a

Ukraina 01-21 VIII 2012

Obóz Wędrowny

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Monika Sikora
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Wojtek Olszewski
  • Paweł Lorenc
  • Stefan Mizia
  • Ania Zaleska
  • Tomek Turek
  • Paweł Jacyk
  • Marcela Wiater
  • Iwona Janik
  • Piotr Michoński
  • Grzesiek Smoła
  • Iza Platis (Graba)
  • Dominika Wąsowska
  • Agnieszka Puła
  • Ola Lemke
  • Marta Pałczyńska
  • Krzysiek Platis
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Lwów
Bystrzyca
Przełęcz Legionów
Ust-Czorna
Wielka Kurtjaska
Jasinja
Lwów
Komańcza
Zyndranowa
Iwonicz-Zdrój
Autorzy: Alinka, Marcela, Zalesia, Isia, Szef, Pająk, Lorenco, Grzesiu, Paweł

Trzecie podejście do Ukrainy. Dwa lata wcześniej był Lwów, Odessa, Kijów, ale przede wszystkim Krym. Rok wcześniej był Lwów, ukraińskie Karpaty i, tak się jakoś złożyło, Krym. Tym razem miał być oczywiście ponownie Lwów, ale poza tym tylko góry – Gorgany, Świdowiec i Czarnohora. Wszyscy (Prof. Ojciec, Sikorka, Alinka i Pająk), którzy zaliczyli oba poprzednie, pojechali i tym razem. Jednak ten obóz to przede wszystkim mnóstwo nowych ludzi. Nowych dla obozowej historii TKT i nieobawiających się tworzenia jej. To, jak został zapamiętany poprzedni wyjazd wakacyjny, zwykło się opowiadać dość okrągłymi słowami dającymi do zrozumienia, że bywały lepsze. Zaraz po nim przyszła jednak Poręba, a z nią niesamowite pokolenie ’95 reprezentowane na samym tylko pierwszym wyjeździe roku szkolnego przez 44 osoby. Część z nich, jak to zwykle bywa, nie pojechała już nigdy, ale niektórzy przez cały rok szkolny pokazywali swój ogromny potencjał i z nieopisanym podnieceniem, które udzieliło się i starszyźnie, oczekiwali trzech tygodni w ukraińskich górach. A te zostały zapamiętane tak dobrze, że nawet po przeszło 4 latach jego uczestnicy (i osoba, która często jest posądzana o bycie uczestnikiem) spisali opowieści i wspomnienia, które zebrane razem i opatrzone komentarzami tworzą ten rozpoczynający się właśnie wielostronicowy tekst o owych sierpniowych 21 dniach. I jeszcze o takim jednym lipcowym.

Na miesiąc przed wyjazdem spotkaliśmy się pod Orbitą zaledwie w kilka osób: Lorenco, Zalesia, Grześ, Sikorka, Szef, Iza i Alinka. Prawie każdy dzierżył w dłoni namiot. Po znalezieniu odpowiedniego miejsca (musiało mieć w miarę skoszoną trawę) przystąpiliśmy do dzieła. Rozstawiliśmy namiot Lorenca, który okazał się nie być namiotem właściwym ze względu na niezbyt pewną nieprzemakalność i solidność. Następnie zaprezentował nam się namiot Sikorki, który został oceniony pozytywnie. Kolejny kandydat należał do Grzesia – była to dwójka, nówka nieśmigana, której kształt został porównany przez Izę do trumny. Zabraliśmy się za ostatnie planowe rozbicie – w nasze ręce trafiła trójka należąca do Marceli. Okazała się tak duża, że bez zastanowienia przyjęliśmy, iż zmieszczą się tam cztery osoby w sypialni i jeszcze dwie w przedsionku (który mógłby także służyć za przechowalnię plecaków dla co najmniej połowy obozu).

Oczywiście nie obyło się bez historii sławetnego tradycyjnego namiotu Papka z poprzedniego obozu. Na koniec sprawnie i szybko zwinęliśmy namioty i podziękowaliśmy sobie za spotkanie. Szef podsumował to krótko: „Nigdy nie byliśmy tak profesjonalnie przygotowani do obozu”. Się wie – profesjonalizm to drugie imię tegorocznych obozowiczów, bo trzeba Ci wiedzieć Czytelniku, że prawie wszyscy byli co najmniej raz na wyjeździe z Trójkowym Klubem Turystycznym!

Prawie wszyscy, to znaczy wszyscy oprócz jednego. Platon nie należał jednak do słabych zawodników, o czym ci co trzeba wiedzieli już wcześniej. A ci, co nie wiedzieli dowiedzieli się w swoim czasie. Ich czas rozpoczął się z pierwszym dniem sierpnia. I tam również rozpoczyna się relacja Grzesia.

1.08.12

Była godzina 1:20 1-go sierpnia 2012 roku. Jechałem właśnie autobusem na dworzec główny PKP. Zmierzałem na zbiórkę zaczynającą obóz wędrowny po Ukrainie. Wyjazd ten miał trwać 21 dni i był organizowany przez mojego nauczyciela matematyki – prof. Mizię i jego ojca. Pierwsza część planu obejmowała zwiedzanie Lwowa, skąd mieliśmy wyruszyć na pieszą wędrówkę po ukraińskiej części Karpat. Przeczuwałem, że nadchodzące tygodnie będą nadzwyczajne, lecz nie wiedziałem, że właśnie zaczynała się największa przygoda mojego życia. Byłem pełen obaw dotyczących wyjazdu. Najbardziej martwiłem się o to, czy dam radę przemieszczać się po górach z niemalże dwudziestokilogramowym plecakiem, jak i o samo wytrzymanie trzytygodniowego chodzenia. Gdy dotarłem na miejsce zbiórki i zobaczyłem znajome twarze, od razu poczułem się trochę pewniej. Po krótkiej rozmowie okazało się, że nie jestem osamotniony w mych obawach. Stwierdziłem również, że dobrze zrobiłem nie kładąc się tej nocy spać, ponieważ tak jak podejrzewałem bardziej męczące było zerwanie się z łóżka po kilku krótkich godzinach snu niż spędzenie tego czasu na finalne przygotowania do wyjazdu. Wywnioskowałem to z obserwacji moich ledwo utrzymujących się na nogach znajomych.

Gdy wszyscy się zebrali, przeszliśmy na peron, by zająć miejsca w podstawianym właśnie pociągu. Mieliśmy wykupione miejscówki, więc nie przewidywaliśmy żadnych problemów. Jednak okazało się, że niektórzy ludzie nie przyjmowali do wiadomości istnienia takich wynalazków jak bilet z rezerwacją miejsca i nie wykazywali chęci współpracy. Na szczęście jakoś zdołaliśmy zająć miejsca, mniej więcej w tej samej części pociągu. Wiązało się to z pewnymi niedogodnościami, takimi jak siedzenie w piątkę na czteroosobowej kanapie, lecz atmosfera podczas podróży i tak była przednia. Podróż trwała jedenaście i pół godziny, lecz nie dłużyła się zbytnio. Było to pewnie spowodowane tym, że po kilkudziesięciu minutach rozmów większość z nas posnęła. Ja miałem z tym problem, ponieważ, z racji lekkiego ścisku, zupełnie nie miałem jak się ułożyć. Na szczęście obok mnie usiadł Paweł, który okazał się wyśmienitym kompanem podróży, szczególnie przypadło mi w nim do gustu to, że wiózł ze sobą wielką torbę, całą po brzegi wypchaną różnego rodzaju produktami spożywczymi.

Do Przemyśla dojechaliśmy około 13:30. Mieliśmy tam jakieś pół godziny wolnego czasu na uzupełnienie zapasów lub wymianę złotówek na hrywny. Następnie przeszliśmy na prowizoryczny postój busików, skąd pojechaliśmy na granicę. Wtedy dopiero poznałem prawdziwe znaczenie słowa ścisk. Kiedy już udało mi się zająć miejsce, na którym nawet bez sześćdziesięciolitrowego plecaka na kolanach miałbym problemy ze znalezieniem miejsca na nogi, chciałem tylko nie zmiażdżyć ludzi dookoła mnie na najbliższym zakręcie. Po kilkunastu minutach wysiedliśmy w Medyce, niedaleko granicy. Wszędzie było pełno ludzi niosących lub ciągnących za sobą różnej wielkości pakunki, zmierzających z tamtejszej Biedronki na granicę i z powrotem. W czasie przejścia na ukraińską stronę od razu zauważyłem kontrast pomiędzy oboma krajami. Podczas gdy po naszej stronie granicy stał duży przeszklony gmach kontroli celnej, po stronie ukraińskiej stał malutki drewniany barak. Kiedy znaleźliśmy się po drugiej stronie, pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy było przestawienie zegarków o godzinę do przodu, ponieważ Ukraina znajduje się w innej strefie czasowej niż Polska. Następnie po chwili czekania wsiedliśmy do autobusu jadącego do Lwowa. Tym razem byłem zadowolony ze swojego miejsca. Siedziałem obok Marceli, a więc miałem doborowe towarzystwo, do tego z jednego z niewielu uchylonych okien wionęło lekko chłodnym powietrzem w kierunku mojej twarzy. Ponadto miałem wystarczająco dużo miejsca, by spokojnie wyprostować nogi w kolanach, co pozwoliło mi choć trochę odespać poprzednią noc. Dzięki temu około dwugodzinny przejazd minął dość szybko i nawet się nie spostrzegłem, jak mym oczom ukazał się monumentalny budynek dworca kolejowego we Lwowie.

Po opuszczeniu naszego ostatniego w tym dniu środka lokomocji, około godziny 18:45 rozsiedliśmy się na okolicznych ławkach i zajęliśmy się ostatecznym pozbywaniem się reszty prowiantu przeznaczonego na dzisiejszą podróż. Dzieliliśmy się również naszymi pierwszymi przeżyciami i obserwacjami dotyczącymi tego nowego dla wielu z nas kraju. Po mniej więcej 15 minutach relaksu zaczęliśmy pierwszy etap zwiedzania miasta. Polegał on na spacerze z plecakami uliczkami Lwowa do hostelu, w którym mieliśmy spędzić najbliższe dwie noce. Ku mojej wielkiej uciesze po drodze wstąpiliśmy na obiad do restauracji PUZATA CHATA. Jest to restauracja samoobsługowa serwująca narodowe ukraińskie potrawy takie jak zupa solianka, barszcz i pierogi z ziemniakami. Tam miało miejsce moje pierwsze spotkanie z ukraińskim kwasem chlebowym. Była to miłość od pierwszego łyku. Poczynając od tej chwili praktycznie zawsze, gdy w pobliżu znajdował się sklep spożywczy zaopatrywałem się w butelkę kwasu, najczęściej różnych marek, by móc w pełni doświadczyć bogactwa smaków różnych jego odmian.

Po zakończonym posiłku ruszyliśmy dalej i już po kilku minutach dotarliśmy do miejsca naszego noclegu. Był to przytulny, choć trochę ciasny hostel w samym centrum Lwowa. Trochę irytowało mnie to, że nasz pokój mieścił się na piątym piętrze a klatka schodowa była trochę dla mnie za niska, lecz po kilku kursach w górę i w dół (szczególnie z plecakiem) dało się do tego przyzwyczaić. Na parterze przy wejściu mieścił się hol z kanapami i stolikiem, który stał się miejscem naszych zbiórek przed ważniejszymi, obowiązkowymi wyjściami. Chwilę po naszym przybyciu pozostawiliśmy bagaże w pokoju i ruszyliśmy na wieczorną przechadzkę po starówce. Wyszliśmy o 21:15 i skierowaliśmy nasze kroki ku rynkowi. Gdy doszliśmy na miejsce, było już ciemno. Obeszliśmy ratusz dookoła, podziwiając piękne, odrestaurowane kamieniczki, a następnie obejrzeliśmy pokaz tancerzy z pochodniami. Potem odbyła się mała sesja zdjęciowa przy fontannie znajdującej się w północno-wschodnim narożniku placu. Cała męska część naszej wyprawy pozowała do zdjęcia, próbując jak najbardziej upodobnić się do wieńczącej wodotrysk rzeźby. Po zakończeniu tego „konkursu” ruszyliśmy w stronę alei Wolności, na której urzekł nas swym pięknem gmach lwowskiej opery. Następnie wróciliśmy do naszej kwatery i zaczęliśmy mozolne przygotowania do udania się na spoczynek. Z racji tego, że łazienka była jedna, a osób chętnych się umyć dwanaście, a w dodatku woda ledwo sączyła się ze słuchawki prysznica, oczywistym było, że nie trwało to krótko. Kiedy w końcu umyłem się (niestety dopiero jako jedenasty z kolei) i chciałem oddać się w objęcia Morfeusza okazało się, że projektanci tego łóżka nie uwzględnili, że istnieją na tym świecie osoby mające więcej niż sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu i w miejscu mniej więcej mojej kostki wstawili cały szereg szczebelków. Jednak położenie się na skos jak i moje ogólne zmęczenie załatwiło sprawę.

