a

Ukraina 01-21 VIII 2011

Obóz Wędrowny

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Paweł Guzewicz
  • Jurek Rychlewski
  • Krzysiek Papierniak
  • Kuba Pawlikowski
  • Gosia Kaczmarczyk
  • Krzysiek Karabon
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Wojtek Olszewski
  • Monika Sikora
  • Adam Foiński
  • Ewa Janiszewska
  • Asia Mandryga
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Lwów
Jasinja
Lwów
Sudak
Ałuszta
Lwów
Autor: Adam

Witam. Jeśli czytasz te słowa, znaczy, że coś Cię skłoniło do odwiedzenia strony internetowej Szkolnego Kółka Krajoznawczo-Turystycznego. Zastanawia mnie jednak pewna kwestia. W jakim celu się, drogi czytelniku, interesujesz opisem zdarzeń z obozu wędrownego? Zadałem sobie ostatnio pytanie: „Dla kogo ja to piszę? Jaka grupa społeczna staje się odbiorcą mojej twórczości?” Po pierwsze, pomyślałem, mogą chcieć to przeczytać osoby, które uczestniczyły w wycieczce. Czemu jednak miałyby to robić? Może im się nie chcieć tracić czasu na czytanie o tym, w czym uczestniczyły. Może więc bardziej powinienem pisać dla osób, które nie wyjechały z nami na Ukrainę? Może ktoś, po zapoznaniu się z relacją, następnym razem skusi się na tego typu wakacje? Dlaczego jednak osoba taka miałaby męczyć się z czytaniem takich wypocin, skoro może po prostu przejrzeć zdjęcia? To jest zajęcie dużo łatwiejsze. Czytając, męczą się oczy, trzeba panować nad koncentracją. Obraz jest łatwiejszy w odbiorze, aniżeli słowo. Dlaczego dzisiejsi ludzie wolą w wolnym czasie oglądać filmy, niż czytać książki? Ponieważ nie trzeba się przy nich wysilać intelektualnie. Tak więc nawet osoby z pierwszej kategorii mogą nie zapoznawać się z moim tekstem.

Skoro już wyjaśniliśmy sobie parę kwestii, mogę przejść do meritum. Tekst jest zatytułowany „Ukraina 2011”, więc już wiesz, czego dotyczy, a przynajmniej możesz się domyślić. W tym roku, już po raz czwarty, a po raz drugi na Ukrainie, odbył się wakacyjny obóz pod przewodnictwem nauczyciela III LO we Wrocławiu – Włodzimierza Mizi. Głównymi uczestnikami owych imprez są uczniowie tejże szkoły, chociaż zdarzają się również ludzie z innych, szczególnie z zaprzyjaźnionej Czternastki, w której uczy drugi opiekun ukraińskiego obozu – Stefan Mizia, ojciec Włodzimierza. Obaj mają spore doświadczenie w organizacji i prowadzeniu wycieczek wszelakich i zajmują się tym z zamiłowaniem. Na długo przed wyjazdem ustalili wstępny plan. Dwa pierwsze tygodnie mieliśmy spędzić w ukraińskiej części Karpat, a resztę przeznaczyć na „sentymentalny” pobyt w naszych, polskich Bieszczadach. Plany planami, lecz i tak wiadomo, że życie układa najciekawsze scenariusze i nie ma sensu sztywno trzymać się ram. W podróż wyjechała grupa piętnastu osób, lecz nie udało się do Polski dowieźć jej w całości. A co, jak, gdzie, kiedy, kto, po co i ile, postaram się wyjaśnić w kolejnych akapitach. Niektóre nieistotne szczegóły mogę pominąć. Istotne również mogę pominąć. Pamięć jest, niestety, zawodna a nie zawsze udawało się znaleźć chwilę na sporządzenie notatek.

Na wschód wyruszyliśmy nocnym pociągiem. Wyjeżdżał on z Wrocławia krótko po godzinie dwudziestej trzeciej, do Przemyśla docierał rankiem, następnego dnia. Podróż polskimi kolejami nie należy do komfortowych. Nie było jednak aż tak źle. Korytarzem dało się przejść, młodzi ludzie nie przeklinali aż tak głośno i plugawie, a i wyspać się było można, jeżeli posiadało się karimatę, niski wzrost i brak oporów przed leżeniem na podłodze pod nogami współtowarzyszy podróży. Miejscami jazda stawała się zabawna. Koczujący w przejściu pasażerowie zamierzali opuścić pojazd w Krakowie, lecz się im to z niewiadomych względów nie udało. Konduktor musiał dwukrotnie dla nich wstrzymywać jazdę. Na dalszej trasie nic tak ciekawego się nie zdarzyło. Pociąg punktualnie dotarł do stacji przeznaczenia. Parę godzin wolnego czasu wykorzystaliśmy na porównanie cen hrywien w kantorach oraz na herbatę w okolicznym barze. Nie miałem na nic ochoty, więc nie zamówiłem. Schody zaczęły się, gdy poprosiłem o kluczyk do toalety. Miła pani za ladą zapewne skojarzyła, że nie składałem zamówienia i nakazała uiścić opłatę za skorzystanie z kluczyka. Nie była jednak zbyt konsekwentna, albo po prostu mieliśmy przewagę liczebną i by sobie nie dała rady. Gdy opuszczaliśmy lokal nie krzyczała za mną: „Gdzie moja złotówka, złodzieju!”, więc chyba było wszystko w porządku.

