a

Międzygórze 28 I - 03 II 2013

Zimowisko

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Ania Zaleska
  • Paweł Kazimierczyk
  • Michał Żłobicki
  • Kacper Kulczak
  • Michał Martusewicz
  • Karolina Stefańska
  • Julia Latkowska
  • Asia Tryba
  • Mikołaj Dzięciołowski
  • Mateusz Antoniuk
  • Iwona Janik
  • Ula Grochocińska
  • Grzesiek Smoła
  • Dorota Jaszczyk
  • Iza Platis (Graba)
  • Miłosz Staniszewski
  • Tomek Turek
  • Paweł Jacyk
  • Piotr Michoński
  • Dominika Wąsowska
  • Ania Gerus
  • Magda Łukowiak
  • Michał Błażejko
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Autor: Paweł

Tegoroczna zima ma różne oblicza. Z grudniowego wyjazdu do Chatki na Chłopskiej Kopie zapamiętaliśmy śnieg i kilkunastostopniowe mrozy. Świętom Bożego Narodzenia do typowo zimowej aury było już jednak daleko. Nowy rok z kolei ponownie oblał nasz dolnośląski światek morzem białego puchu. Warunki te zdawały się być satysfakcjonującymi w kontekście zbliżającego się zdecydowanymi krokami zimowiska. Wszak nietrudno dostrzec etymologiczną ścieżkę, na kresie której znajduje się owo słowo. Daleko bardziej pragmatycznym powodem, dla którego śnieżne i mroźne warunki były pożądane, stanowiły plany opiewające umilenie sobie czasu przemierzaniem wzgórz i dolin z założonymi na nogi nartami biegowymi. Oraz przecieranie szlaków mimo śniegu po pas, śnieżne kanapki, pająki, buty przemoczone aż do czapki i inne atrakcje, które w letnich warunkach mogą się nie udać.

Poniedziałek. Około 6:30 rano. Dworzec Główny we Wrocławiu. Gromadka mniej lub bardziej wprawionych w boju młodzieńców oraz dwóch niezwykle już doświadczonych górskich piechurów zebrało się, aby rozpocząć siedmiodniową eskapadę w Masyw Śnieżnika. Przynajmniej tak mnie się zdaje. Gwoli prawdy muszę napisać, że w owych chwilach moja aktywność w najlepszym przypadku polegała na przewracaniu się z prawego na lewy bok, ewentualnie w odwrotnym kierunku. Smutne obowiązki zmusiły mnie bowiem do pozostania na poniedziałek we Wrocławiu. Stąd moje spostrzeżenia na temat pierwszego dnia będą znikome, a wręcz żadne. Jedyne na co mnie stać w tej materii to kilka zdawkowych zdań opartych na później zasłyszanych informacjach oraz zdjęciach.

Ale w zamian mogę napisać coś o samym miejscu, któremu zaoferowaliśmy swoją obecność. Był nim sięgający swoją historią XIX wieku ośrodek Gigant – dawne luksusowe sanatorium. Nazwa nie mogła dziwić. Budynek, a właściwie zespół budynków, robił wrażenie. Liczba miejsc na przestrzeni dekad zmalała kilkukrotnie, ale wciąż utrzymuje się na trzycyfrowym poziomie. Wielki ośrodek, to i nierzadko wielkie przestrzenie. Z tym, że może niekoniecznie w pokojach i niekoniecznie w wymiarach płaszczyzny podłogi. Ale wysokość też ma swoje atuty. Jeden z nich zdradził Myśliwy, wspominając pierwsze minuty pobytu w Gigancie. Odwiedził on w owym czasie jedną z łazienek i z niezwykłą radością przyjął fakt wysokiego zawieszenia zbiornika spłuczki dającego opadającej wodzie ogromną moc i charakterystyczne „htkrz” przy jej wyjściu na światło dzienne. Prawdę napisawszy, to i dla mnie owa łazienka była jednym z pierwszych miejsc, które odwiedziłem po swoim przybyciu, a owy sposób zainstalowania spłuczki nie zwrócił aż tak bardzo mojej uwagi.

Gdy dobiegło końca napawanie się wyposażeniem węzła sanitarnego, przyszedł czas na, patrząc na kilometraż, krótki spacerek, cz te, analizując odczyty czasomierzy, uczciwe przejście. Celem punktowym była góra Igliczna, zaś wydarzeniowym uskutecznienie śnieżnych pająka i słonia. Po powrocie posiłek. A następnie gry i zabawy niewymagające wyściubiana nosa z ośrodka.

Nie zebrałem dokładnych informacji na ten temat, ale myślę, że bez strat na ciągłości czasowej mógłbym przejść do swojej historii. Ani trochę bym się nie zdziwił, gdyby ktoś powiedział mi, że w okolicach 4:30, kiedy to podniosłem się ze swojego łóżka, w niektórych pokojach Giganta światła wciąż się paliły. A nawet jeśli nie, to rozmowy wciąż trwały. Moja podróż przebiegła bezproblemowo. 6-minutowa przesiadka z pociągu na autobus w Domaszkowie zadziałała i ok. 8:35 zapukałem do pokoju 107 w Gigancie, gdzie swoją siedzibę miało dowództwo wyjazdu. Chwilę po tym zostałem skierowany do zapoznania się ze strukturą rozkładu naszej grupy w ośrodku, mając przy okazji za zadanie, zależnie od potrzeb, mniej lub bardziej dobitne przypomnienie o śniadaniu mającym mieć miejsce o 9 rano. Na którym to pierwszy raz zetknąłem się z przysmakami oferowanymi przez lokalną kuchnię. Całe szczęście, że miałem już za sobą śniadanie. I to nie jedno.

