a

Wójtówka 30 I - 5 II 2010

Zimowisko

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Wojtek Olszewski
  • Paweł Dracz
  • Adam Świokło
  • Krzysiek Pawlak
  • Łukasz Chomicz
  • Marusz od Łukasza
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Zobacz zdjęcia z wyjazdu
Autor: Paweł

Początek lutego minął pod znakiem wielkich zasp śnieżnych i nieprzetartych szlaków ukazujących siłę i piękno natury. W tej niecodziennej aurze odbyło się pełne ruchu i zabawy zimowisko w miejscu, gdzie cywilizacja jest niemile widziana, samochód wymięknie na pierwszym zakręcie, a o przetrwanie trzeba walczyć 24 godziny na dobę. Witajcie w Wójtówce!

Zimowisko organizowane przez prof. Włodka Mizię oficjalnie miało rozpocząć się 1 lutego, jednak w praktyce trwało już od 30 stycznia. Powrót do bardziej wydajnej formy ogrzewania chatki Moniki „kominkiem” wymagał rąk do pracy. Na pomoc zdecydowała się absolwencka część zimowiska. Więc wyjechaliśmy w trójkę w sobotę z mózgiem całej operacji – Robertem, który wiedział gdzie jest chatka, gdzie jest piec, a co najważniejsze – dokonywał ubiegłorocznego demontażu znanego nam kominka. Po wygodnej podróży samochodem, który niejedną szosę widział, okazało się, że wjechanie pod stromą górę do chatki nie będzie proste. Nasze obawy zostały potwierdzone przez doradcze słowa miejscowego znawcy materii – Pana Michalskiego. Chwilę później wielki, amerykański Ford utknął w metrowej zaspie, mimo łańcuchów, systemu low range i napędu 4x4. Dalsza podróż możliwa była tylko pieszo. W tym momencie okazało się, że misja wymiany pieca jest niewykonalna.

Niezrażeni wiadomością, wyruszyliśmy w stronę chatki (do której pozostał mniej niż kilometr). Z uwagi na brak wydajniejszego pieca, wzięliśmy ze sobą wielki wór węgla. Ten towarzysz spowodował, że ostatni odcinek naszej drogi pokonaliśmy w rekordowo długim czasie 45 minut. Nieopisana jest jednak satysfakcja z dotarcia do niedostępnej chatki Moniki z ciężkim jak diabli workiem i plecakami, brodząc w metrowej warstwie świeżego puchu. W chatce nie byliśmy jednak zbyt długo. Jedynie odśnieżyliśmy bezpośrednie sąsiedztwo domku i ruszyliśmy z powrotem do Lądka Zdroju na mecz ME w piłce ręcznej.

W Lądku oczywiście odwiedziliśmy cukiernię „U Tocha”, znaną z niesamowitych wyrobów. Mecz obejrzeliśmy w schludnie wyglądającym, niedrogim pubie „Cichy Kącik”. Widowisko było ciekawe, mimo wielu przeciwności (gratulujemy „wspaniałego” sędziowania) chłopcy dali z siebie wszystko i grali naprawdę piękną piłkę. Wynik niestety był niekorzystny dla nas. W programie dnia był jeszcze wypad na pizzę. Wieczorem graliśmy w szachy (pewnie pod wpływem serwowanego w pizzerii CHESSburgera). Graliśmy nietypowo – trzech na jednego. Robert okazał się wytrawnym szachistą i rozwalił nas (mnie, Jadana, Xyla) z kretesem. Partyjka trwała na tyle długo, że po jej zakończeniu nie pozostało nam nic innego, jak położyć się spać.

Lamia poczynała sobie bardzo śmiało pomimo śniegu do brzucha. A nawet do klatki piersiowej (fot. Alinka)
W zimie wszystkie szlaki są białe, ale za to dobrze oznaczone śladami towarzyszy (fot. Alinka)
Profesjonalny strój, wymierzony rozbieg, nienaganna technika… no i wierni fani (fot. Alinka)

Następny dzień zapowiadał się leniwie. Bez szefa Mizi nie chcieliśmy zapuszczać się na nieprzetarte szlaki, a obowiązkowy punkt dnia – półfinał ME w piłce ręcznej, uniemożliwiał przedsięwzięcie robót przy obróbce drewna. Pojechaliśmy do miasta Fordem zaparkowanym pamiętny kilometr od chatki. Tym razem wybraliśmy bezimienny pub z przyjemnie tanim lanym Piastem (3,5 zł). Widowisko było emocjonujące, z jeszcze większą niż poprzedniego dnia ilością przeciwności. Przegraliśmy mimo pięknej pogoni w drugiej połowie. Trudno – trener Wenta z drużyną, w przeciwieństwie do drużyny futbolowej, nie musi nic udowadniać. Trochę szczęścia i bezstronności sędziów i będziemy mieli najlepszą drużynę piłkarzy ręcznych na świecie. Po sportowych emocjach postanowiliśmy zaopatrzyć się w produkty na obiad. Zakupy i powrót do chatki zwieńczony został samodzielnie ugotowanym posiłkiem. Później, przy świecach, rozegraliśmy ponownie partyjkę szachów. Ponownie przegraliśmy, mimo wielu starań. Szachy uczą pokory! Poszliśmy spać nie wcześniej niż dnia poprzedniego, ze świadomością, że to koniec leniwych dni, bo nazajutrz w chatce pojawić miał się Włodek Mizia i jego ferajna.