Kolejny etap naszej podróży zapowiadał się busowo. Wpierw z Przemyśla do Medyki, potem przez granicę, a następnie marszrutką do Lwowa. Niewiele się działo podczas samej jazdy. Niektórzy się nie wyspali w pociągu i postanowili czas przejazdu wykorzystać na dospanie. Przynajmniej ja tak zrobiłem. Na samej granicy nie dało się jednak spać. Przekraczaliśmy ją pieszo. Budynki kontroli celnej różniły się znacząco po obu stronach, szczególnie że polska strona ostatnio sporo zainwestowała w renowację przejścia granicznego w Medyce. Ukraińska buda wyglądała tak, jak pewnie wyglądała trzydzieści lat temu. Sam wygląd tego obiektu powodował, że niektóre osoby nabierały pewnych obaw, czy uda im się wstąpić na teren Ukrainy. Ja legitymowałem się paszportem ze zdjęciem jakiegoś dwunastoletniego chłopca, do którego żadną miarą nie jestem podobny. Ukraiński strażnik zapytał mnie o imię, oddał paszport i przepuścił. Jednak nie było się czego obawiać. Inni dostawali jeszcze dziwniejsze pytania, jak na przykład o znak zodiaku. Gdy opuściliśmy rozpadającą się budę celników, oczom naszym okazała się kolejka czekająca na przejście przez granicę w drugą stronę. Wśród tego tłumu jedna kobieta się przewróciła. Od razu odciągnięto ją na bok, przyniesiono krzesło, posadzono nieprzytomną i polano wodą. Od zdrowo wyglądającej kobiety otrzymała jeszcze parę ciosów w twarz. Do dzisiaj zastanawiam się czy osłabiona dziewczyna odzyskała siły sama z siebie, czy te uderzenia doprowadziły do jej regeneracji. Po obejrzeniu scenki ruszyliśmy na poszukiwania najlepszego transportu do Lwowa. Słowo „najlepszy” zostało użyte tu trochę na wyrost. Wszystkie marszrutki wyglądały tak, że raczej nie dostałyby pozwolenia na jeżdżenie po polskich szosach. Chwila negocjacji z różnymi przewodnikami i dostaliśmy pozwolenie na ładowanie się do jednej maszyny. Kierowca nakazał rzucanie plecaków jakkolwiek, więc doprowadziliśmy do zablokowania tylnych drzwi. Nie były jednak potrzebne. Po takim zapakowaniu ludzi i bagaży, samochód ruszył. Polska policja zapewne by się oburzyła, widząc tak przewożonych pasażerów, jednak nie byliśmy już w Polsce. Maszyna, jadąc, podskakiwała i kołysała się na boki, a ja nie lubię walczyć ze snem. Ciężko wygrać, a zwycięstwo nie satysfakcjonuje. Pierwszym widokiem, jaki zobaczyłem po przebudzeniu, był lwowski dworzec kolejowy.

Miałem okazję zobaczyć Lwów dziesięć lat temu. Dlatego mój paszport wkrótce traci ważność. Został stworzony właśnie na tamtą odległą w czasie wycieczkę. Od mojej ostatniej wizyty wiele się zmieniło. Miasto szykuje się na Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, więc naprawia to, co się da naprawić i odnawia to, co aż prosi się o renowację. Natknęliśmy się na masę rozkopanych ulic i remontowanych kamienic. Widać jednak było, że to jest „zachód” Ukrainy. Jakby miasto zostało lepiej dofinansowane, zapewne mogłoby wyglądać lepiej. Ludzie również nie żyją na szczególnie wysokim poziomie. Rzadko kiedy dało się na ulicy dostrzec samochód lepszy od starej Łady, na dodatek jeżdżą one „jak chcą”. Zwykli lwowiacy zapewne się jednak nie przejmowali stanem miasta, bo w nim po prostu mieszkają i będą mieszkać, jakie by ono nie było. Ładnie powinno wyglądać dla turystów i to powoli udaje się osiągnąć. Pomniki błyszczą w słońcu, kamienice nie sypią się przechodniom na głowy, a ławeczki przy deptaku obok opery nadal okupują starsi ludzie grając to w szachy, to w warcaby, to znowu w inne karty. W wielu miejscach można jeszcze odnaleźć ślady polskości. Pomijając najsłynniejszy cmentarz Łyczakowski, do którego z całej Polski zjeżdżają liczne pielgrzymki ludzi chcących popatrzeć na grób Marii Konopnickiej, Stefana Banacha, czy cmentarz Orląt Lwowskich, można we Lwowie zobaczyć pomniki Łukasiewicza, Nikifora, Mickiewicza, tablice pamiątkowe, w tym jedną, zawieszoną na domu Zbigniewa Herberta, oraz wiele mało istotnych detali, które ciężko dostrzec, ale świadczą o polskiej historii miasta. Tuż przy operze, w chodniku, znalazłem jedną kostkę brukową z napisanym po naszemu słowem „Lwów”. Nieraz warto się rozejrzeć, by dostrzec coś ciekawego. Równie interesujące okazały się lwowskie kawiarenki, powstałe w starych, zniszczonych kamienicach, szybach kominowych, czy zaimprowizowanych na ten cel podwórkach. Są one raczej tematyczne. Jedna nazywała się „Gazowa lampa” i za wystrój służyła cała masa lamp gazowych, przeróżnej wielkości i kształtów. Motywem przewodnim innej były baśnie i legendy. Jedna posiadała niezliczoną ilość pięter, nawet na dachu porozstawiano stoliki, a obok nich skrzata, lustro i trabanta ze śmigłem i wiosłami. W kawiarenkach nie zamierzaliśmy zostawiać hrywien. Na Ukrainie sporą popularnością cieszy się sieć gastronomiczna o nazwie „Puzata Chata”. Jest to coś w rodzaju baru samoobsługowego. Ludzie stoją w kolejce z tacami i pokazują (lub mówią, jak potrafią) obsłudze, czego pragną. Można było złożyć dowolną kompozycję z sałatek, zup, mięs, ryb, dodatków, dań kombinowanych i mącznych. Zauważyłem, że to dosyć popularny sposób stołowania się na Ukrainie. Korzystaliśmy z usług Puzatej Chaty tak często, jak to było możliwe. Nikt nie był niezadowolony.

