monika Sikora
  • Marta Polak
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Marta Łysak
  • Ola Adamska
  • Monika Matyjaszczyk
  • Adam Foiński
  • Piotr Wojtaś
  • Asia Huzar
  • Bartek Piwowarski
  • Dominik Gronkiewicz
  • Basia Adamczak
  • Jan Łowiński
  • Paweł Dracz
  • Adam Świokło
  • Dorian Turkiewicz
  • Ania Wojciechowska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Jakuszyce
Orle
Pytlácké Kameny
Jizerka
Orle
Szklarska Poręba
Zobacz zdjęcia z wyjazdu
Autor: Szef

Witaj, wędrowcze. Jako, że uwaga twa padła na tę właśnie stronę, oznaczać to może, iż zainteresowany jesteś górskimi podróżami. Czytając te słowa dowiesz się, co Cię ominęło lub obudzisz w sobie wspomnienia przeżytych chwil. Być może ujrzysz te same zdarzenia z innej strony, oczami autora tego tekstu? A może opis przygód skłoni Cię do wyjazdu następnym razem, w połowie grudnia?

Lecz teraz już przejdę do opowieści. Jak pewnie już dowiedziałeś się z nagłówka, weekend 14-15 listopada spędziliśmy w schronisku „Orle”, znajdującym się na obszarze Gór Izerskich. Lecz kogo rozumiem jako „My”? No… Można powiedzieć, ludzie, których połączyła Trójka. Uczniowie obecni, jak i absolwenci tejże szkoły. W roli opiekunów pojechali w góry nasi nauczyciele: Włodzimierz Mizia, Michał Śliwiński oraz Anula Witkowska. Łącznie zebrało się około 20 osób. Nikt do końca nie wiedział, ilu nas było.

Taką grupą (na razie bez Włodka) mieliśmy stawić się na dworcu PKS. 7.15 to dobra godzina, lecz mnie udało się przybyć na miejsce spotkania już o 6.30. Ludzie zebrali się niezawodnie, a Gronki nawet się nie spóźnił, ku ogólnemu zdziwieniu (gdyż on już wszystkich przyzwyczaił do zjawiania się na parę minut przed odjazdem). Co do zbiórki, istniało pewne ryzyko spóźnienia się lub nawet nieprzyjścia niektórych osób nazbyt pochłoniętych piątkowym Wybrykiem, na którym i tak podobno dźwiękowcy się nie popisali (nie wiem, nie było mnie). Mimo wszystko zbiórka się powiodła i wszyscy przyszli punktualnie.

Jeszcze solidny cios po portfelu (dwadzieściaparę złotych za bilet do Szklarskiej, pociągi są duuużo tańsze) i w drogę. Oszczędzę Ci, drogi czytelniku, opisu jazdy autobusem, w pekaesie i tak nie da się podjąć zbyt interesującego zajęcia. Tak więc, w Szklarskiej Porębie przesiedliśmy się do kolejnego autobusu (Szklarska Poręba – Jakuszyce; pięć złotych – to jest kradzież, na dodatek w pełni legalna) i dojechaliśmy na miejsce.

Zdjęcie Jadana i zdjęcie zdjęcia ręki Jadana (fot. Alinka)

Było już coś koło godziny jedenastej, a słońce górowało nad lasami. Chmury na niebie służyły raczej dla ozdoby, świetnie spełniając powierzone im zadanie. Nic nie zapowiadało pogorszenia pogody. Zbytni chłód też nie doskwierał, lecz akurat ja nie jestem kompetentną osobą jeśli chodzi o wypowiadanie się na temat temperatury. W tej aurze góry wyglądały wyjątkowo pięknie. Co mogło, pozrzucało już zielone okrycia gałęzi (drzewa liściaste i modrzewie), a reszta wiecznie zielonych iglaków mężnie się trzymała. Gdzieniegdzie ziemię przyozdabiał cienki płat topniejącego śniegu, kontrastując z jesiennymi barwami krajobrazu.

