a

Wójtówka 13-17 II 2011

Zimowisko

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Wojtek Olszewski
  • Monika Sikora
  • Paweł Kazimierczyk
  • Adam Foiński
  • Paweł Dracz
  • Krzysiek Pawlak
  • Łukasz Chomicz
  • Michalina od Łukasza
  • Patrycja od Łukasza
  • Asia od Łukasza
  • Ed od Adama
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Autor: Adam

W pamięci stoi mi obraz chatki zapamiętany z ostatniego naszego wyjazdu, czyli dni czwartego i piątego grudnia ubiegłego roku. Gruba warstwa śnieżnego puchu okrywała troskliwie zmarznięte góry. Światem wędrował siarczysty mróz, nic sobie nie robiąc ze świecącego raźnie słońca, a chmury poukrywały się daleko za widnokręgiem, jakby czując lęk przed panującą zimą. Z krajobrazu wszechobecnej bieli wyróżniała się ośnieżona chatka z sączącym się wesoło z komina dymem. Los zapoznał nas z panem Włodkiem, najczęstszym bywalcem tego górskiego domku. On właśnie opiekował się ogniem i dbał, by kąśliwe podmuchy lodowego wiatru nie przedostały się przez próg. Już wtedy wyobrażałem sobie przyszłe zimowisko. Profesor Mizia postanowił uczynić narty biegowe główną atrakcją i formą przemieszczania się podczas tego planowanego na ferie tygodnia w górach. Olbrzymie zaspy oraz wspomnienia zeszłorocznej wyprawy napawały optymizmem. Styczeń roku bieżącego jednak nie był już taki zimowy. Zdarzały się dni z temperaturą dochodzącą do ponad piętnastu stopni. W powietrzu czuć było pierwsze powiewy wiosny, a co odważniejsze drzewa puściły pierwsze w tym sezonie pąki. Prognozy pogody wskazywały jednak na nagły powrót zimy w lutym. Miałem nadzieję, że zimowisko będzie zimowiskiem z prawdziwego zdarzenia, czyli ze śniegiem i temperaturami grubo poniżej dziesięciu stopni Celsjusza. Zapowiedzi te sprawiły, że dotknął mnie niemały problem z pakowaniem, a dokładniej odróżnieniem rzeczy niezbędnych, od tych niepotrzebnych na wyjeździe. Skończyło się na tym, ze przygotowałem zestaw ubrań wiosennych i zimowych, by żadna z pór mnie nie zaskoczyła swymi jakże różnymi od siebie stanami pogody. Oznaczało to zwiększenie masy plecaka, ale to nie stanowiło kłopotu. Parę dni przed wyjazdem sam termin wyruszenia do Lądka-Zdroju się zmienił. Uczestnicy chętni byli na szybszy wyjazd, lecz z powodu nagrań do pewnego programu telewizyjnego organizator mógł się udać do chatki w niedzielę rano. Datę powrotu również determinowały różne czynniki, z olimpiadą Wojtka i Sikorki na czele. Kilka osób zapowiedziało dołączenie do nas we wtorek, między innymi profesor Śliwiński, który często zapowiadał swoją obecność. Tak wyglądały wstępne plany zimowiska w Wójtówce. Co miało nas tam czekać? Wędrówki po górach, śpiew przy gitarze, ser w Czechach, ciasta w Tochu, partie Osadników, prace drwalskie oraz czar kominka.

Niedziela obudziła się z chłodnego snu. Mroźne powietrze nie ułatwiało wyrwania się z objęć Hypnosa. Wstać jednak było trzeba, pociąg nie będzie czekał na maruderów. Spotkaliśmy się jeszcze pod osłoną ciemności, w pociągu na Kłodzko. W centrum uwagi momentalnie znalazła się Lamia, psina organizatora wyjazdu. Nie mogła sobie znaleźć dogodnego miejsca w bujającym wehikule, a prof. stale wymyślał nowe skrytki na jej ulubione cukiereczki, którymi były chrupki psiej karmy. Bardziej się dla niej jednak liczyła zabawa, niż sam moment skosztowania przysmaku. Gdy ciemny całun nieba uniósł się nieco, okazało się, że czeka nas piękny dzień. Chmur na niebie niewiele dało się zaobserwować, a rzadkie i czyste powietrze zapewniały niesamowitą wręcz widoczność, umożliwiając nawet obserwowanie odległego Pradziada. Podczas podróży dowiedziałem się o kolejnej zmianie. Miejscem startu naszej wycieczki nie miał być Lądek Zdrój, lecz odległe od niego Bardo, co oznaczało, że czeka nas ponad ośmiogodzinny marsz z ciężkimi plecakami. Jako, że była niedziela, musieliśmy znaleźć czynny sklep i nabyć podstawowe zaopatrzenie. Po drodze mogła się taka okazja nie zdarzyć, a żywności potrzebowaliśmy. Zakupy zrobiliśmy w Bardzie i cały dobytek trzeba było dźwigać na plecach przez góry. Trasa przejścia przebiegała prawie tak samo, jak w trakcie zimowiska sprzed trzech lat – przez Laski, Chwalisław i Orłowiec. Tak, pełni sił i ochoty na maszerowanie, wyruszyliśmy w drogę.