Po posiłku przyszła kolej na spacer. O ile we Wrocławiu już w poniedziałek było panta rhei, to w Masywie Śnieżnika śnieg wciąż miał się znakomicie. Trasa nie przewidywała jakiegoś ściśle określonego celu. Mieliśmy pójść gdzieś w stronę Małego Śnieżnika, a następnie zejść jakoś z powrotem. Zanim jednak wznieśliśmy się chociaż ponad szczyty domostw Międzygórza, Prof Ojciec, przy pomocy Profa Syna, opowiedział nam o pewnej niderlandzkiej królewnie, dobroczyńczyni Ziemi Kłodzkiej i patronce pary pociągów relacji Wrocław Główny – Bystrzyca Kłodzka Przedmieście w jednej osobie, czyli o Mariannie Orańskiej. A tłem dla tej historii była willa znajdująca się onegdaj w jej posiadaniu. Po nabyciu niezbędnej dawki wiedzy wyruszyliśmy dalej. Szliśmy żółtym szlakiem, jednak od okolic wyciągu narciarskiego „U Bolka” o tym, że idziemy wyznaczonym traktem mogliśmy wywnioskować tylko z oznaczeń na drzewach – po skierowaniu wzroku pod nogi idea wygodnej dla turysty ścieżki rozwiewała się w pył. I to pył czysty jak łza. Biel nieskalana najmniejszą drobinką kurzu ani innego zanieczyszczenia. Bezkres połaci w anielskiej barwie długo jednak nie trwał – szybko weszliśmy do lasu, gdzie śnieżna mozaika wzniosła się w kolejny wymiar skrzętnie oblepiając każdy konar, gałąź i gałązkę. W tych sielskich warunkach mieliśmy dojść do niebieskiego szlaku. Rosnące zmęczenie związane z pokonywaniem kolejnych metrów (choć przecierający trasę Grzesiu nie narzekał) sprowokowało nas do zamiany błękitu oznakowania ścieżki na błękit strumienia, wzdłuż którego skierowaliśmy się ku Nowej Wsi. Oczywiście ten fragment także był nieprzetarty, a dzięki wysokiemu nachyleniu zabawa związana z byciem na czele była jeszcze większa. Na początku wydawało mi się, że śnieg jest tak głęboki, że nie da się przewrócić – nogi wchodziły tak głęboko, że zamocowanie wydawało się nie do pokonania. Znaleźli się jednak tacy, którzy obalili moją tezę. Tym razem korowodowi przewodniczyli Szef, a następnie Jaro, choć znaleźli się i tacy, na przykład ja, którzy nie mogli odmówić sobie stworzenia alternatywnej ścieżki, żeby poczuć, jak to jest być na czele. Trasa wzdłuż strumienia miała sporo atrakcji związanych z niezdefiniowaną jasno optymalną ścieżką przejścia. Niestety wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Doszliśmy do Nowej Wsi. Tam odbyliśmy krótki pit-stop w celach handlowych, po którym ucywilizowanymi drogami skierowaliśmy się na Międzygórze.

En garde! (fot. Myśliwy)

Po chwilce na przeodzianie się w suche rzeczy (tzn. kompleksowej ich wymianie) nadszedł czas na obiad. Pierwsze wrażenie, jak mówią, jest najważniejsze. Myślę jednakowoż, że udany obiad szybko zamazałby moje odczucia ze śniadania. Użycie trybu przypuszczającego jest tu jednak niestety bezwzględnie zasadne. Przy okazji posiłku, a właściwie u jego zwieńczenia, w naszym gronie pojawił się Dzięcioł, który przy okazji pobytu w Masywie Śnieżnika parał się kilkoma sprawami, toteż jego pobyt był trochę okrojony.

Po posiłku jeszcze chwilka na doprowadzenie się do porządku, albo wytężoną pracę naukową, i przyszedł czas na wieczorne gry i zabawy. Hitem (czy też „hitem”) okazał się kotylion stworzony przez Grzesia, Michauxa, Jara, Miłosza i Długiego. Skojarzenia były tak abstrakcyjne i absurdalne (jeśli już jesteśmy przy słowach na „ab”, to w kontekście twórców narzuca się jeszcze aberracja), że koniec końców reszta świata postanowiła się poddać. I słuszny był to krok. Pozwoliło to na przejście w mniej lasujące umysł gry planszowo-karciane, a w końcu na darcie mordy. Gdybyśmy się nie poddali, to pewnie do dziś byśmy siedzieli na tym kotylionem. I piszę to z pełną świadomością tego, że możesz Czytelniczko, bądź Czytelniku, odczytywać te litery nawet za kilka lat.

O darciu mordy rozpisywać się za dużo nie ma co. Za wyznacznik jakości tej części dnia może wystarczyć fakt stracenia jednej ze strun podczas gry. Po naturalnej śmierci imprezy nadszedł czas na sprawy pokojowe. Czyli wojny o łóżka. Mnie wprawdzie nie sprawiło problemu zaśnięcie w czyimś łóżku w czyimś pokoju, ale nie w każdym przypadku sprawy potoczyły się gładko i bezboleśnie. Na szczęście w końcu i te problemy udało się rozstrzygnąć. Tak minął dzień drugi.

Nieco ponad cztery godziny po zakończeniu powyższych wydarzeń przyszedł czas na poranną strawę. Ale nie jest ona warta opowiedzenia. Jako że odwilż zaatakowała Międzygórze i okolice, odzież zaś i ogumienie wciąż schły, pomysł spaceru został storpedowany przez uczestników, kadra zaś przychyliła się do wniosku ogółu. Jako substytut zaordynowana została gra w państwa-miasta. Ale nie takie zwykłe państwa-miasta. Państwa miały być bez dostępu do morza, miasta w Polsce, ale poza województwem dolnośląskim, ponadto piosenki, których wykonawcy mają pierwszą literę taką samą jak owe utwory, homonimy, filmy, których głównymi bohaterami są nieludzie. I nie jest to koniec listy kategorii. Zostaliśmy podzieleni losowo na dwuosobowe ekipy i przystąpiliśmy do pracy. Po kilkudziesięciu minutach wytężonego wysiłku umysłowego przeszliśmy do kluczowej części gry, czyli prezentacji haseł i bronienia bądź obalania ich. Kilkukrotnie weryfikowaliśmy nasze problemy w Internecie. Nie zdecydowaliśmy się na to w sprawie Siecina, które według Turasa jest miastem znajdującym się w jego ziemi rodzimej. Moje prywatne śledztwo po powrocie wykazało, że takie miasto, ani żadne podobnie brzmiące (najbliżej był chyba Ślesin spod Konina) nie istnieje i jedyne, co można zrobić w tej chwili, to wrócić do teorii głoszącej, że mały Tomuś nazywał tak Szczecin, gdy jego zdolności wymowy były jeszcze ograniczone. Na szczęście rozstrzygnięcie w tej sprawie nie ważyło na całej grze – zmagania z bezpieczną przewagą wygrali Miłosz z Szefem.

