a

Poręba 24-25 IX 2011

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Iza Platis (Graba)
  • Marta Kapusta
  • Gosia Kaczmarczyk
  • Paweł Kazimierczyk
  • Albert Aniszczyk
  • Marta Witkowska
  • Michał Śliwiński
  • Monika Sikora
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Wojtek Olszewski
  • Agnieszka Sroczyńska
  • Adam Foiński
  • Adam Loch
  • Mikołaj Herman
  • Agnieszka Buraczyńska
  • Miłosz Staniszewski
  • Agata Gawkowska
  • Ania Zaleska
  • Marta Sawko
  • Staszek Tomaszewski
  • Karolina Wądrzyk
  • Zuzia Kasprzak
  • Klaudia Dudzik
  • Ania Wikiera
  • Tomek Turek
  • Marta Wesołowska
  • Robert Belina
  • Magda Dulęba
  • Piotr Szymajda
  • Weronika Wawrzyniak
  • Zosia Wróblewska
  • Łukasz Niedźwiecki
  • Łukasz Hryniuk
  • Karolina Sikora
  • Ania Gibalska
  • Dominika Danek
  • Mateusz Wiatrzyk
  • Ania Postawka
  • Filip Kołacz
  • Dawid Chmiel
  • Michał Siciński
  • Tosia Mikorska
  • Kuba Mazur
  • Iwona Janik
  • Kamil Zimnowoda
  • Basia Szczotka
  • Marcela Wiater
  • Piotr Michoński
  • Marcin Mazurkiewicz
  • Marta Januszewicz
  • Eliza Stafińska
  • Wojtek Hedloff
  • Ola Basińska
  • Mateusz Skrzypecki
  • Grzesiek Smoła
  • Dorota Jaszczyk
  • Agnieszka Żaglewska
  • Dominika Wąsowska
  • Ola Gebuza
  • Alina Narwojsz
  • Gosia Dziedzic
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Długopole-Zdrój
Poręba
Jagodna
Poręba
Zamek Szczerba
Domaszków
Autor: Adam

Tegoroczne lato, przetaczając się przez nasz piękny, nadwiślański kraj, pozostawiło po sobie mieszane opinie. Zdarzały się okresy słoneczne, wręcz upalne, ale jednak, co jakiś czas, kawał jakiejś chmury, zapewne znad Związku Radzieckiego (bo wszystko, co najgorsze, nadchodzi ze wschodu), urywał się i wędrował nad Polskę i mieliśmy istne oberwanie chmury. Dzięki temu, przez cały czas Polacy chodzili niezadowoleni. Gdy na niebie nie dało dostrzec się żadnej chmurki, a słońce przypiekało skórę, tworząc modną opaleniznę, ludzie narzekali na słońce i pragnęli, by spadło chociaż parę kropli deszczu. Gdy jednak nadchodziła odmiana i z ciężkich, ołowianych chmur sączył się rzęsisty deszcz, ludzie klęli na niebo i tęsknili za upałem. Taki jednak jest ten naród polski. Pragną właśnie tego, czego akurat nie mają pod ręką. Czy nie piękniej byłoby pragnąc deszczu wtedy, gdy deszcz pada, a pragnąć słońca, gdy słońce wisi na nieboskłonie? To jednak nieważne. Istotne jest to, że ostatni weekend września zapowiadał się nader słonecznie, a na ten termin zaplanowano tradycyjny, trójkowy wyjazd w góry.

Tradycję tę zapoczątkował sześć lat temu młody nauczyciel naszej szkoły, Włodzimierz Mizia, lecz o tym pisałem w poprzednim tekście dotyczącym Poręby. Tym razem również wybraliśmy się do agroturystyki w jednym z ostatnich budynków wioski o nazwie Poręba, niedaleko Długopola-Zdroju. Taką lokalizację organizator tłumaczył ogromnym zainteresowaniem wycieczką wśród młodych trójkowiczów oraz możliwościami noclegowymi wspomnianego wyżej ośrodka, a miało nas jechać ponad sześćdziesiąt osób, plus pies. Stanowi to swoisty rekord frekwencyjny. Temu jednak służą te cykliczne wyjazdy, odbywające się chwilę po rozpoczęciu roku szkolnego. Jeździ na nie masa pierwszoklasistów, a ci, którym się idea miziowycieczek spodoba, zostaną na dłużej, więc w interesie organizatora jest, by ściągnąć na weekend jak najwięcej młodych ludzi. Są oni dobrze instruowani, jak mają się na wyjazd spakować. Pamiętam, jak na jeden z pierwszych wyjazdów, mój kolega z klasy, jeden z weteranów, Piotrek, wyruszył ze zwykłą torbą turystyczną. Mężnie jednak zniósł niewygody podróży, niosąc walizkę w ręce. Dzisiaj taka sytuacja już nie może się powtórzyć, a to dzięki właściwej edukacji młodzieży.