Już po paru krokach poznaliśmy ulubione zajęcie Lamii. Uwielbiała ganiać za patykami. Gdy ignorowaliśmy ją, wymyśliła sprytny sposób na „pokazanie” ludziom patyka. Biegła przed grupę, kładła kija na drodze i czekała, aż ktoś, przechodząc obok, weźmie zabawkę i rzuci. Zapewne nie mogła zrozumieć, czemu jej metoda nie okazała się skuteczna. Pewnie myślała: „Jak mogli tego nie zauważyć? Przecież pod nogami mieli.” Jednak to psa do zabawy nie zniechęcało. Przechodziliśmy przez parę wiosek, a w każdej przynajmniej kilka miejscowych psów wyskakiwało na spotkanie z naszą czworonożną towarzyszką. My, wędrowcy, zwracaliśmy uwagę na inne elementy otoczenia. Piękna pogoda zachęcała do spaceru, a w miarę wysoka temperatura szybko ściągnęła z nas wierzchnie warstwy odzienia. Obserwowaliśmy również kościoły. Jeden przypominał dom Boży z Nowej Wsi Kąckiej, jeden kojarzył się Alince z pożegnaniem proboszcza w pewnej parafii, lecz i tak większość wyglądała tak samo. Zdarzyło nam się po drodze „iść na Laski”. Po kilku wioskach wdrapaliśmy się w okolice Przełęczy Jaworowej i urządziliśmy sobie popas w okolicy wielkiej anteny. Z tamtego miejsca widoki na okoliczne góry były wprost bajeczne. Prof. Mizia uraczył nas tam pomarańczą. Zawsze marzył on o tym, by mieć na wyjeździe jakąś żywność w pudełku. Pragnienie to pomogła spełnić jego żona, szykując już obraną i poporcjowaną pomarańczę w plastikowym pudełku. Zejście z przełęczy do Orłowca prowadziło przez poligon. Istne pole minowe, zabezpieczone przez stado koni. Może właściciel uznał za bezcelowe sprzątanie po swych zwierzętach. Ten fragment trasy nie był łatwy i wymagał skupienia, lecz wszyscy, cali i zdrowi, przetrwali niebezpieczeństwo. Z Orłowca pozostał do chatki niewielki fragment trasy do pokonania, jednak powoli zaczynało się ściemniać. Drzewa okryła delikatna zasłona szarości, a słoneczna tarcza ukryła się za linią horyzontu. Po ostatnim podejściu dotarliśmy do dobrze znanej nam chatki. Stała tak, jak zwykle stoi, jednak jej dachu nie przykrywała gruba warstwa śniegu a źródlany stawik nie zamarzł do dna. Mało zimowe zimowisko się zapowiadało.

Ciężko opisać naszą radość satysfakcję z pokonania tak długiej i męczącej trasy, szczególnie, że końcówkę pokonaliśmy resztkami sił, „na oparach”. Tym bardziej cieszył nas odpoczynek po zdjęciu plecaków i możliwość spoczęcia. Temperatura wewnątrz wynosiła trzy stopnie Celsjusza. Trzeba było więc jak najszybciej napalić w kominku. Tu spotkało nas rozczarowanie. Poprzednia ekipa zostawiła niewiele drewna na opał. Chcieliśmy zapalić także świece, ale świec to ze świecą szukać. W butelce na zprawozmywaku została resztka płynu do mycia naczyń „Ludwik”, na dodatek rozwodniona. Nie było jednak rady, musieliśmy działać. Kominek okrutnie dymił przy rozpalaniu. Prawdopodobnie swoją winę w tym miała nadmierna wilgoć drewna. Atmosferę oczyściło otworzenie okna na poddaszu. Nie trzeba było jednak wieszać siekiery, bo wisiały nawet dwie. Temperatura w pomieszczeniu powoli wzrastała. Szczelnie obstawiliśmy kominek, by jego ciepło ogrzało w pierwszej kolejności nas, potem ściany. Sporym problemem Sikorki były zmarznięte dłonie. Po godzinie wszyscy wiedzieli o tym problemie, łącznie z Lamią. Nie wiem, gdzie ktoś musiałby się schować, by o zmarzniętych dłoniach nie usłyszeć. Okazało się ponadto, że chatka nie jest już tak odcięta od świata. Sikorka potrafiła w swoich telefonach złapać zasięg sieci wewnątrz, ale musiała stawiać urządzenia na oknie. Mało kogo jednak obchodził zasięg telefonii komórkowych. Byliśmy zmęczeni, a co za tym idzie, głodni. Obiad zaczął się robić (makaron z sosem włoskim i smażonymi kawałkami piersi z kurczaka, ale na maśle, bo nie było również oleju), a w oczekiwaniu na niego prowadziliśmy mało rozwojowe dyskusje przesycone suchymi i bardzo suchymi żartami. Zapanowała atmosfera suchości. Ostatecznie posiłek spożyliśmy między dwudziestą pierwszą a dwudziestą drugą. Brak płynu do mycia naczyń znacząco wpłynął na niemożność umycia naczyń. Potem starczyło nam sił na pierwszą partię Osadników, czyli wprowadzenie reguł i edukację prowadzoną przez Wojcia, właściciela gry. Wypalenie się świec przerwało jednak zabawę. Tak nastała pierwsza chatkowa noc. Ja położyłem się na moim standardowym miejscu, czyli ławce wyłożonej baranimi skórami, a reszta ułożyła się na materacach obok. Górę zostawiliśmy przyjezdnym, bo tam było zwykle dużo goręcej i nikt z nas nie miał zamiaru się w nocy smażyć czy gotować. W nocy wydarzył się pewien mało ważny incydent. Usłyszałem dźwięki, jakoś po godzinie czwartej. Uznałem to za element snu i postanowiłem się nie budzić. Melodia się powtórzyła. Następnie usłyszałem przeprosiny Sikorki. Podobno to był budzik jednego z telefonów. Po tym nie obudziłem się aż do rana.

