a

Orle 11-13 XI 2011

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Monika Sikora
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Adam Foiński
  • Wojtek Olszewski
  • Agnieszka Buraczyńska
  • Miłosz Staniszewski
  • Ania Zaleska
  • Marta Sawko
  • Tomek Turek
  • Piotr Szymajda
  • Zosia Wróblewska
  • Iwona Janik
  • Kamil Zimnowoda
  • Piotr Michoński
  • Marcin Mazurkiewicz
  • Jagoda Kuźniar
  • Marta Kapusta
  • Dominika Wąsowska
  • Monika Puchalska
  • Paweł Kazimierczyk
  • Bartek Surma
  • Ania Wilczura
  • Paweł Dracz
  • Krzysiek Story
  • Edyta Kania
  • Monika Kalinowska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Górzyniec
Orle
Protržená přehrada
Orle
Szklarska Poręba
Autor: Adam

Tworzenie kolejnej już relacji z cyklu „Blues nad Izerą” stanowi dla mnie pewien problem. Źródłem kłopotu jest specyfika tego cyklicznego wydarzenia. Odbywa się ono co roku, zawsze w tym samym terminie (w weekend znajdujący się najbliżej lub zawierający Święto Niepodległości), w tym samym miejscu (schronisko „Orle”), plan jest z grubsza taki sam (koncerty w Orlu oraz wizyta u naszych południowo-zachodnich sąsiadów) a trasa powrotna przebiega przez nieczynny kamieniołom „Stanisław” i Wysoki Kamień. Różnice można dostrzec w trasie na pierwszy dzień, lokalizacji czeskiej restauracji i atrakcji znajdujących się na drodze do niej oraz na liście uczestników. Wynika z tego, że każdy mój tekst traktujący o imprezie „Blues nad Izerą” powinien wyglądać mniej więcej podobnie. Mógłbym pozostawić kilka słów-kluczy, na podstawie których każdy czytelnik sam skleciłby sobie zarys ogólny wyprawy. Zajęłoby to dużo mniej czasu i przestrzeni, ale mi taki stan rzeczy nie przypadłby do gustu. Podjąłem się tego zadania, to jest tworzenia dokumentacji działalności Szkolnego Klubu Turystycznego i zdaję sobie sprawę z tego, że pamięć się z czasem zaciera, a słowo pisane przetrwa. Mam nadzieję, że za parę lat uczestnicy tegorocznego Orla postanowią sobie przypomnieć te chwile, a uczynią to, czytając niżej przedstawiony tekst.

W roku 2011 Święto Niepodległości wypadło w piątek. W ten dzień miał odbyć się wyjazd z Wrocławia do Jeleniej Góry. Jak tylko zobaczyłem, że mamy jechać pociągiem pośpiesznym o godzinie szóstej, wiedziałem, że mam problem. Pojazd niby przejeżdża przez moją mieścinę, lecz pośpieszne nie lubią zatrzymywać się w Kątach Wrocławskich, a prywatni przewoźnicy postanowili nie pracować w dzień świąteczny, więc nie dowieźliby mnie na miejsce zbiórki. Zmusiło mnie to do podjęcia radykalnych kroków w kierunku wcześniejszego dostania się w okolice Jeleniej Góry. Doszło do tego, że wspólnie z Pawłem, tegorocznym absolwentem LO3, opuściliśmy Wrocław o godzinie dziesiątej trzydzieści, by pół godziny przed piętnastą znaleźć się w Karpaczu. Tu pierwsza ciekawostka. Pekaes do Jeleniej Góry jedzie około półtorej godziny, a niektóre pociągi potrafią nawet cztery! Mimo wszystko wolę pociągi. Jeśli chodzi jednak o moją i Pawła trasę, pozwolę sobie nakreślić kilka tylko zdań, ponieważ nasze plany na piątek nijak się miały do ogółu. Niewielu ludzi będą zapewne interesowały szczegóły naszej podróży i poczynione przez nas obserwacje.