Po początkowym zwiedzaniu należał się nam drobny odpoczynek. Naprzeciwko jednej z opisywanych kawiarenek znajdowała się restauracja-kawiarnia żydowska. Miziowie mówili o tym przybytku sporo dobrego, więc udaliśmy się tam na deser. Cen nie podano w karcie dań. Tradycją Żydów jest targowanie się, więc po zjedzonym posiłku należało się z kelnerem dogadać odnośnie rachunku. Uważam, że to z miejsca stawia klienta w niekorzystnym położeniu, ponieważ skoro już zjadł, zapłacić musi. Kelner może rzucić cenę wygórowaną i nie chcieć jej opuścić za bardzo, więc myślę, że Żydzi więcej zarabiają na tych swoich machlojkach, niż by zarobili uczciwie, z cenami przy produktach. Ofertę jednak mieli ciekawą. Ekler z lodami, lody z dodatkami, kawy z różnymi dziwnymi alkoholami, herbaty nieprzypominające w niczym herbaty, napoje z wrzośca, a nawet drink o wdzięcznej nazwie „Żyd gejów”. Największą furorę zrobiła jednak „Lasa donica”, deser podawany w doniczce. Składała się na niego masa z biszkoptów, lodów, galaretki pomarańczowej i pewnie wielu innych składników, przyprószonych wiórkami czekoladowymi. W to wszystko wetknięto kwiat zerwany zapewne z krzaczków rosnących obok stolików i kilka liści mięty, by cała kompozycja przypominała doniczkę z rosnącą w niej roślinką. Wielkim rozczarowaniem okazał się mus jagodowy, który wyglądał i smakował jak fioletowa margaryna z grudkami. Targowanie się z panią całkiem nieźle mówiącą po polsku okazało się ciekawą zabawą. Wszyscy wykrzykiwali swoje racje, a mało kto pewnie wiedział, ile co faktycznie kosztowało.

Znajdź osobę, która nie pokazuje w górę (fot. Gosia K)

Po tym deserze wróciliśmy do hotelu, w którym uprzednio zostawiliśmy tobołki. Miejsce to nasz profesor już niejednokrotnie sprawdzał, nawet ze swoją klasą wychowawczą, z której tym razem na obóz wybrały się cztery osoby. Pani recepcjonistka całkiem ładnie mówiła po polsku, więc nie było problemu, by się z nią porozumieć. Otrzymaliśmy pokój na samej górze. Wchodziło się stromymi schodami, a parę pięter pokonać było trzeba. W naszym pomieszczeniu znajdowało się siedem łóżek piętrowych, kuchenka gazowa, łazienka (i druga tuż za drzwiami), ubikacja i okno otwierające się tuż przy podłodze. Można było z niego obserwować malowniczo obskurne podwórko, ale można było i przez nie wypaść, albo nawet wlecieć, jak nam to zademonstrował pewien zagubiony gołąb. Wszyscy się w pokoju pomieścili bezproblemowo. Po rozgoszczeniu się, nadeszła pora na ogłoszenia. Nadeszły złe wieści – w Karpatach pogoda się załamywała. Konieczna okazała się zmiana planów, by nie zmoknąć zupełnie. Opiekunowie wymyślili, by uciec przed deszczem tam, gdzie na pewno deszczu nie będzie, czyli na Krym. Pan Stefan zakupił nawet bilety na dziesiąty dzień sierpnia. Postanowiliśmy jechać na kilka dni w ukraińskie Karpaty, a następnie wrócić do Lwowa i stąd wyruszyć na Krym.

Następnego dnia mieliśmy zwiedzać wyżej wymieniony cmentarz Łyczakowski, a następnie jechać pociągiem do Jasinji, miasteczka w górskiej dolinie. Śniadanie zjedliśmy w sposób już prawie tradycyjny – każdy dostał po dwie bułki i kilka łyków mleka/kefiru, w zależności od preferencji, z foliowych worków takich, w jakich i u nas jeszcze niedawno się mleko sprzedawało. Jeszcze raz odwiedziliśmy Puzatą Chatę i ruszyliśmy na dworzec główny, z którego odjeżdżał nasz pociąg. Wagonów nie miał zbyt wiele, bo chyba siedem. Za to jakie to były wagony! Prawdę pisząc, nie spodziewałem się, że koleje ukraińskie mogą wyglądać lepiej, niż koleje polskie. Bilety nie są sprzedawane na pociąg, lecz na miejsce. Gdy się skończą miejsca, biletów się po prostu nie sprzedaje. Dzięki temu nie ma możliwości, aby pociąg był przeładowany. A miejsca te są miejscami leżącymi, do spania, składanymi w razie potrzeby. Każdym wagonem opiekuje się jeden konduktor. Trzyma wszystkie bilety i wie, kto zamawiał pościel i kto gdzie wysiada. Gdy stacja docelowa pasażera wypada na godziny nocne, konduktor na chwilę przed stacją budzi podróżnego i informuje, że pociąg zbliża się do jego celu. Prócz tego, można u kierownika wagonu zamówić herbatę, którą nieraz podają z mocno sprasowanym cukrem w kostkach, który mi bardzo posmakował. Miejsca otrzymaliśmy w jednym wagonie, dzięki czemu nie trzeba było się rozdzielać. Kolacja przypominała śniadanie. Była to bułka z mlekiem/kefirem, ale tym razem doszła nam herbata do repertuaru. Jazda nie trwała specjalnie długo i około godziny dwudziestej drugiej wysiedliśmy z pociągu, lecz on, prawie pusty, pojechał dalej.