Na Wzgórzu Zamkowym we Lwowie (fot. Iza)

Tutaj zakończyła się pierwsza część powstałej kilka miesięcy po obozie relacji. Niestety okazała się ostatnią. Kolejne teksty, a także poprzedzający ją fragment, są już efektem wspomnień ponad 4 lata później. Ta dwoistość natury całego tekstu sprawiła, że na granicy między tymi dwoma źródłami słów doszło do małego zakrzywienia czasoprzestrzeni. Tak więc wróćmy jeszcze do granicy i spójrzmy na spojrzenie Zalesi, która również pierwszy raz zetknęła się z ukraińskimi realiami.

Po przekroczeniu pieszo ukraińskiej granicy wkroczyliśmy w zupełnie inny, jakby to rzekł jeden z naszych opiekunów, „prawdziwy” świat. Z Medyki do Lwowa postanowiliśmy dostać się jednym z kursujących co około godzinę busików – marszrutek. Pojazd, który pojawił się na przystanku mało przypominał znane nam środki komunikacji. Po zażartych negocjacjach o miejsce w busie z innymi potencjalnymi chętnymi do wsiadania znaleźliśmy się w nieco sfatygowanym wnętrzu. Było tam malutko miejsca, szczęśliwcom udało się usiąść, choć cenę za to stanowiło przygniecenie plecakami wszelakimi. Praktycznym gadżetem okazał się podwyższony obszar przy kierowcy pokryty kocem, na którym spokojnie można było usiąść. Jakiś roztropny inżynier wyciął w nim dziurę na skrzynię biegów, łącząc tym samym wygodę pasażerów z praktycznością prowadzenia pojazdu.

Tematyka marszrutek nie wyczerpuje jednak limitu pierwszych spostrzeżeń.

Co uderza człowieka po przekroczeniu wschodniej granicy? W sumie można by wymienić parę rzeczy, ale jedną z nich jest zmiana alfabetu. Cyrylica wszędzie, alfabet łaciński bardzo sporadycznie. Zatem brak znajomości bukw oznacza konieczność przebycia przyspieszonego kursu. Kto zna alfabet grecki (na szczęście nauka matematyki jest tu pomocna), ma ułatwione zadanie. Do Lwowa każdy mniej lub bardziej odkrywa umiejętność czytania na nowo. W nagrodę na drodze z dworca można sobie poczytać do woli. Już tam rozbawienie wzbudza sklep z używaną odzieżą opisany „Sekond Hend”. To prowokuje do szukania ciekawych napisów: na szyldach, bilbordach czy ogłoszeniach. Niedługo później każdy ma już swoją ulubioną transkrypcję, a wśród nich m.in. „Stiw Dżobs”, „Makdonaldz” czy „Das ist praktisz”. Niektórzy dochodzą do takiej wprawy, że każdy napis zaczynają swobodnie odszyfrowywać, i tak nawet zwykłe „Happy birthday” zamienia się na „Narru…?”. Jeśli jednak się nad tym zastanowić, to u nas też pojawiają się takie smaczki, choćby znane pośród członków TKT delikatesy „Medżik” w Tylawie.

Choć linijkę wyżej widać nazwę wioski położonej w Beskidzie Niskim, to jednak śmiało można napisać, że fabularnie znowu jesteśmy we Lwowie. Jest to świetna okazja, by cofnąć się jeszcze bardziej, aż do Wrocławia. Gdzie jedyny na obozie debiutant, choć twardym zawodnikiem jest, o czym poniższa historia właściwie poświadcza, pokazał, że doświadczenie stało się jego drugim imieniem dopiero w trakcie wyprawy.

Wczesną porę wyjazdu (1.40 w nocy) umilił nam widok Platona wędrującego w naszą stronę z plecakiem w starym stylu – z zewnętrznym, niewygodnym, alu­miniowym stelażem. Następnego dnia we Lwowie udało nam się namówić szczęśliwego właściciela do zakupienia czegoś wygodniejszego. Swoje kroki skierowaliśmy na targ, gdzie było wszystko – udało nam się dzięki temu kupić nowy plecak po rozsądnej cenie. Kupiliśmy też klapki dla Izy, ale nie pożyły za długo, bo jeden z nich spłynął parę dni później rzeczką.

A oprócz targu podczas drugiego dnia obozu, w całości spędzonego w dawnej stolicy Galicji i Lodomerii, zwiedzonych zostało wiele innych ważnych miejsc (myśliciele i znawcy wciąż nie są pewni, czy taki byt, jak obóz na Ukrainie bez odwiedzenia Cmentarza Łyczakowskiego może istnieć). A o to, żeby turyści trafili gdzie trzeba zadbała już komórka organizacyjna odpowiedzialna za promocję miasta.

Mapka Lwowa, którą można dostać w informacji turystycznej, ma zaznaczone nie tylko zabytki konieczne do odwiedzenia, ale także wiele klimatycznych knajpek. Myśmy nawiedzili kilka z nich.

Zaczęliśmy od Domu Legend, gdzie załoga nie tylko jest bajkowo przebrana, ale pracuje tam także para karłów. Pałka z radością odkryła możliwość wejścia na dach i do komina oraz zwiedzała wszystkie sale. My zasiadaliśmy w sali wodnej. Zaczęły się wspomnienia poprzednich wyjazdów i degustacja zamówień. W pewnym momencie padło stwierdzenie „To smakuje jak posolone mleko”, co Wojciu sprostował: „Nie, oni po prostu doją morską krowę”.

Potem przenieśliśmy się do żydowskiej knajpki, gdzie zamówiliśmy donice z kwiatkami, strudle, czy trawienny czaj. Na koniec przyszedł czas na tradycyjne targowanie się o cenę. Pani podała nam ceny wywoławcze, po czym zaczęliśmy ustalać taktykę. Jednak pani nas uprzedziła – stwierdziła, że dostaniemy super zniżkę, jeśli jej coś zaśpiewamy i dostanie od każdego stolika prezent. Odśpiewaliśmy „Pożegnalny ton” i podarowaliśmy drobiazgi: ośmiobezścian, kwiatek z grosikiem na szczęście, zagrodę dla owiec…

Aj waj! (fot. Alinka)

Śpiewanie Pożegnalnego Tonu pod koniec drugiego dnia wyjazdu nie jest niczym zaskakującym. Zaśnięcie niedługo potem w kilkusettysięcznym mieście też mieści się w kanonie. Tylko ta pobudka i przyjście na dworzec gdzieś w okolicach siódmej rano nasuwa skojarzenia ze zgoła innym stałym elementem wyjazdu. Można więc przyjąć, że skończyła się weekendówka (taka trochę kulawa, bo środa-czwartek) we Lwowie i czas przyszedł na kolejną wyprawę. W góry, czyli na południe. Jak w domu. Tak rozpoczął się dzień trzeci.

Większość śniadań w TKT to tłumne okrążanie stołów, na których dyżurni rozłożyli posmarowane kromki, wybór detali i dodatków. Wyglądają podobnie, więc jakoś szczególnie nie zapadają w pamięć. Tu było inaczej. Zaczęło się od porannego wyjazdu na głodnego ze Lwowa. Kierunek: góry! a dokładniej Bystrica. W busiku szybka sonda: komu mleko, a kto, naśladując Sikorkę, chce kefir. Droga wiodła przez Iwanofrankowsk (dawny polski Stanisławów) i to właśnie tam zatrzymaliśmy się na śniadanie, bo w brzuszkach już burczało. Szef wybrał się po jedzenie i wrócił z workiem bułek i… workiem worków. A w workach kefir i mleko. Pić z kartonika, butelki czy innego kubeczka każdy głupi potrafi, ale picie z worka wymaga trochę sprytu. Przy wprawkach trochę mleka się rozlało, ale daleko nam było do płakania nad nim – tej konsumpcji zdecydowanie towarzyszył śmiech!

Bo pić trzeba umieć (fot. Alinka)
I pamiętać, żeby zagryźć (fot. Iza)

Kres podróży nastąpił w Bystricy, która w czasach, gdy należała do województwa stanisławowskiego, a nie obwodu iwanofrankiwskiego zwana była Rafajłową i na mocy decyzji Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 22 lutego 2012 roku dziś znowu oficjalnie może być tak nazywana, choć jest to nazwa równoważnie poprawna z intuicyjną polską nazwą osady, czyli Bystrzycą. Nazwa nie była jednak kwestią, która zajmowałaby przesadnie obozowiczów. Zasadniczy problem leżał w zupełnie innym miejscu. Choć, co by nie było, również w Bystricy.

Powiedzieć, że pojechaliśmy do Bystrzycy w ciemno to nic nie powiedzieć. Wcześniej już dwa razy byliśmy w tych okolicach. Naszą bazą była wtedy miejscowość Jasinja. To spore miasteczko z hotelem, dyskoteką, turbazą (w której spaliśmy), sklepami, bankiem, trzema bankomatami i wieloma restauracjami. Jak się tak zastanawiam do czego to porównać, to przychodzi mi do głowy bieszczadzka Cisna, choć po sprawdzeniu liczby ludności wychodzi, że Cisna ma 500 mieszkańców, a Jasinja 8000. To więcej niż Lądek Zdrój, a tylko nieco mniej niż Bystrzyca Kłodzka. Jasinja jest jednak położona wśród wysokich gór i nie ma charakteru miejskiego jak te miasta Kotliny Kłodzkiej. Skojarzenie bieszczadzkie jest bardzo silne. Spodziewaliśmy się, że Bystrzyca, odległa od Jasinji o jakieś dwadzieścia kilometrów jest podobnym ośrodkiem. Nic z tych rzeczy. Owszem, jest położona idealnie na start eksploracji Gorganów, ale to dziura. Po prostu mała wioseczka w górach. Trzy sklepy na centralnym placu, siedziba rady sołeckiej i kościół. To wszystko. Ośrodek noclegowy był tam chyba kilkadziesiąt lat temu i już nie pamiętam, czy za naszej bytności był w odbudowie, remoncie, czy też budowie od podstaw. Zero restauracji, noclegów, nic. Kierowca wynajętego busa bardzo się dziwił, że jedziemy do takiej dziury. Zresztą mogliśmy się spodziewać, że miejscowość, do której prowadzi kilkanaście kilometrów dziury na dziurze (nasze najgorsze drogi to w porównaniu z tamtą holenderskie autostrady), nie jest zbyt często odwiedzanym ośrodkiem turystycznym. Jakiś pan z rady sioła zaproponował, że możemy rozbić namioty za budynkiem, na łące. Zapytaliśmy o konia, który tam się pasł – obiecali go zabrać. Parę dni później konie same przyszły do naszego obozowiska na Przełęczy Legionów i nie pytały nikogo o zdanie. Sytuacja była nieciekawa. Przeszła gwałtowna burza, niebo zaciągnęło się chmurami i z nieciekawej zrobiła się beznadziejna. Ustaliliśmy z ojcem, że jutro albo dziś jeszcze ruszamy w góry, bo nie ma co w tej dziurze siedzieć. Zakupiliśmy w sklepie 40 chlebów (pani nawet nie mrugnęła okiem), tyle rzeczy do chleba ile tylko się dało i poszliśmy na mały rekonesans. Bardziej dla przeczekania pogody niż w nadziei na cokolwiek. Zupełnie niespodziewanie znaleźliśmy niedaleko coś na kształt restauracji – może raczej bar po prostu. Zamówiliśmy co było, czyli kotlety mielone z puree ziemniaczanym. Poza tym, że wszystko było zimne, a kotlet Zalesi był nadgryziony, to było spoko. Najważniejsze jednak, że znaleźliśmy nocleg! Przed jednym z domków widniał szyld NOCLEGI. Był to domek prowadzony przez miłą panią Olgę – Ukrainkę, żonę Polaka z Warszawy (gospodarza akurat nie było). Co prawda w środku było 6 łóżek i jedna łazienka, ale na 20 osób to przecież i tak więcej niż szczyt marzeń w tamtej chwili. Było cudownie, zostaliśmy tam 4 dni.

Łóżka, łazienka i generalnie dach nad głową nie wyczerpały jednak limitu luksusów. Okazało się, że może być jeszcze lepiej, niż na początku się mogło wydawać.

Jak wiadomo, najlepsze miejsce na obozowisko jest nad rzeką. Co prawda nie to było kryterium wyboru noclegu w Bystrzycy, a liczba wolnych miejsc, jednak szczęśliwym zbiegiem okoliczności rzeka okazała się płynąć w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca naszych noclegów. Domostwo, w którym się zatrzymaliśmy miało jedną wadę oprócz tego, że było wypchane członkami TKT po brzegi – wyposażone było w tylko jedną łazienkę. Szybka kalkulacja (liczba osób × średni czas korzystania z prysznica) przekonała niektórych do porzucenia myśli o kąpieli pod dachem i skłonieniu się w stronę metod godniejszych twardych wafli. Ekipa sprawnie się sformowała i wraz z nastaniem zmierzchu ruszyła przez pobliski most na kamienistą plażę. Tam nastąpił podział na dwie podgrupy, gdzie kryterium była płeć – dziewczęta po prostu oddaliły się nieco w dół rzeki. Przez co nie mogły uczestniczyć w konwersacji, jaka wywiązała się w grupie męskiej. Przytoczę tylko urywki, które przeszły do historii: „Mam igłę w gaciach. – To nie igła.” czy „Chyba złapałem rybę. – To nie ryba.”. Wtedy też w chwili natchnienia Szef sklecił ten dwuwiersz: „W świetle księżyca lśni jak rusałka, to Afrodyta? Nie – nasza Pałka!”.