Z perspektywy pasażera autobusu kursowego z Wrocławia do Jeleniej Góry, listopadowe niebo wyglądało adekwatnie do pory roku. Ta iluzja zaczęła się jednak zacierać już w czasie oczekiwań na transport do Karpacza, gdy siedzieliśmy przy herbacie w barze „Edward”, przy jeleniogórskim dworcu autobusowym. Prawdę o aurze tamtych dni poznaliśmy dopiero na szlaku – po około godzinie marszu z Karpacza do Domu Śląskiego opuściliśmy tumany chmur. Teraz staliśmy ponad światem. Po horyzont rozciągały się oceany szarych kłębów, skutecznie zasnuwających niebo nad położonymi na równinach miastami. A nad nami? Niebo bezchmurne. Słońce powoli chylące się ku upadkowi wchłonięte zostało przez główny grzbiet karkonoski. Po widowisku zameldowaliśmy się w Domu Śląskim, zjedliśmy obiad i się trochę „rozgrzaliśmy”. Jako że godzina nie goniła do snu, stała przed nami wizja wejścia na Śnieżkę. Zmrok nastawał, postanowiłem więc zabrać ze sobą nową latarkę, by ją przetestować. Nie okazała się potrzebna, gdyż księżyc skuteczniej oświetlał drogę, a nieraz nawet oślepiał. Taka jest siła pełni miesiąca przy bezchmurnym niebie! Jeśli chodzi o widok z najwyższego szczytu Czeskiej Republiki, to dało się dostrzec całą linię brzegową tego kraju. Tak na poważnie, to, co ujrzeliśmy, ciężko jest opisać. Wspomniany wcześniej siwy wszechocean teraz falował, skąpany w intensywnym świetle srebrzystego globu. Taki pejzaż najtrafniej opisują nie dwa, ale nawet pięć słów, i nie ma w tym przesady. Po powrocie ze szczytu ponownie się „rozgrzaliśmy”, a po kolacji zakończyliśmy dzień, zastanawiając się nad przyczyną mrugania wyłączonej lampy. Podobne zjawisko pamiętam z domu Alego w Ałuszcie. Piątek chcieliśmy rozpocząć od mocnego uderzenia, więc wstaliśmy o piątej godzinie nad ranem, by jak najwcześniej opuścić schronisko. Pogoda się nie zmieniła, a księżyc nadal oświetlał drogę. Z chwili na chwilę jednak noc ustępowała, a góry za naszymi plecami stanęły w płomieniach, różowiąc się i czerwieniąc. Do określenia widoków ponownie nadałoby się pięć słów, lecz są one niecenzuralne i nie mogę ich w tym tekście umieścić. Mogę za to opisać trasę marszu, wybraną bez większej finezji. Postanowiliśmy iść czerwonym, Głównym Szlakiem Sudeckim, aż do Szrenicy, a z niej zejść bezpośrednio do Jakuszyc, z których już rzut beretem (oczywiście zależy od posiadanego modelu beretu, ponieważ niektóre nie latają aż tak daleko, jak inne) do naszego celu, Orla. Podróż mijała szybko i osiągnęliśmy metę paręnaście minut przed godziną trzynastą.

Dawna huta szkła powitała mnie iście po królewsku – na półce z towarami zauważyłem moje ulubione piwo. Natychmiast przywróciło mi wszystkie siły, lecz nie poradziło sobie ze zwiększeniem mojej ochoty na zrobienie czegokolwiek jeszcze, poza zamówieniem kolejnego piwa. Nim zdążyłem osuszyć pierwszą butelczynę, zjawili się Xyl i Ania. Para ta, chociaż lubiana i nam wszystkim dobrze znana, tym razem przyjechała całkowicie prywatnie. Przyszli ze Świeradowa, a ostatnią noc spędzili w Chatce Górzystów. Wynajęli pokój w sąsiednim budynku i miał dołączyć do nich jeszcze Tomek Juszczyszyn, lecz zachorował z powodu zbyt długiego czasu spędzonego na nauce. Tak to już jest – jak ktoś się wszystkiego uczy, to musi się przygotować na niespodziewane choroby. Nauka jest szkodliwa dla zdrowia. Pamiętajcie! Nie uczcie się za wiele, bo nie pojedziecie w góry! Ja jednak nie popełniłem tego błędu i mogłem spokojnie sączyć Twierdzowe. Ania i Xyl przysiedli się do nas na chwilę, by zjeść obiad i czegoś się napić. Potem udali się do swojego lokum, a nam, to jest mi i Pawłowi, pozostało nudzić się przez jeszcze kilka godzin. Na wyższej kondygnacji budynku znaleźliśmy uczennicę naszego liceum – Jagodę. Przywiózł ją do schroniska ojciec, gdyż uszkodziła sobie nogę i miałaby problemy z przebyciem miziowej trasy. Powiedziała nam, że jej rodzic zabrał samochodem również plecaki reszty uczestników. Bardzo nas to rozbawiło. Nie dość, że idą po jakichś pagórkach, to jeszcze bez plecaków. „Pewnie zupełnie nie poczują, że byli w górach!” – pomyślałem. To jednak bez znaczenia. Po jeszcze paru godzinach oczekiwania, wycieczka przybyła. Było to około wpół do dziewiętnastej.