Idealne zajęcie dla jedynej niewiasty na wyjeździe (fot. Alinka)

W poniedziałek 1 lutego zaszły zmiany personalne w chatce. Około południa dotarło do nas 5 osób, pod przewodnictwem prof. Mizi i pogodnej suki Lamii. Razem z Trójkowiczami przyjechały dwie osoby z Brzegu – Łukasz i Mariusz. Opuścił nas natomiast szachista Robert – miał on jedynie dozorować wymianę pieca i kilka dni nam towarzyszyć, po czym wyjechać. W południe wyszliśmy na poszukiwanie drewna, paliwo do pieca było niezbędne. Praca w lesie jak zwykle sprawiła mnóstwo radości. Wyrywanie ususzonych drzewek, oczyszczanie, piłowanie, rąbanie – każdy może znaleźć miejsce dla siebie. Kolejne niezmiernie satysfakcjonujące zajęcie! Koło pierwszej, w nowym, ośmioosobowym składzie wyszliśmy na spacer do Wójtówki. W czasie wędrówki odkryliśmy zalety dużej ilości śniegu – czy to skacząc przez druty odgradzające pole (konkurs skoków wygrał prof. i Xylu), czy ścigając się bezcelowo na stromym zboczu. Zabawy te miały swój urok, potęgowany przez piękną, głęboką zimę. Po powrocie Alinka ugotowała obiad, który zachwycił nas smakiem. Najedzeni postanowiliśmy zgłębić zasady „Osadników” – gry przywiezionej przez Wojcia. W istocie planszówka stała się przebojem wyjazdu i poświęcaliśmy na nią niemal każdą wolną chwilę, grając do późnych godzin nocnych lub wczesnych porannych – zależnie od perspektywy.

Następnego dnia w planach mieliśmy większą wędrówkę. Z chatki wybraliśmy się na przełaj do Lutyni, po czym drogą rowerową na Rozdroże Zamkowe, skąd prostym szlakiem do Lądka (a raczej do Tocha) przez Trojan. Pierwsza faza nie była zbyt męcząca, gdyż do Lutyni jest z górki i niezbyt daleko. Jednak z chwilą rozpoczęcia podejścia zabawa się skończyła, a droga zaczęła być męcząca. Sytuację utrudniały dodatkowo zaspy śnieżne pokrywające drogę rowerową, którą maszerowaliśmy. Na stromym podejściu w okolicach Trojana zmęczenie dało się we znaki nawet prof. Mizi. Na szczęście błyskawicznie pomogła nam słodka herbata, niwelując część trudów trasy. Ze szczytu Trojana rozpościerała się niecodzienna panorama Masywu Śnieżnika. Godzina była już późna, więc po chwili zbiegaliśmy do Lądka, pamiętając że najlepsze ciastka w Tochu (Tiramisu!) szybko się kończą. W uzdrowisku spędziliśmy kilka chwil, jedząc po dwa torciki i popijając ciepłym mlekiem. Podczas gdy kilka osób z prof. Mizią na czele zajmowało się ustalaniem dalszej trasy, reszta poszła do sklepu na niezbędne zakupy. Do chatki doszliśmy standardowo przez Ułęże. W chatce wywiązała się zażarta dyskusja filozoficzna na temat tego, co jest i tego, czego nie ma. Łukasz, który na co dzień jest nauczycielem etyki i geografii, okazał się nieprzeciętnym teoretykiem i punkt po punkcie tłumaczył nam dlaczego na świat należy patrzeć z wielkim dystansem. Na obiedzie, spożywanym nocną porą, zajadaliśmy się naleśnikami stworzonymi przez Jadana i prof. Mizię. Oczywiście tej nocy nie zabrakło także Osadników – rozgrywka znów trwała do wczesnych godzin porannych.