Higiena to jednak nie tylko mycie ciała, ale także dbanie o czystość odzieży. Dzięki bliskości rzeki chętni mogli poczuć się jak Mamuna z Odwróconej Góry. Pod czujnym okiem gospodyni i za jej cennymi wskazówkami kolejne części garderoby przywracane były do porządku w bystrym nurcie. Pomocnym akcesorium była wanienka, która okazała się być naczyniem kąpielowym gospodyni z lat niemowlęcych.

Wielkie pranie to jednak historia dnia kolejnego. Jakkolwiek doświadczeni turyści wiedzą, że nie należy przesadzać z ilością ubrań, to jednak po trzecim dniu wyprawy jeszcze odzienia starczało. Na zapoznaniu się z ciekiem wodnym podziwianie okolicy zakończyło się, jak i właściwie cały dzień. Jeszcze tylko nocne dmuchanie i można było spać.

Przed tym obozem na hasło: „warunki sypialne na Miziowym obozie” do głowy jako pierwsza przychodziła bieszczadzka Kalnica (gdzie było nas ponad dwukrotnie więcej niż powinno). Ale wtedy spało się po dwie osoby na łóżku, a tym razem rekord to 6 dusz! Dało się wytrzymać, dopóki w nocy nie usłyszeliśmy… dmuchania. Tak, dmuchania – materaca oczywiście. Agnieszka uznała, że będzie to robić ręcznie w środku nocy. Lorenco długo się opierał, ale jednak nie wytrzymał. Wstał… i nadmuchał.

Po trzech dniach obozu i dotarciu siłą koni mechanicznych na wysokość przeszło siedmiuset metrów nad poziomem morza przyszedł w końcu czas na pójście w góry pieszo. Na razie na lekko i niedaleko – na Przełęcz Legionów i grzbiet Tawpiszirki sięgający ok. 1500 metrów nad poziom morza. Była to więc pierwsza okazja na sprawdzenie swojej siły, wytrzymałości, sprzętu, jakości gorgańskich owoców lasu i w końcu, co nie mniej ważne, jak mówi doświadczenie poprzedniego roku, radzenia sobie z deszczem.

Schodząc z położonego na grzbiecie Tawpiszirki szczytu Podyny wszyscy szybko wyczerpali swoje zapasy wody, więc tradycyjnie zaczęto wyszukiwać, a raczej wysłuchiwać jakiegoś strumienia w pobliżu. Na szczęście na pomoc przyszła Matka Natura i nagrodziła zmęczonych wędrowców sążnistą ulewą. Szybko schowaliśmy się do wiaty i patrzyliśmy na życiodajne strumienie wody. Jako że długie bezczynne siedzenie w jednym miejscu sprzyja kreatywności TKTowiczów, Ciotka Pałka zaraz wpadła na genialny pomysł. Dlaczego nie nałapać zdrowej deszczówki, by ukoić pragnienie? Jedynym problemem był tylko sposób nagromadzenia jej. Ale zaraz nadeszła kolejna złota myśl naszej weteranki. Postanowiła ona nałapać deszczówkę w płachtę z własnej kurtki przeciwdeszczowej. Choć wody nazbieraliśmy niewiele, to zabawa była przednia, a woda w dodatku smakowa – o smaku dezodorantu!

Gdy nastał czas dotarcia do bazy w Bystrzycy, deszczu już nie było, ale to żaden problem – na miejscu była przecież rzeka. I nastał czas wspomnianego już wielkiego prania. Właściwie trudno stwierdzić, skąd wzięło się tutaj określenie „wielkie”. Ale może za kilkanaście lat, gdy ktoś usłyszy, że ktoś powie do jego dziecka „twoja stara pierze w rzece” (o ile seria „twoja stara” przetrwa próbę czasu), to łezka się w oku zakręci…

Jaro jako weteran pakowania się na wycieczki zabrał tylko najpotrzebniejsze rzeczy (i karimatę Jara, oczywiście!). Po kilku dniach dało się jednak zauważyć, że jego oszczędność przybrała dość ekstremalną formę. Codziennie bowiem można go było ujrzeć w jednej koszulce z wdzięcznym napisem „obsługa techniczna”, która stała się jego znakiem rozpoznawczym. Gdy nastąpił moment wielkiego prania, jakież było moje zdziwienie, że jedna koszulka była w rzece, a Jaro miał na sobie kolejną, taką samą! Rozwiązała się więc zagadka niezniszczalnej koszulki, która magicznie rozmnożyła się w czasie obozu, pewnie wyciągana z drugiego dna plecaka!

Widać, kto jest górą w tym związku (fot. Iza)

Noc po pierwszej trasce wymagającej nieco większego wysiłku, niż wybór dania z menu w lwowskiej knajpie, przebiegła bez większych przeszkód, tak samo jak wstanie i wybranie celu na kolejny dzień – nietrudno bowiem zdecydować się na zdobycie najbardziej efektownego szczytu w zasięgu pieszego marszu (takiego normalnego, do 30 kilometrów). Trasa na nią wiodła nad wyraz wygodnym traktem, pośród leśnej gęstwiny i zamykającej się systematycznie doliny. Zamknięcie owo nie oznaczało jednak braku możliwości dalszego marszu. Wymagał on po prostu nieco więcej wysiłku. Wprawdzie do szczytu pozostawała mniej więcej szósta część dotychczasowego dystansu, jednak w kwestii przewyższenia końcówka wygrywała w stosunku 2:1. Panorama rozciągająca się z łysego grzbietu była jednak jak najbardziej godną nagrodą za podjęty wysiłek. Na samym szczycie Gropy (czyli trochę wyżej niż na najwyższym szczycie w Polsce zdobytym przez TKT) postój nie trwał zbyt długo. Tyle co przywitać się z towarzyszami szczytowej uciechy.

Na Ukrainie można spotkać wiele dzikich koni. Podobno ich właściciele kilkadziesiąt lat temu nie byli w stanie ich utrzymać, więc zostały wypuszczone. Poradziły sobie w naturalnym środowisku, rozmnażały się i są jedną z atrakcji tamtejszych górskich wycieczek, której doznaliśmy po parokroć – pierwszy raz na Gropie. Niektórzy szukali nawet większych doznań. Ja chcę nakarmić kucyka! – krzyknęła Pałka, która przekonała Lorenca, żeby poszedł z nią jak najbliżej nich. Głaskanie zaliczone!

Nieopatrznie Pałka sprowokowała doznania także u innych uczestników. Konie polubiły Pałkę, więc poszły za nią. Następnie zaczęły lubić plecaki, kijki, a nawet samych uczestników. Nie wiadomo jakie zdanie na ten temat mają kijki i plecaki, ale jeśli chodzi o ludzi – bez wzajemności. To jest właściwie przyczyną długości (czyli krótkości) pobytu na szczycie. Nieco niżej było jednak odpowiednie miejsce na jedno z ulubionych szczytowych zajęć, czyli jedzenie. A jeszcze niżej była droga w dół. A dolinę obok był skrót w dół. Decyzja nie była trudna.

Tak to się kończy, gdy każdy chce spać od ściany (fot. Alinka)
Pałka lubi konie. Konie lubią Pałkę (fot. Grzesiu)

Polak nie wielbłąd… pić musi. Podczas ukraińskiego upału była to rzecz niezwykle drogocenna. Ale czasami trudna do zdobycia. Przekonywał się o tym Lorenco, którego pragnienie zwilżenia ust narastało z każdym przebytym kilometrem. Rozmyślał o wodzie tak długo, aż w końcu ją… usłyszał! Pobiegł ostro w dół, aż znalazł źródło drobnego strumyka! Plastikowe butelki poszły w ruch. To ogólnie był dzień odkryć. Chwilę wcześniej Pałka nie mogła oprzeć się bliższego spotkania z dzikimi końmi, co niestety skończyło się naszym taktycznym odwrotem z wcześniej upatrzonego szczytu na równie pięknie położoną, choć mniej konną przełęczkę. Z kolei później odkryliśmy niesamowity skrót przez kosodrzewinę. Polecam. A, no i jak to mówią… z małego strumyka… duża rzeka (czy jakoś tak). „Naprawdę podziwiam Szefa, że jest opiekunem tej wycieczki” – pomyślał podczas wodnej przeprawy po kamieniach, wodzie i między konarami Lorenco.

Turas chodził w dziurawych spodniach zanim było to modne (fot. Iza)

Prawdziwość wiedzy na temat myśli Lorenca poświadcza autor tej opowiastki, czyli Lorenco. A skoro już został wywołany niesamowity skrót…

Skróty… Z założenia mają skracać drogę, w praktyce wychodzi to różnie. Kiedy wyruszyliśmy z postoju pod Gropą, szefostwo podjęło decyzję o skróceniu planowanej trasy z uwagi na kurczące się zasoby czasu. Zaczęliśmy schodzić w dolinę poprzedzającą tę z wyznaczonym szlakiem z uwagi na to, że i tak się ze sobą łączą nieco niżej. Z początku trasa przebiegała po raczej łagodnym trawiastym zboczu. Lorenco znalazł źródło i wszyscy z radością ugasili pragnienie. Wtedy też nastała moja kolej na niesienie wspólnego plecaka z zapasami wody i prowiantu. Chwilę później sprawy zaczęły się komplikować. Początkowo łagodne, trawiaste zbocze powoli, lecz nieubłaganie zwiększało swój kąt nachylenia, by następnie w sposób nagły zmienić się z górskiej łąki w skalne rumowisko. Zsuwanie się w dół po stercie luźnych kamulców nie należy do specjalnie łatwych, szczególnie, gdy co chwilę niebezpiecznie blisko stóp lub kolan staczały się kamienie wprawione w ruch przez osobę schodzącą za nami. Jednakże większość z nas stanowili wytrawni, jak na swój wiek turyści, dzięki czemu nie stanowiło to dla nas większego problemu, dlatego dość dziarsko zsunęliśmy się na skraj kosodrzewiny.

Charakter następnego etapu naszej wędrówki w sposób dosadny opisują słowa Martina Gilberta. Parafrazując, w piekle nie ma ognia, to nie byłoby największe cierpienie. Piekło to kosodrzewina! Stanęliśmy na skraju ściany kolczastych, wysokich na ponad dwa metry krzewów. Drogę powrotną odcinało nam właśnie pokonane gołoborze, kurczące się zasoby czasu oraz wrodzona chęć przeżywania przygód. Jedyną opcją pozostało zagłębienie się w rozpościerający się przed nami gąszcz. Po kilku krokach przekonaliśmy się o prawdziwości słów „tonący brzytwy się chwyta”. Ze względu na bardzo duże nachylenie stoku oraz istną plątaninę wielu poziomów korzeni pod naszymi stopami, jedynymi względnie bezpiecznymi miejscami wydawały się punkty u nasady krzewów. Jednakże po oparciu tam stopy cała roślina uginała się jak pod potężną wichurą łamiącą duże drzewa, trzciną zaledwie tylko kołyszącą. Skutkiem czego praktycznie nie wypuszczaliśmy z rąk ich kolczastych gałęzi. I tak przedzieraliśmy się przez gęstwinę, idąc gęsiego w dwóch lub trzech równolegle przemieszczających się grupkach, ważąc każdy kolejny krok.

Gdy skrajne skupienie nad utrzymywaniem równowagi i starania kontrolowania wszystkich znaczących przegubów naszego ciała stawało się machinalne i prędkość przemieszczania zaczęła powoli stabilizować się na w miarę zadowalającym (w kontekście przebijania się przez nieprzebyty gąszcz) poziomie, zacząłem odczuwać nasilające się z każdym krokiem dodatkowe kołysanie kostki. Z początku nie zrobiło to na mnie wrażenia, lecz wraz z intensyfikacją doznawania owej niestabilności moja uwaga coraz bardziej kierowała się ku stopom. Wtedy spostrzegłem, że mój, zakupiony bezpośrednio przed wyjazdem but zaczął nieubłaganie tracić spoistość. Pomiędzy podeszwą a śródbuciem ziała niepokojąca szczelina. Zapoczątkowało to we mnie tok myślowy, którego finał niepokojąco oscylował wokół śmierci, kalectwa i innych nieprzyjemnych następstw możliwego pozostania w ukraińskiej dziczy dobre kilkaset kilometrów (oraz wschodnią granicę Unii Europejskiej) od najbliższej jednostki mającej cokolwiek wspólnego z GOPRem. Na szczęście zanim sytuacja wymknęła się spod kontroli, przed nami rozpostarła się niewielka, stosunkowo łysa, prawie płaska przestrzeń. Wykorzystaliśmy ją do przegrupowania się oraz wstępnej analizy strat. Oprócz jednolitości mojego buta bezpowrotnie została utracona też integralność nogawki spodni Turasa i to na całej długości oraz, na szczęście tylko czasowo, ciągłość skóry u przeważającej liczby uczestników wyprawy.

Ku naszej nieukrywanej radości okazało się, że z owej polanki pozostało dosłownie kilka metrów kosówki do całkowicie otwartej przestrzeni. Weseli wyszliśmy na opadającą w dół łąkę, po przebiegnięciu przez którą, znaleźliśmy się w niezbyt gęsto zarośniętym lesie regla górnego. Tam podniesieni na duchu uskuteczniliśmy pełnoprawny postój, co wiązało się z wyzerowaniem resztek niesionego przez nas prowiantu. Następnie z perspektywą rychłego napotkania szlaku kontynuowaliśmy schodzenie.