W plebiscycie na najlepszą zabawkę wszechczasów wygrał patyk (fot. Alinka)
Woman in black (fot. Jagoda)
Wszyscy wiedzą, że najwięcej nindżów można spotkać w Izerach (fot. Alinka)

Droga obmyślana przez Szefa zaczynała się w Górzyńcu, części Piechowic, a biegła przez Bobrowe Skały, Rozdroże Izerskie oraz stary kamieniołom „Stanisław”. Przypomniałem sobie, że już kiedyś przemierzałem taką właśnie trasę. Było to na wiosnę, w roku 2007. Zdjęcia wykonane przez Alinkę częściowo potwierdziły moje przypuszczenia. Grupa dotarła na miejsce wymarszu około godziny jedenastej. Szli mężnie, lecz bez balastu, do osiemnastej trzydzieści, przerywając marsz na zabawy różnorakie, na przykład przeskakiwanie patyka trzymanego osobiście za dwa jego końce. Zanim dotarli do Orla, zastanawialiśmy się (z Pawłem i Jagodą) ile razy już zagrali w pająka, słonia, obronę prezydenta czy jakąkolwiek zabawę intelektualną, typu familiada, państwa-miasta bez państw-miast czy coś w tym stylu, ponieważ szedł z nimi pan Stefan Mizia. Mimo tych wszystkich przeciwności losu, cała grupa dotarła bezpiecznie i wszyscy się ze wszystkimi gorąco przywitali (oprócz Sikorki, która zgotowała mi wyjątkowo chłodne powitanie – miała strasznie zimne dłonie i postanowiła mi to zademonstrować, bym uwzględnił ten fakt w opisie). Następnie wszyscy zajęli się dojadaniem resztek prowiantu przywiezionego z domów. Popas nie trwał długo – zakończyła go zbrojna interwencja opiekunów. W sali sypialnej nie należało bowiem spożywać posiłków. Wiedzieli o tym wszyscy, lecz pokusa posilenia się w wygodnej pozycji wygrała z myślą o konsekwencjach niewłaściwego zachowania. Pojawiła się więc przestroga dla wszystkich obecnych i przyszłych członków klubu: nie należy jeść tam, gdzie się śpi. Po upomnieniu słownym, cała zgraja głodomorów przeniosła się grzecznie do stolików, gdzie czekała już kolacja przyrządzona przez ochotniczą ekipę kolacyjną. Prof. Mizia, pamiętając o moich upodobaniach, kupił puszkę porządnej Konserwy Turystycznej. Nie ma to jak kawał martwego zwierza. Niby to tylko kawałek świni w metalowej puszce, a potrafi zmienić zwykły posiłek w wykwintną ucztę, której pozazdrościłaby niejedna francuska restauracja. Prócz tego, na stole znalazł się talerzyk pełen słodkości, ciast przeróżnych i jabłek. Po takiej kolacji towarzystwo podzieliło się na dwa obozy. Jeden mafijny, drugi koncertowy. Niezdecydowani odnaleźli się „pośrodku”, słuchając Dusi grającej na gitarze i śpiewającej. Nie trwali w swych rolach zbyt długo. Należało zachować energię na następny dzień, wypełniony głównymi atrakcjami, czyli wyjściem do Czech i całonocnym koncertem. Ja poszedłem spać wcześniej od ogółu, zajmując swoje ulubione miejsce, czyli ławeczkę w jadalni.