Poranek nie był taki przyjemny, jakby się chciało. Kominek całkowicie zgasł i nikomu nie chciało się wstawać. Głód jednak nieraz wymusza nienaturalne zachowania. Tego dnia czekało na nas sporo roboty, więc zebrać trzeba się było. Niski stan drewna spowodował konieczność intensywniejszych prac leśnych, a koszulki dla weteranów naszego koła też trzeba pomalować. Same tego raczej nie zrobią. Tak więc zabraliśmy się za śniadanie. Paweł wyjął z zanadrza pęk kabanosów. Niby nic w nich dziwnego nie było, lecz źródło ich pochodzenia zaskakiwało. Paweł dostał je na imprezie sportowej o nazwie Copa Cabanos, którą sponsorowała firma Tarczyński, produkująca najwyśmienitsze kabanosy. Prócz tego miałem niewątpliwą przyjemność posmakować wyjątkowego rarytasu z polskich stołów – mianowicie paprykarzu drobiowego. Zawsze myślałem, że paprykarz to ryba szczecińska, a tu taka nowość. Człowiek się przez całe życie uczy. Były pasztety sojowe i jajka w proszku, to czemu ma nie być paprykarz z kurczaka? Czekamy na czekoladę ze smalcu albo Coca-Colę wyciskaną z kartofli. A może tak właśnie Czesi robią Kofolę? W czasie śniadania zrozumieliśmy, jak słabo chatka została zaopatrzona dla nas przez poprzedników. Utworzyliśmy specjalny oddział zakupowy, którego zadaniem miało być przejście do Lądka Zdroju po zakupy z naprędce spisaną listą. Samo tworzenie jej okazało się kłopotliwe, ale długotrwała praca zakończyła się prawie pełnym sukcesem. Na łowy udali się Paweł, Wojtek i ja. Drogę do miasta obraliśmy dosyć ciekawie. Wiedzieliśmy mniej więcej, w którą stronę trzeba iść. Nie udało się jednak znaleźć drogi, więc do Lutyni zeszliśmy „na rympał”. W samym Lądku polowanie zaczęliśmy od Tymbarka. Nadal nie rozumiem tego, co nam pod kapslem napisał. Potem nastało polowanie. Podstawowa znajomość okolicznych sklepów pozwoliła nam dosyć szybko uwinąć się z zakupami, jednak przewędrowaliśmy cały Lądek, od części zdrojowej do rynku, więc nie trzeba było wracać tą samą trasą, którą zeszliśmy.

W chatce okazało się, że część prac planowanych na naszą nieobecność została zawieszona. Drewno nadal czekało na śmiałków, gotowych chwycić w dłonie piły i siekiery, lecz koszulki się częściowo pomalowały. Wiewiórka prezentowała się wręcz bajecznie. Na liście zakupów jednak zabrakło oleju, co mogło stanowić pewien problem przy tworzeniu obiadu, na który nasz opiekun postanowił przygotować stertę naleśników. Nie martwiąc się niedoborami, chwyciliśmy broń drwalską w dłonie i udaliśmy się na szykowanie opału. Niewiele roboty jednak z tym było. Prof. Włodek i dziewczyny pozostali w chatce i szykowali obiad. Tak mi się przynajmniej wydawało. Potem okazało się, że zdążyli rozegrać partię Osadników. Naleśniki zostały usmażone na maśle. Czas na ich konsumpcję nastał około godziny siedemnastej. Towarzyszyły im rodzynki z serem. Tu należy wspomnieć, cóż to za specjał. Gdy stężenie rodzynek w serze z rodzynkami przekroczy pewien pułap, mieszanka ta staje się rodzynkami z serem. Tak było w tym przypadku. Przy ich mieszaniu został zmasakrowany widelec, gdyż mieliśmy nadzieję, że jest twardszy od rodzynek. Prócz wspomnianych rodzynek naleśnikom towarzyszyła bogata gama dżemów i czekoladowo-orzechowych kremów kanapkowych. Nie tylko dla nas gotował Mizia. Dla Lamii przewidział gar kaszy gotowanej z mięsem mielonym. Danie wyglądało apetycznie, lecz nie odważyłem się go skosztować.

