a

Krym 19 VII - 10 VIII 2010

Obóz Wędrowny

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Przemek Szczepaniak
  • Monika Sikora
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Marta Pałczyńska
  • Ola Adamska
  • Paweł Lorenc
  • Piotr Wojtaś
  • Jan Łowiński
  • Tomek Żórawik
  • Paweł Dracz
  • Dorota Krajewska
  • Krzysiek Story
  • Xavier Dobrzański
  • Marysia Czarnecka
  • Monika Puchalska
  • Jan Heimrath
  • Michał Topolski
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Lwów
Odessa
Ałuszta
Eupatoria
Bakczysaraj
Sewastopol
Kijów
Lwów
Zobacz zdjęcia z wyjazdu
Autor: Paweł

Historia miziowego ruchu turystycznego jest starsza niż Trójkowy Klub Turystyczny. A nawet starsza niż sam Szef. Stefan Mizia, znany powszechnie jako Profesor Ojciec, po wielokroć zabierał swoich uczniów na różnorakie wyjazdy w góry bliższe lub dalsze, a czasem i bliżej niż w najbliższe góry. Nigdy za to nie wziął nikogo dalej niż w najdalsze góry, ale po prostu daleko z pewnością tak. Gdy zerwały się więzy nieprzyjaznych ustrojów, Prof. Ojciec skorzystał z tego chętnie, zabierając swoich uczniów za granicę. Rozpoczęły się podróże do takich państw jak Ukraina, Rosja, co jeszcze kilka lat wcześniej wydawało się absolutnie niemożliwe (na przykład dlatego, że te państwa nie istniały). W 2010 roku przyszedł czas na debiut za wschodnią granicą ekipy Mizi Włodzimierza. Choć Prof. Ojciec oczywiście również był obecny. Nie zabrakło także, po raz ostatni w historii tekatowskich obozów, jego czternastkowych uczniów.

Podróż zaczęła się w sposób oczywisty – wówczas jeszcze nietradycyjny. Pociągiem do Przemyśla, busem do Medyki, pieszo przez granicę i zapchaną marszrutką do Lwowa. Niegdysiejsza stolica Królestwa Galicji i Lodomerii jest oczywistym (od kolejnego roku już tradycyjnym) miejscem na chwilę odsapnięcia u wrót Ukrainy, lecz do celu było jeszcze, lekko licząc, drugie tyle i trochę. Środkiem dalszej lokomocji naturalnie był pociąg. Niebanalna architektura wnętrza ukraińskiego wagonu kolejowego, a także jego kultura, charakter i obyczaj sprawnie weszły do kanonu kultowości obozów za wschodnią granicą Polski. Czy też zaczęły go budować. W każdym razie przejazd pociągiem był na tyle atrakcją samą w sobie, że na razie jeszcze nikt nie potrzebował takich umilaczy podróży jak liczenie w pamięci siedemnaście silnia. Takie pomysły pojawiły się dopiero rok później.

Kierunek – południe. Tak bardzo jak jeszcze nigdy wcześniej w historii TKT. Na wschód zresztą też. Bieszczadzkie szczyty, które do tej pory dzierżyły rekordy w tych kierunkach leżą nieomal dokładnie na linii Wrocław-Odessa. Mniej więcej w połowie. Żeby jeszcze dodać więcej rekordów – pierwszy raz stopy TKT dotarły na nadmorskie plaże. Pobyt w Odessie nie był zbyt długi, lecz wystarczył by zachłysnąć się cudnym morzem, cudnym budynkiem opery oraz cudnymi dziewczynami. Po prostu cudna Odessa. Nie wiadomo jednak, czy równie cudnie by się w niej spało. Zdrzemnąć można się było w kolejnym pociągu, który szerokimi torami zajechał na największy czarnomorski półwysep – Krym.