Obudziło mnie, a jakże, słońce. Moje miejsce noclegowe ma taką zaletę, że między ósmą trzydzieści a dziewiątą, przez niewielkie okienko, wkradają się do pomieszczenia promienie porannego słońca, które trafiają idealnie w głowę śpiącej na ławeczce osoby, uprzykrzając wylegiwanie się do późnych godzin porannych, a nawet wczesnych popołudniowych. Spanie w takich dziwnych miejscach ogólnie uważam za korzystne. Twarde drewno nie jest zbyt wygodne, należy znaleźć odpowiednią pozycję, przy czym każda zaczyna boleć po paru godzinach leżenia. Kolejną zaletą jest samo miejsce – jadalnia. Trzeba wstać przed wszystkimi, by nie blokować miejsca do przyrządzenia śniadania. Oznacza to, że całkowicie odpada problem pobudki. Niewielu jednak jest w stanie dostrzec pozytywne aspekty spania w niewygodach, gdy obok leży materac. Zapominając o korzyściach płynących z noclegu na ławce, należy wspomnieć, że w Orlu istnieje dodatkowy czynnik skłaniający mnie do snu poza salą zbiorową. Jest tam zwykle tłoczno, duszno, nie da się oddychać i panuje wszechobecny smród. Większości to jednak nie przeszkadza. Jako że śpią na materacach, co rano czeka ich niemiła pobudka. Tym razem Szef udawał zaciętą płytę z utworem „Ballada o małym rycerzu”, zapętloną na słowie „wstań”. Ekipa śniadaniowa szybko się zmaterializowała i utworzyła szwedzki stół (nie z Ikei). Uchowała się nawet jedna kanapka podróżna – krojony zapewne drzwiczkami od pralki chleb, z kiełbasą. Podział, niestety, nie usatysfakcjonował wszystkich.

Po zaliczonym śniadaniu, grupa miała się szybko zebrać przed budynkiem, na głównym placu, w pełnej gotowości do wymarszu. Pogoda zachowała się karkonoska, z tą drobną różnicą, że wiatr nie był taki porywisty. Szykował się słoneczny, ciepły dzień, w samym środku listopada. Kroki nasze skierowaliśmy w kierunku mostu na Izerze, przejściu granicznemu między Polską a Czechami. Chociaż stoi obok niego drewniana figurka Nepomucena, obeszło się bez wykładu na temat tej postaci. Po chwili trzeba było przemierzyć rzekę, skacząc po kamieniach. Niektórym osobom sprawiało to pewne trudności, a inne czuły się tak pewnie, że wylądowały, prawie po pas w wodzie (to znaczy ja). Następnie szliśmy wzdłuż rzeki. Padło hasło: „Do kolana”, lecz nie wszyscy postanowili się wybrać w miejsce, w którym Izera gwałtownie zakręca. Skończyło się podziałem grupy na dwie nierówne połowy. Po skontaktowaniu się przy pomocy telefonu, dało radę złączyć się powtórnie w jedną całość. Grupa ekstremalna musiała się wspiąć po wyraźnej stromiźnie, by dotrzeć do drogi. Podczas podejścia niektórzy przecenili swoje siły. Zongo i Krzysiu Story postanowili sobie wbiec, lecz tylko ten drugi dał radę… Reszta się nie spieszyła, ale dotarła do traktu w pełnym zdrowiu. Niedaleko miejsca spotkania ze skały wypływała niewielka stróżka czystej, górskiej wody, z której niejedna osoba skorzystała. Niektórym weteranom od razu przypomniały się plastikowe kubeczki przy zejściu z Howerli.