Wystarczy jednak próżnych słów. Najwyższy czas przejść do sedna, czyli do relacji. Najlepiej zacząć od początku, więc tak zacznę. Spałem przy otwartym oknie, więc obudził mnie przyjemny chłód, prawdopodobnie porównywalny z tym na dworze, to jest około pięciu stopni. Gdy spojrzałem w niebo, ujrzałem krocie gwiazd. To oznaczało, że zapowiada się jasny, ciepły i słoneczny dzień. Godzinę zbiórki spowił mrok poranka, rozwiewany przez łagodne, czerwonawe promienie wczesnojesiennego słońca. Dziedziniec przed tymczasowym dworcem zaludnił się porannymi podróżnymi. Kierowcy taksówek mieli spore problemy z przejechaniem przez ten tłum, ponieważ nie chciał się on rozstąpić przed nimi niczym wody Morza Czerwonego przed Mojżeszem. Nawet rowerzyści mieli problem z przeprowadzeniem swych jednośladów przez zbitą masę ludności. Sytuacja zmieniła się w momencie, gdy pani z megafonów zapowiedziała pociąg do Międzylesia. Większość stojącej przed dworcem ludności należała do naszej grupy, więc informacja wywołała spore poruszenie i wymarsz w kierunku peronów. Pojazd był przestronny, rozlokowaliśmy się w kilku miejscach. Weterani zajęli przedział przystosowany do przewozu pasażerów z większym bagażem, a młodzi trójkowicze dosiedli się do konduktorów, by tam grać w mafię, ale bez udziału konduktora. Grali bez syndykatu, więc maszynista także nie musiał dla nich przerywać pracy, by nagle wywieźć z miasta dwie osoby. Wśród kadry znalazł się także profesor Śliwiński, któremu często ciężko znaleźć czas by wyjechać z nami na weekend, lecz tym razem mu się udało. Spadło na niego zadanie zakupienia biletów u konduktora. Sytuacja brzmiała zabawnie. Gdy Śliwka wymieniał, ile trzeba biletów szkolnych, ile normalnych, studenckich, ile bagaży podręcznych i jeszcze do tego pies, konduktor spytał, czy przypadkiem nie mamy jeszcze rowerów. Pociąg wyjechał punktualnie. Lamii się to wyraźnie nie podobało, bo co chwilę podnosiła alarm, szczekając głośno i donośnie. Z minuty na minutę niebo stawało się coraz jaśniejsze. Czerwony dysk słońca nieśmiało wychylał się znad horyzontu, jakby chciał przed wyruszeniem w drogę sprawdzić, czy nie zasłonią go chmury. Gdy dzienna gwiazda wzeszła na rozsądną wysokość, promienie jej spływały już na Góry Bardzkie i Borówkową. Desantu dokonaliśmy w Długopolu.

Pociąg opuścili wszyscy, którzy mieli opuścić. Szef nakazał ustawienie się uczestnikom w okręgu. Wtedy wszystkich powitał, a następnie każda osoba się przedstawiła, wypowiadając swoje imię i klasę, do której uczęszcza lub uczęszczał. Najwięcej osób znalazło się z klas pierwszych. Prócz nich, szeregi wycieczki zasilało parę osób z klas drugich, jedna Gosia z klasy trzeciej, pięcioro czwartoklasistów i trzy osoby z klasy szóstej – Albert, Agnieszka oraz autor tego tekstu, Adam. Z czego Adam i Albert uczestniczyli również w pierwszym wyjeździe tego typu, sześć lat temu, ale to Albert miał wtedy włosy do pasa, nie ja. Po wstępnym zapoznaniu się, ruszyliśmy w kierunku Poręby. Nikt oczywiście nie łudził się, że ktokolwiek zapamięta imiona wszystkich uczestników. Droga do naszej agroturystyki wiodła szosą. Nie było to zbyt ekscytujące przejście, ale przynajmniej łatwe, szczególnie, że z plecakami. Mimo tego i tak zatrzymaliśmy się na dwa postoje. Pierwszy, przy sklepie spożywczym, w celu sporządzenia niezbędnych na kolację i obiad zakupów, drugi, przy pomniku świętego Jana Nepomucena, najpopularniejszego sudeckiego świętego. Zawsze, przy jego posągu, nasz osobisty przewodnik sudecki urządza krótki wykład na temat postaci – przedstawia tło historyczne, legendę oraz wykorzystywanie motywu tego świętego w dzisiejszych czasach. Dojście do ośrodka zajęło godzinę i czterdzieści minut.