Wszystko to zachęcało do marszu. Pełni entuzjazmu wyruszyliśmy w drogę. Jadan i Xyl szybko zauważyli, że śnieg potrafi dostarczyć mnóstwo zabawy. Obrzucali nim nie tylko siebie nawzajem, lecz także „kogo popadnie”. Poza tym obrażali się wzajemnie „Głupimi kretynami”, jakby kretyn mógł być mądry. Prof. Śliwiński prowadził nas jakimiś dziwnymi drogami, może nawet bezdrożami, lecz po pewnym czasie powitał nas dobrze nam znany z poprzednich wycieczek szlak czerwony. On już nas zawiódł do Orla bez większych przygód. W miejscu, gdzie szlak na chwilę rozstaje się z drogą, Sikorka znalazła (i zabrała ze sobą) jakiś połamany znak drogowy, zakaz wjazdu dla narciarzy czy coś takiego (nie mam prawa jazdy, nie znam się na znakach).

Na miejscu ciepło powitał nas Prof. Mizia wraz ze swoimi znajomymi. Nie zabawiliśmy jednak zbyt długo w schronisku, gdyż po zostawieniu bagaży byliśmy już gotowi do dalszej drogi. W końcu Czechy czekają, a smażony ser stygnie.

Wystarczy trochę śniegu i wspomnienia dzieciństwa stają się rzeczywistością (fot. Alinka)

Z Orla prowadził już Włodek. On nocował już tam z piątku na sobotę, dlatego nie jechał z nami pekaesem. Przez las przeszliśmy do granicy polsko-czeskiej, a jako że nasze dwa państwa należą do Unii Europejskiej, mogliśmy bezpiecznie i bez żadnych problemów udać się do naszych sąsiadów. Na moście spinającym oba brzegi Izery Profesor, korzystając ze swej ponadprzeciętnej wiedzy, opowiedział parę zdań o świętym Nepomucenie, gdyż jego to pomnik stał nad brzegiem po polskiej stronie. Korzystając z okazji, Prof. Mizia uraczył nas także opowieścią, jak przechodziło się przez granicę, gdy nie było to jeszcze dozwolone. Dał nam także alternatywę co do wyboru dalszej trasy. Mogliśmy: albo iść wzdłuż rzeki, aż do góry Bukowiec (pozostałość po kominie wulkanicznym), albo udać się na Pytlackie Kameny. Nieważne, co byśmy wybrali, mieliśmy skończyć tą część trasy w wiosce „Izerka”. Nasz wybór padł na opcję numer 2, bez skakania po kamieniach z ryzykiem kąpieli i bez rzucania kamieniami do celu lub na odległość, lecz z ładnym widokiem na Karkonosze i z możliwością powspinania się na skały. Udało się nam dojść do kamieni, nikt się na nich nie zabił, a potem dotarliśmy na asfaltową drogę, prowadzącą już do Izerki.

Spojrzenie z innej perspektywy (fot. Alinka)

Sama wioska może nie jest jakaś wielka, ale ma parę restauracji nastawionych na turystów (poza tym chyba nic innego w niej nie ma). Tam, w jadłodajni „Piramida” trafiliśmy na ekipę z Czternastki z ojcem naszego Włodka, panem Stefanem na czele. Trzeba było nam jednak stamtąd uciec, nie przez złowrogą obecność ludzi z Czternastki, lecz z braku smażonego sera. Bo co to za wizyta w Czechach, jak nie zje się ich kulinarnego specjału? Inna restauracja na szczęście serwowała to danie. Przyjmowali tam nawet złotówki, ale po drakońskim kursie, za jedną koronę kazali sobie płacić 1/5 zł. Średni koszt smażonego sera i piwa (albo herbaty?) wynosił około 25 zł. Trochę drogo, ale jedzenie dobre, spożywane w dobrym towarzystwie i na dodatek za granicą, więc nikt nie narzekał (prócz Bartka, bo on nie będzie jadł sera, poza tym on lubi narzekać, więc czemu nie). Po rozliczeniach wyszliśmy w noc.

Było już ciemno. Światła Izerki nie sięgały zbyt daleko w głąb nocy, więc dane nam było podróżować w ciemnościach. Każdy krok należało stawiać tak ostrożnie, jakby miał być to krok na krawędzi wąwozu. Trakt okazał się zdradziecki, co moment podstawiał komuś kamienie, by nieszczęśnik się potknął, nie widząc przeszkody w nieprzebranym mroku. Ciężko było dostrzec współtowarzyszy, więc grupa trzymała się razem, wyłączając małą grupę, która odłączyła się od peletonu i czekała na resztę za mostem. W czasie dalszego marszu spod naszych stóp jęły się sypać iskry, jak spod kopyt konia gnającego brukowaną ulicą w zaciemnionym mieście. Nic w tym dziwnego, w końcu droga wysypana była krzemieniem lub innym kamieniem krzesającym iskry. I tak oto z powrotem dotarliśmy do dawnej huty szkła, czyli obecnie schroniska „Orle”.