Pierwszą bazą na dawnych ziemiach chanów była zlokalizowana w Izdobelnym nieopodal Ałuszty miejscówka u Alego. Jego skromne prywatne włości pozwoliły oddać jeden poziom domu kilkunastoosobowej grupie młodzieży. Ta wciśnięta pomiędzy Morze Czarne a Góry Krymskie miejscowość stała się siedzibą obozu nieomal na tydzień, stanowiąc bazę do wypadów związanych z tymi dwoma obiektami geograficznymi, jak i bogatym dziedzictwem kulturowym nadmorskich/podgórskich miejscowości. Pierwszym aktem górskich wojaży było wdarcie się na grzbiet Demerdży, który wprawdzie nie doczekał się strofy w żadnym z mickiewiczowskich sonetów, ale i tak jest skalnym gigantem onieśmielającym swoją urodą. Może przez to tak ciężko było skoncentrować się na koordynacji ruchów kończyn podczas nauki chodzenia z kijkami, której podjął się prof. Szczepaniak. Choć zakończyła się ona sukcesem, tak samo jak cały spacer. Kolejne dni upływały pod znakiem zwiedzania miast południowego wybrzeża Krymu z Ałusztą, Ałupką i Jałtą na czele. Była więc okazja zwiedzić miejsce, w którym Stalin, Roosevelt i Churchill ustalali wiadomo co, pobyczyć się nieco na plaży, czy też zajrzeć do Muzeum Wina w Massandrze. Ci, którym pozwalała na to ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi (choć do Krymu polska jurysdykcja nie sięga) skorzystali z okazji do degustacji 9 rodzajów win, z których każde było lepsze od poprzedniego. Ostatni oczywiście Czarny Doktor. Bratanie się z Morzem Czarnym zostało uskutecznione poprzez rejs statkiem, aczkolwiek była to okazja nie tyleż do zbliżenia się do bezkresu wód, co na spojrzenie na nadmorskie miasta z nieczęsto widywanej perspektywy. Spotkanie z Górami Krymskimi zaś było jednocześnie spotkaniem z wieloma innymi fanami górskiej turystyki, którzy niezwykle licznie zgromadzili się w kolejce do kolejki na Aj-Petri. Po 3 godzinach spędzonych w okolicy poziomicy 100 mniej więcej w jednym miejscu, nastąpiła zmiana z kolejki do kolejki na samą kolejkę, która z kolei w czasie 15 minut zaoferowała ponad kilometr przewyższenia na dystansie około 3 kilometrów. Nagrodą za cierpliwość były zapierające dech w piersiach widoki i obiad w tradycyjnym tatarskim czihanie. Do transportu w dół wybrana została już inna droga. Taka, którą się idzie, a nie się przed nią stoi. Wprawdzie celem przejścia była oddalona nieco bardziej od szczytu Jałta, lecz kombinacja dystansu i przewyższenia wciąż dawała momentami niewymownie srogie stromizny. A w pozostałych fragmentach zwyczajnie bardzo strome.

Królowa i król deptaku w Jałcie
Przy tym stole w Jałcie. Pierwszy od prawej Bierut.

Sam pobyt u Alego też niósł ze sobą pewne atrakcje. Xavier, który nie ruszał się na łono przyrody bez swojej specjalistycznej siatki do łapania owadów, właśnie w kloszu lampy Alego znalazł najlepsze okazy na całym obozie. Na dodatek już ususzone. Nieopisana moc sprawcza Pałki zaś urzeczywistniła się poprzez jedyne w historii TKT śluby obozowe. Nie cieszyły się one wprawdzie dużym zainteresowaniem, ale dla Pałki nigdy nie było to przeszkodą. Niczym nie zagrodzona była również jej dobroć, w ramach której wspólnie z Moniką zupełnie bezinteresownie wyprały na ganku nieco więcej koszulek niż same miały.

Opuszczenie Izdobelnego oznaczało rozpoczęcie etapu wędrownego. Wprawdzie Ali w ramach swoich profesjonalnych usług zawiózł część bagaży do Bakczysaraju, który miał być kolejną wielodniową bazą i na przykład Sikorka zamiast plecaka niosła tylko gitarkę, jednak przy ponad kilometrze przewyższenia i między innymi namiotach na plecach śmiało można napisać o niezwykle godnej wyprawie. Zwieńczeniem podejścia było zdobycie najwyższego punktu masywu Czatyr-Dah. Skoro silni ludzie wspięli się na potężnego kamiennego kolosa, posiłek nań odbyty też musiał być wprost mocarny. Nie ma wielu dań, z których sama nazwa uderza swoją mocą, ale jaja na twardo z pewnością do nich należą. Marsz nagimi górami dawał świetny ogląd krymskich ziem, lecz dopełnić ten obraz udało się dopiero wieczorem poprzez odwiedzenie Mramornej Pieszczery. Czyli Marmurowej Jaskini. W jej pobliżu miał następnie miejsce pierwszy namiotowy nocleg. To znaczy z namiotami w plecakach i na rozłożonych na powierzchni pola namiotowego karimatach. Przy czym fakt fragmentu dość płaskiej powierzchni właściwie wyczerpywał listę atutów tegoż pola.