Pierwsze nasze przejście przez Jasinję odbyło się późnym wieczorem. Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy przemierzali jakąś wiochę zabitą dechami. Z niektórych bram dobiegało nas szczekanie psów, z innych meczenie kóz. Prędkim krokiem przeszliśmy do naszej turbazy, która zwała się „Edelweis”, co po naszemu znaczy „szarotka”. Był to dwupiętrowy budynek z drewna. Obok znajdowała się knajpa, a przy niej parę ogrodzonych i zadaszonych stolików, przy których bez większych problemów mieściła się cała nasza piętnastka. Aby dojść do pola namiotowego, należało przejść po drewnianym mostku rozpiętym nad wąską i niezbyt przyjemnie pachnącą rzeczką, która parę kroków dalej łączyła się z inną, znacznie czystszą. Wszystko było ładnie oświetlone i nie dało rady się zgubić. Późny wieczór, powoli przechodzący w noc, spłynął nam na rozkładaniu namiotów. Najwięcej zabawy miał z tego prawdopodobnie Papek. Męczył się nad swoim namiotem, by go porządnie rozstawić, a i tak konstrukcja wyglądała jak siedem nieszczęść. Nie miało to jednak znaczenia większego. Spełniał swoją funkcję, czyli dało się w nim spać. Przed snem jednak pozwolono nam zażyć kąpieli. Dusz kosztował dziesięć hrywien, a znajdował się w głównym budynku turbazy.

Bliźnica i jej trojaczki (fot. Gosia K)
Pasterskie chaty na zboczach Bliźnicy (fot. Gosia K)
Gosia, Howerla i reszta Czernohory (fot. Gosia K)
Rób szybko, bo chcemy oglądać dalej (fot. Gosia K)

Rankiem można było lepiej przyjrzeć się wiosce. Okazało się, że nie jest taka mała. Stacja kolejowa znajdowała się prawie po jej środku. Niedaleko stała regularna bryła jakiejś szkoły i dwa kościoły katolickie. Sporej wielkości cerkiew znajdowała się właśnie na etapie budowy. Domy faktycznie wyglądały na stare i zaniedbane, ale czego można było się spodziewać po takim miasteczku na krańcu świata. Przy głównej ulicy, w miejscu, gdzie najbardziej się rozszerzała, swoim majestatem zapraszał do swego wnętrza hotel o nazwie „Złota Korona”. Nie mieliśmy jednak okazji w nim gościć, a nawet się stołować. Pani kelnerka poleciła nam inną restaurację, w której można tanio zjeść. Jadłodajnia ta sąsiadowała z świetnie zaopatrzonym sklepem. Można było w nim kupić wszystko to, czego się akurat zapragnęło. Może trochę teraz wyolbrzymiam, ale wybór mieli faktycznie spory. Od zapałek i masła, przez doniczki i szklanki, po sprzęt AGD i rowery. Można było kupić nawet lody żelkowe i napój gazowany o smaku gumy do żucia „Donald”. Sprzedawali również mrożone pierogi. Siedząc w restauracji zdarzyło nam się widzieć, jak kelnerka wychodzi na chwilę z lokalu i po chwili wraca z workiem mrożonych pierogów. No cóż, przynajmniej nie starali się ukryć, że serwują swoim klientom mrożonki. W piątek, przy głównej ulicy, w Jasinji odbywał się bazar. Miejscowi sprzedawcy rozstawiali swoje kramy i starali się zdobyć parę hrywien za kilogramy owoców czy warzyw, ostrzałki do noży, komplety kredek czy klamerek, przeróżne ubrania tradycyjne i mniej tradycyjne i wiele, wiele innych. Jeden handlarz oferował nawet polskie budynie. Tak więc, mimo że wioska znajdowała się na krańcu świata, można było w niej zakupić towary przeróżne. Miejscowi ludzie widocznie potrzebują różnych rzeczy, nie tylko sera i mleka własnego wyrobu. Ludność tamtejsza zwie się Hucułami. Wielu nadal mieszka w drewnianych chatkach, gdzieś w górach i pasa tam bydło. Nieraz spędzają w taki sposób po trzy miesiące i tylko raz na jakiś czas podjedzie do nich samochód z żywnością. Mieszkańcy tej części Karpat żyją bardzo skromnie. Było to widać po ich sposobie ubierania się, po wyglądzie ich domostw i samochodów. Wszystko sprawiało wrażenie takie, jakby było już bardzo stare i zniszczone, ale nadal spełniało swoją funkcję, więc ludzie nie widzieli potrzeby wymiany ubrań czy samochodów tylko dlatego, że już są niemodne lub trochę zniszczone. Porównuję sobie to z sytuacją u mnie, w Kątach Wrocławskich, mieście o porównywalnej wielkości. Jeśli, przez lenistwo, psa wyprowadzę ubrany w ulubione spodnie dresowe i stare kapcie, po paru dniach docierają do mnie wieści, że ludzie mówią: „Jak on się nie wstydzi tak chodzić!”. Widocznie na Ukrainie, szczególnie południowo-zachodniej, ludzie się nie wstydzą i jest im to obojętne. Prócz tego, mieszkańcy tych rejonów lubią się bawić. Parę nocy z rzędu było nam dane obserwowanie pokazów fajerwerków. U nas, poza ostatnim dniem roku, chyba zakazane jest odpalanie sztucznych ogni.

