a

Poręba 22-23 IX 2012

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Marta Pałczyńska
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Wojtek Olszewski
  • Paweł Lorenc
  • Miłosz Staniszewski
  • Mikołaj Dzięciołowski
  • Tomek Turek
  • Piotr Szymajda
  • Zosia Wróblewska
  • Paweł Jacyk
  • Dawid Chmiel
  • Grzesiek Smoła
  • Ula Grochocińska
  • Piotr Michoński
  • Iwona Janik
  • Kacper Dąbek
  • Kamil Zimnowoda
  • Jagoda Kuźniar
  • Iza Platis (Graba)
  • Ania Kopszak
  • Dominika Wąsowska
  • Gosia Dziedzic
  • Krzysiek Platis
  • Ola Lemke
  • Marta Witkowska
  • Paweł Kazimierczyk
  • Ania Zaleska
  • Paweł Dracz
  • Bartek Pruchnik
  • Michał Żłobicki
  • Karolina Stefańska
  • Michał Martusewicz
  • Kasia Patryniak
  • Ala Kołodziejska
  • Marysia Chorowska
  • Sebastian Nawara
  • Piotr Maślankowski
  • Bartek Sójka
  • Kacper Kulczak
  • Ania Horak
  • Paweł Kunicki
  • Ola Burda
  • Julia Latkowska
  • Michał Tomczyk
  • Kamil Młynarczyk
  • Bruno Wieczorek
  • Justyna Moczko
  • Asia Tryba
  • Marta Ziemer
  • Justyna Romanowska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Długopole-Zdrój
Poręba
Spalona
Poręba
Bystrzyca Kłodzka
Autor: Myśliwy

Moja pierwsza Miziowycieczka odbyła się w szczególnych, w rozumieniu TKTowskim, okolicznościach. Po pierwsze: następowała po słynnym obozie wędrownym w Gorganach, zwanym już legendarnie (TĄ) Ukrainą. Nie dziw, że praktycznie wszyscy niedebiutanci mieli w głowach jeszcze żywe wspomnienia; pierwszy raz opowiadano wtedy legendy o kosodrzewinie, sandałach, krawiectwie, koniach, deszczu… Po prawdzie nie zyskały one wtedy jeszcze statusu legend. Ale motto Koła (choć chyba nigdy nie było oficjalne) opierało się na ówczesnej definicji twardowafelstwa, o której dziś już chyba bardzo rzadko się wspomina. Po drugie: swoją kartę w dziejach TKT otwierała kolejna klasa wychowawcza Szefa. Nawet pomimo braku tradycyjnego obozu integracyjnego promocja wrześniowej wycieczki zaowocowała wyścigiem zgłoszeń między 1A a megaturboliczną 2F, w której moja klasa zwyciężyła ostatecznie 12:7. Co ciekawe, w szeregach 2F znalazła się jedna debiutantka (Marta Ziemer), a w 1A jedna niedebiutantka (Młoda).

Na stronie internetowej koła… ach, właśnie, wtedy TKTowskie życie ogłoszeniowo-informacyjne toczyło się na witrynie gory.lo3.wroc.pl, na gablotce obok drzwi sali 26 (drewnianych z serduszkiem!) i na facebookowej grupce, założonej przez Turasa niespełna rok wcześniej. A więc na tej stronie odszukałem śpiewnik TKT i zrobiłem pewnie to, co wielu debiutantów – wybrałem te piosenki, które znałem. Wydrukowałem je, celem grania i śpiewania ich w pociągu. Za gitarą w tej kwestii opowiedział się Sójka (tak, wtedy pojechał i Sójka). Knockin’ on heaven’s door. Za drzwiami w sąsiednim przedziale Woody grał na swojej gitarze harcersko-górskie standardy. Wszyscy próbowaliśmy wejść do ekipy z tym, co znaliśmy i umieliśmy.

Pierwsze swoje „Myśliwy, 1A” powiedziałem na dworcu w Długopolu-Zdrój (nie każdy jednak miał już na koncie miano, pod którym jest teraz zapisany w tej Kronice. Owieczka nie była jeszcze Owieczką, podobnie Marchewa, Maślana i Woody). Ruszyliśmy słynnym asfaltem w towarzystwie deszczu. Przynajmniej do postoju przy sklepie w Porębie, gdzie obok zakupienia produktów na śniadanie rozegrano parę partyjek Ninja. Dalej oczywiście kolumna rozciągnęła się i, co za tym idzie, większość grupy witała Chatę na przełęczy w pakiecie z komitetem powitalnym siedzącym na tradycyjnej kanapce (z kotem na czele).

Zostawiliśmy plecaki, próbując zająć sobie tradycyjne miejsca noclegowe na łóżkach (hm… tak, to było dawno). Zanim jednak ruszyliśmy wyżej w Góry Bystrzyckie, utworzyliśmy krąg przed Chatą. Oto pierwsza w tym roku szkolnym ceremonia weterańska. Koszulkę otrzymał uczestnik pierwszej wycieczki, Xylu – zasłużył na nią wcześniej, ale nie miał okazji odebrać jej przez poprzedni rok. Bo oczywiście mijał podówczas rok od pierwszej ceremonii. Tym samym druga uhonorowana osoba swoją drogę do koszulki przebyła, wiedząc od początku po co idzie. A była nią Zalesia, ustanawiając tym samym rekord najszybszego weteraństwa – 12 miesięcy.