W tym czasie z początku lekko, lecz potem coraz bardziej nieubłaganie rosło nachylenie terenu pod naszymi stopami aż do momentu, gdy styczna do gruntu składowa naszej siły ciążenia znacząco przewyższyła normalną do niego, co w połączeniu z podłożem, które o współczynniku tarcia statycznego nie słyszało w skrócie skutkowało naszym zsunięciem się do głębokiego koryta bystrego, górskiego strumienia. Po kilku próbach wdrapania się na strome brzegi doliny została powzięta decyzja o dalszym schodzeniu w dół rzeczki. I tak znów na co dzień nieużywane połączenia w naszych mózgach zajęły się określaniem prawdopodobieństwa potknięcia, pośliźnięcia, zapadnięcia, zsunięcia, całkowitego przemoczenia i wprawienia w ruch czegoś naprawdę ciężkiego przy każdym ostrożnie postawionym kroku. Niestety i to nie zawsze wystarczało w otoczeniu mokrych i ubłoconych, przepróchniałych na wylot pni, tylko umownie związanych z podłożem kamieni oraz wartko płynącej lodowatej wody, o czym z przerażeniem przekonał się Szef, gdy poruczony przez niego głaz wielkości koła samochodowego przeleciał kilkanaście centymetrów od głowy Izy, idącej przed nim. W tym czasie mój but już całkowicie przestał spełniać swoje podstawowe zadania w domyślnych ustawieniach, więc wraz z Piotrem spersonalizowaliśmy go, by był choć trochę bardziej (czyli jakkolwiek) przydatny. Mianowicie wyjęliśmy sznurowadła z ich oryginalnego miejsca i obwiązaliśmy wrak nimi wokoło. Dzięki temu nawet gdy czułem prąd wody obmywający moje palce miałem zalążek pewności, że pod spodem jest jeszcze jakaś podeszwa.

Wraz ze schodzeniem zmieniał się również charakter doliny. Początkowo stromo wznoszące się ściany coraz bardziej się rozsuwały, a miejsce kamieni zastępowała gęsta roślinność. Po bliżej nieokreślonym czasie dolina otworzyła się, a my przebiwszy się przez kolejny busz gęsty jak grochówka wydostaliśmy się na dużą przecinkę na skraju lasu. Tam też zjedzony został ostatni skitrany na dnie plecaka batonik podzielony równo pomiędzy nas. To, że nikomu nic się nie stało do dziś uważam za cud, szczególnie że dokładnie po przeciwnej stronie owej przecinki na drzewie widniał niebieski znacznik szlaku turystycznego. Po krótkiej mowie szefostwa wyruszyliśmy w ostatni etap wędrówki owego dnia. Z tego miejsca do naszej miejscowości pozostały już zaledwie cztery godziny marszu. Po drodze przeszliśmy przez tereny, gdzie wypasane było bydło, co skutkowało zaleganiem na trakcie półmetrowej warstwy błota. Osobiście nie miałem ku temu obiekcji, ponieważ dzięki temu mój but otrzymał dawno upragnioną osnowę spajającą ze sobą sznurówki i fragmenty porwanego materiału.

Do „cywilizacji”, czyli granicy lasu i pierwszych zabudowań żywcem wyjętych ze skansenu dotarliśmy prawie równo z zachodem słońca. Stamtąd wiodła do Bystricy już wręcz wygodna według ukraińskich standardów droga, której pokonanie nawet po ciemku nie stanowiło specjalnego problemu.

W końcu dotarliśmy na ciepły(!), czekający na nas obiad, przygotowany przez panie z jeszcze budowanego pobliskiego ośrodka. Po jedzeniu doczłapaliśmy się do naszego domku i długo nie myśląc zezgonowaliśmy.

Nieco mniej szczegółowo niż Grzegorz, ale za to nie mniej emocjonalnie, owe godziny skwitował Szef.

Ukształtowanie terenu wydawało się wprost idealne do skrótu. Zamiast schodzić z grzbietu innym grzbietem, odchodzącym od niego za dolinką, idźmy tą dolinką! Plan wydawał się prosty, ale w rzeczywistości najpierw zatrzymała nas kosodrzewina – przedzieraliśmy się godzinę przez kilkaset metrów. Grzesiu stracił tam buta, którego podeszwa po prostu oddzieliła się od reszty. Wybiła się na autonomię. Grzesiu do końca obozu chodził w sandałach. Natrafiliśmy na coś, co przy dużej dozie optymizmu (a tego u nas nigdy nie brakuje) wyglądało na ścieżkę i podążyliśmy nią w dół. Później ścieżynka dotarła do potoku i zniknęła, więc dalej podążaliśmy potokiem, bo dolinka była bardzo wąska. Nie była to łatwa wędrówka. W międzyczasie niewiele brakowało, a wielki kamień poruszony przeze mnie zabiłby, a przynajmniej poważnie uszkodził Izulkę. Dość powiedzieć, że jak doszliśmy do szlaku jeszcze za jasnego to byłem szczęśliwy jak jeszcze nigdy w życiu. Co prawda i tak czekały nas 3 godziny powrotu, a obiad miał być za pół godziny, ale wiadomo było, że jesteśmy uratowani, wiemy gdzie jesteśmy i w końcu dojdziemy do Bystrzycy. Panie kucharki z nowourządzanego ośrodka, gdzie jednak udało się załatwić obiady (i to dobre!) czekały na nas 2,5 godziny do 21.30. I wszystko było smaczne, ciepłe i dużo. To był długi dzień z pięknym happy endem.

Kolejny dzień był tak samo długi, lecz obejmował głównie bierny odpoczynek. Aktywność została ograniczona do niezbędnego minimum, czyli na przykład degustacji różnych rodzajów kwasu chlebowego, wyboru następcy buta i oczywiście posiłku, który zagwarantował atrakcje ciągnące się wiele godzin.

Za sprawą nocnych przygód żołądkowych planowany przemarsz został zmieniony. Naszym celem stała się przełęcz Legionów, gdzie mieliśmy spędzić dwie noce. Trasę tę pokonaliśmy już raz bez plecaków, więc z plecakami nie powinno być problemów. Ze względu na bliskość celu nie spieszyliśmy się specjalnie z wyjściem.

Kiedy już spakowaliśmy plecaki i odbyliśmy wszystkie niezbędne wycieczki do toalety, zakrzyknęliśmy „Komu w drogę, temu kopa” i wyszliśmy z gościnnego domu państwa Biernatów żegnając gospodynię piosenką „We wtorek w schronisku”. Poszliśmy, unosząc ze sobą garnek na herbatę. Po drodze wypadło nam kilka postojów, w tym jeden na specjalnie przygotowanym do tego miejscu. Okazało się jednak, że to samo miejsce upodobały sobie krowy. Szczególnie jedna, która starała się uporczywie zjeść zapasy przytroczone do jednego z plecaków. Na szczęście przestraszyła się Grzesia i Pawła z butelką i po kilku próbach sobie odpuściła. Należy też wspomnieć o smaku dzieciństwa, czyli o duuużej huśtawce, z której radośnie skorzystaliśmy. W końcu osiągnęliśmy ostatni postój przy ujęciu „oponianka” i się rozdzieliliśmy – jedni poszli na górę na przełęcz, a część została, aby zaczekać na ostatnich. Na przełęczy okazało się, że Platon zaginął w akcji. Razem z Izą ruszyłyśmy na poszukiwania. Okazało się, że zamiast pójść drogą skręcił w dolinkę i dzięki temu wspiął się na sąsiednią górkę. Rozbiliśmy namioty i sformowała się ekipa kolacyjna, która przygotowała ognisko pod herbatę i tosty. W międzyczasie pojawiło się stado koni, które jak gdyby nigdy nic pasły się na przełęczy w pobliżu naszych namiotów. Niektórym w nocy zdarzyło się obudzić i usłyszeć chrupanie trawy zaraz obok swojej głowy.

Prawdziwe ognisko (fot. Grzesiu)
Namiot stonogi chyba (fot. Grzesiu)
W tak pięknych okolicznościach przyrody (fot. Iza)

Poranek dnia kolejnego był tak piękny, że mogłoby się zdawać, iż nie pozostaje nic innego, aniżeli założyć buty i ruszyć na szczyty. Tak przynajmniej zdawali się sugerować uczestnicy obozu, obstawiając swoimi butami namiot profowstwa. Proza życia kazała zjeść jeszcze śniadanie, ale cel jaki został obrany na spacer był imponujący. Wielka Sywula (zwana również Wielką Siwulą). Najwyższy punkt Gorganów. A za wzniosłością terenu poszła wzniosłość myśli.

Na wyjazdach definiowaliśmy już różne rzeczy, więc pojawienie się nowej definicji specjalnie nie dziwi. Ta jednak powstała za dnia, podczas gdy znakomita większość pozostałych to twórczość wieczorna. Wszystko miało miejsce podczas wycieczki na Wielką Siwulę. Obozowicze wyruszyli tam zaopatrzeni w dwie butelki wody, jajka na twardo i bochenek chleba. I o ten ostatni właśnie się rozchodzi. Chleb ten miał już kilka dni, więc ciężko się go kroiło, ale za to doskonale rwało. Definicja powstała podczas wędrówki zaczynała się mniej więcej tak: „Kup chleb i nie jedz go przez kilka dni. Kiedy będziesz chciał go spożyć w górach, jedynym sposobem będzie rwanie go na n części…”

Chyba tylko ostatni ignorant mógłby przejść zupełnie obojętnie obok takich rozważań. Ale trudno też przechodzić obojętnie przez gorgańskie ścieżki. I z obojętnością gorgańskie szczyty zdobywać.

Zdobycie szczytu Wielkiej Siwuli było jednym z najbardziej doniosłych wydarzeń obozu. Do samego końca trwała wspinaczkowa walka pomiędzy Dominiczką, Grzegorzem, Szefem i Marcelą. Na wierzchołku góry okazało się jednak, że uczestnicy obozu nie są pierwszymi ludźmi, którzy zdobyli czubek tego majestatycznego wzniesienia. Otóż na szczycie zastaliśmy Ukraińców, którzy swój wyczyn świętowali już wódką, którą chętnie chcieli się podzielić. Pragnąc dołączyć do tej zbiorowej radości zaśpiewaliśmy wspólnie znaną wielu piosnkę o niejakiej Krystynie Cz. i udaliśmy się w drogę powrotną. Niedługo potem, bo na przełęczy pomiędzy Siwulami, do grona weteranów dołączyła Pałka, otrzymując czerwoną koszulkę, co zostało udokumentowane na wyjątkowej sesji zdjęciowej.

Powrót na Przełęcz Legionów przebiegł sprawnie, po znanej już trasie. Na miejscu czekała już przygotowana przez pilnujących dobytku ekipę herbata. I, niezmiennie od rana, czekały namioty, w których rzecz jasna nastąpił nocny spoczynek. Ostatni w tym miejscu. Dzień później przyszedł czas na kolejną trasę z plecakami. Kierunek – zachód.

Jako się rzekło, wyruszyliśmy na zachód do Ust-Czornej. Trasa prowadziła dolinami i sama w sobie nie była szczególnie atrakcyjna. Ważnym punktem był cmentarz polskich żołnierzy na pustkowiu pośród gór. Ledwie kilka niewielkich mogił, ale jaki ładunek emocji, wzruszenia, refleksji. Przy cmentarzu powiewała biało-czerwona flaga. Myślę, że każdy przeżył to po swojemu, ale na pewno nikt nie przeszedł obojętnie. Od cmentarza dolina była już coraz szersza, cywilizacji coraz więcej, oczywiście uradował nas pierwszy od trzech dni sklep, choć zaopatrzony był słabo – jak typowy wiejski sklep na końcu świata. Trochę jak dotrzeć do dna i usłyszeć pukanie od spodu. Koniec świata był tym, do czego dotarliśmy z tej drugiej, jeszcze bardziej końcoświatowej strony. Miejscowość Łopuchów ciągnęła się naprawdę kilometrami. Co jakiś czas mijały nas pędzące wielkie ciężarówki – urale, wiozące drewno i wzbijające tumany kurzu. W jako takim centrum Łopuchowa znaleźliśmy restaurację, w której zjedliśmy znośny obiad. Zrobiliśmy też większe zakupy. Na krok nie odstępowały nas wtedy miejscowe dzieci, dla których byliśmy chyba największą atrakcją w czasie tych wakacji. Ostatecznie nocowaliśmy na terenie sporego hotelu dosłownie nie więcej niż 2 km od Ust-Czornej. W hotelu odbywało się tego dnia wesele, ale kierownik pozwolił nam rozbić namioty na łące na tyłach obiektu (i nie byliśmy jedynymi korzystającymi z tej formy). Do naszej dyspozycji oddał też jeden z domków, żebyśmy mieli toaletę, ale zdaje się, że prysznica nam nie udostępniono. Wieczorkiem poszliśmy do hotelowej kawiarni na herbatę. Jakże różniliśmy się od gości weselnych po całym dniu w upale i kurzu…

Weselni goście nie tylko inaczej wyglądali, ale też inaczej spędzili noc i poranek. Wprawdzie pierwotnie na kolejny dzień nie było zaplanowanej żadnej trasy, ale miejsce noclegowe wybrane poprzedniego wieczora zostało uznane za nie najfortunniejsze, toteż po śniadaniu zarządzono króciutki transfer. A potem nastąpiła niewiele krótsza wyprawa na obiad, podczas którego wybrzmiało jedno z najsłynniejszych pytań w historii TKT: „Gdzie jest starszy grupy?”. Historię z nim związaną przedstawia Alinka. Takie pytanie padało nieraz podczas naszych wyjazdów na Ukrainę. Tym razem jednak padło pewnego wieczora z ust miejscowych, którzy następnie wzięli Szefa z restauracji i zniknęli z nim na pewien czas. Wyglądało to trochę dziwnie.