Doświadczeni turyści przypomiają, że w taką pogodę trzeba chronić głowę i oczy. Albo, jak Xylu, głowę, oczy i oczy
U stóp ałupczańskiego Pałacu Woroncowa. I Żóra
Na Czatyr-Dahu, czyli, jak to ujął wieszcz, maszcie krymskiego statku

Kolejny dzień wędrówki był już mniej bogaty w atrakcje. Obejmował jedynie zejście do Zaricznego, skąd drogą żelazną via Symferopol obóz przeniósł się do Eupatorii. Która to jest największym miastem zachodniego Krymu, więc posiada kilka stacji kolejowych. Na przykład taką, na której miał zostać dokonany szturm na peron. I taką, na której widząc napis Eupatoria wysiadła Sikorka. Mając gitarkę i kosmetyczkę. A nie mając na przykład telefonu, dokumentów czy pieniędzy. Sikorka postanowiła więc pobiec za pociągiem do kolejnej stacji. W końcu skoro była już we właściwym mieście, to nie mogła być ona daleko. W tak zwanym międzyczasie taksówką w odwrotnym kierunku pojechał Prof. Ojciec, lecz taksówka jechała ulicami, a nie wzdłuż torów, toteż do spotkania nie doszło. Dystans między stacjami był niemały, lecz Sikorka szybko dotarła do grupy, zabierając się z podróżującym na skuterku przygodnym członkiem lokalnej społeczności. Ów bezimienny mężczyzna na zawsze pozostawił swoje piętno na historii TKT, nadając naszej Sikorce miano МОЛОДЕЦ, które jest jedynym napisem na weterańskiej koszulce napisanym cyrylicą, no i oczywiście na jedynej koszulce z dwoma mianami. Choć nie tylko ów fan jednośladów tak ją określił na przestrzeni całego obozu. No bo to taka МОЛОДЕЦ.

Eupatoria była kolejnym miejscem, w którym spanie odbywało się pod gołym niebem. Golusieńkim. Plaża sama w sobie nie jest najlepszym możliwym miejscem do komfortowego snu, jednak wiążące się z taką miejscówką doznania w porównaniu z efektem porannego lipcowego słonka są jak rozwieszony między silnymi, cieniodajnymi drzewami hamak przy drucie kolczastym. Więc te dwie noce, to był taki hamak z pościelą z drutu kolczastego. I z kamieniami w środku – taka bowiem natura krymskich plaż. Story tę piękną słoneczną pogodę od świtu przypłacił nawet niedogodnościami zdrowotnymi, toteż z ogólną ulgą zostało przyjęte przeniesienie obozu, oczywiście via Symferopol, do Bakczysaraju, gdzie czekały podwiezione z Izdobelnego bagaże oraz wyborne umiejętności kulinarne tamtejszej babuszki. I jeszcze góry. Które łączą piękno natury z historią człowieka, który wieki temu był tam bardzo aktywny i zaradny budując skalne miasta-twierdze. Zatem nie tyleż szczyty, co Czufut-Kale i Tepe-Kermen, czyli tłumacząc z krymskotatarskiego Twierdza Żydowska i Twierdza na Górze były celami ostatniej górskiej trasy całego obozu. Choć Tepe-Kermen, jak można wywnioskować z nazwy, mieści się na szczycie i jest to jeden z najwyższych szczytów w okolicy – całe 544 metry nad poziomem morza. Oprócz tej wyprawy pobyt w Bakczysaraju upłynął pod znakiem zwiedzania tegoż miasta, które onegdaj było siedzibą chanów krymskich oraz niedalekich wypraw – do największego miasta półwyspu, czyli Sewastopola i do nadmorskiego Pieszczanoje, które, etymologia znowu podpowiada, posiada plażę o dość drobnoziarnistej jak na Krym strukturze.

Skalne miasto Czufut-Kale i jedna z jego atrakcji – cień
Zagraniczni artyści przyjechali. Z zachodu
A na międzynarodowych impulsy lecą szybko

Dawna stolica Chanatu była ostatnią krymską miejscówką noclegową tego obozu. Ale nie ostatnią w ogólności – następne w kolejce było miasto, które było stolicą zanim był nią Bakczysaraj, a także został nią ponownie ponad 200 lat upadku chanów. Przy czym mowa oczywiście o stolicy innego państwa. Dawniej Rusi Kijowskiej, dziś Ukrainy. Kijów jest miastem o liczbie ludności większej od Krymu, toteż i bardziej adekwatne wysokiej urbanizacji było miejsce noclegowe. Było nim mianowicie dwupokojowe mieszkanie w jednym z osiedli blokowych. Jego właścicielka wyprowadziła się na kilka dni do rodziny i poinstruowała, żeby nie wychodzić w kilkanaście osób naraz, bo nie chce, by sąsiedzi zorientowali się, że dorabia sobie podnajmując swoje lokum turystom. Być może wychodzące w małych odstępach czasu trzyosobowe grupy, które następnie zbierają się pod blokiem w grupę były tam czymś zupełnie normalnym i niepodejrzanym. Choć może rzeczywiście jest to mniej wskazujące konkretne mieszkanie, niż wylgnięcie na korytarz 15 osób.

