a

Wójtówka 04-05 XII 2010

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Iga Głód
  • Krzysiek Papierniak
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Monika Sikora
  • Wojtek Olszewski
  • Piotr Mydłowski
  • Igor Żuk
  • Ania Gosiewska
  • Adam Foiński
  • Piotr Wojtaś
  • Adam Gurgul
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Lądek-Zdrój
Borówkowa
Wójtówka
Lądek-Zdrój
Autor: Adam

Wyjazd grudniowy w góry był planowany ze sporym wyprzedzeniem. Pierwotne plany powstały już podczas koncertu w Orlu. Początkowo prof. Mizia wspominał o pomyśle wstąpienia z gościną do Chatki pod Trójgarbem, w okolicach Wałbrzycha. Na stronie internetowej Koła Turystycznego pojawiła się jednak informacja o zmianie planów – bliższym celem okazał się Masyw Ślęży i leżące u jego stóp Sulistrowice. Uznałem, że ta okolica jest równie ciekawa, jak łagodne pagórki niedaleko Wałbrzycha. Nastać miała jednak jeszcze jedna zmiana. Niecały tydzień przed planowanym wyruszeniem na szlak zadzwonił mój telefon komórkowy. Na wyświetlaczu przeczytałem „Prof. Mizia”. Dowiedziałem się, że istnieje jeszcze ciekawsza alternatywa. Opiekunka pensjonatu informowała o niemożności przyjęcia naszej grupy, przez co organizator rozpoczął poszukiwania innych możliwości. Ostatecznie miejsce się znalazło, lecz zbyt późno. Postanowiliśmy zmienić lokację docelową na znaną i lubianą przez wszystkich chatkę niedaleko Lądka Zdrój.

Spotkaliśmy się przed świtem na dworcu głównym we Wrocławiu. Początkowo ciężko było się zorientować, skąd nasz pociąg odjeżdża. Szczęśliwie podstawiono go na peron, obok którego się zastanawialiśmy. Dokonaliśmy udanego abordażu i pojazd wyruszył. Opisywanie samego przejazdu nie ma większego sensu, gdyż mogłoby to czytelnika zbytnio znudzić. O tak wczesnej godzinie mało kto ma ochotę zajmować się bardziej zajmującymi zajęciami. Na uwagę zasługiwał przecudnej urody wschód słońca. Opuściliśmy pociąg na stacji Kłodzko Miasto. Następnie chcieliśmy przejechać do Lądka autobusem kursowym, lecz zgarnęli nas kierowcy busików i samochodów przewozowych. Zostaliśmy wypuszczeni w okolicach lądeckiego rynku, byśmy jeszcze przed wyruszeniem w drogę zrobili zakupy. Szczególnie ciekawy był plakat z promocjami. Można było po okazyjnej cenie kupić ptasie mleczko, słoik chrzanu lub czekoladę orzechową, a to tylko kilka z prezentowanych produktów. Prócz artykułów obiadowych właściwych, niektórzy zainwestowali w różnego rodzaju źródła cukru. Niska temperatura powietrza jednak utrudniała konsumpcję, bo mało komu chciało się ściągać rękawice i narażać dłonie na zgubne działanie mrozu. W tym miejscu przydałoby się wspomnieć parę słów o pogodzie panującej tego dnia. Na niebie nie widniała żadna chmurka, słońce jasno świeciło i było dosyć zimno, czyli standardowo przy takiej pogodzie zimą. Zapowiadały się jednak ciekawe widoki na okoliczne góry.

Z plecakami pełnymi żywności wyruszyliśmy w kierunku naszej chatki. Śnieg rzadko sięgał nam do kolan i szło się bez większych problemów. Mieliśmy iść przez pewną polankę i skręcić w las przy brzozie. W lesie jednak nie rośnie tylko jedna brzoza, ale jakoś daliśmy radę znaleźć właściwą drogę. Przed wejściem w las za naszymi plecami rozciągała się piękna panorama na Lądek Zdrój, Czarną Górę oraz Śnieżnik. Dalsza część drogi minęła dosyć szybko i naszym oczom ukazała się chatka. Tam ktoś na nas czekał. Był to słynny i doświadczony docent chatkarstwa – pan Włodek. Palił on w przywiezionym po długiej absencji kominku i instruował nas, jak należy z piecyka korzystać.