Dosyć jednak o ludziach i samej wiosce. Jako, że znajdowała się w dolinie, otaczały ją góry. Z Jasinji rozciągał się ładny widok na Gorgany i Masyw Czarnohory, z wybijającymi się ponad przeciętności kolosami – Petrosem i Howerlą. Szczyty te mieliśmy zwiedzić, lecz na pierwszy dzień były już inne plany. Wstaliśmy o rozsądniej godzinie i wyruszyliśmy w kierunku masywu Świdowca. Pan Stefan nas poinstruował, że nie należy zabierać ze sobą zbyt dużej ilości wody, ponieważ Karpaty są gęsto poprzecinane strumyczkami z wodą nadającą się do picia. Droga początkowo prowadziła przez kołyszący się na boki mostek drewniany, zabezpieczony siatką ogrodzeniową, a następnie zatrzymywała się przy cerkiewce drewnianej, zbudowanej w roku 1824. To zabudowanie sakralne pozwoliło na wygłoszenie krótkiego wywodu na temat upadku katolicyzmu na ziemiach wschodnich. Napełnieni płomieniem oświaty, wyruszyliśmy w szlak, przez góry, by dojść do małej osady, która zapewne za parę lat stanie się popularnym na Ukrainie kurortem narciarskim. Przy każdym budynku widzieliśmy pracujących budowlańców, a góry zostały zmiecione ciężkim sprzętem, by je przerobić na stoki narciarskie. Trochę smutno było patrzeć, jak człowiek wdziera się agresywnie w naturę i wydziera jej ostatnie skarby, chronione przez wieki w tych trudno dostępnych górach. Miejscowi ludzie są jednak biedni i zapewne nie myślą o niszczeniu środowiska naturalnego, ale o potoku pieniędzy, które przypłyną w rejon obwodu zakarpackiego, wraz z rzeszami turystów z całej Ukrainy, a może i z innych krajów. Będąc w tej wiosce mieliśmy chwilę czasu na namysł. Okazało się, że jeśli mielibyśmy trzymać się kurczowo pierwotnego planu, nie zdążylibyśmy do Jasinji przed zmrokiem, nie mówiąc już o obiedzie, czy nawet kolacji. Autorytarnie postanowiono, że jednak dajemy sobie spokój ze Świdowcem i wracamy do miejsca wyjścia, ale, oczywiście, inną drogą, by było ciekawiej. Muszę przyznać, że ciekawiej chyba się nie dało. Przedzieranie się przez chaszcze, przeskakiwanie zwalonych pni drzew, trawersowanie znaczną stromizną, powierzając swoje utrzymanie się przy ścianie sporym kępom trawy, gęstwiny malin, brnięcie wzdłuż strumienia, lub nawet strumieniem… Wszyscy do Jasinji doszli poobijani, podrapani, zmęczeni, ale szczęśliwi i pełni satysfakcji. Zostało nam już tylko udać się na obiad do wskazanej przez restauratorkę hotelową jadłodajni. Obsługa była dosyć dziwna. Pani wolała przeglądać się w lusterku i poprawiać włosy, niż zajmować się klientami. Nic dziwnego, że Pająk dostał blincziki we wszystkich możliwych smakach, chociaż zamawiał tylko jeden rodzaj, a ja na pierogi z serem czekałem ponad półtorej godziny. Po tym posiłku wróciliśmy na nasze pole namiotowe. Po kąpieli wszyscy udali się do swoich namiotów i poszli spać. Następny dzień zapowiadał się intensywnie, więc trzeba było zregenerować siły i wyspać się, by wstać rano, o wczesnej godzinie. Tak minął trzeci dzień obozu.

Transport i przewodnika zamówiliśmy na wczesny poranek. Szybko zeszło nam śniadanie i już byliśmy gotowi na jazdę. Maszyna, która miała mas na zawieźć pod Petrosa, bo właśnie na Petrosa iść mieliśmy, wyglądała jak z poprzedniej epoki. Zastanawiałem się, gdzie ma stanowisko na karabin maszynowy, albo chociaż skład broni ręcznej. Kierowca zapakował nas do sporej skrzynki z poustawianymi siedziskami i ruszył. Początkowo spokojnie, bo i droga była łagodna. Im jednak wyżej wjeżdżał, tym się szlak stawał bardziej stromy i nierówny. Kiedy zdawało nam się, że samochód już dalej nie pojedzie, kierowca nas zaskakiwał swoimi przemyślanymi rozwiązaniami, które u nas wywoływały przyspieszone bicie serc. Wyobrażałem sobie już, jak maszyna traci przyczepność i stacza się na dno dolinki. Nic się jednak takiego nie stało. Na ostatnim podjeździe, dosyć stromym, kierowca zbyt gwałtownie wyrwał do przodu i zerwał mu się jakiś element samochodu. Wypuścił nas z bagażnika i powiedział, że on tam szybko musi po to iść, bo mu ktoś jeszcze zabierze. Myśleliśmy, że skoro mu tak dobrze idzie, to na sam szczyt Petrosa nas wwiezie. A więc, prowadzeni przez przewodnika Żenię, poszliśmy. Pogoda nam dopisywała. Słońce górowało nad szczytami, a brak chmur zapewniał wspaniałe widoki na odległe góry. Z zapałem zabraliśmy się do zdobywania Petrosa. Przed samym wejściem wielu turystów porozbijało swoje namioty. Dalej, na szlaku, również spotykaliśmy sporo Ukraińców. Poczułem do nich podziw, ponieważ my Polacy, w góry mogliśmy iść tylko w profesjonalnych butach trekkingowych, a oni świetnie sobie radzili w klapkach nałożonych na bose stopy. Brak sprzętu nigdy nie stanowi problemu, jeżeli nie idzie w parze z brakiem chęci. Na szczyt dali radę wejść turyści i wyposażeni, i niewyposażeni. Po drodze, przy jednej formacji skalnej, dało się usłyszeć piski. Prawdopodobnie miejscowe ptaki drapieżne uwiły tam gniazdo, a młode domagały się żywności. Gdy jednak pierwsza cześć naszej grupy przeszła obok rzeczonych skał, ptaki rozsądnie umilkły. Pierwsza rzecz, która się na górze rzucała w oczy, to przewrócony krzyż katolicki. Obrazek ten świetnie ilustrował opowieść z poprzedniego dnia, o upadku katolicyzmu. Prócz krzyża, na szczycie siedziało paru Ukraińców, wyglądających na doświadczonych podróżników. Poprosiliśmy jednego, by nam zrobił zdjęcie. Wziął aparat i zaczął mówić: „Co się u was mówi przy robieniu zdjęcia? Ser? Cheese? A wiecie, jak się u nas mówi? Sraka!” Oczywiście naszą reakcją był szczery i niemożliwy do opanowania śmiech. Owszem, było to głupie, ale nikt nie spodziewał się takiej puenty. Była po prostu zaskakująca, ale to metoda na uzyskanie uśmiechu przy robieniu zdjęcia raczej dobra. Po tej sytuacji mieliśmy jeszcze chwilę na oglądanie widoków ze szczytów. Słowa nie oddadzą w pełni tego, co widzieliśmy. W takiej sytuacji lepiej sprawdzają się łatwiejsze w odbiorze zdjęcia. Wystarczy wspomnieć, że udało nam się zobaczyć Rumunię i Popa Iwana, którego tak bardzo chciała odwiedzić Sikorka.