Stolica Ukrainy, jakkolwiek była obiektem typowo turystycznego zwiedzania, dała się zapamiętać głównie z powodów muzycznych. Szef z Profem Ojcem załapali się na czynny udział w koncercie w klubie bluesowym. Wprawdzie niektórzy członkowie występującego tam zespołu byli temu przeciwni, ale wobec awarii prądu i sprawnego wykorzystania przez Miziów tej chwili niepewności do wyciągnięcia swoich instrumentów, byli już bezradni. Nikt za to nawet nie próbował przeszkadzać podczas występu całej obozowej ekipy na słynnym Majdanie Niezależności – znalazł się nawet miły pan, który obok wystawionego w wiadomym celu otwartego futerału gitary dostawił zielony filcowy kapelusik. Tak mały, że nawet Sikorka nie miała z niego pożytku. W sumie należy go jednak doliczyć do zysków z ulicznego śpiewogrania – obok ukraińskich hrywien o równowartości około 10 złotych.

Babuszki w Uspienskym Monastyrze w Bakczysaraju
Przed pałacem chanów krymskich

To były już ostatnie dni obozu. I ostatnie czyste koszulki Marysi, która wzięła ich całkiem niemało, bowiem tyle, ile było obozowych dni. Za to każda po złożeniu miała wielkość dziecięcej piąstki. Skojarzenie Marysi z koszulkami jest jednak dużo mocniejsze za sprawą tego, że niedługo po obozie przygotowała ona oficjalny logotyp TKT, który do dziś zdobi koszulki weterańskie. Tylko sama Marysia nigdy takowej nie dostała, bo był to jej jedyny wyjazd z TKT. Choć z drugiej strony są tacy, którzy w 21 dni wyjazdowych na czerwień zasłużyli. Obóz ten był też jedynym wyjazdem z TKT Johnny’ego, który przez cały obóz ani razu nie nadepnął linii. I nawet potrafił wytłumaczyć dlaczego. Nie miał on takiego wpływu na dalsze dzieje TKT jak Marysia, ale kilka lat później jeszcze się przypomniał, będąc gospodarzem w górskiej posiadłości swojej rodziny, która (posiadłość, nie rodzina) była miejscem noclegowym części uczestników majowego wyjazdu w 2015 roku.

Tak podobno wyglądał ten obóz. Pierwszy ukraiński, pierwszy trzytygodniowy. Piszę podobno, gdyż nie było mnie tam i jestem tu jeno skrybą spisującym wspomnienia Szefa. I swoje wspomnienia ze słuchania wspomnień snutych przez innych uczestników. Ale chyba nikt z nich nie miał powodu, żeby kłamać.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Ukraińskie pociągi. Xylu poleca
Aj-Petri. Góra, której wysokość nad poziomem morza można określić na oko
Prof Ojciec, Szef, Ałupka, Morze Czarne. Tylko nie wiadomo, czy widać też niebo
Przy tym zdjęciu aparat fotograficzny zarejestrował godzinę 5:53. Należy jednak pamiętać o różnicy czasowej – najprawdopodobniej powyższa sytuacja miała miejsce tuż przed siódmą rano
Autor: Prof Ojciec