Po zabawie odbył się krótki spacer fakultatywny. Trasa i wydarzenia mające podczas niego miejsce nie przyprawiły chyba nikogo o zawrót głowy, toteż i ja nie będę zagłębiać się w jego szczegóły. Obiad przemilczę. Tym bardziej, że spora atrakcja czekała na nas wieczorem. Zaprzyjaźniony z ojcowsko-synowskim duetem Mizia & Mizia ojcowsko-synowski duet Korolik & Korolik nawiedził nas w Gigancie, co zaowocowało kawałkiem dobrego, starego bluesa. Kameralny występ w kawiarni ośrodka przyciągnął nie tylko nas, ale i innych mieszkańców ośrodka. Przy jego okazji odbyła się ceremonia koszulkowa. Po zdjęciu przez Szefa polaru oczom wszystkich ukazała się czerwona koszulka ze znanym dobrze wzorem wiewiórki oraz napisem Turas. Tym samym poszedł on w ślady Isi, która także otrzymała weterański ubiór przy okazji koncertu – miało to miejsce podczas imprezy Blues nad Izerą w Orlu. Był to jednak dopiero przedsmak prawdziwych emocji związanych z powiększeniem się rodziny weteranów. Ale to później. Około dziewiątej wieczorem Korolikowie musieli nas opuścić, jednak dla nas pora była jeszcze zbyt wczesna. Trochę zmienił się gatunek, jakość wykonania też, ale nam to nie przeszkadzało. Przynajmniej w doznaniach muzycznych. Ula, w której Prof Ojciec upatrzył sobie szachową sparingpartnerkę (albo raczej niszczycielkę), jedyny raz w dość obfitej jak na kilkudniowy wyjazd historii pojedynków odniosła porażkę. Aczkolwiek w kontekście liczby partii ten jeden raz można śmiało zmieścić w błąd pomiaru.

Z powodu zamknięcia kawiarni zgrupowaliśmy się, podobnie jak dnia poprzedniego, w pokoju 141. Jego mieszkankami były Docia, Iza, Zalesia i Ula. Jednak fakt, iż był on najbardziej przestrzenny i w nim ustalano wszystkie zebrania i imprezy przeobraził ten lokal w pokój, żeby nie używać dosadniejszych słów, wspólny. Niewiasty owe mogły więc mieć czasem problemy z uszanowaniem ich prywatności i prawa do spokojnego spoczynku. I miały. Przeniesione tam darcie mordy ponownie zakończyło się zamelinowaniem się tam kilku osób na czas nieco dłuższy niż okres, podczas którego prezentowaliśmy swoje umiejętności wokalne.

Czwartek przyniósł nam pewną zmianę. Przed śniadaniem zimowisko opuścił Turas. Ekipa odprowadzająca go na przystanek miała jednak w planach niezły biznes. W zamian za niego miała bowiem przyprowadzić Dominiczkę. O ile pozbycie się świeżo upieczonego weterana przebiegło bez większych emocji, to z naszą TKT-owską artystką sprawa nieco się skomplikowała. Jej manewr z krótką przesiadką w Domaszkowie się nie powiódł, w związku z czym musiała przejść pozostający kawałek pieszo. Uczyniła to w niewiarygodnym czasie zaledwie półtorej godziny. Ja, planując uprzednio podobne przejście w ramach niewypału podczas mojego dojeżdżania, oszacowałem przejście na nieco ponad dwie godziny.

Flaga niczym Ekskalibur – i Śnieżnik pokonany! (fot. Grzesiu)
W Owieczce ujawnił się głęboko zakorzeniony instynkt Pingwina. Niebieskiego, rzecz jasna (fot. Iza)

Skoro byliśmy w Masywie Śnieżnika, to wypadało wejść na tytułowy szczyt. Pierwotnie miało to się stać w środę, ale wspomniane już przyczyny odsunęły ten plan na czwartek. Trasa została zaplanowana bez większej finezji. Albo i wręcz prostacko – czerwonym do schroniska, a dalej zielonym. Nie oznacza to jednak, że było bardzo łatwo. Podejście oddzieliło mocnych od mocniejszych i prawdziwych przodowników górskich szlaków. Jednak o ile z kolejnym metrami podejścia siły mogły opadać, to zachwyt nad otoczeniem zapewne wzrastał. Im bliżej schroniska o kłamliwej nazwie „Na Śnieżniku”, tym mocniej można było sobie przypomnieć, że jesteśmy na zimowisku, a nie wiosnowisku albo odwilżysku. Otoczenie schroniska było już całkowicie białe, zaś przed jego drzwiami znajdowała się warstwa lodu, która niejedną osobę wyprowadziła z równowagi. Ciepło, jakie było wewnątrz z pewnością poprawiło nastroje niektórym osobom, ale cennik mroził krew w żyłach. Możliwość ciepłego posiłku oraz pamięć o tym, co dawali nam w Gigancie przekonała mnie jednak do wydatku bitych dziesięciu złotych za talerz żuru i dorzucenia złotówki za chleb. Zgroza.

Nie jesteśmy raczej typem turysty, którego celem jest dotarcie do schroniska i najedzenie oraz napojenie się tamże. Czekał na nas szczyt. Podejście można było już nazwać stricte zimowym. Kilkadziesiąt centymetrów śniegu. Pejzaże okolicznych pasm powoli zanikały pod warstwami mgły. W końcu widoczność spadła do kilkudziesięciu metrów, zaś prędkość wiatru wzrosła do kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Resztki wieży widokowej pojawiły się znienacka. Pierwej dotarły do mnie bliżej niezidentyfikowane dźwięki, które okazały się być wykonaniem Krystyny Czyczy przez część ekipy, która przede mną dotarła na szczyt. Gdy pojawiła się wizja, ujrzałem nad znaną sobie grupą ludzi białoczerwoną flagę na drzewcu. Okazało się, że ktoś zostawił ją na szczycie, dzięki czemu każdy jego zdobywca mógł z dumą unieść ją ponad swoją głowę.

