a

Wójtówka 11-13 XII 2009

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Anula Witkowska
  • Gosia Kaczmarczyk
  • Monika Sikora
  • Marta Polak
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Dorian Turkiewicz
  • Marta Pałczyńska
  • Ania Kotowska
  • Piotr Wojtaś
  • Adam Świokło
  • Adam Foiński
  • Paweł Dracz
  • Marta Witkowska
  • Ewa Witkowska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Lądek-Zdrój
Wójtówka
Borówkowa
Wójtówka
Lądek-Zdrój
Autor: Adam

Witaj ponownie. Mam nadzieję, drogi czytelniku, że nie kazałem Ci zbyt długo czekać. Zobowiązałem się do stworzenia tekstu, który obecnie czytasz, jednak misja przezwyciężenia wrodzonego lenistwa należy do wyjątkowo wymagających. Mimo to udało mi się wygrać ze sobą, czego efektem jest ta oto relacja z kolejnego już wyjazdu organizowanego przez Szkolne Koło Krajoznawczo-Turystyczne.

Aby Cię jednak za bardzo nie znudzić, przejdę od razu do opowieści. Wyruszyć postanowiliśmy już w piątek. Tym razem podróż zapowiadała się ciekawiej niż przy poprzedniej wycieczce, gdyż organizator uznał przewozy kolejowe za bardziej odpowiadające naszym wymaganiom. Jednak z PKP nic nie jest proste, szczególnie gdy pociąg przy stacji początkowej otrzymuje godzinne opóźnienie, na dodatek z przyczyn technicznych, czyli może nawet bez konkretnych powodów. Wiadomo: „Cierpliwość – cena za punktualność”. Ta kolejowa niesubordynacja niespodziewanie okazała się korzystna, ponieważ to właśnie ona umożliwiła Piotrkowi zdążenie na odjazd. Czas oczekiwania pomógł również Dorianowi w podjęciu decyzji o spędzeniu chociaż części weekendu w naszym gronie. To się nazywa spontaniczność, ale i tak nie miał on żadnych konkretnych kontrargumentów przeciwko propozycji profesora.

Tak więc, zamiast o godzinie 16.36, wyjechaliśmy godzinę później. Oczywiście na Kłodzko, lecz parę minut później odjechał pociąg do Bystrzycy Kłodzkiej, oznaczony godziną 17.45. W ten sposób PKP zniwelowało ponad godzinną różnicę do zaledwie chwili. Akurat tego tygodnia kończono roboty kolejowe, prawdopodobnie na odcinku Strzelin – Kamieniec Ząbkowicki, bo tam właśnie funkcjonowała zastępcza komunikacja autobusowa, czyli przed „stacją przeznaczenia” (jak to nazywają niektóre informatory kolejowe) czekały na nas dwie przesiadki. Na miejscu powitał nas wynajęty przewoźnik, z którym dojechaliśmy do miasta Lądek Zdrój (bo „Nie ma takiego miasta: Londyn. Jest Lądek. Lądek Zdrój”).

Busista odstawił nas pod okazały budynek opatrzony tajemniczym tytułem „Geovita”. Spotkaliśmy tam czekającą na nas Ciotkę ze swoimi córkami. Uczyniła spore zapasy żywnościowe, lecz nie pomyślała o Sadze, kultowej jednak herbacie. Nawet wyngiel był. („-Wyngiel je we wiosce!”; „–Wojna byndzie, przed wojną tyz był.”). Załadowani świeżym ekwipunkiem wyruszyliśmy na ostatni odcinek naszej podróży. Od razu rozczarowanie, na drodze wylali asfalt tam, gdzie go jeszcze nie było. Jednak w końcu się skończył. Być może sołtys na noc zwinął, a może i zwinęli zwykli złodzieje, lecz na co komu sto metrów drogi…

Przytłoczeni nocą brodziliśmy przez mrok, miejscami rozpraszany światłami opuszczanego miasta oraz połaciami bladobiałego śniegu. Drzewa chciały nas zatrzymać wyciągniętymi na powitanie konarami, a dodatnia temperatura tej ciepłej nocy wylewała pod nogi litry błota. Las skrywał w sobie ciemność głębszą i chłodniejszą, rzadziej rozrzedzoną błyskami czegokolwiek, co mogłoby zdemaskować tę aurę tajemniczości. Z gęstwiny wyciągnęła nas polana, biała od śnieżnego puchu, na której lśniła ukrytym blaskiem chatka, cel naszej wędrówki. Tak, dotarliśmy na miejsce spoczynku.

