a

Poręba 25-26 IX 2010

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Przemek Szczepaniak
  • Michał Śliwiński
  • Anula Witkowska
  • Gosia Kaczmarczyk
  • Monika Sikora
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Marta Pałczyńska
  • Marta Łysak
  • Paweł Lorenc
  • Adam Foiński
  • Agnieszka Sroczyńska
  • Kornelia Słabuszewska
  • Asia Huzar
  • Paweł Bogner
  • Jagoda Bogner (Suchecka)
  • Piotr Wojtaś
  • Dominik Gronkiewicz
  • Paweł Dracz
  • Marta Witkowska
  • Zuzia Janik
  • Jagoda Kuźniar
  • Iza Platis (Graba)
  • Ania Kopszak
  • Michał Smolnicki
  • Marcin Hałupka
  • Marta Kapusta
  • Ula Górska
  • Witold Sojka
  • Magda Brożyna
  • Asia Chorbińska
  • Daria Stankiewicz
  • Iga Głód
  • Karolina Pająk
  • Paweł Guzewicz
  • Krzysiek Papierniak
  • Dominika Dąbrowska
  • Ania Bugaj
  • Jurek Rychlewski
  • Kamil Gawlik
  • Kamil Jędryczek
  • Kuba Pawlikowski
  • Asia Zaręba
  • Ania Wójcik
  • Krzysiek Karabon
  • Ania Szmigielska
  • Bartek Surma
  • Agnieszka Puła
  • Asia Strońska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Długopole-Zdrój
Poręba
Zamek Szczerba
Długopole-Zdrój
Zobacz zdjęcia z wyjazdu
Autor: Adam

Pamiętam, jak cztery lata temu wstąpiłem do III LO we Wrocławiu. Rozpoczęcie roku szkolnego, pierwsze zajęcia, zapoznanie się z klasą i nauczycielami, a potem – wyjazd w góry. Organizatorem był młody nauczyciel, tuż po studiach matematycznych – Włodzimierz Mizia. Wtedy udało nam się odwiedzić miejscowość Lasówka w Górach Bystrzyckich. Od tamtego czasu wrześniowe wyjazdy stały się tradycją. Co roku ten nauczyciel, który z upływem lat nie traci zapału do sprowadzania ludzi na dobrą drogę, inwestuje swój prywatny czas, by pomóc swoim uczniom w poznawaniu regionu, innych ludzi, ale i siebie samych. Od września roku 2006 wiele się zmieniło. Zostało założone Nieformalne Koło Turystyczne, ilość wyjazdów w ramach tego stowarzyszenia nie jest już możliwa do pokazania na palcach przez jednego człowieka a śpiewnik wycieczkowy przeszedł niezliczone zmiany. Niektóre aspekty wspólnego podróżowania pozostały jednak niezmienne od lat. Wspólne górskie wędrówki, śpiew przy gitarze, mniej lub bardziej inteligentne zabawy, rytuał spożywania posiłków, noclegowe sale zbiorowe utrudniające oddychanie… Przy okazji piątego wyjazdu wrześniowego pod przewodnictwem Profesora Mizi udało się także sentymentalnie powrócić do miejsca pierwszej wycieczki. Dla młodych i tych bardziej doświadczonych trójkowiczów było to raczej poznanie nowego obszaru. Weterani wycieczkowi jednak mogli odczuć to jako wejście do wehikułu czasu i przeniesienie się o te 4 lata wstecz. Kilka osób z ekipy piątego wyjazdu wrześniowego uczestniczyła w tym pierwszym…

O wybraniu się w góry z moją szkołą postanowiłem ostatecznie o godzinie dwudziestej trzeciej poprzedniego dnia. Moje własne przemyślenia jednak pozostawię dla siebie i zajmę się tym, czym się powinienem – to jest relacjonowaniem. Zbiórkę zarządzono na godzinę 7.20, gdzieś w okolicach dworca głównego (remont bardzo utrudnia jakąkolwiek organizację).Tu muszę nadmienić, iż kilka osób z tak zwanej „piątej a” miało dojechać do reszty sobotniego wieczora. Uczestnicy stawili się w miarę punktualnie, nawet ci, którzy mają w zwyczaju się spóźniać. Jedynie pewna uczennica obecnej klasy III C z ledwością zdążyła wskoczyć do już rozpędzonego pociągu na Międzylesie (tak, hiperbolizuję). Podczas przejazdu nic ciekawego się nie wydarzyło. Bezpiecznie dokonaliśmy desantu na stację zwaną Długopole Zdrój. Przy tej okazji zwykle następuje przywitanie wycieczki i przedstawienie się każdego z osobna. Okazało się, że w najciaśniejszej chwili będzie 50 osób, w tym 4 opiekunów.

W mieście należało dokonać zakupu podstawowego zaopatrzenia. Nie wszyscy jednak musieli iść do sklepu, więc powstał dosyć naturalny podział na ludzi, którym się chce i ludzi, którym się nie chce. Grupa kupująca zyskała na tym możliwość skosztowania leczniczej wody z jakiegoś tam źródełka, jak i możliwość konsumpcji przewybornych wafelków z nadzieniem pomarańczowym. Po powrocie cała grupa (z zakupami, oczywiście) mogła już wyruszyć w drogę do Poręby, gdyż tam stało nasze schronisko (nie wiem, czy można to nazywać schroniskiem – raczej mi to przypominało pensjonat). Po drodze niestety zdarzył się otwarty sklep. Wielkim powodzeniem cieszyły się oranżada z rozlewni Cyranka w zwrotnych butelkach i lody „Śnieżka”. Wizyta w punkcie sprzedaży artykułów żywnościowych trwała dobrą chwilę, lecz owa chwila minęła po pewnym czasie. Następnie grupa się rozciągnęła. Organizator, korzystając ze swej ponadprzeciętnej wiedzy, przytoczył młodym trójkowiczom legendę o św. Janie Nepomucenie, którego pomników na dawnych ziemiach czeskich można znaleźć bez liku, ponieważ był to jeden z najważniejszych czeskich świętych.