Po tym obiedzie poziom lenistwa chatkowego osiągnął wartość szczytową. Nie było się temu co dziwić, bo i niewiele do roboty pozostało. Tak więc zajęliśmy się różnego rodzaju grami intelektualnymi. Wpierw poznałem ciekawą zabawę, o wdzięcznej nazwie „Osioł”. Polegała ona na tworzeniu wyrazów z wypowiadanych po kolei przez uczestników literek. Następnie poznawaliśmy dodatek „Żeglarze” do wojciowej gry „Osadnicy”. Niejednokrotnie ktoś był zmuszony opuścić na chwilę Chatkowy przybytek w różnych celach. Zwykle mówiło się, że trzeba sprawdzić, czy rowery jeszcze stoją. Pamiętam, jak wiele lat temu szliśmy do chatki z profem. W pewnym momencie powiedział: „Wy idźcie, a ja sprawdzę, czy rowery stoją”. W ten sposób wzięło się nowe określenie toalety – rowerownia. Do rowerowni nie trzeba było nawet zabierać ze sobą latarki czy innych źródeł światła. Księżycowi niewiele brakowało do pełni, a noce były w tym czasie wyjątkowo jasne. Poniedziałek zakończył się wraz z napływającym na powieki nasze zmęczeniem i po którejś z rzędu partii Osadników udaliśmy się na spoczynek. Niektórzy bowiem postanowili udać się następnego dnia do Lądka po przyjezdnych, by nie pobłądzili po drodze, a to wymagało ciut wcześniejszej pobudki.

Wyjść mieliśmy z samego rana, po ósmej godzinie. Nie wszyscy, oczywiście. Wstaliśmy tylko ja i prof. Włodek postanowił obudzić resztę chatkowiczów, nastawiając budzik na parę minut po naszym wyjściu. Standardowe drogi do Lądka uznaliśmy za mało ciekawe i zbyt często odwiedzane, więc skorzystaliśmy z dobrodziejstw spacerowego szlaku czerwonego, prowadzącego z miasta na górę Borówkową. Trasa ta wychodziła z lasu na niewielką polanę nad centralną częścią Lądka, początkowo biegła niewielkim wąwozem, z obu stron porośniętym drzewami. Następnie dochodziła do niewielkiej, kilkumetrowej przepaści. Po obejściu jej okazało się, że w ścianie wyżłobiona jest pokaźna jaskinia. Jakże wielkie było nasze zaskoczenie znaleziskiem tak ciekawym i pokaźnym. Grota posiadała jakby dwie komnaty – wyższą cześć przedsionkową i niższą, wewnętrzną. Różne temperatury wewnątrz panujące przyczyniły się do powstania nie tylko sopli lodowych, ale i przezroczystych stalagmitów. Nasza ograniczona wiedza geologiczna nie pozwoliła nam określić, w jaki sposób owa jaskinia powstała. Dopiero potem z mapy dowiedzieliśmy się, iż odwiedziliśmy jaskinię wapienną, czyli prawdopodobnie geneza tego tworu skalnego jest powiązana z wydobyciem. Oczarowani magią miejsca ruszyliśmy w dalszą drogę czerwonym szlakiem spacerowym, licząc na jeszcze ciekawsze znaleziska, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że cokolwiek byśmy spostrzegli, zapewne nie wywarłoby to mocniejszego wrażenia od jaskini wapiennej. Do Lądka zeszliśmy jakieś sto metrów od miejsca, w którym byśmy stanęli, idąc drogą standardową. Przyjezdnych mieliśmy spotkać na lądeckim rynku. Doszliśmy na miejsce w chwili, gdy wypakowywali tobołki z busa, którym akurat przyjechali. Świadczy to o naszym idealnym wyliczeniu czasu. Nikt na nikogo nie musiał czekać. Wśród przybyszy byli: Łukasz, miłośnik nauk społecznych, trzy dziewczyny, które przyjechały z Łukaszem i Mateusz – Ed jednobrwiowy, mój kolega ze studiów, miłośnik militariów, turystyki i mocnych trunków. Michała Śliwińskiego oczywiście nie było. Po prędkim zapoznaniu udaliśmy się na zakupy. Cześć osób pilnowała manatków i Lamii, którą ze sobą zabraliśmy, a cześć zajęła się polowaniem na artykuły spożywcze. Zapamiętałem, że pani w sklepie mięsnym nie chciała sprzedać trzynastu kiełbasek, twierdząc, że sprzedaje tylko parzyste ilości. Z reklamówkami pełnymi żywności udaliśmy się w drogę powrotną do chatki.