Zacznijmy jednak od początku… Zeszliśmy z gór do Ust-Czornej i ruszyliśmy w poszukiwaniu turbazy zaznaczonej na mapie. Okazało się, że są to zabudowania miejscowego stadionu. Było trochę zielonej trawki, więc rozbiliśmy namioty. Mieliśmy nadzieję, że w szatniach będą działające prysznice, ale nic z tego (sama sprawdzałam, przełażąc przez zakratowane okno do środka). Wybrałyśmy się z Sikorką i Pałką do wsi zapytać, czy się można gdzieś umyć. W ten sposób wszyscy mieszkańcy dowiedzieli się, że rozbiliśmy namioty na stadionie. Większości udało się umyć w małym hoteliku (część tradycyjnie umyła się w rzece) i czyści ruszyliśmy do jedynej restauracji coś przegryźć. Byliśmy już w trakcie, gdy wspomniani miejscowi wywołali Szefa. Został poproszony o zajęcie miejsca w samochodzie i pojechali. Dotarli na stadion, gdzie został nasz dobytek pilnowany przez kilka osób, których z kolei pilnowało dwóch miejscowych motocyklistów. Nie wyglądało to wesoło…

Na szczęście okazało się, że nie są to przedstawiciele miejscowego mafijnego półświatka, lecz klubu sportowego noszącego dumną nazwę „Drwal Ust-Czorna”. Ci mili Panowie zbierali na wyjazd drużyny do Petersburga na turniej i poprosili o „dobrowolny” datek na rzecz klubu, a to że rozbiliśmy się na ich stadionie czyniło ich prośbę całkiem zasadną. Po dokonaniu przez Szefa wpłaty (która i tak była niższa niż opłata za w zasadzie każde pole namiotowe po tej stronie granicy) zostało wydane pokwitowanie a Panowie się oddalili.

Odstawiwszy po drodze Szefa do lokalu, więc posiłek można było zakończyć bez większych zmartwień. Wszak stres może powodować nieprzyjemne doznania na tle żołądkowym, a przecież nikt nie chciałby, żeby gdzieś na środku połoniny dopadły go jakieś nieprzyjemności gastryczne. Aczkolwiek zdolny TKTowiec nie potrzebuje ani gór, ani zawirowań zdrowotnych, by udowodnić, że potrafi radzić sobie w każdej nietypowej sytuacji. Oraz takową sprokurować.

Po całym zajściu z piłkarzami nastał moment, gdy reszta grupy skończyła jeść i należało wrócić do obozu. Większość zwinęła się dość sprawnie, lecz na pizzowym placu boju została Dominiczka, Paweł i Grzegorz. Tak się długo zbierali do wyjścia, że przyszło im wracać samym. Na pierwszy rzut oka powrót z pizzerii nie jest niczym strasznym, nawet w nocy, lecz powrót z pizzerii, głęboko w ukraińskich górach, po dziurawej drodze wijącej się wzdłuż rzeki w egipskich ciemnościach nie należy do łatwych. Niestety okazało się, że jedynym dostępnym źródłem światła był aparat fotograficzny. Pierwszy etap powrotu poszedł dość sprawnie. Nawet przejście po wąziutkim mostku pozbijanym z desek i bali bez jakichkolwiek barierek nie sprawiło wiele problemów. Jednak do pokonania została jeszcze jedna przeszkoda. Zrujnowany tartak oddzielający nas od obozowiska. Piętrzące się pniaki wraz z tańczącymi po nich cieniami zębów pił tarczowych w wątłym czerwonym świetle lampki autofocusu sprawiały naprawdę mroczne wrażenie. Na szczęście dość szybko zostało znalezione przejście i cała trójka bezpiecznie dotarła na stadion, co (szczęście w nieszczęściu) zbiegło się z całkowitym rozładowaniem baterii.

Grzesiu sprawnego aparatu więc nie miał, ale pamięć wbudowana jego samego nie szwankowała, toteż mógł po latach wspominać.

Wstaliśmy dość wcześnie i bez mitrężenia zwinęliśmy obóz, opuściwszy miejsce naszego noclegu. Skierowaliśmy nasze kroki na czerwony szlak, pnący się stromym trawersem na wznoszący się nad nami grzbiet. Jak się później okazało, było to najdłuższe podejście tego obozu, trwające z grubsza… cały dzień. W końcu 1100 m przewyższenia to nie przelewki. Niestety nie wiedziałem o tym dziarsko łapiąc się za gitarę z samego rana.

Oprócz samej różnicy wysokości do pokonania była jeszcze jedna bariera – psychologiczna. Mianowicie podejście to w swej pierwszej połowie wykazywało nie lada perfidię. Kto był w górach ten wie, że niewiele jest rzeczy cieszących bardziej podczas długiego, męczącego podejścia niż wyraźne prześwity błękitu nieba między drzewami (zazwyczaj zwiastujące rychłe osiągnięcie szczytu). Niestety tym razem nasze nadzieje rozwiewały się wraz z ukazaniem się dalszej stromizny nagle skręcającej o 90 stopni. Nie raz…

Jednakże nasz wysiłek został nagrodzony z nawiązką, gdy osiągnęliśmy górną granicę lasu. Oczom naszym ukazał się zapierający dech w piersiach krajobraz. Do dziś wspominam to jako najpiękniejszy górski pejzaż, jaki dane mi było zobaczyć. Przed nami rozpościerały się wielkie, rozgałęziające się i wijące aż po horyzont połacie połonin wyłaniających się z niemal dziewiczego lasu. Ich zielone stoki poprzecinane były drobnymi ścieżynkami, jak gdyby Bóg własnym palcem wodząc wyznaczył na nich linie poziomic. Owymi dróżkami przewalało się stado różnokolorowych owiec, raz chowając się, to znów ukazując ponownie po przeciwnej stronie grzbietu. Wszystko to było dopełnione promieniami przebijającego się między chmurami złocistego, letniego słońca. W tym momencie jedynym, czego pragnąłem było odżycie, choćby na chwilę baterii mego aparatu. Jednak może właśnie dzięki braku tego jednego zdjęcia obraz ten pozostał tak żywy w mej pamięci.

Dalsza część drogi przebiegła już dużo przyjemniej. W takich okolicznościach przyrody aż nogi same przestawały boleć. Gdy finalnie dotarliśmy do celu naszej wędrówki, jakim był szczyt Tempej, byliśmy zmęczeni i przeszczęśliwi. Jedyną rysą na brylancie tej chwili była perspektywa kolacji w postaci wędzonego kurczaka. Naszą uwagę jednak coraz silniej zaczęły przykuwać zbliżające się chmury i drastycznie spadająca temperatura powietrza

Kilka ciepłych słów o tym dniu sklecił i Szef.

Był to chyba najpiękniejszy dzień wędrówki jaki przeżyłem. Kufel kwasu chlebowego przed startem, później wspinaczka, połoniny, owce, połoniny, więcej owiec i jeszcze więcej połonin. Było przepięknie, ale było też dość chłodno, a niektórzy byli pod wieczór całkiem wycieńczeni. Rozbiliśmy namioty koło szczytu Wielkiej Kurtjaski (Kurtjaskiej) około 19. Żadne karimaty ani materace nie były potrzebne, bo spaliśmy na krzakach jagód. To było najwygodniejsze spanie ever. W jednym z namiotów była ekipa kanapkowa i po zjedzeniu kilku kanapek na sucho poszliśmy spać o godz. 20. To było na pewno najdłuższe spanie w historii, bo rano było tak zimno i deszczowo, że nikomu nie było spieszno do opuszczenia namiotu.

Generalnie wrażenie z kolejnego dnia nietrudno ustawić w opozycji do wyżej opisanego. Z kilku powodów. Na przykład topograficznych. Być może niektórym nawet zaświtała myśl, że skoro na poprzedni dzień składało się głównie wejście, to przyszedł odpowiedni czas na zejście.

Ponoć bardzo trudno jest obyć się w ukraińskich górach bez ulew. Dotkliwie się o tym przekonaliśmy, przeżywając deszczowy wieczór i noc w namiotach na połoninie. A i kolejny dzień nie szczędził nam trudnych przeżyć. Do najbliższej wioski było daleko, a my zmarznięci, a niektórzy nawet osłabieni zatruciem kluczyliśmy błotnistymi, górskimi ścieżkami. Wkrótce nadeszła nadzieja wybawienia w postaci informacji opiekunów o załatwionej zwózce z gór! Dotarliśmy na najbliższy szczyt, gdzie wkrótce miały pojawić się busiki. Czekanie w deszczu okazało się jednym z najbardziej niezapomnianych obozowych przeżyć. Biedna, zmarznięta Sikorka straciła uśmiech, zdawałoby się na zawsze przyklejony do jej twarzy. Próbując temu zaradzić, owinęliśmy ją karimatą, daliśmy skarpetki na dłonie, przykryliśmy tropikiem i zorganizowaliśmy kółko rozrywek wokół niej. Śpiewy i żarty miały nam pomóc zapomnieć o wodzie wdzierającej się w najbardziej wstydliwe zakamarki odzieży. Pająk z Wojciem mistrzowsko zanucili „Jesień”, a Grzegorz zrobił furorę już samą deklaracją, że opowie „SUCHY” żart. Pozornie zabawowa atmosfera skutecznie ukrywała nasze rzeczywiste obawy i trzęsące się ciała, czego wyrazem były wyszeptane przez Turasa słowa: „Zalesia, nie no fajnie jest, śmiejemy się… ale serio zaraz tu zginiemy”. Niedojedzona na śniadanie zguszczonka, której mieliśmy już lekko dosyć, teraz pakowana nam do buzi całymi łychami przez trzęsącą się rękę Marceli była wyśmienita. Wkrótce kolejne zmarznięte osoby wchodziły pod sikorkowy tropik. Po około godzinie wreszcie dotarł nasz transport – dwa staromodne busy. Wtedy rozpoczął się wielki eksoBus. Bieg do jedynego ratunku, na jaki mogliśmy liczyć. Każdy tak jak stał chwycił co było w zasięgu rąk i pobiegł po spływającym zboczu widząc tylko majaczące sylwetki pojazdów. Kiedy tylko zatrzasnęły się ich drzwi, rozpoczęła się impreza. Będąca wcześniej na skraju rozpaczy Sikorka z powrotem się rozpromieniła, co było najlepszym dowodem tego, że jesteśmy uratowani! Było cieplutko i cudownie, a w powietrzu gęsto od pary unoszącej się z naszych przemoczonych ciał. Mimo to znalazła się osoba, której przeszkadzało uchylone okienko w rogu busa. Sama podróż była ekstremalna – z turbulencjami, po rozpływających się górskich ścieżkach. Ku przerażeniu pasażerów większego busa, ten mniejszy wjechał po błocie na sam szczyt wzgórza po drodze. Za to w większym kierowca był nieprzejęty warunkami drogowymi do tego stopnia, że wyciągnął czarny grzebyczek i zaczął się nim czesać. Na szczęście udało nam się w pełnym, zdrowym składzie dotrzeć do Jasinji.

Bardziej techniczne szczegóły akcji zdradził z kolei sam Szef.

Do celu daleko, część grupy niedysponowana, a pogoda nie sprzyja wędrówce. Z pomocą przyszła nowoczesna technologia oraz znajomości szefostwa. Miałem w komórce zapisany numer do Żeni – przewodnika z Jasinji, z którym wędrowaliśmy rok wcześniej. On po wielu pertraktacjach z lokalnymi przewoźnikami załatwił busy, które przyjechały po nas bezdrożami na wysokość 1500 m n.p.m. Musieliśmy do nich dojść 10 km, a po drodze o mało nie zamarzliśmy, ale ostatecznie wszystko się udało.

Dość lakonicznie jawi się ten zawarty w ostatnim zdaniu powyższego wspomnienia opis transferu samego w sobie. Na szczęście w sukurs zachowaniu wiecznej pamięci tym godzinom przyszła Zalesia ze swoją uprzednio przedstawioną opowieścią. Bo tak się jakoś złożyło, że na kartach pamięci trzech obecnych na obozie aparatów fotograficznych zachowało się łącznie 0 zdjęć z tego dnia. Pewnie można to połączyć jakoś z tym, że taką samą liczbą można określić liczbę gniazdek z prądem Wielkiej Kurtiaskiej. Aczkolwiek po dotarciu do Jasinji nowoczesne technologie dalej nie chciały przesadnie współpracować.