Na szczycie odbyła się zasadnicza część ceremonii koszulkowej. Do grona weteranów zostali oficjalnie włączeni Dominiczka, Miłosz, Michaux i Jaro. Rekordzistką, jeśli chodzi wysokość nad poziomem morza na której odebrana została koszulka weterańska jest Pałka, ale jako świadek wszystkich ceremonii koszulkowych oprócz wyżej wspomnianej, stwierdzam, że okoliczności przyrody były najbardziej epickie w historii. I że męstwo, jakim wykazali się nominowani zdejmując część odzienia wierzchniego w celu przywdziania czerwonej koszulki zasługuje na uznanie. Wyjątkowości temu wydarzeniu dodaje także fakt, że, abstrahując od pierwszej koszulkowej ceremonii w Porębie w 2011 roku, kiedy trzeba było rozdać koszulki tym, którzy zasługiwali na nie już od dawna, był to najobfitszy wyjazd, jeśli chodzi o nowych weteranów. A nawet ilość koszulek w sumie – 5 nowych, Isia, Zalesia, Szef, Prof Ojciec i ja, wydaje mi się być rekordową. Trzeba tutaj chylić pokłony rocznikowi ’95, który miał ogromny wpływ na ów plon weterański. Zimowisko to można nazwać najmocniejszym akcentem spełnienia się tego bardzo aktywnego pokolenia w strukturach TKT.

Jesteśmy twardzi, więc byle huragan nas ze szczytu nie zrzuci, ani do bycia na nim nie zniechęci. Ale jednak na obiad trzeba było pójść. Choć może gdybyśmy wiedzieli jaki on będzie… Niemniej jednak zeszliśmy. Tudzież stoczyliśmy się, skoziołkowaliśmy, albo w jakiś inny niewysłowiony sposób straciliśmy wysokość. Do schroniska doszliśmy standardowo, dalej turystyczna przyzwoitość kazała zmodyfikować trasę. Zejście przebiegło całkiem sprawnie i bez większych opóźnień stawiliśmy się na obiad. Zasadniczo przyjąłem taktykę niekomentowania tych posiłków, ale gołąbki, które owego dnia pojawiły się na stole przerosły moje, i myślę, że nie tylko moje, oczekiwania. Kursor na ekranie miga mi już kilka minut, a ja wciąż nie wiem jak je opisać przy zachowaniu norm społecznych i językowych,

Atrakcji w czwartek było jeszcze więcej. Wieczorem przyszedł czas na Familiadę. Tradycyjnie (choć w gruncie rzeczy byłem debiutantem i co ja tam mogłem wiedzieć) przybrała ona formę skomplikowanej rozgrywki taktycznej. Zwycięstwo odniosła rodzina Rama Rama, której miałem zaszczyt być skromnym członkiem. Pierwotnie istniała idea podzielenia grupy na zespoły weteranów i reszty świata, ale podział według klucza „ci, co siedzą tam zostają tam, a ci, co siedzą tu zostają tu” również był niepomiernie korzystny.

Kolejny punkt programu stanowił kawałek dobrego kina, czyli The Blues Brothers. Klasyka. Ten film, pardon, to epokowe dzieło w historii światowej kinematografii jest nieśmiertelne.

W tak zwanym międzyczasie wieczór przemienił się w noc, ale nie odczuwaliśmy żadnej krępacji z tego tytułu. Choć prowadzona w pokoju 141 dysputa miała charakter typowo późnowieczorny. Świstaki, tożsamość i jej poszukiwanie, pierogi, które były dobre, życiowe szczęście, budzące respekt mleko i rebusy z etykiet Kubusia. Choć mogło to się wydawać niemożliwe, granice ludzkich horyzontów zostały przesunięte jeszcze dalej.

Piątek ponownie był dniem odpoczynku. W kontekście długich górskich wojaży przynajmniej. Pierwsza część dnia została spędzona na grach. Czas chyba rozwinąć to pojawiające się po raz któryś hasło. Największym hitem, co raczej nie było zaskoczeniem, wydawało się być 7 Cudów Świata. Niemałą popularnością cieszyły się także takie rozrywki jak Carcassonne, Osadnicy, a także, z trochę innej beczki, Jenga oraz, kompletnie już do powyższych nieprzystający, Twister. Do listy warto także dodać Scrabble, których głównym orędownikiem, a także najlepszym specjalistą, był Michał. Trzeba także wspomnieć o niemal nieustannie trwającej grze w zabijanie. Po przybyciu we wtorkowy poranek nietrudno było mi zauważyć kilka niestandardowych zachowań, które nie dziwiły osadzonych już w zimowiskowych realiach osób. Okazało się, że każdy z nas jest potencjalnym mordercą. Zbrodniczego aktu dokonywało się poprzez przekazanie na osobności (to jest w sposób niezauważalny dla żywych) dowolnego przedmiotu. Przy czym nie można było mordować na prawo i lewo – każdy miał na celowniku konkretną osobę, zaś po jej unicestwieniu przejmował jej zlecenie. Poziom zaangażowania w grę był różny – niektórzy cały czas krążyli wokół swoich przyszłych ofiar czekając na okazję, inni zaś po usłyszeniu, że zostali zabici potrzebowali chwili na przetworzenie informacji i przypomnienie sobie, że jest się w centrum krwawej sieczki. Ciekawym elementem zabawy była lista trupów. I zawarte przy niej informacje: narzędzie zbrodni i ostatnie słowa. Można było przy ich pomocy docenić zmysł i pomysłowość niektórych zabójców. Grzesiu został pokonany talerzem z nogami z kurczaka. Jaro sprzedał się za 2 złote i 20 groszy. Grzesiu, podczas drugiej gry (pierwsza zakończyła się bodaj w czwartek uzyskaniem nieśmiertelności przez trzy osoby), zginął za zaledwie 50 groszy, ale była to pierwsza transza przelewu analogowego obejmującego całe 3,50. Były też takie ofiary, które zginęły od drzwi, łóżka, albo rosyjskiego (radzieckiego?) zbiorku zadań. W kwestii ostatnich słów nie jestem w stanie wiele napomknąć. Jedynie, trochę nieskromnie, mogę przypomnieć co tuż przed ostatnim tchnieniem powiedziałem Jarowi. On sam stwierdził, że słowa te były miodem dla uszu mordercy. A brzmiały one „Ufam Ci”.