Mogę szczerze, dosłownie i w przenośni powiedzieć, że mgła zasnuwa moje wspomnienia z trasy. Zdobyliśmy jednak Jagodną (szczyt) i Jagodną (schronisko), a w tym drugim spędziliśmy bardzo dużo czasu, jedząc naleśniki, pijąc herbatę i (zapewne) głośno rozmawiając w podgrupach. Głośne rozmowy nie przeszkodziły jednak opadłym z sił Grzesiowi i Woody’emu, co uwieczniają komiczne zdjęcia. Bardzo dużo czasu – bo było nas na tyle dużo, że nadwyrężyliśmy możliwości schroniska, ale jeszcze na tyle mało, że w ogóle do niego weszliśmy.

Wróciliśmy Autostradą Sudecką, napotykając na początku stado owiec. Do Chaty dotarliśmy jeszcze za jasności i usiedliśmy do zamówionego obiadu. Trzy rzędy stołów pozwoliły nam zmieścić się w jednej turze. Potem nastąpił typowy rozłam związany ze spędzeniem wieczoru. Masa ludzi rozsiadła się gdziekolwiek w sali kominkowej, ale część poszła nad kuchnię, by grać w Mafię. Tak, obecni prowadzący i prowodyrzy musieli się jej od kogoś nauczyć, i tak, właśnie od nich.

A w kominkowej rozpoczęło się śpiewogranie. Było naprawdę wiele gitar, chyba ze cztery i w pewnym momencie zrozumieliśmy, że lepiej niech grają tylko Szef i Platon. Krążyły bindowane śpiewniki w wersji A4. Krążyło też ciasto. Wtedy też spłacony został dług z podejścia na Przełęcz Legionów: Szef otrzymał z rąk Izy (podówczas jeszcze Graby) Pieczątkę Szefa TKT, która do dziś służy jako ważny artefakt i została przybita w wielu miejscach na naszej mapie. Dalej została zagrana również wyczekiwana, świeżutka piosenka obozowa z Ukrainy, zachwycająca płynnością przejścia między zwrotką a refrenem. Czas płynął, powoli zapadała zamuła. Doznałem jej po raz pierwszy i tak się złożyło, że stwierdziłem, że udam się spać do pokoju. Może co innego się dla mnie wtedy liczyło, bo przecież zmęczenie to żaden wyznacznik. W każdym razie uznaję to niedotrwanie za jedną ze składowych mojego debiutu, bo mogę również z dużą dozą pewności stwierdzić, że wtedy po raz ostatni wycofałem się ze śpiewanek wcześniej od Szefa.

Rano obudziłem się więc w łóżku (choć nie sam, więc przynajmniej tej tradycji jestem wierny od początku) i zszedłem na śniadanie wokół wielkiego stołu. Zanim śniadanie było jednak w pełni gotowe, w wyczekiwaniu na podanie zasad zachowania przy stole słuchaliśmy dalszej części koncertu. Przy gitarach zasiedli również Turas i Zimny.

Pewien czas później (bo kto wie, pewnie nie taki krótki) zebraliśmy się do groupen-foto przed Chatą. Hasło: latający Dzięcioł. Nie takie oczywiste. Skierowaliśmy się w stronę Bystrzycy Kłodzkiej. I tego dnia pogoda była już piękna i słoneczna. Zdecydowaliśmy się na ognisko po drodze, takie na eleganckości, w lesie, z kiełbaskami i paleniem odzieży. Wtedy Turas uroczyście spalił swoje podarte w drodze do Bystrzycy (ale tej ukraińskiej) spodenki. Zbieżność nieprzypadkowa.

W Bystrzycy (tej Kłodzkiej, na powrót) byliśmy nawet trochę za wcześnie, więc spędziliśmy czas na Rynku. Na dworzec udaliśmy się ulicą o poziom niższą niż poziom studzienek i krawężników. W pociągu zaś wpakowaliśmy się tradycyjnie (choć nie wszyscy, również tradycyjnie) do przedziału towarowego i tam darliśmy mordy aż do Wrocławia Głównego. Pożegnanie w kółku (pewnie jeszcze nie potrafiłem odśpiewać Pożegnalnego tonu z pamięci) i… tyle. Co dalej? Te same uczucia, które przez te lata widzę w kolejnych twarzach. Zdobędę wszystko co się da. Będę jeździł już zawsze. Chcę być taki, jak oni, choć trochę boję się Wędrownego… Ale będę weteranem, jak Zalesia. Do zobaczenia w listopadzie, a na razie trzeba ogarnąć Beania…

Myśliwy
Weteranka Zalesia. W czasach, gdy czerwień na początku drugiej klasy była czymś niesamowitym (fot. Grzesiu)
Prasowanie jest nudne. Nawet w schronisku Jagodna (fot. Iza)
Jedna z najbardziej rozchodzonych przez TKT szos (fot. Grzesiu)