Pamiętam, jak ten budynek wyglądał w zeszłym roku. Chodzi mi bardziej o jego wnętrze. Na środku, pod schodami, miejsce swoje miał kominek. Taki porządny, potrafił nagrzać do temperatury około trzydziestu stopni. Prócz tego ciężko nie docenić jego wdzięcznych walorów wizualnych. Nocą, gdy świece przygasały, całe pomieszczenie połyskiwało ciepłym, ogniowym blaskiem tańczących na drwach płomieni. Skaczące za szybą iskry potrafiły na długie godziny wprawić w błogie uczucie zapomnienia każdego, kto tylko pragnął na moment zapomnieć o hałasie dzisiejszego świata. Jednak kominek stał w chatce już kilkanaście lat i wymagał remontu na skutek zmęczenia materiału. Teraz jego honorowe miejsce zajmuje smutna koza, która nawet nie próbuje udawać poprzednika. Kominek jednak powróci przyszłej zimy i na nowo ogrzeje swym ciepłem masywne ściany chatki.

Na razie wystarczy nostalgii. Czas zająć się sprawami bardziej przyziemnymi, takimi jak jedzenie. Po dotarciu na miejsce i wstępnym zakwaterowaniu się, przystąpiliśmy do wieczerzy, jeśli można to tak nazwać. Kolacja wyglądała bardzo standardowo,(czyli kanapki z czym kto chce i herbata), poza jedną różnicą – było tego dużo. Włodek rozpakował tajemniczy, owiany tajemnicą pakunek, niesiony od Wrocławia zamknięty. Zawierał magiczne kubki z wiewiórką, marzenie wielu członków Kółka Turystycznego. Teraz wszyscy mieli „kubeczek z wiewiórką”. W trakcie posiłku do budynku wpadło dwóch zbłąkanych komandosów, zmartwionych faktem, że nie udało im się nikogo nastraszyć, chociaż starali się około godziny czasu. Jeden miał wielki nos, chyba jak Janosik. Drugi to był Xyl. Przyjechali później, tłumacząc się jakimiś zajęciami na politechnice. Obaj dołączyli do wspólnej kolacji i co rusz donoszono nowe bochny chleba wraz z przeróżnymi dodatkami, by starczyło. Po wieczornym posiłku nastąpiły szeroko rozumiane zajęcia ogólnorozwojowe. Niektórzy grali na gitarach, niektórzy śpiewali, niektórzy rozmawiali na mniej lub bardziej poważne tematy (na przykład słowa zawierające w sobie słowo „nos” – czyli o Jadanie), niektórzy zajmowali się porządkami i ogrzewaniem, niektórzy nie robili właściwie nic a jeszcze inni udali się na spoczynek. Tak powoli pierwszy dzień dobiegł końca.

Jako że na podstronach o wcześniejszych wyjazdach do Chatki są zdjęcia Chatki z wyjazdów z lat późniejszych, tutaj zdjęcie sprzed Chatki na miejsce, z którego robi się zdjęcia Chatki. Z wyjazdu kilka lat później (fot. Myśliwy)

Poranek przybył mglisty. Gęste, nisko osadzone chmury skutecznie ograniczały widoki na pobliskie góry. Śnieg sypał od wieczora, nocą przybyła spora warstwa lekkiego puchu skrzypiącego pod krokami. Taki dzień należy powitać pożywnym posiłkiem. Po przebudzeniu się ze snu zajęliśmy się śniadaniem, standardowym, lecz zawierającym więcej dodatków, bo i śledziki się znalazły w sosie pomidorowym. Następnie wyruszyliśmy na krótki spacer, lecz nie w pełnym składzie, gdyż Pająk i Alinka pozostali na straży ogniska domowego.