Jeśli już wspomniałem o Jarze, to płynnym krokiem mogę przejść do clue owego dnia. Był on bowiem nie tylko początkiem nowego miesiąca, ale i początkiem nowego etapu w życiu naszego młodziutkiego stażem weterana – pełnoletniości. Z tej okazji przygotowaliśmy (choć użycie tu pierwszej osoby jest lekką oznaką pychy) mu mnóstwo atrakcji. Choć zaczęło się skromnie. Wybrzmiały tradycyjne jubileuszowe pieśni, zaś bohater dnia został obdarowany ciastem (którym bezzwłocznie podzielił się ze wszystkimi) oraz króciutkimi życzeniami od każdego członka wyjazdu. Nawet udało mi się zmieścić w trzech linijkach. Aczkolwiek oprócz mnie tylko Zalesia potrzebowała do wyrażenia swojej myśli więcej aniżeli jednej. Zaraz po tej części ceremonii został zarządzony krótki spacer. Skierowaliśmy się na bliżej niezdefiniowany szczyt znajdujący się tuż nad Międzygórzem. Dość nieskomplikowanym manewrem udało się sprowokować Jubilata do wbiegnięcia nań – zasadniczo można by nawet liczyć na to bez żadnych intryg. Szczyt, jak już wspomniałem, był nienazwany. Stąd idea nadania mu jakiejś godności. A prawo do tego przysługuje, jak powszechnie wiadomo, pierwszemu zdobywcy. Aczkolwiek oszczędziliśmy bohaterowi dnia wymyślania nazwy i sami ochrzciliśmy wzniesienie Szczytem Jara. Wzięcie sprawy w swoje ręce było konieczne, gdyż już gotowe były gadżety z nim związane oraz logotyp, który z pewnością niedługo będzie można odnaleźć na kubkach i koszulkach, które niechybnie zdominują ofertę okolicznych sklepów. Oprócz szczytu samego w sobie Jaro otrzymał sztandar z owym logotypem, w dwóch wizjach artystycznych, oraz autografami uniżonych prezentodawców. Nie zabrakło też kolejnego ciasta. Dopełnieniem ceremonii był pierwszy wpis w Kronice Szczytowej, którą pozostawiliśmy na Szczycie Jara po wieczne czasy. Jego autorem był, rzecz jasna, nasz młody dorosły. Pomysłodawcom i wykonawcom całej akcji trzeba oddać, że rozmach wydarzenia był ogromny i godny niemałego szacunku.

Mapy milczą na ten temat, ale miejscowi od czasu osiemnastych urodzin Jara zwą tę górę Szczytem Jara (fot. Grzesiu na górze, Iza na dole)

Po powrocie ze Szczytu Jara przyszedł czas na posiłek. A po nim kolejna gra angażująca wszystkich obozowiczów. Polegała ona na odpowiedzeniu w formie pisemnej, zgodnie z własnym sumieniem, na zadane przez dowództwo wyjazdu pytania, a następnie odgadywanie, po publicznym przeczytaniu wypowiedzi pisemnych, kto mógł być ich autorem. Przy czym odpowiedzi męskiej części grona miały analizować niewiasty i odwrotnie. Po ogłoszeniu konieczności napisania czegoś od siebie reakcje były różne. Przy rozpoczęciu fazy odgadywania dało się usłyszeć z obozu XX słowa „przecież oni wszyscy są tacy sami”. Jednak po zakończeniu całej zabawy odczucia były raczej pozytywne. Po stronie kobiecej najbardziej przenikliwymi osobami okazały się Zalesia, Docia i Ania. Znajomością osobniczek płci pięknej zaś, popisali się Myśliwy i Miłosz. W kwestii najłatwiej odgadywanych osób najwyższe lokaty zajęły Magda i Owca wśród pań oraz Myśliwy i ja (nie wiem co mnie zdradziło) wśród panów.

Wszystko i tak skończyło się tradycyjnym darciem mordy w 141. Strun, choć na czas środowego koncertu wszystko wróciło do normy, ponownie było pięć, ale nie przeszkadzało to nam zbytnio. Oprócz dzierżącego wiosło Szefa nikt pewnie nie zwracał na to uwagi. W końcu dzień zaczął umierać śmiercią naturalną rozpraszającą ludzi po swoich pokojach, bądź karzącą im zostać tam, gdzie akurat byli uwięzieni.

O ile szczyt zdobyliśmy idąc możliwie krótką drogą, to na powrót przyjęliśmy trasę przez Przełęcz Śnieżnicką, dzięki czemu wykonaliśmy imponujące koło. Mimo tego, tradycyjnie zdążyliśmy na obiad. Jako że koniec naszego pobytu zbliżał się nieuchronnie, nie mogło wzbudzić zdziwienia pojawienie się na stole kotletów mielonych. Trzeba jednak przyznać, że ich jakość, w porównaniu do dotychczas serwowanych wiktuałów, była ponadprzeciętna. Wprawdzie ich rozmiar prowokował dyskusję na temat tego, czy bardziej trafną nazwą na ich określenie nie byłyby aby klopsiki albo pulpeciki, ale wraz z Grzesiem, z którym bark w bark pokonywaliśmy codziennie kolejne posiłki, byliśmy wyjątkowo usatysfakcjonowani. Choć niemały wpływ na nasze uczucia miały liczne półmiski, które regularnie spływały na nasz stolik – bez nich to nie byłoby to samo.