Skoro te kilka osób było już ze mną tyle razy, to dam im koszulki z imionami, żeby ich w końcu zapamiętać (fot. Gosia K)
W wolnym tłumaczeniu – „ZUCH”. W szybkim – czadowa babeczka (fot. Gosia K)
Niewymieniona na liście uczestników Lamia (fot. Iza)

Właściciele przybytku nie przerazili się ilością gości. Byli uprzedzeni, więc przywitali nas serdecznie, szczególnie, że kilka osób odwiedzało ich nie pierwszy raz. Plan był taki, że mieliśmy zostawić tylko tobołki przed budynkiem i wyruszyć na spacer. Skrawek pod ścianą szybko zapełnił się pleckami, więc można powiedzieć, że się zaplecaczył. Zanim jednak wyszliśmy, czekało nas rozwiązanie pewnej tajemnicy, która nie dawała Agnieszce spokoju przez całą drogę. Ponownie ustawiliśmy się w okręgu szef zainaugurował uroczystość. Okazało się, że dwie osoby obchodzą w trakcie trwania wycieczki urodziny. Grupa odśpiewała więc „Sto lat!”, a jubilaci otrzymali prezenty – kubki Trójkowego Klubu Turystycznego. Następnie, prof. Mizia i Wojciu, przeszli się do swych plecaków po zapowiadaną niespodziankę. Okazało się, że były nią czerwone koszulki dla weteranów, z logiem naszego kółka i imieniem weterana. Wszyscy obdarowani od razy nałożyli nowe ubrania i wyglądali poniekąd jak uczestnicy zjazdu jakiejś partii komunistycznej. Tak zakończyła się uroczystość.

W doborowych nastrojach i z uśmiechami na twarzach, ruszyliśmy w drogę. Szlak wiódł nas do schroniska „Jagodna”, na przełęczy Spalonej, a po drodze wdrapywaliśmy się na najwyższy szczyt Gór Bystrzyckich, czyli Jagodną. Był to jednak szczyt umowny, bo gdyby nie stosowna informacja, można byłoby go nawet nie zauważyć. Na nim urządziliśmy sobie krótki postój. Może nie tak krótki. Od razu każdy zajął się dla siebie ulubionymi sprawami i przystanek przeciągnął się trochę. Nie pamiętam, ile dokładnie trwał. Albert od razu zorganizował sobie czwórkę do brydża. Bardzo był zadowolony z faktu, że ma z kim grać. Pamiętam przerwy między lekcjami w czasach, gdy jeszcze chodziliśmy do szkoły. Albert co przerwę zwoływał kolegów, by grać w brydża. Na Jagodnej zdążyli rozegrać parę rozdań, a jedli przy tym żelki Wojcia. Niby na opakowaniu było napisane, że mają smak smaku mango, lecz Agnieszka trafnie określiła ich smak jako połączenie Dosi z Vizirem. Do paru osób można było powiedzieć: „Pies ci mordę lizał!”, ponieważ Lamia, pies profesora Mizi, była wszystkim wokoło zainteresowana, a w szczególności osobami, które postanowiły urządzić sobie krótką drzemkę na trawie.