Pełną grupą mogliśmy ruszyć dalej, to jest na górę Bukowiec. Jest ona dosyć charakterystyczna, ponieważ zbudowana nie z granitów, jak otaczające ją inne masywy, lecz z bazaltu, co świadczy o wulkanicznej przeszłości obiektu. Porasta ją także inna roślinność – buki, skąd wzięła się nazwa. Charakterystyczne bazaltowe słupy można było zaobserwować na pionowej ścianie u podnóża góry, w miejscu, gdzie dawniej znajdował się komin wulkanu. Samo podejście na szczyt nie było zbyt wymagające i długie. Prof. liczył na to dziesięć minut, a dla tych mocniejszych około pięciu. Tak też było. Na szczycie odśpiewaliśmy zwyczajową Krystynę Czyczę, a Alinka i Iga pozostawiły wpis w stosownym kajeciku, trzymanym w specjalistycznej puszce, stanowiącym swoistą księgę gości. Wioska Jizerka leżała u podnóży Bukowca. Zejście zajęło parę chwil, lecz nie dane nam było już teraz zajmować miejsca w lokalu gastronomicznym i czekać na obiad. Nasi przewodnicy postanowili zaprowadzić wycieczkę nad zniszczoną tamę, jeszcze z czasów Austro-Węgier. W tych okolicach, w roku 1897, doszło do powodzi. Władze postanowiły więc wybudować niewielką zaporę na rzece Biała Desna, chcąc zapobiec powtórzeniu się takiej sytuacji w przyszłości. Projektantem był niejaki Wilhelm Plenker. Dnia osiemnastego września 1916 roku zapora pękła, zalewając okoliczne wsie, w tym miasto Desna. Zginęły w katastrofie 62 osoby, a jeden z inżynierów nadzorujących budowę popełnił samobójstwo. No cóż… ironia. Próbując zapobiec katastrofie, spowodowano jeszcze większą. Chętni przeszli się zobaczyć zaporę na własne oczy, ignoranci dali sobie spokój i udali się na wcześniejszy obiad, myśląc jednak o dobru wspólnym. Jakby się wszyscy naraz rzucili na smażone sery, posiłek trwałby dużo dłużej. Ostatecznie wszyscy mieli trafić z powrotem do Orla, a droga była prosta i oświetlona księżycem, więc żadnego problemu nie było. Po raz kolejny miałem wielką uciechę z iskier skaczących pod stopami. Takie są uroki spacerowania po zmroku w Górach Izerskich.

W schronisku trwały gorączkowe przygotowania do głównej atrakcji wyjazdu – koncertu zespołu Mizia & Mizia. Muzycy byli już w komplecie, sala przygotowana, piwo schłodzone. Strojono instrumenty. Wokalista zespołu, Włodzimierz Mizia, zapowiadał, że tym razem wystąpi w ciekawej czapce. Okazało się, że tajemniczym nakryciem głowy była radziecka czapka wojskowa. Miziowie odstawili koncert w swoim stylu. Cała sala się bawiła i parokrotnie trzeba było ją przewietrzać, bo dało się tam siekierę powiesić, a zabawy z siekierą bywają niebezpieczne. W koncercie brali także udział inni muzycy. Było to raczej jam-session, niż typowy koncert. Zabawę miały więc utalentowane muzycznie osoby z naszego grona: Xyl, Ania i Dusia. Po koncercie głównym, około drugiej, czy może nawet trzeciej godziny, nastał czas na śpiewanie biesiadne. Najzabawniejszy okazał się pewien stały bywalec, bliski znajomy Witka Mizi, który parę razy wcinał nam się w piosenki z jakąś góralską śpiewką „Zasadził baca…”, która, być może, niedługo pojawi się w dziale „śpiewnik” tej strony (przynajmniej tyle, ile uda mi się znaleźć lub odtworzyć). Zabawa trwała do czwartej nad ranem, kiedy to opiekun bufetu grzecznie nas wygonił do sąsiedniego pomieszczenia. Tam jeszcze parę chwil spędziliśmy z inną grupą miłośników muzyki i gór. Spać poszedłem ostatecznie około piątej, a nasi ostatni towarzysze bawili się jeszcze do siódmej.