Bezpośrednio po obiedzie przyszedł czas na chwilę rozluźnienia. Pokój 141, o czym wcześniej nie wspomniałem, w godzinach „po obiedzie” (tj. ok. 17:30)-19:00 był niedostępny dla chętnych uciech. Panowała tam bowiem atmosfera przesiąknięta wiedzą i nauką. I dopiero po 19:00 coś tam zaczynało się dziać. Tym razem tak się nie stało. Impreza była w siódemce, to jest w pokoju facetów wspomnianych na początku tekstu przy okazji kotyliona. Nie wspomnę za wiele o tym, co tam się działo, ale co jakiś czas wychodziły stamtąd osoby wyraźnie zdegustowane nader aktywną celebracją Światowego Dnia Języka Angielskiego (czy jakoś tak, zresztą to pewnie nieprawda, tylko w jakimś słabym kalendarzu tak było). Z pozytywnych akcentów była za to pizza, którą nieświadomi tego, że w owym dniu obiad będzie akurat sensowny, uprzednio zaplanowaliśmy zamówić. Atrakcją wieczora miał być maraton filmowy Władcy Pierścieni. Niezdecydowanie zwolenników tej opcji zostało jednak skrzętnie wykorzystane przez niską liczebnością, ale wysoką rangą grupę uczestników, która rozsiadła się przed telewizorem coby obejrzeć spotkanie towarzyskie kadr ligowych Polska-Rumunia. Przy tej okazji okazało się, że tego samego wieczora odbywa się finał konkursu Miss Polonia, przez co nasza uwaga została rozdwojona. Z powoli przybywającymi fanami ekranizacji tolkienowskiej trylogii ustaliliśmy, że będą oni mogli zacząć swoją ucztę po zakończeniu pierwszej połowy i konkursu piękności. Wynikami obu wydarzeń byliśmy ukontentowani, toteż zmiana warty przeszła bezboleśnie.

Maraton LOTRa długo jednak nie trwał – władza ośrodka poprosiła nas o opuszczenie zajmowanej przez nas sali. Widocznie byliśmy bardziej problemowi niż zaoczni studenci fotografii z Poznania, którzy w ramach świętowania zakończenia wyjazdowej sesji egzaminacyjnej, która miała miejsce właśnie w Gigancie, chlali, palili i puszczali głośno dźwięki paramuzyczne już od kilku godzin. I nie była to pierwsza taka noc.

Koniec końców i tak wylądowaliśmy w 141. Z czego większość na stałe – nocny spoczynek odbyło tam 16 osób. Nie jestem w stanie dokładnie opisać, co tam się działo, gdyż po wysłuchaniu serii kawałów o Stirlitzu i opowieści z ostatniego obozu na Ukrainie, którymi jestem regularnie atakowany niemal od dnia jego zakończenia, uznałem, że impreza jest mało rozwojowa i skierowałem się do swojego nominalnego łóżka.

Niedziela. Czyli ostatni dzień. Po porannej strawie przyszedł czas na szybkie zebranie się w sobie, posprzątanie i wyjście. Plecaki jednak miały na razie zostać. Spacer miał być pozbawiony ich brzemienia – transport mienia miał się dokonać za sprawą wynajętego busa. Opuścić Giganta udało nam się z niewiele ponad 45-minutowym poślizgiem. Pierwszym punktem trasy był Wodospad Wilczki. Spragnieni piękna natury zboczyli ze szlaku, by przyjrzeć mu się dokładniej. Chętni doznań intelektualnych pozostali na głównej drodze, podejmując rozważania na temat psiego nosa i pszenicy. Drugi etap podróży zawiódł nas na Igliczną. Byliśmy tam nieomal w samo południe, dzięki czemu w alternatywie dla uczty cielesnej w schroniskowej jadłodajni pojawiła się możliwość uczestnictwa w Uczcie Pańskiej w Sanktuarium Marii Śnieżnej. Po zaspokojeniu swoich potrzeb przyszedł czas na chwilkę zadumy nad krajobrazem. Niedziela bowiem przyniosła słońce i wspaniałą widzialność, dzięki czemu naszym oczom objawiła się przepiękna panorama Ziemi Kłodzkiej i pasm górskich od zachodu ją okalających. Te wspaniałe warunki były też świetną okazją na krótką sesję zdjęciową.

Ze szczytu zeszliśmy do Marianówki, po czym podążyliśmy w kierunku Długopola-Zdroju bazując swoją trasę na szlaku czerwonym, nie będąc jednak zbyt nadgorliwym w podążaniu za oznaczeniami. Do Wilkanowa udało się jednak trafić. Tam zatrzymaliśmy się chwilę przy ruinach pałacu z przeszło 300-letnią historią. Zatrzymując się jednocześnie nad problemem, jaki stanowi obecny stan jakże licznych obiektów tego typu w naszym regionie i całym kraju. Z Wilkanowa doszliśmy szosą do krajowej trzydziestki trójki. Zaraz po jej przekroczeniu trafił się ostatni śnieżny kawałek zimowiska. Około 100 metrów kilkunasto-, a może i nawet trochę więcej, centymetrowej warstwy białego puchu. Choć jego konsystencja od puchowej była dość daleka. Zaraz po tym fragmencie przyszedł czas na odcinek zdecydowanie wiosenny. Pola tuż po roztopach. Czyli błoto. Dużo błota. Całe pole błota. Lepka masa skutecznie oblepiła nasze buty, nadając im istotnie utrudniający przemieszczanie się kilogramaż.

Po pokonaniu tych niedogodności sprawy poszły już dość gładko. Dotarliśmy do Długopola Górnego, a chwilę później do Zdroju. Nie znaleźliśmy tam jednak charakterystycznego miejscowościom uzdrowiskowym przyjemnego zgiełku. Ani czynnej kawiarni, od takiej jednej burżujskiej w hotelu abstrahując. Pozostało więc jedynie zrobienie zakupów i skierowanie się na dworzec. W tak zwanym międzyczasie Szef wraz z Marchewą i Kacprem udali się pojazdem benzynowym do Międzygórza w celu zabrania naszego dobytku oraz odebrania naszego obiadu. Na szczęście nie oznaczało to kolejnego posiłku zaoferowanego przez Giganta (pewnie byłby to gulasz). Wraz z plecakami przywieźli oni 12 pizz ze sprawdzonej uprzednio pizzerii. Oznaczało to jedną sztukę na 2 osoby, czyli układ był całkiem rozsądny.

Pociąg wciąż nie przyjeżdżał – można to nawet dość sprawnie wyjaśnić faktem, że jeszcze nie powinien. Dla rozruszania się spora część grupy zdecydowała się na wymagającą odrobiny ruchu, ale i chyżości umysłu grę „pięć pięć trzy trzy”. Kolejnym etapem były pląsy, zwyczajowo okraszane pewnym epitetem. Zabawa została przerwana hukiem pociągu wjeżdżającego na peron. W wehikule zajęliśmy przedział dla podróżnych z większych bagażem. Tradycyjnie miała odbyć się tam uczta artystyczna, jednak pierwej istniała konieczność odbycia sesji zdjęciowej świeżo upieczonych weteranów. Zaraz po tym wydarzeniu swoją oficjalną premierę miała napisana przez Miłosza, pod muzykę z Dzieci Elektrycznych Gitar, piosenka zimowiskowa. Dzieło, trzeba przyznać, bardzo udane.