Krajobraz przedstawiał się biało, wyolbrzymiając poprzez kontrast ciemne barwy drzew. Główne szlaki powoli rozmarzały, tworząc błotne rozlewiska. Podziwianie panoram było utrudnione przez mgły do tego stopnia, że okazało się całkowicie niemożliwe, lecz obraz ośnieżonych drzew różnego gatunku na mlecznobiałym tle też posiada w sobie wiele uroku. Przemierzaliśmy więc tę zimową scenerię, aż na granicy polsko-czeskiej, na Borówkowej, oczom naszym okazała się górująca nad okolicą wieża widokowa. Niewiele dało się z niej dojrzeć, lecz i tak weszliśmy na nią. Z różnych stron zawiewał chłodny wiatr, a metalowe słupy konstrukcji pokryte były śniegiem. Ciotka pomyślała o wszystkim – zabrała ze sobą spore opakowanie pierniczków, takich zwykłych, ale z dziurką. Po skończeniu ciastek i opuszczeniu budowli ruszyliśmy z powrotem do chatki, lecz nie tą samą drogą. Dużo ciekawiej wraca się innym szlakiem. Zapamiętałem napis na jednej tabliczce w tamtym miejscu. Tekst był po czesku, lecz na polski dałoby się przetłumaczyć mniej więcej tak: „Chcesz być szczęśliwy jeden dzień, najedz się. Chcesz być szczęśliwy jeden rok, ożeń się. Chcesz być szczęśliwy całe życie, zostań turystą.”

W „ośrodku” czekały nas rozliczne przyjemności, lecz także obowiązki. Po drodze zebraliśmy trochę drewna do porąbania. Anula z córkami i Alinka zajęły się przygotowaniem obiadu – kurczaka w chińskim sosie z ryżem. Patan, Xyl, Włodek i Piotrek poszli się narąbać za chatkę, tak, aby młodzi nie widzieli. Reszta zajmowała się własnymi sprawami. Powoli następowała klasyczna, chatkowa „zamuła”. Po zjedzeniu wspaniałej potrawy, każdy robił, co chciał. Parę osób już musiało się pożegnać, gdyż wzywały ich do powrotu pewne sprawy wielkiej wagi. Tak oto opuścili nas: Piotrek, Dorian, Ciotka i jej córki. Po smutnym rozstaniu wróciliśmy do przerwanych czynności, jak na przykład planowanie kolacji. Na niej można było dowiedzieć się, że szynkę powinno się rozsmarowywać na chlebie, kromki można posmarować ze złej strony i że łososie są koloru łososiowego, ale od środka, co odróżnia je od innych ryb, które w ogóle nie są koloru łososiowego. Śledzie natomiast mogą być w zalewie lub w jeziorze. Po jedzeniu Sikorka i Marta dorwały stary śpiewnik i przy pomocy kazoo bawiły się w „Jaka to melodia”. Gitarzyści starali się opanować grę pewnego utworu, którego teraz nie zanucę. Pałeczka, Kot i Gosia odkryły, ile zabawy może dać zwyczajna świeczka i kilka komponentów, które da się spalić. Pomimo tak zajmujących zajęć, sen powoli spływał na powieki, a dusze łagodnie chwytał Hypnos, brat Tanatosa.

Nastał ostatni dzień grudniowej wycieczki. Po standardowym śniadaniu należało uprzątnąć chatkę i przygotować ją do odwiedzin kolejnych gości, a także przygotować się do wyjścia. Nie pozostało zbyt wiele czasu, więc pomysł Pałeczki o bitwie na śnieżki spalił na panewce. Zamiast tego odwiedziliśmy kawiarenkę „Toch”. Mają tam najwspanialszą gorącą czekoladę i wyśmienite torciki. Poza tym serwują różne orzechy w karmelu, a to wszystko w przytulnym lokalu. W końcu jednak przyjechał po nas busista, ale nie ten, co nas wiózł w piątek. On jechał jakoś mniej przyjemnie, ale dojechaliśmy z nim na stację Kłodzko Główne szczęśliwie.

W niedzielę ekipa remontowa skończyła roboty na odcinku Kamieniec Ząbkowicki – Strzelin, więc zaniknął przymus przesiadek do pekaesów. Podczas jazdy pociągiem nie wydarzyło się nic specjalnie ciekawego, po prostu rozmawialiśmy na tematy okołoszkolne lub inne. Mimo wszystkiego złego, PKP to porządny przewoźnik i z nim dotarliśmy z powrotem do śmierdzącego spalinami Wrocławia. Po klasycznym pożegnaniu „w kręgu” uczestnicy wycieczki powoli rozeszli się we własnych kierunkach. Na niektórych czekały rodziny, inni wracali do miejsc zamieszkania na własną rękę. Jako ostatni Dworzec Główny opuścili: Profesor, Sikorka i Jadan.

To wszystko, co pamiętam z tego wyjazdu. Mam nadzieję, że nie nadwerężyłem Twej cierpliwości swoim przydługim tekstem. Podzielę się z Tobą także wrażeniami z przyszłego wyjazdu, chyba, że pojedziesz ze mną. A tak na teraz, to do zobaczenia na szlaku.

Adam