Żaden rozsądny podróżnik w naszych czasach nie wozi ze sobą zbyt dużo gotówki, bo przecież można wszędzie płacić kartą albo wypłacić z bankomatu. Okazuje się, że nie wszędzie. W sytuacji, gdy ani Bystrzyca, ani Ust-Czorna nie miały takich przybytków, zaczęła mi się kończyć gotówka. Aby opłacić panów busiarzy, którzy uratowali nas, w związku z czym mieli prawo się cenić i zrobili to skwapliwie, wydałem wszystko, co miałem w portfelu. Żaden z dwóch bankomatów nie działał (tzn. nie akceptował mojej karty). Za obiad w restauracji zapłaciłem wszystkim, co mieliśmy zbiorczo jako obóz – hrywnami, złotówkami, dolarami. Była to niedziela. Na szczęście w turbazie nie żądali zapłaty z góry i mieliśmy dach nad głową. Całą noc martwiłem się, skąd wziąć kasę – w portfelu miałem jakieś 10 zł na 20 osób. Ojciec jednak słusznie mówił mi, że najważniejsze, że jesteśmy bezpieczni i w miarę zdrowi. Rano okazało się, że wewnątrz banku jest jeszcze jeden bankomat i on wydał mi pieniądze. Nie chciał jednak wydać jednorazowo tyle, ile chciałem, więc musiałem wypłacać w siedmiu seriach. Gdy po pięciu seriach kolejka była tak długa, że pachniało linczem, postanowiłem przepuścić tych państwa i wypłacić resztę po południu – oczywiście zrobiliśmy sobie dzień stacjonarny. Nietrudno chyba się domyślić, że po południu ten bankomat także nie działał.

Najwyższe szczyty zdobyte kiedykolwiek (czyli akurat nie podczas tego wyjazdu) przez TKT – Petros i Howerla (fot. Grzesiu)
Skoro zdjęcie jest nie tylko efektowne samo w sobie, ale i z efektem, to oczywiste, że (fot. Grzesiu)
Co mówi koń, gdy przychodzi wieczorem? Dobry wieczór (fot. Iza)

Szeregowi uczestnicy obozu, na których nie ciążyła taka odpowiedzialność, mogli bardziej bezstresowo kontemplować rzeczywistość.

Nie samymi górami człowiek żyje. W momencie, kiedy już byliśmy ubrani we w miarę suche ubrania, do głosu doszedł głód. Niektórzy zdybali sklep spożywczy i zaopatrzyli się w produkt pierwszej potrzeby, czyli czipsy. Smak miały specyficzny, znany delikatnym podniebieniom – kawiorowy. To nie był koniec nowinek kulinarnych. Na obiad wybraliśmy się do baru znanego już z poprzedniego obozu. Na pierwszy rzut poszła solianka – zupa typu rosół, w której znaleźć można zarówno liść laurowy czy ogórek kiszony, jak i cytrynę. Potem pielmieni – malutkie pierożki w kształcie wigilijnych uszek, ale nadziane sytym farszem.

Oprócz tego wielkim hitem, szybko rosnącym do rangi klasyka stały się ciastka na wagę, których cena w bardzo przyjemny sposób zachęcała do kupna. Przebitka była tak duża, że kontrola wydatków nie była potrzebna. Liczyło się tylko wypróbowanie wszystkich smaków i rodzajów dostępnych w mieście! Wieczorami natomiast w ślad za autochtonami spędzaliśmy czas w przybytku noszącym nazwę „Kafe”. Bynajmniej nie chodziliśmy tam pijać herbatę, lecz raczyć swe podniebienia wybornym lanym kwasem chlebowym. Znawcy określają jego smak poprzez swego rodzaju troistość. Mianowicie gdy tylko wpada do ust smakuje jak cola, gdy jest przełykany jak piwo, natomiast po przełknięciu zostawia posmak żurku. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Kto pił, ten rozumie, kto nie pił, musi spróbować.

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że po odwrocie z Masywu Świdowca nikt nie chciał na góry nawet patrzeć, ale podziwianie z bezpiecznej odległości było chyba dla niektórych w zupełności wystarczające. Pobyt w Jasinji był więc świetną okazją na inne tradycyjne obozowe aktywności. Różne nawet od wspomnianego wyżej spożywania wykwintnych posiłków i popijania ich różnorakimi boskimi nektarami.

Obóz na Ukrainie trwał trzy tygodnie. Wbrew pozorom nie cały ten czas był wypełniony chodzeniem po górach. Wieczorami oddawaliśmy się wszelakim rozrywkom intelektualnym. Wyjątkowo popularnymi były gry karciane, dlatego też bardzo słychać było uderzenia ręką w stół zsynchronizowane z okrzykiem „stres”. Nie wszyscy jednak byli zwolennikami tych głośnych, nerwowych i nieeleganckich rozgrywek, toteż drugą popularną grą okazało się riki-tiki, zwane też planowaniem. Ta wyrafinowana forma spędzania czasu szczególnie dobrze komponowała się z kuflem kwasu chlebowego. Ale uczestnicy obozu oddawali się również fizycznym rozrywkom takim jak zabawa w kciuka. Przypomnieć tu należy wyjątkowo zacięty pojedynek Dominiczka – Grzegorz, który nie tylko w uczestnikach wzbudził wiele emocji. Były także gry, które jednoczyły całą obozową społeczność. Warto tu umieścić wspomnienia Wojcia: „graliśmy z Pałką w jakąś debilną grę o wywracaniu się przez sznurek”.

Dobrą sposobnością do zaznania ducha emocjonującej rywalizacji stał się przymusowy postój w Jasinji. W oczekiwaniu na wyschnięcie przemoczonych ciuchów, żądni rozrywek zebraliśmy się w sporej świetlicy, aby serię przygotowanych na ten dzień zabaw zacząć od gry w specyficzne, bo rysowane i na czas, kalambury. Podzieleni na drużyny raz po raz rysowaliśmy kompanom hasła szeptane nam na ucho przez Profesora Ojca. Warunkiem otrzymania kolejnego było przybiegnięcie do niego z poprzednio odgadniętym, a nie była to łatwa sztuka, bo czy przeciętny trójkowicz potrafi szybko narysować „tajemnicę poliszynela” czy „aferę kasetową”? Wszystkie drużyny szybciej czy wolniej dały jednak radę. Wkrótce nadszedł czas zjednoczenia wysiłków w kolejnej zaproponowanej przez profesora zabawie, polegającej na odgadywaniu hasła łączącego kilka z mnóstwa rozsypanych na stole wyrazów, popularnie zwanej kotylionami. Była to tylko wprawka do dalszego intelektualnego wysiłku podczas zmagań w państwach-miastach. Jak zwykle przy tej grze nie zabrakło zażartych sporów na temat tego, co naprawdę zmieści się w dziurce od klucza i gdzie jest granica między wyrafinowaną, niewulgarną obelgą a losowym określeniem, jakim można bardziej lub mniej obraźliwie człowieka opisać. Po dobrej stronie granicy na pewno znalazła się Pałka, jako przezwisko podając „bobra rosochatego”. Najbardziej chyba emocjonującą rywalizacją okazała się Familiada. Po wcieleniu się w rolę rasowych ankietowanych i odpowiedzeniu na kilka pytań Profesora Ojca podzieliliśmy się na dwie drużyny i pod przewodnictwem głów rodzin – Jara i Wojcia próbowaliśmy wstrzelić się w najpopularniej podawane odpowiedzi. Dynamiczna rozgrywka była raz po raz przerywana przez pewnego elokwentnego, łysawego prowadzącego, który ucinał krótkie pogawędki z członkami rodzin. Z nich właśnie dowiedzieliśmy się, że Michon urodził się na pograniczu polsko-francuskim, a Isia jako propagatorka polskich obyczajów w świecie nosi skarpetki w sandałach. Najbardziej zapamiętanym momentem rozgrywki stała się jednak burza mózgów na temat „określenia starszej kobiety”. Po wyczerpaniu najwyżej punktowanych odpowiedzi i dwóch błędach jednej z drużyn zgodnie z zasadami nastąpiła narada rodziny przeciwników. Mimo kilku prawdopodobnych propozycji, kiedy wreszcie głos przeszedł na głowę rodziny naradzającej się – Jara, ten ni stąd, ni zowąd wykrzyknął „Próchno!”. Mimo, że odpowiedź nie okazała się punktowaną „próchno” nabrało wielu nowych znaczeń i funkcji, odkrywanych jeszcze długo po obozie.

Wobec tego, że prognozy dla Czernohory były kiepskie, zapadła decyzja o zmianie lokalizacji. Doświadczenie roku poprzedniego poprzedniego nie poszło w las i wybrano nie Krym, lecz najpiękniejsze miejsce na całej kuli ziemskiej, czyli rzecz jasna Polskę. Najbliższym celem stał się więc oczywiście Lwów. Po dniu spędzonym bez wyściubiania nosa poza miejsce noclegowe bez absolutnej potrzeby (czyli na przykład po ciastka) miał mieć miejsce kolejny, lecz gospodarze turbazy uznali, że opuszczenie ośrodka dopiero na pociąg odjeżdżający po pierwszej w nocy nieco wykracza poza zakres noclegu na noc wcześniejszą. Pod dyktando takiego scenariusza odbył się więc nie cały, lecz prawie cały dzień. Zaś wieczór był już niesamowicie aktywny.

W dzień wyjazdu doba hotelowa kończyła się dużo przed odjazdem pociągu, więc musieliśmy coś ze sobą począć. Szef i Prof. Ojciec załatwili nam miejsce na się przechowanie w pobliskiej restauracji, w której dość nietypowo sami przygotowaliśmy sobie sałatkę. Okazało się, że oprócz funkcji gastronomicznej lokal pełni także funkcję skansenu. Dzięki temu mogliśmy spróbować gry na bardzo dłuuugim rogu – niestety żaden dźwięk nie został z niego wydobyty.

Gospodarze tego obiektu również po jakimś czasie podziękowali za obecność. Pozostało więc spędzić ostatnie godziny na jasinskim dworcu kolejowym. Jego wnętrze, od ornamentyki począwszy, poprzez punkty usługowe idąc, na infrastrukturze użytkowej skończywszy, nie było zbyt bogate. Ale jakieś krzesełka (tzn. ławki poszatkowane podłokietnikami, żeby się przypadkiem nie dało położyć) się znalazły. I była też podłoga (betonowa), na której na szczęście już dało się położyć. Na przykład karimatę. I były jeszcze okna (plastikowe). Choć noc jeszcze była młoda, a warunki nieprzesadnie korzystne, największą popularnością cieszyło się spanie/drzemanie/bycie z zamkniętymi oczami. Nie obyło się bez nieprzyjemnych incydentów, ale na szczęście Sikorka przetrwała niespodziewany (dla obu stron) nocny atak na nią Grzesia i w pełnym składzie można było wejść do niepełnego składu Ukrzaliznycyi. No bo w nim oczywiście czekały zarezerwowane wolne miejsca. I to takie lepsze, niż na podłodze jasińskiej stacji.

Jazda nocnym ukraińskim pociągiem dla wielu była doświadczeniem nowym. Szef jak zawsze na pierwszym miejscu postawił komfort i wygodę uczestników obozu, toteż każdy miał do swojej dyspozycji kuszetkę. Te podróżne łóżka nie były wyposażone w barierki i mieściły się aż w trzy, jedno nad drugim. Należy nadmienić, że przedziały nie były od siebie oddzielone, co pozwoliło na maksymalne wykorzystanie przestrzeni oraz integrację między pasażerami. Mimo tak genialnego pomysłu Isia nie zaufała ukraińskim inżynierom i kolejarzom i postanowiła przywiązać swoją rękę do półki, żeby zabezpieczyć się przed upadkiem z łóżka podczas snu. Niestety ta profilaktyka przyniosła zupełnie niespodziewane efekty uboczne: Isia obudziła się w nocy, kompletnie nie czując swojej lewej ręki i była zmuszona odwiązać ją swoją drugą, sprawną jeszcze kończyną i spędzić resztę nocy w strachu. Nie tylko ona przeżywała trudności. Okazało się bowiem, że rozmiary Grzegorza Smoły przewyższają najśmielsze oczekiwania radzieckich budowniczych pociągów, toteż nogi jego zawadzały o drzwi toalety, budząc rozdrażnienie pasażerów i samego Grzegorza. Na szczęście empatia i niesienie pomocy potrzebującym zawsze było mocną stroną miziowycieczek. Tym razem dobrym duchem okazał się Lorenco, który patrząc na tragizm sytuacji, wspaniałomyślnie zamienił się miejscem z Grzegorzem. Po tej ciężkiej nocy przyszedł czas na miły poranek: konduktor zadbał, aby każdy pasażer został przywitany gorącą herbatą w szklance z metalową oprawką, z widniejącym na niej napisem w języku ukraińskim, przekazującym pasażerom życzenia szerokiej drogi. Myślę, że ten miły akcent ugładził nieco trudne doświadczenia uczestników podróży.