Chwilę później siedzieliśmy już wygodnie przy ławeczkach w schronisku PTTK. Początkowo mieliśmy spędzić tam tylko chwilę, aby przywołać wspomnienia pierwszego naszego wyjazdu. Wtedy poszliśmy do tego schroniska tylko po to, by obejrzeć finał mistrzostw świata w siatkówce mężczyzn. Polska grała wtedy z Brazylią. Przeciwnik okazał się nie do pokonania, ale i tak miło wspominamy tamten dzień. Plan chwilowego przywołania wspomnień jednak nie wyszedł. Krótki postój przerodził się w przerwę na lunch. Zamówienia były przeróżne: zupy, herbaty, pierogi, gorące czekolady, zapiekanki, czy inne dobra. Po opuszczeniu ośrodka zatrzymała nas pewna polana. Była zbyt ładna, by ją ominąć i nie zagrać na niej w Pająka i w Słonia. Tak więc się stało. Kilka osób ucierpiało przy kolizjach z kolanami, łokciami czy butami kolegów, ale było warto. Jak zawsze w takiej sytuacji, należało trzymać Lamię na uwięzi. Gdy widziała biegających i skaczących ludzi, za wszelką cenę chciała do nich dołączyć, a to mogło się źle skończyć dla niej lub dla kogokolwiek innego. Chyba więc tylko ta psina ucieszyła się z końca zabawy. Wracaliśmy inną drogą, niż przyszliśmy. Taka już jest górska tradycja, że raczej należy starać się nie kroczyć dwukrotnie po jednym szlaku, skoro można pójść inaczej. W kwaterze okazało się, że jednak nie wszyscy wrócili z nami. Kilka osób przez pomyłkę nie skręciło w szlak, gdy on skręcał i poszli drogą wyglądającą ładniej. Była to zapewne wina weteranów, którzy ruszyli szybko do przodu i nie poczekali na resztę grupy. Na szczęście była Gosia, uczennica trzeciej klasy. To ona wyruszyła na poszukiwanie zagubionych i przyprowadziła ich bezpiecznie do ośrodka. Reszta weteranów powinna brać z niej przykład.

Po powrocie nastąpił czas na wyczekiwany obiad. Dania były ciekawe, a ja lubię poszukiwać nowych smaków. W tym przypadku słowo „poszukiwać” jest jak najbardziej na miejscu. Po obiedzie nastąpił pokaz zdjęć, które zostały wykonane na niektórych, dawnych wyjazdach, w tym pełen opis trzech ostatnich obozów wędrownych i zeszłorocznego pobytu w Porębie. Najwięcej problemu sprawiło skonfigurowanie oświetlenia z rzutnikiem. Gasząc światło, wyłączało się również urządzenie wyświetlające, więc trzeba było się niemało nagłowić, by wszystko działało należycie. Gdy zdjęcia się skończyły, na dworze zapanował mrok. Należało go rozświetlić, a najłatwiej dokonuje się takich sztuczek przy pomocy ogniska i kiełbasek. Rozpalono więc płomień z przyniesionych uprzednio badyli i po chwili wieczne głodomory sterczały przy ogniu z kiełbaskami nabitymi na stalowe kije, a mało komu przeszkadzał brak chleba. Operacji opiekania towarzyszył dźwięk wydobywany z gitary przez naszego głównego opiekuna. Profesor grał tak intensywnie, że aż pękła struna i chwilę po tym zdarzeniu cała impreza przeniosła się do wnętrza. Graliśmy i śpiewaliśmy do godziny drugiej w nocy. Niejedna osoba zdarła sobie od tych ryków gardło. Niektórzy wykorzystali ten czas na kąpiel, co z tego, że w zimnej wodzie. Nie wszyscy jednak chcieli bawić się w ten sposób. Spora grupa zorganizowała sobie parę partii Mafii, a Albert oczywiście zorganizował czwórkę do brydża. Stała się też rzecz nieprzyjemna. Jedna z uczennic pierwszej klasy doznała drobnej kontuzji i trzeba było zawieźć ją do szpitala na obserwację, ale, na szczęście, nic się nie stało i wróciła szczęśliwie z nami. O drugiej godzinie spać poszli emeryci i renciści. Ludzie w podeszłym wieku potrzebują jednak więcej snu. Młodzi balowali do wczesnych godzin rannych. Pani właścicielka przybytku nie miała do nich pretensji. Mówiła, że to rozumie. Młodzi ludzie chcą się bawić i nie można im tego zabronić.

