a

Wójtówka 29 I - 04 II 2007

Zimowisko

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Natalia Pyka
  • Paweł Dracz
  • Stefan Mizia
  • Marcin Komarnicki
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Autor: Szef

W zasadzie można by się spierać czy to był wyjazd trójkowy, bo na zimowisku z Miziami (nazwa miziowisko też miała pojawić się dopiero lata później) przeważała jednak czternastka. Od nas było troje śmiałków – Xyl, Natalia i Komar. Natalia, mimo że mała wzrostem, okazała się postacią, której wszędzie było pełno. A już na pewno pełno było jej głosu. Mogłaby stanąć w szranki zawodów w gadulstwie z samą Sikorką, Kingą czy Pałką. Komar niestety nie pojechał już nigdy więcej – zawsze przy kolizji terminów wybierał jednak kajakarstwo. Za to Xyla przyszło mi poznać naprawdę wyjątkowo dobrze. Zdaje się, że właśnie wtedy okazywał już pełną zaufania, a na pewno zupełnie pozbawioną refleksji na temat sensu czy bezpieczeństwa, postawę dzielenia ze mną wszelkich najgłupszych nawet przygód. Akurat w kontekście tego zimowiska oznaczało to zjazdy na krechę na biegówkach ze stoku we Wrzosówce. Do tej pory zawsze jak tam jestem dziwię się jak to możliwe, że w zasadzie nic nam się nie stało. Strategia na przetrwanie była prosta: w odpowiednim momencie wywrócić się. Kto później, ten wygrywa. Zdaje się, że przerwaliśmy zawody w momencie, gdy poszukiwania okularów Xyla, które przy takim upadku obierały własną drogę i lądowały kilka metrów dalej, w śniegu, trwały mniej więcej tyle, ile dwa pełne kursy na górę i w dół. Zresztą ostatecznie narty Xyla pod koniec zimowiska odmówiły współpracy, bo pękło wiązanie. Mimo że Natalia opuściła zimowisko przedwcześnie ukazała się pierwsza w historii relacja – w gazetce szkolnej o nazwie Trójak, która niestety (może jednak nie trzeba było pisać o wyjeździe z prof. Mizią) skończyła działalność na dwóch numerach.

Szef
To zdjęcie Chatki powstało kilka lat później, ale nie zmieniła się ona wiele przez ten czas (fot. Gosia K)
Autorka: Natalia Pyka 1a

W większości przypadków jako miejsce zimowej wycieczki wybiera się ładny pensjonat gdzieś w górach lub dobry hotel w jednej z narciarskich miejscowości. Wracając z tych wyjazdów, chwali się znajomym, jaki to wysoki standard panował w danym miejscu. Moje zimowisko, w którym uczestniczyli uczniowie naszego liceum i „czternastki”, skończyłoby się zapewne podobnie, gdyby nie pewien mankament: przebywałam w chatce w środku lasu…

To, że wyjazd bynajmniej nie będzie spacerem po płatkach róż (a zauważcie, że i róże mają kolce!), zaczęłam przypuszczać, gdy ojciec prof. Mizi, nasz opiekun, zatrzymał się w Lądku Zdroju w celu kupienia świeczek. Przez krótki okres łudziłam się, iż owe świeczki posłużą do natarcia nart, lecz długi i nie należący do lekkich „spacerek do chatki” rozwiał wszelkie moje wątpliwości. Wejście pod górę z plecakiem, doczepioną doń torbą i gigantycznym pokrowcem na biegówki, który – zgodnie z wieczną zasadą złośliwości rzeczy martwych – wciąż zahaczał o drzewa, niejednego Herkulesa czy innego bohatera przyprawiłoby o zawroty głowy. Jedynym sadystycznym pocieszeniem był dla mnie fakt, że koleżanki z czternastego LO pokonywały tę trasę z… torbami. Mimo że w momentach kryzysu niektórzy uczestnicy bezskutecznie próbowali zrobić z nart sanki tudzież prosili co pięć minut o pół godziny przerwy (prof. Mizia pocieszał ich wyjątkowo czule: „Nie mękolcie!”), dość szybko dotarliśmy na miejsce. Co można było znaleźć w naszym lokum? Lepiej spytać bez czego próbowaliśmy się obyć: bez ciepłej wody i elektryczności, i światła… na szczęście nikt nie narzekał na warunki sanitarne, to znaczy fotogeniczny wychodek daleko w lesie i połowicznie zamarzniętą sadzawkę „prawie jak wanna”. Przez pierwsze dni dużą popularnością cieszyły się tak zwane „spacery po zasięg”, czyli błądzenie po lesie w celu znalezienia chociaż dwóch kresek zasięgu w telefonie. Niestety, później potrzebowaliśmy raczej spacerów po baterie w telefonach. Ciepło oraz suszenie ubrań, których stos po każdym wyjściu skutecznie blokował przejście do części sypialnej po schodach, zapewniał nam mały piecyk. Za dość mądry uznałam zakaz jedzenia czegokolwiek bez częstowania innych – mała chałwa podzielona na około 15 osób po spacerze smakowała wspaniale. Pomimo braku takich luksusów jak telewizor czy radio, wieczory spędzaliśmy wyjątkowo ciekawie. Niektórzy śpiewali lub grali na gitarze, inni chodzili do pobliskiego (oddalonego o jedyne 3 kilometry!) domu po śrubokręty albo czytali lektury szkolne. Normą było jedzenie kolacji około północy lub stwierdzenie o trzeciej nad ranem, że nikt nie jest chyba śpiący. Do dobrej zabawy nie potrzebowaliśmy żadnego wynalazku, może nie licząc instrumentów muzycznych.

Oficjalnym celem wyjazdu było pouczenie się matematyki (a może także lepsze poznanie się uczniów z dwóch teoretycznie rywalizujących ze sobą szkół?), zaś nieoficjalnym – skorzystanie z chwilowo dostępnego śniegu i pojeżdżenie na nartach biegowych. Tutaj muszę wspomnieć o kolejnej rzeczy, której nie było – ŚLADACH. Jak łatwo się domyślić, brodziliśmy w śniegu, często zaczepiając o gałęzie lub kamienie.

Pomimo nierównego tempa wszyscy na pewno dobrze się bawili – szczególnie ci, którzy dopiero zaczynali swą przygodę z narciarstwem i nabawili się rekordowej ilości siniaków. Jeśli komuś nie pasowało brodzenie w śniegu, zajmował się główną obozową rozrywką, czyli rąbaniem drewna. Od biedy można by to uznać za praktyki zawodowe, biorąc pod uwagę to, iż drwal w Szwecji zarabia więcej niż lekarz w Polsce…

Zastanawiając się nad zakończeniem mojego felie­tionu, przypomniałam sobie wyjątkowo długie feryjne mękolenie mojego brata na brak osobnej łazienki dla każdego pokoju na jego zimowisku. Cóż, jedni potrzebują ośmiu gwiazdek i luksusu, innym wystarcza po prostu dobre towarzystwo (i matematyka?). Do których należysz Ty, drogi czytelniku?

Natalia Pyka 1a
Tekst ukazał się w 2. numerze szkolnej gazety TRÓJAK w lutym 2007 roku.