A gdy w pociągu działy się rzeczy, które powyżej opisała Marcela, pociąg jako taki przemierzył kilkaset kilometrów. Kończąc swój bieg we Lwowie. Jak na złość okolice dziewiątej rano to z kolei zbyt wczesna godzina na kwaterunek. Nie pozostało więc nic innego, niż pozwiedzać Lwów. I koniecznie odwiedzić jakąś przyjemną knajpkę i przespacerować się po centrum. W końcu wielu obozowiczów na tym wyjeździe pierwszy raz przybyło do miasta, w którym urodzili się tak wybitni Polacy jak Leopold Staff, Stanisław Lem i Wojciech Kilar.

Przechadzając się głównymi alejami Lwowa można było natknąć się na ciekawego pana. Krążył on wokół szachownicy rozstawionej na ławce i zachęcał, by spróbować swoich sił w pojedynku z nim. Z naszej grupy po chwili wyłonił się Tomek i zaczął negocjować z panem stawkę, licząc na pewną wygraną. Umówili się na 5 hrywien i Tomek rozpoczął partię. Nie potrwało to jednak długo i doświadczenie wygrało nad pewnością siebie. Pokonany Tomek wyciągał już 5 hrywien, gdy pan zaczął się buntować, że przecież jesteśmy Polakami, więc należy mu się 5 złotych. I tym sposobem dowiedzieliśmy się, że będąc z Polski nie warto robić z miejscowymi interesów.

Choć tak właściwie, to zatarła się pamięć o tym, czy to wydarzenie miało miejsce podczas tego, czy pierwszego pobytu w mieście, w którym mieszkali i działali tak wybitni Polacy jak Jan Kasprowicz, Rudolf Weigl i hrabianka Karolina Lanckorońska. Lepiej zapamiętanym zostało inne lwowskie zdarzenie z Turasem w roli głównej.

Obóz to świetna okazja do odnajdywania w sobie nowych powołań. Jeśli nie wiesz, co robić w życiu – jedź z TKT, będzie gitez, a przy okazji odkryjesz siebie na nowo. Podstawą są umiejętności kulinarne, gdzie każdy dostanie szansę otrucia innych, ale jeszcze nikomu się to nie udało. Inni robili ręczne pranie. Stwierdzenie (wtedy popularna seria): „Twoja stara pierze w rzece” nabrało dodatkowego (realnego) znaczenia. Z czasem zabrano się za trudniejsze usługi! Spytajcie Turasa, który oddał swoje włosy fryzjerowi Pałce.

A że Turas jak na dobrego TKTowca przystało lubi się dzielić, to zaraz po obozie oddał swoje włosy jeszcze jednemu fryzjerowi. Inne zajęcie, choć jej talenta w tych względach nie były dla nikogo tajemnicą i nie wymagały odkrywania, przypadło zaś do gustu Dominiczce.

Koedukacyjna łazienka (fot. Iza)
Niezły kwasior (fot. Grzesiu)

Podczas marszu w stronę Wielkiej Siwuli Dominiczka odkryła w sobie powołanie do stworzenia najprawdziwszych gadżetów TKT. Roztoczyła wspaniałe wizje namiotów z wyhaftowaną słynną wiewiórą, kurtek, menażek, latarek, długopisów… i to wszystko z naszym sławnym logo! W końcu, gdy emocje opadły trochę w trakcie marszu, wpadła na pomysł owiewiórzenia czapki i fartucha kucharskiego, aby odtąd już zawsze było wiadomo, kto jest szefem kuchni TKT. A że Dominiczka znana jest z solidności, toteż przy najbliższej nadarzającej się okazji udała się na targ we Lwowie w celu zakupu rzeczonych akcesoriów oraz czerwonych nici. Po odwiedzeniu kilku stoisk wymarzone obiekty znalazły się w jej rączkach i hafciarka rozpoczęła swoje dzieło. Wiewiórki każdego dnia obozu przybierały na masie, by zostać w pełni stworzonymi jeszcze przed końcem obozu. Odtąd czapki i fartuchy zaczęły żyć razem z TKT, były niejednokrotnie gubione i znajdowane, zawsze jednak przypominają nam o wielkiej godności i odpowiedzialności noszącej je osoby.

Znawcy busów, którymi opuszcza się miasto, w którym pochowani są tak wielcy Polacy jak Gabriela Zapolska, Maria Konopnicka i Stefan Banach, z pewnością zgodzą się, że jazda w nich jest świetną okazją do prac ręcznych. Wyjazd ze Lwowa nastąpił rano, następnego dnia po przyjeździe. Warunki w marszrutce już nie dziwiły tak doświadczonych turystów. Po kilkudziesięciu minutach podróży w warunkach okołosiedzeniowych miał nastąpić czas mniej-więcej stania. Kontrola po stronie ukraińskiej przebiegła bez większych emocji. Następnie, po wymagających podejściach, karkołomnych zejściach, których było wiele przez poprzednie 2 tygodnie, nadszedł czas na najdłuższe kilkadziesiąt metrów. Pociąg za 1,5 h z Przemyśla z perspektywy tyłu tej kolejki wydawał się bardzo daleki. Nie można było jednak za bardzo patrzeć przed siebie. Wszak w kolejce zagrożenie zawsze czai się za plecami. Zwarta grupa i metalowy płot ograniczający po obu bokach kilkumetrowej szerokości chodnik okazały się wystarczające. Będąca zapewne w pracy (3,5 h na granicy, godzinka na zakupach w Polsce i 3,5 h na granicy – dniówka!) pani mogła jedynie całym ciężarem swego ciała oprzeć się o ludzki mur i liczyć, że się przełamie. I po chwili nie miała już przed sobą wiewiórczej zapory. Nie oznacza to jednak, że okazała się lepsza w walce wręcz. Polskie służby graniczne okazały się przyjazne turystom. Dla nich otwarcie furtki nie stanowiło żadnego problemu i tekatowy korowód po chwili był w kolejce po drugiej stronie płotu. A jako że w tej kolejce nikogo nie było, to pozostało przejść tuż obok stu, czy tam dwustu oczekujących osób i skierować się na kontrolę.

Polska celniczka w ramach badania spójności dokumentu z osobą się nią legitymującą, zagajała pytaniem o datę urodzenia. Aż doszła do Grzesia, który miał (i dalej ma) taką samą datę urodzenia jak kontrolowany tuż przed nim Turas, więc został zapytany o PESEL. Mimika twarzy strażniczki wyraziła dezaprobatę dla odpowiedzi, ale na szczęście puściła go. Całe szczęście, że nie trafiło się to podczas kontroli po stronie ukraińskiej, bo pewnie nie obeszłoby się bez dokładnej kontroli bagażu, konieczności dokonania aktu korupcji, czy też zagrzybionej celi zbiorowej gdzieś w Charkowie czy pod Żytomierzem z twardym materacem i wydrapanymi na ścianach ostatnimi słowami konających.

Powrót do Polski został natychmiastowo uczczony odwiedzeniem przygranicznej Biedronki. Kolejnym zaś celem było zdążenie na pociąg z Przemyśla do Rzeszowa. Ten, o którym się od początku myślało. Zakończyła się ona sukcesem, tak samo jak następująca w Rzeszowie przesiadka na pociąg do Komańczy. W kategorii „autobusowa komunikacja zastępcza”. A autobus, jak wiadomo, ma troszkę mniejszą pojemność niż pociąg. Doświadczenie ukraińskiej komunikacji kołowej sprawiło jednak, że każdy znalazł sobie mniej lub bardziej oczywiste miejsce do podróży. A w Komańczy pozostało tylko pójść w miejsce, w którym planowało się nocować, znaleźć takie, w którym rzeczywiście jest to możliwe, rozbić się, zaognić sprawę wokół śpiewów (albo zaśpiewać wokół ognia) i zasnąć nieomal bezpośrednio na polskiej ziemi.

Na obozie istniała pewna grupa namiotowa (lokatorów), którzy postanowili wykorzystać fakt spania w terenie niezabudowanym. Liczyli, że będzie śmiesznie i zabawnie! I tak przy pierwszej okazji, gdy wszyscy spali, wyciągnęli z namiotów buty, związali je ze sobą i zanieśli wokół namiotu Starszyzny. Zdarzyło się też, że odwrócili cały namiot, po którego otwarciu, zamiast wejścia, czekała ściana materiału.

Ale nie to było najbardziej zapamiętane (a jednocześnie najtrudniejsze logistycznie). Postanowiono przenieść obóz! Plany były szeroko znane (wśród tych przed trzydziestką*), trwało oczekiwanie na odpowiednią noc. Nareszcie odnaleziona polana w Beskidach idealnie się nadawała. Można ją było podzielić na dwie części, z której jedna była położona kilka metrów niżej od drugiej. Nocna pobudka rozpoczęła proces przenoszenia namiotów. I choć panowało ogólne spore zdziwienie u wielu osób (naprawdę to robimy?!) – udało się.

Szef po tym jak się rano obudził i wyszedł z namiotu podobno pomyślał: „O, w nocy wprowadziła się tu nowa ekipa”. Dopiero po chwili zauważył, że wyniosła się… jego.

*Autor powyższego tekstu popełnił tu mały błąd, ale niech nie będzie on poprawiony, by można było w tej uwadze zauważyć, że były kiedyś takie czasy, że nawet Szef nie miał jeszcze trzydziestki!

Poza tym czy cały obóz się przeniósł? Nie! Była jedyna osada zamieszkana przez nieugiętych Galów… to znaczy namiot, którego ambasadorem został Wojciu. Ów weteran w mało dyplomatycznych słowach (bardziej żołnierskich, co w przypadku weterana dziwić nie może) dał do zrozumienia, że nie jest zainteresowany uczestnictwem. W nowym miejscu obóz był rozbity przez kilka godzin. Przyszedł w końcu czas, by ruszyć szlakiem w polskie góry. Pierwotnie mówiło się o Bieszczadach, lecz padło jednak na Beskid Niski. I trasę, która zapewne zaspokoiła przynajmniej pierwszy głód na nasze krajowe szlaki.

Miało być jak zwykle miło, niezbyt długo i przyjemnie, a było… No PRZYJEMNIE było, ale znacznie dłużej niż było to planowane (chwilowo chyba zapomniano o wzorze). Cała wycieczka zajęła nam 13 godzin. Przeszliśmy z plecakami tego dnia 38 kilometrów. Rekord tego obozu – teraz jest co wspominać! Kilku osobom z kontuzjami udało się ostatni etap pokonać autem. Na miejscu byliśmy około 22 - a mimo to gospodyni czekała na nas z pierogami Warto było jednak wrócić do tej Polski! A na drugi dzień dostaliśmy świeże krowie mleko i domowy biały ser.

Bardziej organizatorskie od lorencowego wspomnienie pierwszego wieczora, poranka i dnia w Polsce proponuje Szef.

W Komańczy okazało się, że schronisko szkolne, w którym chcieliśmy się zatrzymać, nie działa od pięciu lat, ale za to znaleźliśmy pole namiotowe i nawet wyjątkowo zrobiliśmy sobie śpiewanki przy ognisku (zakończone legendarnym pląsem Cioci Pałki). Następnego dnia po skromnym śniadaniu z lekkimi głowami i żołądkami, za to z ciężkimi plecakami wyruszyliśmy na najdłuższą, bodaj 38-kilometrową trasę, zakończoną legendarnymi pierogami w Zyndranowej załatwionymi przez telefon i internet, przy pomocy mojej żony, już z trasy.

Bo na obozie jak w bluesie: podstawą jest prosty schemat, a reszta to improwizacja!

Po legendarnych pierogach przyszedł czas na zupełnie przeciętne spanie. A następnego dnia rano nie trzeba było zwijać namiotów, bo nie były rozbite. Nie trzeba też było pakować manatków, gdyż następny nocleg miał mieć miejsce również w agroturystyce Relax. Pozostawało więc uszanować wolę gospodarzy i się zrelaksować. Można było pocieszyć się dobrą pogodą, kolejnym sytym obiadem. Może nawet oddać się przygotowywaniu programów otrzęsinowych. No i posłuchać mądrych opowieści mądrych ludzi. Dzięki niepohamowanemu zmysłowi dydaktycznemu Profesora Ojca uczestnicy obozu zostali poproszeni przed obozem o przygotowanie referatów na zaproponowane przez niego tematy związane z Ukrainą. Marcela na przykład tłumaczyła na Przełęczy Legionów, co to za legiony i czemu na poziomicy 800, kilkanaście kilometrów od najbliższej osady ludzkiej jest cmentarz. Niektóre tematy ostały się jednak i słoneczne popołudnie w Zyndranowej okazało się nad wyraz dogodnymi warunkami, żeby posłuchać o historii Ukrainy, różnicach pomiędzy kościołami chrześcijańskimi, czy też danych o śmiertelności noworodków na Ukrainie (Grzesiu z tematem „Ukraina w liczbach”). Dla dopełnienia tej sielanki wyszło na to, że 18. wieczór obozu to świetna okazja, by w końcu zrobić ognisko pełną gębą. Czyli żarcie i darcie przez cały wieczór. Ba. Nawet po dwudziestej drugiej.

Same konie całych gór nie skoszą (fot. Alinka)
Góry i trawy. I tak pół dnia. Można by się znudzić. Podobno (fot. Alinka)
Typowy widok z grzbietu Świdowca. W dowolną stronę (fot. Iza)
Żaden fotograf nie zrobił wtedy żadnego zdjęcia, ale na szczęście znalazł się bohater z telefonem komórkowym w ręku. Poranek na Wielkiej Kurtiaskiej (fot. Michaux)

Dzień dziewiętnasty był z kolei okazją do ostatniego przejścia. Może trochę mniej efektownego niż po gorgańskich grzbietach, ale niecodziennie wchodzi się na szczyt Piotrusia. Celem trasy, co całkiem zrozumiałe po tak ekstraordynaryjnych eskapadach, była miejscowość zdrojowa.