Rzadko spotykany widok. Informatyk, matematyk oraz Szef (fot. Gosia K)
Wiadomo, że najlepiej jest na sianie (fot. Alinka)
A młodzież ze wstrzymanym oddechem drży i przygryza wargi (fot. Gosia K)

Obudziłem się około godziny siódmej, mniej więcej w tym samym czasie, co Paweł z czwartej klasy. Od razu zabrałem się za pakowanie plecaka, czego zabroniła czynić mi Agnieszka. W tym momencie wytłumaczę swoje haniebne zachowanie. Gdy już wstałem, nie mogłem zdzierżyć tego, że mam dookoła siebie nieporządek. Musiałem posprzątać. To silniejsze ode mnie. Zwijanie śpiwora okazało się jednak na tyle głośne, że parę osób się zbudziło, a ja zaprzestałem porządkowania swych manatków. Zamiast tego, by zaspokoić swoje potrzeby estetyczne, zszedłem do kuchni. Tam czekała na mnie hałda naczyń po wczorajszej nocy do umycia. Może dla kogokolwiek innego byłoby to przykre zadanie, ale ja naprawdę świetnie się bawiłem. Największą satysfakcję odczułem w momencie, gdy koleżanki z ekipy śniadaniowej powiedziały mi, że już nie ma brudnych naczyń, a na suszarce piętrzył się stos czystych filiżanek. Następne pół godziny spędziłem czyniąc to, po co Rumun wstaje o piątej rano.

Śniadanie było na bogato. Na stole stanęły nawet dwie patelnie z jajecznicą. Jajek, niestety, nie było, więc na to danie składały się tylko kiełbasy ze wczorajszego ogniska i cebulka. Była to po prostu jajecznica bez jajek, ale nie do końca po studencku. Prócz tego, można było zobaczyć takie rarytasy, jak pasztet, rybę w puszce, dżemy, ser biały, a nawet ser żółty. Zanim się jednak zabraliśmy za konsumpcję, szef wygłosił mowę moralizatorską, w której zawarł najważniejsze zasady dotyczące wspólnego spożywania posiłków. Dzięki temu uniknęliśmy niepotrzebnych nieporozumień i nikt nie dostał po mordzie. Po śniadaniu trzeba było posprzątać. Weterani zasiedli na kanapie i wcielili się w rolę loży szyderców. Obserwowaliśmy, jak młodzież gra w grę o nazwie „Ninja”. Nie do końca zrozumieliśmy zasady, ale wyglądało zabawnie. Następnie patrzyliśmy, jak Kamil z pierwszej klasy sprzątał stół i kuchnię. Parę razy zbierała się nawet specjalna komisja badająca stan czystości kuchni. W końcu, po wielu trudach, misja została zakończona sukcesem. Następnie, po doprowadzeniu pokoi do w miarę pierwotnego stanu i spakowaniu swych rzeczy, mieliśmy zebrać się na dziedzińcu i wyruszyć. Ja, oczywiście, bawiłem się nadal w Rumuna. Na dworze szef ponownie nakazał utworzyć okrąg. Przekazał młodym trójkowiczom parę uwag, Sikorka dodała coś od siebie i już mogliśmy iść.

Szlak wiódł przez zamek Szczerba, zahaczał o Solną Jamę, do której tylko Alinka znała drogę, a kończył się w wiosce Domaszków, czyli niechybnie domu indiańskiego plemienia, zwanego Aszkami. Szliśmy szlakiem o kolorze niebieskim. Jest on zwykle zabłocony, gdyż przebiega w okolicy małego strumyczka. Zauważyłem jakiś czas temu dziwną tendencję, że szlaki niebieskie często sąsiadują lub łączą się z ciekami wodnymi. Wtedy, na mapie, są podwójnie niebieskie. Przy ruinach zamku profesor Mizia opowiedział nam historię o husytach, dodając, że dokładnie to samo powiedziałby przy ruinach jakiegokolwiek zamku w Sudetach. W tym miejscu opuściły nas Sikorka i Agnieszka, prosząc przy pożegnaniu, by nie mówić do nich „proszę pani”. Na odcinku zamek-jama naszym przewodnikiem była Alinka. Jest ona wytrawnym podróżnikiem i nie było możliwości, by udało się jej gdzieś po drodze zabłądzić. Sama jaskinia nie była jakoś specjalnie szałowa. Jaskinia, jak jaskinia. Solna jest tylko z nazwy. Podobno została nazwana tak dlatego, że komuś się taka nazwa wymyśliła i nie jest ona z niczym powiązana. Po paru krokach zaczynała się w jamie woda i nie dało się wejść dalej. Czas, potrzebny innym na zwiedzenie groty, Albert wykorzystał w standardowy dla siebie sposób – brydżowo. Reszta drogi zeszła raczej spokojnie, lecz nie obyło się bez krwi. Jedna z naszych pierwszorocznych koleżanek wywinęła w pewnym miejscu majestatycznie orła i tylko sprawna akcja ratunkowa, czyli rozcięcie spodni i przyklejenie plastra, uchroniły nogę przed amputacją.