Po zajęciu miejsc noclegowych i częściowym ogarnięciu się (jak na przykład walka na dezodoranty), zespół muzyczny Mizia & Mizia rozpoczął przygotowania do wieczornego koncertu. Sala powoli się wypełniała publicznością, a muzycy nie zawiedli swoich fanów. Wprawdzie mieli na początku pewne problemy z nagłośnieniem, ale udało się nad wszystkim zapanować. Koncert zaczął się akustycznie: dwie gitary i harmonijka. Spokojne granie robi wrażenie. W kolejnej części porzucono jednak spokój i zagrano z mocą. Doszedł bas i perkusja. Na publiczność nie trzeba było zbyt długo czekać, bowiem już po chwili miejsca siedzące pozostały puste. W czasie koncertu także barman musiał być zadowolony, gdyż co chwilę goście odwiedzali go i prosili o coraz to nowe dania i napoje. Występ artystyczny bluesowego zespołu nie był jednak jedynym możliwym zajęciem, którego można było się podjąć. W sali sypialnej zaparzono gar herbaty, która umilała kolejne rozdania gry karcianej o nazwie „Planowanie”. Niektórzy zajęli się sobą, wliczając w to rozmowy na mniej lub bardziej ważne tematy, albo nawet spanie (tak, niektórzy tak wsłuchiwali się w koncert). Mizia & Mizia grali świetnie i nawet nie wiem, kiedy ich występ dobiegł końca.

Po uprzątnięciu sali jadalnej krzesła ustawiono w coś w rodzaju kręgu, lecz ciężko to było nazwać kręgiem. Nie sprawiało to jednak żadnego problemu, bo do końca wieczora chcieliśmy zająć się wspólnym śpiewaniem, a nieważne kto jak siedzi. Profesor Mizia wykazywał już oznaki zdartego gardła i ciężko mu szły nasze standardowe pieśni. Nic jednak nie przeszkadzało, by przygrywał na gitarze. Nie wszyscy mieli ochotę tak spędzić pozostałą część dnia, lecz osoby zaangażowane we wspólny śpiew z pewnością odczuwały satysfakcję. Nasza koleżanka Basia, co przez rok mieszkała w Stanach, zaprezentowała nam swoje ponadprzeciętne zdolności wokalne, lecz gdy Włodek skomplementował jej głos, uznała, że nie potrafi śpiewać. Wspólna zabawa zakończyła się o czwartej nad ranem „Czarnym bluesem o czwartej nad ranem”.

Nasze miejsce na dole zajęła inna grupa nocnych śpiewaków, oni darli się do szóstej. Ludziom w sali sypialnej średnio to przeszkadzało, lecz niektórzy woleli nocleg na korytarzu. Niby głośno i ciągle ktoś łazi, lecz nie ma tego charakterystycznego „zapachu” i powietrza starcza do oddychania. W sypialni wszyscy leżeli na materacach porozkładanych wzdłuż ścian. Środek zajmował wielki stół w komplecie z krzesłami i ławką. Poza tą salą spało się inaczej. Tam znalazło się parę miejsc. Jasiu spał na stole, w towarzystwie kota. Piotrek spoczął na ławce obok stołu (nie tego samego stołu). Basia znalazła sobie miejsce gdzieś na podłodze (nie wiem dokładnie, przynajmniej tak mówiła). A ja, czyli Adam, spałem pod stołem (tym od Piotrka).

Wszyscy rozpoczęli rytuał wstawania jakoś po godzinie dziewiątej. Przebranie się w strój reprezentacyjny, poranna toaleta (ale bez przesady) i już można żyć. Wyjątkowo wiele osób uczestniczyło przy tworzeniu wspólnego śniadania, co jednak nie powinno nikogo dziwić. Jest to dobry sposób, by najeść się już przed przystąpieniem do posiłku, a i potem nie trzeba zmywać po wszystkich. Same zalety takiego postępowania. Po jedzeniu należało się już spakować i być gotowym do drogi. W końcu chcieliśmy zdążyć do Szklarskiej Poręby na ostatni pociąg.