Przy samym progu dopadła nas Sikorka z pytaniem, czy kupiliśmy blok techniczny. Nie wiedziałem nawet o konieczności takiego zakupu. Podobno był to komponent niezbędny do utworzenia weterańskich koszulek. Nie zapomnieliśmy jednak o butelce oleju. Dzięki temu mieliśmy okazję skosztować niesamowitego dania naszego nadwornego kucharza – Wojcia. Obsmażył on chleb moczony w jajku z ziołami prowansalskimi. Potrawa prosta, a smaczna. Kromki same znikały ze stołu, jakby je Delmą posmarowano. Pojawił się pomysł odwiedzenia Jaskini Radochowskiej. Wpierw jednak chcieliśmy napić się herbaty, a to wymagało krótkiego odpoczynku, na który raczej nikt nie narzekał. Po pełnym śniadaniu wyruszyliśmy w drogę. Mieliśmy wrócić jakoś przed obiadem. Na pytanie, kiedy ten obiad będzie, odpowiedzią było: „Kiedy wrócimy, to będzie obiad”. Wszystko jasne i zrozumiałe. Po drodze do jaskini rozegraliśmy emocjonującą partię gry w osła. Powstało wiele nowych, ciekawych słów, takich jak tratownictwo czy pustawość. Nie chciano mi jednak zaakceptować słowa „brodziec”, choć doskonale wiedziałem, iż istnieją takie ptaki. W towarzystwie świetnej zabawy doszliśmy do docelowej jaskini. Podzieliliśmy się na dwie ekipy eksplorujące, by nie zatłoczyć jej zbytnio. Wewnątrz było ciemno, ciasno i mokro. Parę razy udało nam się zgubić drogę i dotrzeć do zamkniętej komnaty, a wtedy „ostatni byli pierwszymi”. Spotkaliśmy jaskiniowego lokatora – nietoperza, ale ten jegomość chyba nie był zainteresowany turystami oglądającymi jego mieszkanie. Druga grupa w jaskini spędziła więcej czasu. Jak się potem okazało, jedna z dziewczyn tam po prostu zasnęła. Mimo to wszystkim się udało korytarze opuścić i mogliśmy ruszyć w drogę powrotną, na obiad. Szlak wiódł przez kalwarię umieszczoną na szczycie góry Cierniak. Dziwny twór przypominający głowę kozy przy ołtarzu mógł sugerować, że po godzinach odprawia się tam zgoła inne msze. Niedaleko znajdowała się chatka pustelnika, lecz nie odwiedzaliśmy jej. Zejście z kalwarii prowadziło przez schody sponsorowane przez wiernych. Na niektórych można było się dopatrzeć nazwisk, lub chociaż inicjałów fundatorów tych kamiennych stopni. Tą drogą doszliśmy do Radochowa. Głód zmusił nas do chwilowego postoju przy miejscowym sklepie. Największą popularnością cieszyły się czekolady, gdyż niecnym zrządzeniem losu nikt na drogę nie wziął żadnej tabliczki z własnych zapasów. Po chwili odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę. Niebo zasnuwały cienie. Dzień miał się ku końcowi, a przed nami został ostatni fragment trasy. Wyjątkowo jasne noce nie wymagały użycia latarek, lecz niektórzy odczuwali wewnętrzną potrzebę oświetlania sobie i tak jasnej drogi, co mogło przeszkadzać w dostrzeżeniu nierówności terenu wszystkim innym, prócz osoby, która latarką oświetlała sobie grunt przed swymi stopami. Niejednokrotnie różne osoby nagle spotykały się z ziemią. Po jakimś czasie uznaliśmy, że dobrze będzie podzielić się na ekipę z latarkami i ekipę bez latarek. Ta pierwsza grupa szła przodem, jednak w niewyjaśnionych okolicznościach zboczyła lekko z trasy i oba zespoły dotarły do chatki mniej więcej w tym samym momencie.