W Bardzie opuścił nas Dzięcioł, pozostawiając nam na pamiątkę swoją legitymację szkolną, którą zdał wcześniej na poczet kontroli biletowej. Nie przejęliśmy się tym jednak zbytnio, bo czas gonił, a gardła jeszcze dawały radę. Gorzej było ze strunami. Zeszliśmy już do czterech, lecz po drobnych naprawach udało się dojść do stanu bliskiego pięciu. Minuty podróży mijały niepostrzeżenie. W samej końcówce padło hasło "Ośmiominutówka". Szef spełnił żądanie, ale tylko po części, gdyż czas wykonania był z pewnością dużo mniejszy, aniżeli obiecany w tytule.

Wysiedliśmy na peronie piątym. Jego charakterystyka architektoniczna sforsowała nas (nie po raz pierwszy w historii miziowycieczek) do ustawienia się w formacji mocno eliptycznej. Nie przeszkodziło to jednak w ceremoniale. Tak więc krótką przemowę wygłosiło Profowstwo, dla niepoznaki odśpiewaliśmy pieśń z nurtu żeglarskiego, po czym jęliśmy się czule wyściskiwać. I, jak to zwykle bywa na samym końcu, rozpierzchnęliśmy się w różne strony miasta napełnieni wspaniałymi wspomnieniami i wzajemną miłością.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Zamrożona kanapka (fot. Grzesiu)
Niektórzy tu próbują spać. Niektórzy z pozostałych też. Niektórzy z reszty próbują myśleć. Reszta reszty już nie. Nominalne prawa nie pokrywają się z faktycznym stanem rzeczy (fot. Iza)
Autorka: Łosiu

Ferie zimowe w tym roku zapowiadały się mało śnieżnie. Akurat miała nadejść zapowiadana od dawna odwilż. 28.01.13 r. pojawiłam się na Dworcu Głównym we Wrocławiu, o bladym świcie oczywiście (no bo kto już o 6:30 w ferie jest na nogach?), aby wyruszyć w moją pierwszą podróż z Trójkowym Klubem Turystycznym. Celem było Międzygórze, malowniczo położona miejscowość w Sudetach Wschodnich. Szybko, wbrew moim wcześniejszym obawom, odnalazłam grupę. Pan Mizia uznał, że jesteśmy w czymś rekordzistami, bo 5 osób stało w 3 różnych grupkach. Widać było więc, że nie jesteśmy zgraną grupą, ale bardzo szybko się to zmieniło.

Gdy dotarliśmy do ośrodka, wszyscy ubraliśmy się w nieco bardziej zimowe ubrania, ponieważ zaskoczyły nas zaspy. Przy samym wjeździe do Międzygórza dało się poczuć klimat gór, które wszyscy kochamy. Szum wodospadu było słychać z najdalszych zakątków miasteczka (może to dlatego, że prawie wszędzie płynął potok), a pod nogami chrupał śnieg. Biało wszędzie, coś niesamowitego (w języku trójkowiczów można powiedzieć, że „osom”).

Wyruszyliśmy w pierwszą podczas tego zimowiska wyprawę. Najpierw było jakiś czas płasko. Korzystając ze śniegu po kolana chłopcy postanowili zagrać w ‘słonia’. Wyglądało to bardzo zabawnie, zwłaszcza kiedy słoń został zniszczony poprzez skok ostatniej osoby i wszyscy wylądowali na ziemi. Potem było w dół. Część z nas sturlała się ze stoku z wielką gracją, kolejna część znalazła dróżkę prowadzącą naokoło, a jeszcze innej części bardzo przydały się kije i dobre, nieślizgające się buty. Dotarliśmy do zapory wodnej. Urządzona została wielka bitwa na śnieżki, o ile się nie mylę, nierozstrzygnięta. Dalej było już tylko pod górę. Po drodze wiele razy zostawało się obsypanym śniegiem z drzew (plusy bycia na końcu są takie, że cały śnieg z drzew został strącony wcześniej). Bardzo umilało to podróż. Po długiej wspinaczce ujrzałam schronisko. Jeszcze większy uśmiech zagościł na moich ustach i pomimo zmęczenia (mieszkanie na parterze robi swoje) wtargnęłam do środka. Nie obyło się bez ciepłej herbaty z cytrynką, a większość osób zjadła naleśniki, które podobno również były „osom”. Było jeszcze za wcześnie, aby schodzić na dół, tak więc należało zarządzić spaceru ciąg dalszy. Wszyscy już prawie wyschli, trzeba było więc to zmienić, rzucając się na losowo wybraną ofiarę i robiąc ‘kanapkę’! Aż szkoda, że nie dało się jej zjeść. Tym razem szliśmy trochę pod górę, trochę w dół, a trochę po płaskim. Taki mix. Na pewnej białej polance wydeptany został wykres pewnej funkcji trygonometrycznej (możliwe, że był to sinus). Prawie dotarliśmy też do nieskończoności. Na jednym z odpoczynków odbyły się zawody w rzucie kłodą (?), a także zapasy na drewnianym balu („a to za sprawdzian!”). Następnie zaczęliśmy schodzić w dół, w dół… I dotarliśmy aż pod samego Giganta, czyli nasze miejsce do (nie)spania przez najbliższy tydzień. Tam też nastąpiło rozlokowanie w pokojach i, co za tym idzie, rozpakowanie plecaków, a także chwila odpoczynku. Po chwili relaksu, wciąż pełni energii zbiegliśmy na długo wyczekiwany obiad. Jakość wyżywienia niezbyt pozytywnie nas zaskoczyła, jednak po długim marszu zje się dokładnie wszystko. Po obiedzie spotkaliśmy się w świetlicy. Zostało postawione przed nami trudne zadanie podzielenia się na grupy do gier wszelkiej maści i rasy. Ułatwić (hmm…) miały nam to przygotowane przez opiekunów kotyliony. Część udało się odgadnąć od razu, ale kilka zajęło nam dużo czasu. Były jednak bardzo łatwe, oczywiste wręcz, jeśli porównać je do tych z kolejnego wieczoru, ale o tym potem. Graliśmy m.in. w Scrabble, Jengę, Osadników, 7 cudów świata i wiele, wiele innych. Rozpoczęliśmy również wywołujące później wiele emocji ‘Zabijanie’. Ja już tego samego wieczoru zginęłam dzięki suszarce do włosów („Nie będziesz nigdy więcej suszył butów!”). Do jednych z zabawniejszych zginięć należało także to Grzesia Smoły (zabiły go 2 nogi od kurczaka), ostatnie słowa Julki („Dzisiaj śpisz na podłodze!”), czy też pełna poświęcenia śmierć Szefa (zabił go plecak, w którym niósł koszulki dla nowych weteranów). Po grach uznaliśmy, że wypada iść spać. Była to jedna z niewielu nocy, w której większość z nas spała we własnych łóżkach.