Gra w pająka, czyli jeden z niezmiennych elementów TKT (fot. Alinka)
Jest postój, są kanapki (fot. Alinka)

Ostatecznie wszyscy dotarli do docelowego pensjonatu. Tam uwagę wielu przyciągnęły dwa ciekawe zwierzaki: pies i kot. Były do siebie niezwykle podobne – ze względu na rozmiar, jak i na barwę. Poza tym wyjątkowo się lubiły. Po zakwaterowaniu wycieczka ruszyła w dalszą drogę. Mieliśmy odwiedzić Zamek Szczerba i to nam się udało. Przez całą drogę towarzyszył nam pies (ten podobny do kota) i nie odstępował nas na krok. Razem z nami, w ruinach zamczyska, wysłuchał zarysu historii walki Czechów o wolny dostęp do religii i ogólnie o wojnach husyckich oraz ich przyczynach. Następnie wszyscy (łącznie z pieskiem) wyruszyliśmy w drogę powrotną do naszego ośrodka. Oczywiście słowa „droga” użyłem trochę na wyrost, gdyż staraliśmy się przejść wszystko jak najbardziej naokoło, przez co udało się odnaleźć cudowną polanę do długiego wypoczynku, obfitującego w kanapki, zabawy w prezydenta, pająka, słonia i bezsensowne wylegiwanie się w trawie. Po tych wszystkich atrakcjach wycieczka wróciła do ośrodka startowego (piesek zaginął gdzieś po drodze – mam nadzieję, że się odnajdzie, bo go bardzo polubiłem).

Obiad mieliśmy mieć przygotowany na godzinę osiemnastą. Wielkim sukcesem było jedynie pół godziny poślizgu z naszej strony. Jedzenie zostało przygotowane z prawdziwą troską przez panią gospodynię i nie wiem, czy komuś obiad (lub obiadokolacja) nie odpowiadał, choć ankiety nie przeprowadziłem. Po sytym posiłku całość grupy jako tako rozporządziła się po salach sypialnych, a następnie wszyscy zebrali się przy wspólnej gitarze w sali kominkowej. Minuty niepokoju przepływały strumieniami przez palce, a to wszystko przez niecierpliwe oczekiwanie przyjaciół, którzy mieli się lada chwila pojawić. W końcu w progu pensjonatu pojawił się Profesor Bogner, prowadząc ze sobą kilku innych trójkowych absolwentów.

Następne godziny mijały pod znakiem pieśni i gitary. Słowa składały się w wiersze, a akordy w pieśni. Ze strof piętrzyły się góry i wzgórza, a melodie nadawały dźwięk strumieniom i podmuchom wieczornego wiatru. Podróżnicy znużeni podróżą i pięknem poezji śpiewanej coraz gęściej udawali się na spoczynek. Ostatecznie pozostało kilku wytrwałych, którym udało się zaśpiewać „Czarnego bluesa o czwartej nad ranem” dokładnie wtedy, gdy trzeba. Sen jednak pokonał wszystkich…

Obudziłem się o 8:30. Po dokonaniu porannej toalety okazało się, że jest już dziewiąta. Za oknem padał deszcz. W kuchni panowała istna Sodoma i Gomora, a właśnie o dziewiątej powinno już gotowe śniadanie stać. Udało mi się to jakoś uprzątnąć, by innych bajzel nie straszył i wspólnymi siłami stworzyliśmy wykwintne śniadanie, którego nie powstydziłaby się najbardziej ekskluzywna restauracja. Po sycącym posiłku Profesor Mizia postanowił, że rezygnujemy z przejścia planowanego, gdyż intensywne opady deszczu temu nie sprzyjają. W zamian zaproponował zabawy integracyjne i wyjście ze schroniska o godzinie czternastej. Ja jednak uznałem, że wyjazd w góry bez zdobycia jakiegokolwiek szczytu jest stracony, więc sobie indywidualnie zdobyłem Jagodną. W tym czasie odłączyło się parę osób z tak zwanej „V a”, gdyż oni mieli inne plany, a student ma do tego wrzesień wolny i nie musi wracać po weekendzie do domu. Reszta wycieczki zajmowała się sobą. Część grała w mafię, część w karty, a jeszcze inni rozmawiali między sobą na mniej lub bardziej ważkie tematy.

Koniec końców udało się opuścić lokal o planowanej godzinie. Ruszyliśmy wczorajszą trasą do Długopola, więc po półtorej godziny czekaliśmy już na pociąg. Po abordażu, podczas jazdy, Włodek zaprzągł do pracy gitarę, a połowa wędrowców własne gardła tak, by się nawet konduktorzy wstydzili przez nasz wagon przejść. Górski nastrój nie opuszczał nas aż do Wrocławia, a tam w tradycyjnym kręgu odśpiewaliśmy ostatni „Pożegnalny ton”, a następnie każdy z każdym osobiście się pożegnał. Tak oto rozstaliśmy się po piątym już wrześniowym wyjeździe Trójkowego Klubu turystycznego. Następną okazją do wspólnego wędrowania będzie zapewne „Blues nad Izerą” w listopadzie. Oby atmosfera była równie cudowna, a ludzie tak samo wspaniali.

Adam