W domu termometr wskazywał piętnaście stopni. Grube ściany trzymały dobrze ciepło i nie pozwalały się pomieszczeniom nazbyt wychłodzić. Po wstępnym ogarnięciu się rozpoczęliśmy tworzenie obiadu. Miały do tego posłużyć komponenty zakupione rano. Obiadem stały się: ryż, smażone kawałki kurczaka, warzywa „na patelnię” oraz ciemny sos pieczeniowy. Porcje były odrobinę nierówne i niektórzy więcej jadła dostali, niźli inni, lecz nikt tej rażącej niesprawiedliwości nie spostrzegł. Po obiedzie nastąpiła cześć koncertowa, to jest darcie mordy przy gitarze. Tego dnia mieli jeszcze dwaj maruderzy dojechać, więc nie mogliśmy położyć się spać, bo nie byłoby komu ich przywitać. Czekaliśmy długo, a zmęczenie niemiłosiernie morzyło i odbierało ochotę na cokolwiek. W końcu, około pół godziny po północy, do chatki przybyli Xyl i Krzysiek. Ciepło ich przywitaliśmy miłym słowem i gorącą herbatą, a potem siedzieliśmy jeszcze jakiś czas i gadaliśmy o różnych sprawach. Zmęczenie jednak się wszystkim we znaki dawało i trzeba było się udać na spoczynek. Wszak dzień jutrzejszy miał obfitować w atrakcje i należało na nie mieć energię. Paweł i Krzysiek musieli wstać dodatkowo wcześniej, gdyż nie dostali zezwolenia na parkowanie w obrębie GeoVity i chcieli tę sprawę do końca załatwić z dyrektorką.

Poranne wstawanie zwykle nie jest łatwe. Tym razem jednak wylegiwanie się nie należało do przyjemności, gdyż chatkowy kominek wyrabiał sto dwadzieścia procent normy i leżenie w takim ukropie bardzo negatywnie wpływało na komfort. W górnej części sypialnej panowały zapewne warunki porównywalne z sauną. Nie wiem, jak w takim gorącu dało się spać. Nieprzyjemny skwar zmobilizował nas do porzucenia legowisk i zajęcia się organizacją porannego posiłku. Śniadanie było urozmaicone przedziwnym wyrobem masarskim – kiełbasą ze słoika od Eda. U niego w domu zwykło się robić kiełbasy właśnie w ten sposób, a on strasznie się oburza, gdy ktoś jego wyroby nazwie „konserwą turystyczną”. Następnie Paweł i Krzysiek udali się z własną misją do pani dyrektor w GeoVicie. My w tym czasie ruszyliśmy do lasu z zamiarem przyniesienia drewna do pocięcia i porąbania. Sporo pni udało nam się znaleźć i przytargać pod chatkę, a że pozostało trochę czasu do powrotu emerytów, zajęliśmy się porcjowaniem drewna, by już część roboty przed wieczorem była wykonana. Xyl i Krzysiek wrócili jakoś koło południa, ale nie udało im się niczego załatwić. Wypiliśmy jeszcze wspólnie herbatę i mogliśmy wyruszać w drogę. Plan był ambitny. Trasa wiodła przez szczyt Borówkowej, następnie schodziła do czeskiej osady Travna i zatrzymywała się przy restauracji. Następnie wracała do chatki przez Lądek-Zdrój i kawiarenkę Toch. Wyruszyliśmy z niewielkim, dwugodzinnym poślizgiem.

Podejście pod Borówkową okazało się wyjątkowo łatwe i przyjemne. Wspominaliśmy ostatni, zimowy wyjazd do chatki. Nie przyszło nam wtedy do głowy, że droga na szczyt jest taka szeroka. Wtedy widzieliśmy niewielką, wydeptaną w śniegu ścieżkę. Przechodziliśmy obok polanki, na której graliśmy w śnieżnego pająka, a na zakręcie, przy którym leżały bale drewna, zjedliśmy po kawałku czekolady. Kolejną tabliczkę spożyliśmy wraz z Krystyną Czyczą na szczycie wieży. Widoki tym razem nie zapierały dechu w piersiach tak, jak ostatnio, lecz i tak było na co popatrzeć. Chmur tego dnia pojawiło się trochę więcej, jak ostatnio, a góry nie do końca pokryte zimową bielą nie odbijały aż tak mocno promieni słonecznych. Panorama była jednak warta zachodu, choć do tej pory dnia sporo czasu zostało. Z wieży przeszliśmy na stronę czeską. Niebieski szlak prowadził bezpośrednio do Travnej. Ta część trasy nie była zbyt ciekawa. Jedynie mglista perspektywa czekających w restauracji dóbr zachęcała wędrowców do szybszego marszu. Do karczmy dotarliśmy bez większych problemów i prędko przystąpiliśmy do jej oblężenia. Zajęliśmy dwa stoliki. Szybko okazało się, że jeden jest „lepszy”, a drugi jest „gorszy”. Ten pierwszy został szybciej obsłużony i podano do niego piwo w ładniejszych kuflach. Największym powodzeniem cieszył się oczywiście smażony ser. Do niego serwowano przeróżne dodatki tworzone z ziemniaków: frytki, ziemniaki smażone, ziemniaki gotowane oraz czarodziejskie kulki z ziemniaków. Tych ostatnich detali sposób tworzenia i sama ich idea stanowiły dla wielu osób zagadkę. Po nasyceniu się czeskimi specjałami ruszyliśmy w dalszą drogę – do Lądka, przez sklep z czeskimi słodyczami, pełny fidorków, czekolad studenckich i pistacji. Granicę państwa polskiego zastaliśmy o godzinie osiemnastej. Ściemniło się już prawie zupełnie i nie do końca wiedzieliśmy, czy Toch będzie otwarty. Wykorzystując kontakty telefoniczne udało nam się uzyskać strzępy informacji, z których wynikało, że ta kultowa kawiarenka zamykana jest o godzinie osiemnastej, więc postanowiliśmy zaniechać części planu. Parę osób zeszło jednak do Lądka w celu nabycia kilku niezbędnych artykułów spożywczych. Reszta ruszyła w kierunku Lutyni, z której do naszej chatki pozostawał rzut beretem, choć nikt z obecnych beretu nie miał, by sprawdzić, czy faktycznie moherowe nakrycie głowy pokona ten dystans. Za Lutynią odbiliśmy w naszą stronę przy rondzie. Przystanęliśmy przy domu patana-Michalskiego i obserwowaliśmy stamtąd nielicznych narciarzy na stoku po przeciwnej stronie dolinki. Alinka i Wojciu długo dyskutowali nad kolorem i marką samochodu wcześniej wspomnianego patana. Postać ta jest powiązana z zeszłorocznym zimowiskiem, kiedy to pomagał on z przetransportowaniem kominka do chatki, lecz skończyło się to na pomocy jemu w odgrzebywaniu samochodu z zaspy. Paręnaście minut później byliśmy już w chatce. Dotarliśmy do niej pod osłoną nocy, lecz grupa zakupowa jeszcze przez długi czas nie wróciła.