Sposób afrykańskich kobiet na dźwiganie ciężarów sprawdza się także u europejskich mężczyzn (fot. Alinka)

W środę opuścili nas Łukasz, Mariusz i (niespodziewanie) narzekający na chorobę Jadan. Autobus do Wrocławia odjeżdżał o 16, mieliśmy jeszcze trochę czasu na ostatnie wspólne zajęcia. Rano dokończyliśmy przygotowywanie opału do pieca, a także posprzątaliśmy w chatce. W planach był obiad w Lądku, więc musieliśmy wyjść dostatecznie szybko, aby się wyrobić. Niemal wszyscy zamówili naprawdę sycące, największe pizze, ale mimo to wciąż mieliśmy siły, aby odwiedzić naszą ulubioną cukiernię. Najedzeni i pełni sił, ale już niestety w piątkę, wyruszyliśmy w drogę powrotną do chatki. Jako że godzina była jeszcze wczesna, mieliśmy mnóstwo czasu na kolejne partie w Osadników. Urzekła nas ta gra – bez dwóch zdań. Osadnicy wymagali od nas strategicznego i względnie ekonomicznego podejścia. Oczywiście, jak w każdej grze, dużą rolę odgrywało szczęście, i niezwykle kapryśna losowość, ale to tylko dodawało smaczku, czyniąc rozgrywkę nieprzewidywalną i mało schematyczną. W środę odbył się prawdziwy maraton!

Nazajutrz, w czwartek zamierzaliśmy wybrać się za granicę – do Czech. Główną motywacją były możliwość zobaczenia pięknych krajobrazów, a przede wszystkim, znany wszystkim dobrze smażony ser. Uzbrojeni w korony i mapę ruszyliśmy do Lutyni przez Wrzosówkę. Na Wrzosówce doświadczyliśmy spotkania pierwszego stopnia z jeleniami. Zwierzęta na nasz widok błyskawicznie zmieniły plan swojej podróży, ale i tak były od nas zaledwie o kilkanaście metrów! Pogoda tego dnia była piękna, a widoczność doskonała, dzięki czemu czas się nie dłużył, a przemoczone do ostatniej nitki buty nie dawały się tak bardzo we znaki. Konsekwencją pięknej aury był siarczysty mróz, który skłonił nas do przemyśleń na temat Syberii – zarówno w kontekście historycznym, jak i geograficznym. Około 15 siedzieliśmy już w czeskiej, niezbyt drogiej restauracji. Ser był wyborny, a herbata przyjemnie ciepła. Wszystkiemu smaczek dodawało dobre czeskie piwo. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o czeski sklepik dla przyjezdnych z Polski. Zaopatrzyliśmy się tradycyjnie w Studenckie i Fidorki, po czym opuściliśmy naszych sąsiadów „przejściem granicznym” w Lutyni. Niestety rozdzieliliśmy się dosyć znacząco, co spowodowało godzinne nadkładanie drogi, ale tym bardziej doceniliśmy moment, w którym ujrzeliśmy chatkę. Obiad w Czechach i wędrówka po bezdrożach spowodowała, że pora była już długo „po wieczorynce”. Nie przeszkodziło nam to w ogóle w rozpoczęciu standardowej partii w Osadników.

Piątek oznaczał powrót do domu. Autobus miał nas zabrać o 16. Tym razem jednak nie zdecydowaliśmy się na obiad w Lądku. Po porannych poszukiwaniach drewna (które były jeszcze bardziej satysfakcjonujące niż poprzednie – widok spadającej pod naporem uderzeń, olbrzymiej brzozy napawa dumą), rozegraliśmy ostatni, szybki scenariusz Osadników. Był to miły akcent na zakończenie, chociaż ja osobiście odczuwałem już pewien przesyt. Losowość po kilkunastu rozgrywkach dała się schematycznie ująć w dwóch kategoriach – przeciwko nam lub zgodnie z oczekiwaniami. W niewielkim pośpiechu ruszyliśmy na dół do uzdrowiska, aby pożegnać Tocha ostatnim torcikiem. Był to torcik o tyle specjalny, że kupiony na wynos (autobus w końcu nie poczeka). Poszliśmy na dworzec autobusowy i tu rozdzieliliśmy się. Prof. Mizia z uczniami i psem pojechali busem (ze względu na ryzyko ogólnego potępienia, jakie stwarzałby w Pekaesie skomlący pies), a my tj. Ja i Xylu pojechaliśmy pospiesznym. Podróż trwała długo, ale o dziwo nie dłużyła się i o osiemnastej mogliśmy z całą pewnością powiedzieć, że zimowa przygoda z Wójtówką została zakończona.

Cały wyjazd był też próbą generalną dla Lamii. Okazało się, że niewyczerpane zapasy energii i usposobienie czworonoga dawały wszystkim powody do zabawy i śmiechu. Kanapowy pies na tydzień okazał się prawdziwym atletą. Lamia miała też niestety tendencję do wczesnego wstawania i obnoszenia się z tym, co z reguły budziło wszystkich naokoło. Jeśli prof. Mizia nie żartował i zamierza zabierać sukę na wyjazdy, niech drżą śpiochy, gdyż zwierz ten ma donośne szczekanie.

Kriss