Zwykło się mówić, że skądś dokądś jest rzut kamieniem. Na zdjęciu zaprezentowany jest rzut kamieniem do kamienia, który pokazał, że odległość rzutu kamieniem nie oznacza, że łatwo trafić do celu. Choć akurat na Wysoki Kamień trafić łatwo (fot. Alinka)

Niedziela okazała się równie cudowna jak sobota. Słońce leniwie posyłało senne promienie ku drzewom, a pozostałe jeszcze ptaki radośnie oznajmiały przyjście nowego dnia. Nic nie mogło zepsuć takiej pogody. Pełni nowej energii wyruszyliśmy przed siebie. Nasz cel – stary kamieniołom. Po drodze część podróżujących rozegrała parę partii gry w skojarzenia, mądrej gry dla mądrych osób, czyli nie dla mnie. Daliśmy sobie z tym spokój przy kamieniołomie. W końcu dało radę tam wymyślić ciekawszą zabawę. Skoro na ziemi leży masa kamieni, można nimi porzucać. Jedna osoba wyrzucała większy kamień do góry, a reszta starała się w niego trafić (w kamień oczywiście, a nie w rzucającego). Niestety, nie udało się ani razu.

Następnym naszym celem był Wysoki Kamień, góra zwieńczona kamienną koroną. Dotarliśmy na miejsce bez większych problemów. Tam spotkało nas pewne rozczarowanie, mianowicie – na górującą nad okolicą formację skalną wysypano sporą ilość piachu, przez co nie dało się już wspiąć na szczyt, bo można było po prostu tam wejść. Cała zabawa zepsuta… Pocieszała jednak panorama Karkonoszy, okrytych lekkim śniegiem, przysłoniętych rzadkimi chmurami i oświetlonych przebijającymi jesienne zachmurzenie promieniami słońca. Ten widok towarzyszył nam do samej Szklarskiej. W mieście dostaliśmy godzinę czasu wolnego, by każdy zdążył zjeść coś w jednej z miejscowych restauracji lub uraczył się gofrem z pobliskiej cukierni.

O godzinie 16.30 znaleźliśmy się na stacji PKP Szklarska Poręba Górna. Tym razem bilet kosztował około 13 zł, więc prawie trzy razy mniej niż pekaesy. Nie wiem, kto wymyślił przejazd autobusem, lecz nie był to oszczędny pomysł. Orientacyjna godzina przyjazdu do Wrocławia – 21.30. Mamy więc prawie pięć godzin dla siebie. Początkowo każdy próbował zająć się swoimi sprawami. Niektórzy rozwiązywali skomplikowane zadania dotyczące pochodnych i logarytmów, a Monika zgłębiała tajemnice anatomii wirków (cokolwiek to jest). Ciekawym tematem okazały się również śmieszne nazwiska. Potem zabraliśmy się za wspólne śpiewanie. Prof. Mizia nie był już w stanie mówić, więc tylko nam przygrywał na gitarze. Taki wesoły nastrój panował aż do końca, znaczy się mam takie wrażenie, ponieważ moja podróż skończyła się pół godziny wcześniej, w Kątach Wrocławskich, mojej rodzinnej miejscowości. Zakładam jednak, że wszyscy się ze sobą w tradycyjny sposób pożegnali na dworcu we Wrocławiu i z pewnym smutkiem musieli porozjeżdżać się do swoich domostw.

Tak oto kończy się moja opowieść z wycieczki w Góry Izerskie, do schroniska „Orle”, w dniach czternastego i piętnastego listopada bieżącego roku. Mam nadzieję, że czytanie tego nie znudziło Cię za bardzo, zdaję sobie sprawę z długości tego artykułu, lecz chyba mnie rozumiesz, że ciężko mi było cokolwiek z niego wyciąć i pozostawić przy tym taką samą ilość wspomnień. Zapraszam także do czytania relacji z kolejnych naszych wspólnych wyjazdów, które na pewno pojawią się na tej stronie, oficjalnie Ci się do tego zobowiązuję. Lecz czas zakończyć rozważania te, już żegnam Cię. Do następnego spotkania na szlaku.

Adam