Ściany nie chciały do wewnątrz przepuścić nawet odrobiny wszechobecnego chłodu. Mimo wielogodzinnej naszej nieobecności, temperatura w chatce utrzymała się na zadowalającym poziomie. Mimo to postanowiono dorzucić drewna do pieca. Nie miałem zamiaru siedzieć w saunie, więc wraz z Pawłem i Wojciem zajęliśmy się piłowaniem drewna. Początkowo robiliśmy to na trzy zmiany, by nikt choć przez chwilę nie próżnował, lecz potem dołączyła do nas koleżanka, więc ustanowiliśmy nową funkcję. Ostatecznie do piłowania niezbędne okazały się cztery osoby – tnący prawy, tnący lewy, siedzący i trzymający. Prócz najbardziej oczywistej funkcji, każda osoba posiadała także szereg zadań dodatkowych, o których tu się nie będę rozpisywał, gdyż nie chcę, by ta relacja zmieniła się w wielostronicową rozprawę na temat piłowania drewna. Mógłbym napisać książkę pod tytułem „Czteroosobowego piłowania drewna metod skutecznych kilka w sposób jasny i przystępny w jednym tomie opisane”. Monotonny dźwięk piły wsuwającej się w drzewny pniak coraz głębiej i głębiej działał jak kołysanka. W paru momentach z wielkim trudem powstrzymywałem natarczywą senność, atakującą me oczy. Uznałem, że warto byłoby kiedyś nagrać ten dźwięk i sprzedawać ludziom cierpiącym na bezsenność. W trakcie tej naszej pracy schodzili się poszczególni uczestnicy wyprawy zakupowej. Ostatnia przyszła Sikorka, zaznaczając swój powrót majestatycznym upadkiem w odległości paru kroków od progu. Osoby pracujące nad drewnem poniechały pracy i wróciły do chatki. Nie było to łatwe, gdyż temperatura wewnątrz już dawno przekroczyła trzydzieści stopni Celsjusza. Po krótkiej aklimatyzacji udało się zająć wygodne miejsca i cała rozśpiewana grupa rozpoczęła wycia i ryki przy zrywającej swe struny gitarze. Nikt jednak nie zapomniał o parzystej ilości kiełbasek, których konsumpcja była przewidziana na wieczór poprzedni, lecz wtedy nikomu się nie chciało. Tym razem poszło bez problemów. Parę osób udało się na miejsce ogniskowe i mimo śniegu i wręcz huraganowego wiatru udało się im rozpalić płomień. Każdy chętny mógł przyrządzić kiełbasę na swój własny, unikatowy sposób. Ten skromny posiłek uznaliśmy za substytut kolacji i nie musieliśmy się już bawić w szykowanie kanapek i otwieranie trudnych do otworzenia konserw czy słoików z dżemem. Następnie kontynuowaliśmy śpiewy, które zakończyły się po czwartej, odegraniem słynnego „Czarnego bluesa o czwartej nad ranem”.