Za 40 kilometrów skręć w lewo (fot. Gosia K)
Typowa plaża południowego Krymu (fot. Gosia K)
Ciężko jest zasnąć w taką noc (fot. Gosia K)
Petros i Howerla – dwa najwyższe szczyty zdobyte kiedykolwiek przez TKT (fot. Gosia K)
Petros (fot. Gosia K)

Kolejną częścią tego dnia miało być wejście na najwyższy szczyt Ukrainy, to jest Howerlę. Po zejściu z Petrosa należało przejść jeszcze po w miarę równym szlaku. W pewnej odległości od głównego szczytu zatrzymały nas służby leśne. Jak w wielu krajach, najwyższy szczyt na Ukrainie ma status parku narodowego. Należało więc zapłacić za wstęp. Strażnicy wyglądali tak, że nie miałbym ochoty się z nimi kłócić. Domyślam się, że w swojej chatce trzymali pancerną szafę z bronią i jeśli ktoś się przekradnie przez kontrolę, wyciągają strzelby i strzelają do turystów, dopisując sobie punkty za trafienie. My się jednak nie przekonaliśmy, czy moje przypuszczenia były trafne. Góra Howerla różni się od Petrosa. Z większej odległości wydaje się trochę od niego niższa, chociaż w rzeczywistości przewyższa go o około czterdzieści metrów. Samo podejście pod Howerlę jest dosyć kamieniste, ciężko się po nim idzie. Szlak na Petrosa był po prostu stromy, lecz nie obfitował w wiele zdradzieckich kamieni, które tylko czekają, aż ktoś ułoży na nich stopę, a wtedy złośliwie się odsuwają. Tragedii jednak nie było. Ludzie z małymi dziećmi podchodzili pod najwyższy szczyt Ukrainy, więc i polscy turyści dali radę. Na wierzchołku panowały wietrzne warunki. Gdyby nie prażące słońce, byłoby od tej wichury nawet chłodno. Prócz wspomnianego wiatru, dobiegały nas na szczycie patriotyczne pieśni ukraińskie, śpiewane przez inną grupę. Ukraińcy chyba są dumni ze swojego narodu, swojego kraju. Na szczycie najwyższego wzniesienia wznieśli dodatkowo pomnik-herb Ukrainy i krzyże prawosławne. Na słupach powiewały bandery – flagi ukraińskich nacjonalistów. Prócz elementów kultury miejscowej, mogliśmy pooglądać dalszą cześć panoramy okolicznych gór i uświadomiliśmy sobie, ile drogi by nas jeszcze czekało, gdybyśmy jednak chcieli się wybrać na tego Popa Iwana. Zeszliśmy więc w umówione miejsce, w którym czekał na nas już kierowca maszyny, załadowaliśmy się do wnętrza i zjechaliśmy z powrotem, do naszej turbazy. W Jasinji odwiedziliśmy znaną już nam restaurację. Tym razem odważyłem się na zupę – soliankę. Nigdy wcześniej się z tą potrawą nie spotkałem. Trochę mnie zaskoczyły pływające w zupie oliwki i skórka z cytryny. Każdy wybierał raczej pełne zestawy obiadowe. Wyjątek stanowiła Sikorka, której wystarczały herbatki owocowe. Po obiedzie i prysznicu, udaliśmy się na spoczynek.

Dzień piąty minął leniwie. Nikt niczego nie planował, mieliśmy odpoczywać po dwóch dniach intensywnych. Wstaliśmy więc trochę później niż zwykle i nie musieliśmy się spieszyć z robieniem i konsumowaniem śniadania. Pojawiła się możliwość wyprania brudnych ubrań. Pani w głównym budynku postanowiła nam udostępnić pralkę. Ciuchy wróciły już prawie suche i w cudowny sposób rozmnożone. Wojciu w ten sposób zdobył dodatkową parę skarpet. Jako, że nie mieliśmy tego dnia zbyt wiele do roboty, opiekunowie postanowili, że przejdziemy się chociaż na stację kolejową, by zakupić bilety do Lwowa. Przechodziliśmy przez wcześniej wspomniany bazar, więc nie widzę potrzeby go opisywania ponownie. Na samej stacji okazało się, że kasy otwierają jedynie w okolicy przyjazdu pociągu na stację, więc rezerwacja nam nie wyszła. Nasi nauczyciele postanowili, że później udadzą się powtórnie na stację i już sami kupią bilety. Reszta dnia spłynęła na zabawach integracyjno-intelektualnych. Graliśmy w mafię a profesorowie zorganizowali ankietę do teleturnieju „Familiada”. Równym zainteresowaniem cieszył się komiks Wojcia, japońska manga, o tytule „Król wilków”. Tego dnia obiad mogliśmy spożyć wcześniej, niż zwykle. Okazało się, że niedaleko naszej standardowej restauracji, znajdowała się inna, z porozwieszanymi na ścianach obrazami – artystycznymi interpretacjami poszczególnych znaków zodiaku. Jadłospis zawierał różne zestawy obiadowe, ale w znacznej części pokrywał się z menu poprzedniej jadłodajni. Zastanawiało mnie, czy mrożone wareniki i blincziki kupują w tym samym sklepie – „Mydło i Powidło”. Po obiedzie to się chyba nic ciekawego nie działo, a po kolacji jeszcze parę godzin spędziliśmy na zabawach intelektualnych. Rozważaliśmy przeróżne, złożone problemy, typu: jak smakuje mięso albatrosa, dlaczego po operacji wzroku nie należy jeździć pociągiem, czemu nie można otwierać okien w dusznych pomieszczeniach, czy na co należy uważać, gdy widzi się na ulicy bliską, dawno nie widzianą osobę. Potem mieliśmy okazję obejrzeć jakiś amerykański film z ukraińskim podkładem głosowym. Niewielu jednak było zainteresowanych. Tak nam uciekł dzień piąty, dzień lenistwa.