We wspomnieniach TKT nie może zabraknąć bardzo ciekawej i życzliwej nam wszystkim postaci Alego Kaniejewa z Krymu. Było to tak… Dawno, dawno temu, w czasach gdy Szef zdobywał doświadczenie biorąc udział w wyprawach Bractwa Górskiego (XIV LO) pod wodzą Ojca, rozpoczęła się era wyjazdów na Ukrainę. Któregoś razu dotarliśmy aż na Krym do miejscowości Ałuszta. Za wschodnią granicą, zwłaszcza w strefie rosyjskiego języka, szukanie taniego noclegu polega na tym by dać się zauważyć „babuszkom” pod dworcem kolejowym. Z braku takiegoż w Ałuszcie, postanowiliśmy „dać się zauważyć” na pętli linii trolejbusowej. Przy okazji wspomnę, że jest to najdłuższa linia trolejbusowa na świecie wiodąca z Symferopola do Jałty. Kursuje co 15 minut i biletów sprzedaje się tyle co jest miejsc (nie ma tłoku – kultura). Siedzimy więc w Ałuszcie obserwując jak kolejne trolejbusy odjeżdżają do Jałty i znosząc 40-stopniowy upał czekamy na odpowiednią babuszkę. Było ich oczywiście bardzo wiele, ale żadna nie miała oferty dla 19 osób. Zapewniano nas, że jest ktoś kto ma takie warunki, ale przyjedzie po nas dopiero wieczorem. Po 8 godzinach zaczęliśmy już zbierać się do odejścia na plażę z zamiarem rozbicia tam namiotów (ostateczność), gdy nareszcie nasz „wybawca” nadjechał z ekipą kumpli taksówkarzy. Zawieźli nas do wioski Izobielnoje. Było to już w górach, choć tylko 6 km od plaży w Ałuszcie. Dom Alego stał ok. 100 m nad szosą na szczycie kamienistego, powulkanicznego grzbietu. Zbudowany był z miejscowego żółtego „pumeksu” i otoczony nieprzeniknionym murem z blachy i czegoś tam jeszcze. Poznaliśmy jego żonę Linurę i dwie śliczne córeczki. Warunki okazały się spartańskie, ale nam się podobało zwłaszcza, że mogliśmy być wszyscy razem. Ali z rodziną to Tatarzy Krymscy, którzy wrócili w swoje strony z Uzbekistanu, dokąd w czasie II wojny światowej wywieziono ich przodków. Ali miał około 45 lat. Zbudował dom, nawiózł 2000 ciężarówek ziemi pod winorośl i obwoził swoim zdezelowanym autem turystów po całym Krymie. Winoroślą zajmowała się Linura podlewając krzaki non stop przez 12 godzin. Inaczej w tym upale szybko by uschły. Córeczki grzecznie zajmowały się w tym czasie sobą i tak sobie żyli. Dom Alego był wspaniałą bazą wypadową na całe południowe wybrzeże Krymu. Jałta, Liwadia, Sudak, Teodozja, Czatyr-Dah, Aj-Petri… byliśmy tam wszędzie. Ali posiadał ogromną wiedzę i był wspaniałym gawędziarzem. Poznaliśmy tragiczne losy Tatarów Krymskich, ich kulturę, zwyczaje i kuchnię. Linura była mistrzynią płowu (pilaw) i gołąbków w liściach winogron.

Dom Alego
Willa na wzgórzu otoczona winoroślami. Toskania basenu Morza Czarnego

Po przetarciu szlaków przez Bractwo Górskie, z bazy u Alego tekatowicze korzystali jeszcze kilkakrotnie. Na zawsze zapamiętamy niekończące się wieczory na tarasie z widokiem na nocne światła Ałuszty przy dolatujących znad morza dźwiękach zabawy. Owiewało nas ciepłe powietrze od morza, a my śpiewaliśmy do rana. To był czas…

Na koniec muszę wspomnieć Xawerego Dobrzańskiego (XIV LO), który podczas jednej z wypraw biegał po całym Krymie z siatką na motyle. To nie żart. Xawery jako uczeń gimnazjum współpracował już z Uniwersytetem Wrocławskim w zakresie entomologii. Znajdował wiele ciekawych okazów, ale największego odkrycia dwóch nieopisanych dotąd gatunków owadów znalazł u Alego w kloszu lampy świecącej nad schodami na tarasie. Któregoś wieczoru odkręciliśmy klosz. Wówczas Xawery zdobył sławę, a Ali czystą lampę.

Niezależnie od tego w granicach jakiego państwa znajduje się teraz Krym pamiętajcie, że mamy tam Przyjaciół i dach nad głową w razie potrzeby. Na Alego i jego rodzinę wszyscy mogą liczyć jeżeli powołają się na magicznie brzmiące hasło Stefan lub Włodek (Miziowie) z Wrocławia.

Jeśli chodzi o tarasy, to na Ukrainie z pewnością najbardziej znany jest Taras Szewczenko. Ale w kodzie kulturowym TKT niewątpliwie na pierwszym miejscu jest taras u Alego. A zaraz po nim, niewidoczny na zdjęciu, kwas Taras
Profesorowie rodzice i Kaniejewowie rodzina – zdjęcie spoza wyprawy TKT
Stefan Mizia