W końcu musiał nadejść ten dzień. Czwartek – dzień powrotu. Przez tych kilka dni wszyscy przyzwyczaili się do spania w dziwnych miejscach, chodzenia za potrzebą do latryny i kąpielą w lodowatej wodzie przy strumieniu. Jednak trzeba było wracać. Obowiązki wzywały i nie można było zamarudzić nawet dnia dłużej. Poranne wstanie przyszło z wyjątkową trudnością. Udało nam się to chyba około dziesiątej. Dzień rozpoczęliśmy śniadaniem, a następnie podzieliliśmy się na parę ekip, z których każda miała zająć się jedną częścią roboty wymaganej do pozostawienia chatki w takim stanie, w jakim chcielibyśmy ją zastać. Tak więc powstała grupa piłująca, rąbiąca, sprzątająca i ostatnia, zajmująca się robotą gówną, znaczy główną. Mieliśmy zamiar zakończyć ostateczne przygotowania około godziny czternastej, by jeszcze odwiedzić kawiarenkę Toch. Ja i obecni uczniowie profa Mizi skończyli swe obowiązki na godzinę przed czasem, co pozwoliło nam rozegrać szybką partię osadników. Nikt nie wygrał, choć Wojciowi brakło jednej karty do osiągnięcia wymaganych dwunastu punktów. Ostatnim elementem pozostawienia chatki było oczyszczenie kominka i zakrycie okien. Spojrzeliśmy w kierunku górskiego domku po raz ostatni i ruszyliśmy w długą drogę powrotną.

Szliśmy przez GeoVitę. Zeszło nam to dosyć szybko i bez żadnego zmęczenia. Wielkie było jednak nasze zdziwienie, gdy ujrzeliśmy zamkniętego Tocha. Chwilę analizowaliśmy, o co chodzi, aż w końcu Wojciu postanowił przejść się do starej lokalizacji przybytku i sprawdzić, co tam się dzieje. Okazało się, że nikt Tocha nie przenosił. Po prostu utworzyli nową filię obok basenu. Stary Toch stał tam, gdzie stał, czyli w grudniu również daliśmy się wyrolować. Co więcej, poprzedniego dnia zamknięto go dopiero o godzinie dwudziestej. Rozwikłanie tej zagadki przyniosło sporo satysfakcji, lecz jeszcze większe przyjemności płynęły z delektowania się tochowskimi specjałami: torcikami i gorącą czekoladą. Nawet brak orzechów w karmelu nie mógł wprawić nas w zły nastrój. Każdemu, kto zapyta, gdzie jest najlepsza kawiarnia, ja odpowiem, że w Lądku-Zdroju i powiem, że to kawiarenka Toch. Po zasłodzeniu i skosztowaniu wszelkich pyszności należało pójść na przystanek autobusowy, by nie przepadł autobus. Ku mojej radości miał on nas dostarczyć jedynie do Kłodzka, nie aż do Wrocławia. Xyl, Krzysiek i Ed pojechali jednak samochodem, więc z nimi pożegnaliśmy się już przed Tochem. Wewnątrz autobusu rozegrała się ciekawa dyskusja o polityce z Łukaszem. W Kłodzku zostało parę minut na ostatnie zakupy. Szczególnie istotne były produkty możliwe do podzielenia. Tak zaopatrzeni ruszyliśmy na peron i wsiedliśmy do podstawionego w odpowiedniej godzinie pociągu.

Droga do Wrocławia mijała spokojnie. Pociąg przyjemnie kołysał i zapewniał sporo miejsca do rozprostowania kości. Uczestnicy wycieczki zajęli się prowadzeniem bardziej lub mniej inteligentnych rozmów i konsumpcją wszystkiego, co zostało, łącznie z Vifonami. Planowe dwie godziny czasu przejazdu przepłynęły między palcami. Prawie nie zauważyliśmy, kiedy minęły. Podróże potrafią ciągnąć się i dłużyć, lecz w takim towarzystwie czas sam z siebie mija, nawet jakby zbyt szybko. Pozostało tylko rytualne pożegnanie na dworcu.

Tak zakończyło się zimowisko. Dziwne to było zimowisko, gdyż bez śniegu i niskich temperatur, za to ze sporą ilością słońca. Zupełna przeciwność zeszłorocznego wyjazdu, w którym nie uczestniczyłem, a z którego relację autorstwa Krissa można znaleźć na tej stronie. W umyśle organizatora powstaje już zarys kolejnych wyjazdów, tak w Sudety, jak i inne, dalsze pasma górskie. Mało ważne jest jednak miejsce docelowe wyjazdu. Jeśli z tymi ludźmi, to dokądkolwiek. Na pewno będzie gites, tak jak gites było na zimowisku w Wójtówce w roku 2011. Do następnego zobaczenia.  

Adam
Zdjęcie tej tabliczki powstało oczywiście podczas innego wyjazdu, ale podczas wyżej opisywanego też tak wyglądała. I choć zawsze tak wygląda, to za każdym razem trzeba do niej podejść i przeczytać ją jeszcze raz (fot. Ed)