W sobotę wracaliśmy na szlak. Obudziła nas niełaskawa pogoda. Mglista i prawie deszczowa. Niektórzy spanikowali, lecz przewodnik Żenia zapewnił nas, że w górach będzie słonecznie i nie należy zabierać ze sobą zbyt wiele odzieży izolacyjnej. Z rana podjechał pod naszą Szarotkę wynajęty bus, który miał nas dowieźć tam, gdzie chcieliśmy dojechać. Pierwszym punktem podróży okazał się wodospad. Następnie wróciliśmy do busa, a kierowca zawiózł nas w Gorgany. W trakcie jazdy okazało się, że słońce wygania chmury i niepogodę. Kto zabrał ze sobą polar lub kurtkę, żałował. Na szlak wyruszyliśmy już w pełnym blasku słońca. Kamienne rumowiska z daleka witały nas zielono-żółtą barwą mchów. Pierwszym szczytem do zaliczenia był Chomiak. Przewodnik nam wytłumaczył, że jest to nazwa małego, puchatego zwierzątka. Droga pod górę prowadziła wpierw przez las, a potem przez typowe dla tego pasma kamienie. Marsz przerodził się we wspinaczkę. Wierzchołek Chomiaka zajmuje betonowy posąg Matki Boskiej. Po co on tam ustawiony – nie wiem. Ludzie chyba lubią zbliżać się do Boga, stawiając mu pomniki najwyżej, jak się da. Stąd właśnie wzięła się idea wysokich wież w gotyckich kościołach. Człowiek chce dosięgnąć Boga, więc stara się jak najwyżej wejść i tam go chwalić, w przeświadczeniu, że wyżej jest Boga większe „stężenie”. Po chwili kontemplacji należało ruszyć dalej. Żenia wybrał nam ciekawe zejście z tego Chomiaka. Była to droga ekstremalna, pełna niespodziewanych stopni i łapiących za ręce i nogi gałęzi kosodrzewiny.

Papek był retro zanim to było modne (fot. Gosia K)
Jej Wysokość Bliźnica (fot. Gosia K)
Esencja Gorganów (fot. Gosia K)
No stromo (fot. Gosia K)

Następnie, z przełęczy, szlak nasz wiódł na szczyt sąsiedni, to jest Syniak. Droga dalsza była dosyć monotonna. Nic się nie zmieniało. Kamienie, kamienie, kosodrzewina, kamienie… Gdy weszliśmy już na sam szczyt, zobaczyliśmy… więcej kamieni. A co dopiero przy zejściu. Idziemy, a tu… kosodrzewina! Przewodnik nie do końca wiedział, jak zejść. Mówił, że pierwszy raz tak idzie i ma nadzieję, że dobrze. Szedł przed nami, sprawdzał stabilność kamieni i odrzucał zwalone pnie drzew, grodzące nam drogę. Od czasu do czasu znikał w okolicznych gęstwinach i po chwili wracał z pełnymi garściami kurek lub jagód. Ostatecznie sprowadził nas do jakiejś przydrożnej wioski. Okazało się nawet, że właśnie tam chcieliśmy się znaleźć. Rozłożyliśmy się z odpoczynkiem na drewnianym mostku, rozpiętym nad czarną od błota rzeczką. Po niedługim czasie przyjechał po nas wynajęty transport i już miał nas odwieźć do Jasinji, gdy nagle zatrzymał się w dziwnym kompleksie narciarskim. Było to Bukovel. Wyglądał naprawdę porządnie. Nie widziałem kurortów austriackich, szwajcarskich czy włoskich. Nie mam więc porównania, ale jestem zdania, że ukraiński Bukovel może przyciągnąć do siebie turystów z Europy. Wszystko wyglądało na nowe, jakby dopiero co ukończone. Lodowisko służyło obecnie za staw, przy którym wypoczywali turyści, a na środku placyku otoczonego przez sklepy, radośnie tryskała fontanna. Ceny również były „pod turystów”. Za pół litra wody mineralnej kazali sobie płacić dziesięć hrywien. Dla porównania, na lwowskim dworcu za taką samą cenę kupiłem dwa litry „Dobrej Wody”. Po zwiedzaniu zimowej infrastruktury Karpat Wschodnich wróciliśmy do naszej wioski. Tam zjedliśmy obiadokolację, oczywiście w naszej ulubionej restauracji, a następnie, po wykorzystaniu kosztującego dziesięć hrywien dusza, poszliśmy spać. Tak minął nam szósty dzień obozu. Kolejnego miała się zakończyć nasza „Karpacka przygoda”. Krym czekał.

Adam
Autor: Szef

Zapowiadane przez Adama zakończenie karpackiej przygody było niezwykle efektowne. W końcu, przy trzeciej próbie zdobyliśmy najwyższy szczyt Masywu Świdowca – Bliźnicę. Chociaż nierozstrzygniętym pozostaje, czy większe wrażenie robi widok jej samej, czy panorama rozciągająca się z jej szczytu, oba te czynniki plasują ją na pierwszym miejscu w moim rankingu najpiękniejszych gór. Niespotykaną atrakcją w czasie zejścia była kąpiel w polodowcowym jeziorku na zboczu masywu. To tak jakby wykąpać się w karkonoskich Śnieżnych Stawkach! Jeszcze tego wieczora wyruszyliśmy pociągiem na północ i po kilkudziesięciu godzinach jazdy wzbogaconej szybkim zwiedzaniem Kijowa dotarliśmy do Symferopola.