Okazała się rzecz niesłychana. Właściciele chatki przez pomyłkę zakwaterowali tam dwie grupy na ten sam weekend. Prof. Mizia starał się wymyślić jakieś sensowne rozwiązanie, włączając w to przeniesienie się w inne miejsce na nocleg. Po chwili odpoczynku wyszliśmy na spacer – mieliśmy zamiar przy tej pięknej pogodzie podziwiać pejzaże z wieży na szczycie Borówkowej. Na pewnym rozdrożu urządziliśmy długi postój. Pierwszy raz widziałem, jak ktoś gra w „pająka” na śniegu. Wyglądało to zabawnie. Nasz organizator przeszedł się do lokalu, który mógłby nas przyjąć. Ceny jednak były zaporowe i postanowiliśmy pozostać w chatce, szczególnie, że spotkaliśmy wracającą z Borówkowej ekipę (troje dorosłych i trójka dzieci) i wyrazili aprobatę dla naszego pomysłu współdzielenia chatki. Problem wydawał się być rozwiązany.

Podejście pod szczyt było strome. Pod koniec wszyscy szli bez czapek, rękawic i w rozpiętych kurtkach. Jakby ktoś wtedy powiedział, że było zimno, nikt nie dałby w to wiary. Na wieżę wleźliśmy parę chwil przed zachodem słońca. Właściwe słowa, potrzebne do określenia widoków, nie nadają się do publikacji. Zimowy krajobraz w różowym świetle zachodzącego słońca prezentował się wspaniale. Po zachodniej stronie nieba, tuż nad widnokręgiem, pojawiły się szare chmury, otulając do snu znużoną dzienną drogą gwiazdę. Po oszałamiającym pokazie uzyskaliśmy pełnię wspaniałości poprzez degustację czekolady. Schodzenie z wieży uatrakcyjniła zabawa w obsypywanie śniegiem osób znajdujących się niżej. Teraz musieliśmy wrócić do chatki na obiad. Sam się przecież nie zrobi.

Niebo się przyciemniło, a zmrok objął ziemię swymi chłodnymi skrzydłami. Biel śniegu wskazywała drogę. Odróżniała się od przyczernionych późną porą drzew i krzewów. Brak chmur na niebie powodował szybsze ochładzanie powietrza, więc mróz coraz głębiej przenikał wierzchnie warstwy odzienia. Droga się dłużyła i nie obfitowała w warte wspomnienia zdarzenia. Po pewnym czasie wróciliśmy do chatki, a tam czekało na nas ciepło kominka i zapach warzonej strawy.

Nasi współlokatorzy spożyli już posiłki przez siebie przygotowane i kuchnia stała pustką i gotowością służenia Alince i jej umiejętnościom kulinarnym. Obiadokolację naszą miał zaszczycić makaron z sosem i kawałkami martwego zwierza, czyli to, co zwykle. Tym razem do sosu podano doskonale odcedzony makaron, zapewne ręką mistrza tego jakże trudnego i wymagającego nieziemskich umiejętności rzemiosła. Wykwintnemu daniu towarzyszyły morza herbaty, będącej trafnie skomponowaną mieszanką Sagi i jakichś torebek owocowych. Wspaniałość temu naparowi nadawała zapewne Saga.