Ostatni etap naszego wyjazdu zakończył się rozbiciem namiotów w zdrojowej miejscowości Iwonicz Zdrój. Uznaliśmy, że miejskie standardy to wyższe standardy i nie będziemy się więcej już myć w rzece. Nową technologią okazało się „źródło Czesław”. Był to kranik, z którego leciała ZDROJOWA woda. Braliśmy z niego wodę do picia, a jednocześnie myliśmy w nim naczynia. No i siebie też. Nasi pobliscy lokatorzy oburzyli się na ten widok. No przecież oni ją pili! Logicznie tego nie zrozumieliśmy, więc nie będziemy tego głębiej analizować.

Więcej wody, a wręcz wód, można było spotkać kolejnego dnia podczas spaceru po samym Iwoniczu. Okazał się on mniej zajmującym miejscem od na przykład Lwowa, ale nie miała to być największa atrakcja tego dnia. Nie był nią nawet obiad. Gwoździem programu przedostatniego dnia obozu były bowiem otrzęsiny.

Nie ma minimalizmu! W trakcie obozu odbyły się tradycyjne otrzęsiny. Ci, dla których była to dziewicza przygoda zostali podzieleni na różne mocarstwa: Francję, Iślandię, Turcję i Grecję. Pozostali nie zamierzali wykorzystać wolnego czasu dla chwili relaksu, lecz w pocie czoła postanowili ułożyć utwór muzyczny na swoją ulubioną melodię (Ośmiominutówki). To pierwsza w historii nieprzymusowa tak duża aktywność starszyzny w składzie: Pałka, Alinka, Pająk, Lorenco, Sikorka, Wojciu.

Mogło się więc wydawać, że obóz został już na wskroś podsumowany. Pozostawała jednak jeszcze jedna sprawa do rozwiązania.

Na przełęczy Legionów ludzie mieli różne zachcianki – Pałce zamarzyło się umycie włosów w ciepłej wodzie. Temu, kto pomógłby w spełnieniu życzenia miała się odwdzięczyć masażem. Lorenco stanął na wysokości zadania i skombinował dwie butelki ciepłej wody dzięki obozującym niedaleko ludziom. Pałka mogła spokojnie umyć włosy. Lorenco oczekiwał jednak obiecanej zapłaty. Przez cały obóz jednak się nie doczekał… W końcu przypomnieliśmy o umowie podczas otrzęsin. Lorenco miał się położyć na karimacie i Pałka zaczęła masaż – wygniotła go strasznie i podeptała, jednak wszyscy odczuliśmy, że nie do końca o takie coś chodziło zdobywcy wody.

Scenariusz ostatniego dnia nie był trudny do przewidzenia. Ostatni raz złożyć namioty, powrzucać rzeczy do plecaka jak leci i w drogę. Autobusem, potem pociągiem. Takimi zwykłymi, polskimi. Na wrocławskim dworcu okrąg pożegnań. I tyle. Po trzech tygodniach obóz skończył się. Zaczął się natomiast niekończący się czas wspomnień. Na przykład wspomnień o utrwalaniu wspomnień.

Warto wspomnieć, że obóz na Ukrainie był nie tylko pierwszym obozem TKT, na którym był Grzegorz Smoła, ale także pierwszym obozem TKT, na którym był jego aparat! Wtedy jeszcze świecił i pachniał nowością. Jego obiektyw nie miał ani jednej rysy, plamki, czy też zadrapania. Efektowne efekty zawarte w oprogramowaniu kusiły nowym podejściem do dziedziny sztuki, jaką jest fotografia. I na te wszystkie uroki Grzegorz Smoła nie został obojętnym. Ba! Dostępność nieznanej dotąd technologii rozbudziła w nim prawdziwą pasję do nietuzinkowej fotografii. Z dnia na dzień coraz lepiej przyswajał i wykorzystywał nowe możliwości, zaskakując uczestników obozu nowoczesnym podejściem do kadrów. Efektem tych wszystkich zmagań stał się album, składający się z około 500 małych, wielkich dzieł sztuki dostępnych tym, którzy pragną poznać dzieła mistrza, a także wiele fotografii odrzuconych przez jego wybredny gust prawdziwego konesera i znajdujących się na jego prywatnym, zewnętrznym dysku SD. Od tego czasu dokumentowanie wyjazdów TKT wkroczyło w nową, świetlaną erę.

Dokumentacja fotograficzna pełni niewątpliwie istotną rolę w utrzymywaniu pamięci, ale przecież są też rzeczy, które zostają w głowie tak, czy inaczej. Obrazy, wydarzenia… No i osoby.

Każdy z uczestników wyjazdów TKT jest wyjątkowy, każdy wnosi coś do ogólnej atmosfery swoim wyglądem, postępowaniem, słowami, sposobem bycia. Niektórzy pracują na swoją markę świadomie, nierzadko budując ją latami, inni zostają wiewiórkowymi celebrytami ot tak naturalnie, a niektórzy wręcz wbrew swojej woli. W tej ostatniej kategorii znajdują się najczęściej przypadkowi debiutanci obozowi, którzy pozostają w TKT na lata, ale tylko w opowieściach.

Dla Agnieszki wyjazd na Ukrainę nie był takim zupełnym debiutem, ale każdy przyzna, że trudno określić mianem doświadczonej uczestniczkę, która była na jednej wrześniowej Porębie i to prawie dwa lata przed omawianym obozem.

Osoba niezorientowana w realiach TKT, a dokładniej rzecz biorąc osoba, która nie nabrała jeszcze dystansu wobec siebie i jest nieprzygotowana do atmosfery ciągłej szydery może czasem poczuć się nieco zagubiona. Może nawet nieszczęśliwa. Każdy z tych doświadczonych przyzna jednak, że na szyderę trzeba sobie zasłużyć i byle debiutant nie staje się ofiarą żartów czy docinek. Wiadomo, że nie jeździmy na wyjazdy dla przyjemności, ale też oczywiście nie jeździmy na wyjazdy po to, by być dla siebie niemiłym. Agnieszka miała po prostu w sobie dar znajdowania się w centrum śmiesznych wydarzeń. Albo wydarzeń, które z pewnej perspektywy były śmieszne. Nigdy nie było jednak tak (wobec niej ani wobec nikogo innego), że żarty miały charakter personalny, złośliwy i dokuczliwy.

Już pierwszego dnia napotkało Agę wielkie nieszczęście w postaci rozerwanego klapka. Na lwowskiej ulicy japonek (taka jest liczba pojedyncza?) Agnieszki odmówił posłuszeństwa. Ubaw po pachy – tak obiektywnie patrząc. A do tego jak ktoś rzucił, że Michaux zreperuje te japonki drutem i kombinerkami, które zabrał ze sobą na obóz, to śmiechom nie było końca. Tylko że niestety Agnieszka brała to wszystko do siebie. Aż głupio było jej tłumaczyć, że to jednak nie tak jak myśli i tak dalej… W końcu była jedną z najstarszych uczestniczek! Przecież Grzesiu też stracił na tej wyprawie buty i to górskie, co spowodowało, że Gorgany i Świdowiec pokonał w sandałach. No ale Agnieszki pech nie opuszczał. Pierwszego dnia naszej wędrówki z plecakami pękł jej szampon w plecaku i zamiast pomagać rozkładać obozowisko udała się na pranie wszystkich rzeczy, jakie miała. W ostatnim z kolei dniu, jakże pamiętnym deszczowym i zimnym, złośliwą martwą rzeczą było akurat okienko w samochodzie, którym ewakuowaliśmy się z Grzbietu Świdowca. Podczas gdy wszyscy uradowani (uratowani) rozpoczynali śpiewy i rozmowy, a parowanie z naszych do nitki przemoczonych ubrań do zera ograniczyło widoczność za szybą, otworzyliśmy takie małe okienko. Agnieszka była jedyną osobą, która poprosiła o zamknięcie, bo zimno i tak dalej. No to zamknęliśmy, ale przy każdym zakręcie albo wybojach (a było ich dużo) okienko samo się otwierało, wywołując salwy śmiechu.

Ale oczywiście najważniejszą sprawą było mycie zębów. Agnieszka poświęcała tej czynności 5 razy po 5 minut dziennie (a czasem pewnie nawet więcej). Jak to już zwykło się mawiać, z higieną jest jak ze starymi drzewami. Nie należy przesadzać. Każde wyjście było opóźnione o te parę minut – jak liczyliśmy się i kogoś brakowało, to najczęściej była to Agnieszka, z powodu zębów. Najbardziej niewiarygodne spotkało mnie tego pamiętnego dnia, gdy spaliśmy na szczycie góry, w chmurach. Naprawdę była tylko jedna rzecz, która była w stanie wyciągnąć mnie z namiotu. Kiedy już uznałem, że jednak wystarczy, że namiot jest mokry z zewnątrz i wyszedłem na dwór, spotkałem Agnieszkę szczotkującą zęby. Pamiętam, że powitała mnie stwierdzeniem: Panie Włodku, ale pogoda, następnym razem może na Syberię pojedziemy? Odparłem, że to całkiem ciekawy kierunek. Do tej pory jednak (a minęło już prawie pięć lat) nie ruszyliśmy tak daleko, a Agnieszka nie pojechała nigdy więcej z TKT.

Pozostali uczestnicy nie mieli jednak tyle rozumu. Tylko czwórka (wliczając Agnieszkę) nie pojechała na pierwszy wyjazd kolejnego roku szkolnego, a wszyscy oprócz Agnieszki są dziś weteranami. Dopiero w grudniu nieco ponad dwa lata później miał miejsce pierwszy wyjazd, na którym nikt z obozowej dziewiętnastki się nie pojawił.

Niczego nie ujmując innym obozom – ten przeszedł do historii jako najbardziej… najbardziej przeszedł do historii. Choć przez te 3 tygodnie było zaledwie 10 dni z traskami, z czego 7 z bagażami. A wśród nich chyba najkrótszy transfer w historii obozów – z pola namiotowego za hotelem na przedmieściach Ust-Czornej na boisko namiotowe w Ust-Czornej. O ile można mówić o przedmieściach w przypadku liczącego 1500 mieszkańców osiedla typu miejskiego, jakim w myśl ukraińskich przepisów jest Ust-Czorna. Pewnie był to obóz wyjątkowy składem – ostatni raz tak licznie pojechała tekatowska wierchuszka rocznika ‘92 i pierwszy raz był obecny rocznik ‘95, który okazał się kolejną po ustępującej mocną ekipą na lata. I która obozowe opowieści szerzyła, szerzy i zapewne będzie szerzyć do bólu. Może to przez to ciągłe opowiadanie wydaje się, że ten obóz był tak niesamowicie wyjątkowy. Siła marketingu. Aczkolwiek trzeba przyznać, że był to jedyny obóz ze spaniem w namiotach w chmurze na poziomicy 1600 kilkanaście kilometrów od najbliższych stałych zabudowań mieszkalnych, z zaproszeniem dla Szefa do samochodu przez postawnych panów Ukraińców i wywiezieniem go w nieznanym kierunku, jazdą rozklekotanym busem prowadzonym przez dbającego o fryzurę kierowcę po górskich nieutwardzonych drogach, czy też zbiórką prywatnych pieniędzy na opłacenie noclegu. No i był to ostatni tak kameralny obóz. Ostatni trzytygodniowy. Już nigdy później tekatowski korowód nie chodził po terenach tak oddalonych od ludzkich zabudowań. Nigdy później nie rozbijał się na dziko. I nigdy później nie dotarł na Ukrainę dalej niż kilka kroków za granicę. A tam nie ma jeszcze pociągów, kwasu, zguszczonki i innych rzeczy, które obrosły legendą. Choć Profesor Ojciec zwykł twierdzić, że to co ukraińskie jest bardziej prawdziwe, to w tekatowskim światku to co ukraińskie stało się legendarnym właśnie. Albo mitycznym. Dziś już nieosiągalnym. Ale nie ma co przesadzać z tym tłumaczeniem wyjątkowości obozu warunkami historycznymi. Skoro po ponad pięciu latach udało się stworzyć tak długi tekst, to znaczy, że była to wyprawa pełna historii, wydarzeń i emocji, które bardzo mocno utkwiły w pamięci uczestników. Nie ma na to rady.

Alinka, Marcela, Zalesia, Isia, Szef, Pająk, Lorenco, Grzesiu, Paweł
Słonecznik Fibonacciego (fot. Grzesiu)
DobudzAnie (fot. Grzesiu)
Było głaskanie koni, było głaskanie skąpanych w ciepłej wodzie włosów, trzeba i pogłaskać Lorenca (fot. Alinka)
Wojciu, Pająk i Alinka w czasach, gdy byli jeszcze dużo młodsi – choć już starzy (fot. Iza)
Słynna karimata Jara. I Jaro, ten od słynnej karimaty (fot. Grzesiu)
Przełęcz Legionów (fot. Grzesiu)