Plan na niedzielę był prosty – wstajemy około dziewiątej i idziemy do Chatki Górzystów na ich mocarne naleśniki. Niestety, jak to z planami bywa, uległy zmianie. Szef nakazał przygotowanie śniadania, a po nim nastała stagnacja. Nie wszyscy się jednak przejęli zmianą planów. Krzysiu Story i Iga uciekli ze schroniska o dziewiątej i poszli tam, gdzie mieliśmy iść wszyscy. Reszta uwierzyła, że nieodwiedzenie naleśników da nam więcej czasu na obiad w Szklarskiej Porębie. Ciężko było się jednak zebrać z właściwym wyjściem z Orla. Udało się dopiero przed jedenastą. Na placu głównym odbyła się jeszcze zabawa w „Ninja”, tak w oczekiwaniu na wszystkich. Po paru chwilach udało się wyjść w drogę. Nie trwała ona długo. Na Rozdrożu pod Cichą Równią dopadł nas postój i… znowu „Ninja”. Wrócę jeszcze do tej gry. Wspomniałem o niej w ostatniej relacji, ale nie pisałem nic o samym przebiegu i jako takich zasadach. Polega ona na tym, że wszyscy się rozstawiają losowo w okręgu i każdy, po kolei, ma do wykonania jeden ruch, ataku lub ucieczki. Atak na przeciwnika polega na trafieniu swoją dłonią w jego dłoń. Tak uderzony gracz odpada. Wygrywa osoba, która zostanie. Absolwenci, w tym ja, od razu zaczęli kombinować, co zrobić, by zmaksymalizować szanse wygrania. Pierwsza była taktyka dla wysokich – trzymać ręce wysoko w górze, by nikt nie mógł ich dosięgnąć. Wygrał Pająk, najwyższy z nas. Następna strategia polegała na cofnięciu się i czekaniu, aż reszta sama się powybija. Też działała – na koniec zostaliśmy ja i Wojciu, a zakończyliśmy walkę grą w kamień, papier, nożyczki. W czasie naszej gry Szef zdążył się wyspać. Miał ciężką noc i nikt mu się nie dziwił, że był zmęczony. Wyruszyliśmy jednak dalej, przez dawny kamieniołom „Stanisław”, na szczyt o nazwie Wysoki Kamień. Od paru lat jest tam budowane, a raczej odbudowywane, schronisko. Pierwsze powstało już w roku 1837 i było to pierwsze schronisko w Sudetach. Następnie wielokrotnie było ono niszczone i odbudowywane. Obecnie zajmuje się nim prywatny przedsiębiorca.

Na szczycie, w bufecie, chętne osoby zamówiły oferowaną przez jadłodajnię szarlotkę, a inni zastanawiali się nad definicją siedzenia. Problem okazał się dużo bardziej złożony, niż moglibyśmy przypuszczać. Gdy kompania przygotowała się do wymarszu, oczywistym zdało się, że nie ma szans na obiad w Szklarskiej Porębie. Mimo to niektórym udało się zbiec na tyle szybko, by jeszcze zjeść pizzę kulturalnie, w pizzerii. Nasz transport odjeżdżał o godzinie piętnastej czterdzieści sześć, jeśli dobrze pamiętam. Był to szynobus, ponieważ tory między Jelenią Górą a Szklarską Porębą słabo znosiły ciężar pełnoprawnych pociągów. Czekała nas więc przesiadka w Jeleniej. Parę osób postanowiło to wykorzystać. Koleżanka Jagoda, jako że mieszkała w tamtej okolicy, wiedziała, z jaką jeleniogórską pizzerią się skontaktować, by można było odebrać towar na dworcu, podczas przesiadki. Zebrała więc zamówienia, fundusze i załatwiła wszystko, jak trzeba. Ciepłe pizze czekały na peronie. Powrót do domu wyglądał tak, jak zwykle. Prof. grał na gitarze znane i lubiane piosenki, a reszta śpiewała. W pewnym momencie instrument przejął Bartek i zaszczycił towarzystwo alternatywnym wykonaniem harcerskiej piosenki „Stokrotka”. Podobało się wszystkim, nawet pijanemu panu z korytarza.

Dla mnie i dla Kamila, jednego z uczniów LO3, wycieczka skończyła się o pół godziny wcześniej, ponieważ opuściliśmy pociąg w Kątach Wrocławskich. Tam bowiem mieszkamy. Reszta pewnie bezpiecznie dotarła do stacji przeznaczenia. Tam zebrali się w wielkim na trzydzieści osób kręgu, odśpiewali „Pożegnalny ton”, Szef wygłosił krótką mowę dziękczynno-pożegnalną, a następnie, każdy z każdym, metodą hokejową, się pożegnał. Tak oto zakończył się kolejny wyjazd do Orla, na imprezę „Blues nad Izerą”. Zapraszam na kolejne wycieczki odbywające się w ramach Szkolnego Klubu Turystycznego i do zobaczenia na szlaku.

Adam
Nasza ulubiona czeska wioska, czyli Jizerka, gdzie najbliżej od Orla dają smażeny syr (fot. Jagoda)
Tak to jest jak człowiek z Pomorza przyjedzie w góry (fot. Jagoda)