Po spożyciu nadszedł czas na klasyczną, chatkową zamułę. Kto chciał, śpiewał przy gitarze, kto chciał, rozmawiał na tematy mniej lub bardziej idiotyczne, ale zawsze jakąś cząstkę idiotyczności posiadające. Niektórzy nawet się umyli. Wieczór powoli się tak ciągnął, aż nadeszła godzina godna udania się na spoczynek. Początkowo zastanawiało nas, czy tyle osób się wygodnie pomieści z noclegiem, jednak nasze obawy okazały się bezpodstawne. Ludzi ogólnie znalazło się w chatce chyba 23. Nie pamiętam, kto gdzie spał, ale wszystkim było wygodnie i zostało jeszcze sporo niezagospodarowanego miejsca. W nocy jednak mnie coś obudziło. Jedno z dzieci naszych współtowarzyszy chatkowania miało jakieś problemy trawienne i rodzice starali się mu pomóc, budząc przy okazji osoby o płytszym śnie. Mnie dodatkowo drażniła zbyt wysoka temperatura w pomieszczeniu, lecz inni skarżyli się, że im zimno. Ja się tam nie znam.

Rano wstałem niekoniecznie z własnej inicjatywy. Zająłem na noc ławkę przy stole i po prostu musiałem udostępnić miejsce do spożywania śniadania. Pierwszeństwo mieli „tamci”. Nam i tak się nie spieszyło za bardzo. Poranny posiłek wyglądał równie standardowo, co obiad poprzedniego dnia. Chleb posmarowany masłem (nożem chyba też) oraz góra detali do tych kromek. Prócz tego jeziora herbaty. Przy jedzeniu dowiedzieliśmy się, że odwiedził nas w nocy Mikołaj i porozwieszał różne fanty po okolicznych drzewach. Przypomniało mi się wysypisko śmieci w Wałbrzychu, widziane z okna przejeżdżającego pociągu. Drzewa obwieszone workami foliowymi. Drzewa-workowce. Najwięcej Mikołaj zostawił trójce małych dzieci, ale i dla nas jakaś czekolada się znalazła.

Jako że na pusty żołądek nie powinno się, a już coś zjedliśmy, nareszcie można było się narąbać. Piotrek i Wojtek narąbywali się we dwóch, ja z oboma Włodkami, a inni przynosili zaopatrzenie. Skutkiem tego wszystkiego było potem niezłe grzanie w chatce. Po tym wszystkim trzeba było posprzątać. Wtedy nasi współlokatorzy pożegnali się z nami i zostaliśmy sami. Po sprzątnięciu nieporządku opuściliśmy przytulne lokum i niespiesznym krokiem poszliśmy do Lądka Zdroju. Wyjazd w ten region nie mógł się odbyć bez wizyty w słynnej kawiarence „Toch”. Niestety, czekało nas tam rozczarowanie, gdyż zmieniono miejsce lokalu, jak i dostawcę czekolady i innych produktów. Jakość spadła.

Tym razem organizator postanowił, że wrócimy autobusem pekaesu. Wszyscy wiedzą, jak nieprzyjemne jest podróżowanie tym środkiem transportu. Niewygodny, brzydki i pozbawiony klimatu moloch na kółkach. Na domiar złego nie było miejsc i kazali nam stać pośrodku tego archaicznego wehikułu przez całą jazdę. W pociągu to bym chętnie postał, ale w autobusie to już gruba przesada. Do Wrocławia, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, autobus jednak się dotoczył. Z przyjemnością go opuściłem. Między rozpędzonymi pojazdami, na dworcu autobusowym, dokonaliśmy rytualnego pożegnania i tak się wyjazd do chatki zakończył.

Następnie musiałem jeszcze wrócić do siebie, do Kątów Wrocławskich. Naturalnie chciałem tego dokonać pociągiem. Na start dostał 15 minut opóźnienia. Czas ten się jednak wydłużył do 50 minut. Gdy już go podstawili, dowiedziałem się, iż jest to pociąg z Kłodzka, czyli prawdopodobnie nim byśmy wracali, gdyby ktoś nie wpadł na ten nieciekawy pomysł z pekaesem. Czekałaby nas wtedy wspaniała przygoda z koleją jadącą jak chce i spędzenie dłuższej chwili wspólnie, w cywilizowanych warunkach, a nie jak bydło wiezione na ubój, stojące w boksie i wpadające na ściany przy każdym zakręcie…

Adam
Autor powyższej relacji Adam i Chatka w zgoła innych od opisywanych warunkach pogodowych. Zdjęcie z grudniowej wycieczki rok później (fot. Ed)