Była to niedziela, wyjątkowo ciepła i słoneczna. Widoki na okoliczne górki zapewniało przejrzyste, czyste powietrze. W powietrzu wisiał zapach jesieni. Właśnie, była niedziela, a udało nam się znaleźć w Domaszkowie otwarty sklep spożywczy. Niby gdzieś na wsi, na krańcu świata, w niedzielę, o godzinie szesnastej, a sklep otwarty. Może właścicielowi doniesiono, że w kierunku Domaszkowa zbliża się spora grupa młodzieży i szykuje się niezły utarg. Po zakupach spotkaliśmy się na peronie. Nie musieliśmy czekać długo na nasz transport. Szef potrafi tak wyliczyć czas przejścia, że trafia idealnie w wymaganą godzinę, co potwierdził w tej sytuacji. Kasy na stacji nie zastaliśmy należało zakupić bilety u konduktora. Dzięki temu pociąg nabrał dziesięciominutowego opóźnienia, ponieważ prowadzący, zamiast ruszyć pociąg, wypisywał bilety. Nasza grupa podzieliła się na dwa stronnictwa: jedno mafijne, drugie gitarowe. Grupa gitarowa darła się na cały pociąg i umilała w ten sposób życie innym pasażerom. Pewna dziewczyna o migdałowych oczach w kolorze bursztynu nawet nagrywała nasze występy na telefon komórkowy. Bardzo mnie cieszy, jak ludzie potrafią się bawić z nami. Myślę sobie, że doceniają to. Mogliby zastać młodych ludzi pijących piwo i wyrzucających puszki przez okno. Tam może odżywa w ludziach nadzieja w przyszłe pokolenie, które nie potrzebuje do zabawy alkoholu, czy innych, mniej ciekawych substancji. Młodzież potrafi się jednak bawić bez alkoholu i narkotyków, a przy gitarze i śpiewie. Pamiętam, że kiedyś nasz przejazd pociągiem z Jeleniej Góry do Wrocławia przerodził się w swoistą „piosenkę na życzenie”. Współpodróżni zamawiali u nas swoje ulubione utwory i śpiewali z nami.

Podróż mijała wyjątkowo sympatycznie. Na parę stacji przed Wrocławiem wysiadła Zosia. Pożegnaliśmy ją standardową piosenką, podstawiając w miejsce „Krystyna Czycza” jej imię i nazwisko. Pociąg dotarł do stacji docelowej na piętnaście minut przed godziną dwudziestą. Wszyscy opuścili zatłoczony pojazd i ustawili się na peronie do standardowego pożegnania. Muszę tu nadmienić, że zwykle dzieje się to w pozycji okręgu. Tym razem, przy sześćdziesięciu osobach, było to niemożliwe. Wyszedł więc spory prostokąt. Główny opiekun wygłosił krótką przemowę, w której dziękował wszystkim uczestnikom za udział i dobrą zabawę, następnie odśpiewany został zwyczajowy utwór pożegnalny, czyli „Pożegnalny ton”. Metodą hokejową, każdy z każdym się pożegnał i w ten sposób dobiegła końca pierwsza wycieczka weekendowa Trójkowego Koła Turystycznego w tym roku szkolnym. Atmosfera była, jak zwykle, wspaniała, pogoda wyśmienita, zabawa przednia a ludzie przesympatyczni. Następny wyjazd – Blues nad Izerą, w schronisku Orle. Serdecznie zapraszamy osoby, którym się podobała wycieczka do poręby. W Orlu będzie równie doskonale.

Adam
Optymizizm we własnej osobie (fot. Gosia K)
Niewątpliwie początek nowej ery (fot. Gosia K)