Krym powitał nas tym co zwykle – upałem. W odróżnieniu od wcześniejszych obozów postanowiliśmy odpuścić, przynajmniej na początku, Jałtę i Sewastopol i wędrować z Sudaku na zachód, przez góry. Sam Sudak nie jest ładnym miastem, nocleg mieliśmy raczej kiepski, turystów była cała masa i było naprawdę piekielnie gorąco. Trzeba uczciwie przyznać, że szeroko reklamowane na całym Krymie atrakcje, czyli Twierdza Genueńska i piwnice na wino na Nowym Świecie nie były nawet porównywalne z tymi z zachodu i ścisłego południa Krymu. Trzeba jednak było tam pojechać, żeby się przekonać. Nasze plany i tak zakładały wędrówkę przez krymskie góry, a dokładnie wszechobecną jajłę, czyli taki step z niezbyt przyjazną, w większości kłującą roślinnością. Ledwie jednak odeszliśmy kilkaset metrów od głównej szosy biegnącej wzdłuż południowego wybrzeża półwyspu, a straż leśna zawróciła nas z drogi – bo susza i zakaz wędrówek. Górskie eskapady nie były nam dane – w Czernohorze za mokro, na Krymie za sucho. Ruszyliśmy zatem nazajutrz wspomnianym asfaltem wzdłuż morza. Niby widoczki czasem były, ale droga też dość ruchliwa, a do tego temperatury rzędu 40 stopni w cieniu (jak się już jakiś trafił). Nie mogę nie napisać o podstawie naszego żywienia, czyli wędzonych kurczakach, które zakupiliśmy w Sudaku w ilości jeden na dwie osoby (w górach nie ma zasadniczo żadnej cywilizacji, więc trzeba było nam czegoś, co się nie zepsuje w tym ukropie). O ile rzeczywiście kurczaki wytrzymały temperatury, to my nie wytrzymaliśmy ich. Po trzech dniach konsumpcji nikt już nie mógł na nie patrzeć. Zresztą wędrówka wzdłuż wybrzeża zapewniała nam dostęp do sklepów w małych miasteczkach co kilkanaście kilometrów. Spaliśmy nad morzem, na skalistych plażach nawet nie rozbijając namiotów, no bo z jednej strony po co, a z drugiej jak tu rozbić namiot na skałach? W dwa dni doszliśmy do miejscowości Rybacze (50 km tą przeklętą szosą). Niektórzy skorzystali jednak z drobnej podwózki siebie albo chociaż mienia dzięki pomocy największej chyba fanki TKT, która nigdy nie była na żadnej wycieczce, czyli mojej siostry Ali, która akurat spędzała na Krymie wakacje z koleżanką Anią i Renią (tzn. renault). Podobnie jak rok wcześniej, plażowanie dało nam się we znaki, ale tym razem obyło się bez udarów. Resztę trasy do Ałuszty przebyliśmy autobusem. Tradycyjnie bazą był dla nas dom Alego w Izobielnym – odbyły się tam nawet po raz drugi z rzędu otrzęsiny obozowe. Chociaż była to moja szósta wizyta na Krymie, po raz pierwszy tego lata zdobyłem słynną Górę Niedźwiedź, czyli Aju-Dah. Tylko na tyle pozwoliły nam warunki pogodowe, czyli susza.

W piwnicy księcia Golisyna (fot. Gosia K)
  • - Poproszę cztery pieczone kurczaki i colę.
  • - Nie ma pieczonych.
  • - To poproszę osiem wędzonych (fot. Gosia K)
Podziemna dyskoteka w Jałcie (fot. Gosia K)
Jurek z Kubą już jedzą deser, a Sikorce jeszcze zostało trochę obiadu w kubku (fot. Gosia K)
Asia jeszcze nieświadoma, że jej pobyt na Ukrainie trochę się przedłuży. Ewa jakby coś przeczuwała (fot. Gosia K)

Nie wiem czy można powiedzieć, że obóz ten był nieudany, ale na pewno był najbardziej pechowy. Na sam koniec czekało nas rozdzielenie grupy. Asia zgubiła paszport i mimo posiadania dowodu osobistego, glejtu z milicji i dobrych chęci naszych oraz polskiej straży granicznej, Ukraińcy nie chcieli wypuścić jej ze swojego pięknego kraju, co oznaczało dla mnie i dla Asi pożegnanie z resztą grupy na przejściu granicznym Medyka – Szegini. Wróciliśmy do Lwowa, w którym, jak się okazało, mieszkali dobrzy znajomi rodziców Asi, którzy jednak mimo rozległych znajomości wśród służb mundurowych także nie zdołali przepchnąć Asi przez granicę, co udało się dopiero po załatwieniu nowego paszportu w ambasadzie (czyli po weekendzie). Ja, zostawiwszy ją bezpiecznie u znajomych, wróciłem sam do Wrocławia raptem parę godzin później niż reszta grupy, która oczywiście z powodu korowodów na granicy nie zdążyła na nocny pociąg z Przemyśla do Wrocławia i koczowała pół nocy na dworcu w Przemyślu.

Obóz określiłem powyżej jako pechowy, ale też należy zwrócić uwagę na to, że nigdy wcześniej i jak do tej pory także nigdy później nie zdobywaliśmy szczytów powyżej 2000 m n.p.m., a ukoronowaniem całej wędrówki było zdobycie Królowej Masywu Świdowca, czyli Bliźnicy – najpiękniejszej góry na jakiej byłem.

Trudno powiedzieć czy to wskutek pechowych zbiegów okoliczności, wyczerpania fizycznego czy jeszcze innych czynników, nikt z nowicjuszy nigdy więcej nie odważył się na wyjazd z TKT. Na szczęście ciągłość wyjazdów podtrzymała starszyzna, a we wrześniu nowe życie naszemu ruchowi dał niesamowity rocznik 1995.

Szef