Drugi dzień rozpoczęliśmy oczywiście śniadaniem. Mnie osobiście nic tak bardzo nie kojarzy się z wycieczkami szkolnymi, jak zupa mleczna. Mieliśmy chwilę na przygotowanie się i wyruszyliśmy na kolejny spacer. Tym razem w planach było przejście obok wyciągu „u Bolka”, potem trochę na około – przez góry – do Nowej Wsi, a stamtąd z powrotem do Międzygórza. Odwilż nie zdążyła jeszcze do nas dotrzeć, śniegu było pełno i absolutnie nie wyglądało na to, że zacznie go ubywać (chociaż doszły mnie słuchy, że we Wrocławiu już zaczęło). Niedługo po wyjściu z ośrodka wysłuchaliśmy opowieści o Mariannie Orańskiej, która jest jedną z najbardziej zasłużonych dla rozwoju Dolnego Śląska i Ziemi Kłodzkiej postaci. Szybko, tak jak było w planie, dotarliśmy do Rancza „u Bolka”. Następnie malowniczą, całą białą drogą, która w pewnym momencie wchodziła w las, szliśmy przed siebie rozmawiając, śmiejąc się i wspominając poprzednie wyjazdy. Dowiedziałam się od Pana Profesora Ojca, jak zauważyć, że w miejscu polany stały kiedyś osady ludzkie. Sposób jest bardzo prosty – jeśli rosną tam drzewa owocowe, to znaczy, że dawniej tętniło tam życie. W pewnym momencie droga zaczęła piąć się w górę. Pięła się, pięła, pięła… A końca nie było widać. Śnieg był coraz głębszy, pora coraz późniejsza. Ja nauczyłam się, że gdy bardzo chce się pić, to czysty śnieg jest bardzo korzystną opcją. Smakuje nawet lepiej niż niektóre wody mineralne. Gdy tył (czyli akurat tym razem ja) dogonił przód, postanowione zostało, że schodzimy. Nie było tam co prawda szlaku, ale całkiem przyjemnie szło się po śniegu w dół. Kilka razy przecinaliśmy zamarznięty strumień. Ostatnie zejście to zeskok z wysokiej skarpy. Co to dla nas!? Za moment byliśmy na dole. Ja nieco opadłam z sił i zaczęłam się przewracać co krok, ale w miarę twardo szłam dalej. Jeśli było słychać jakieś marudzenie, to był to raczej śmiech i brak wiary w to, że można się tyle razy przewrócić w ciągu minuty. Szłam tak dopóki nie pojawiła się przede mną prawie pionowa ściana, na którą trzeba było się wspiąć. Tutaj, gdyby nie pomocna dłoń (i kijki) Myśliwego oraz później kilku innych osób, nie dałabym sobie rady. Potem było już całkiem płasko, co zwiastowało, że jednak dotrzemy do celu. W tym momencie uznałam, że jednak nie ma rzeczy niemożliwych i gdy już nie mogę iść, to wystarczy jakaś miła i pomocna osoba obok, i okazuje się, że mam jeszcze jakieś wewnętrzne pokłady energii. W Nowej Wsi większość z nas napadła na niewielki sklep i kupiła sobie coś do picia lub jedzenia (albo i to, i to), ponieważ do Międzygórza zostały jeszcze 3 kilometry drogi. Dotarliśmy pod Giganta, tradycyjnie odśnieżyliśmy buty i większość z nas rzuciła się na łóżka, aby chwilę odpocząć przed obiadem. Po pożywieniu się i chwili odpoczynku znów spotkaliśmy się w świetlicy. Tym razem kotyliony przysporzyły nam więcej trudności, a przygotowane były przez część uczestników zimowiska! Po jakimś czasie metoda kojarzenia zamieniła się w metodę zgadywania. Ostatecznie poddaliśmy się. Okazało się, że Hare Kryszna i kanapkę łączy słowo „rama” (nie tak jak przypuszczaliśmy „wschód”, albo chociaż „słońce”!), a „hajduk” to słowo użyte w piosence O-zone popularnie znanej głównie jako „Ma-ia-hii, Ma-ia-huu, Ma-ia-haa”. Te dwa powiązania śmieszyły nas przez kolejne dni i stały się tematem wielu interesujących rozważań. Po grach przyszedł czas na śpiewanie, które całkowicie wyeliminowało moje zmęczenie (aczkolwiek umierałam z uśmiechem na ustach). Uznaliśmy wspólnie, że nasza dzisiejsza wyprawa jest trochę jak z „Debilnej Piosenki” :

„Debilna piosenka, sama się śpiewa, sama się pamięta,
Piosenka wariata, który pionowo w kółko lata.
Bo jak inaczej nazwać idiotę, co pod górę wchodzi, żeby zaraz zejść z powrotem,
To maniak, bez wahania,
Opętała go mania wspinania!
(…)
Z góry, pod górę, z góry, pod górę, z góry, pod górę, czasem w dół!”

To miało być romantyczne zdjęcie Szefa z Izą (fot. Iza)
Kto odważy się zbliżyć na odległość rzutu śnieżką? (fot. Grzesiu)

Trzeci dzień również rozpoczęliśmy śniadaniem (w końcu to najważniejszy posiłek dnia). Mieliśmy przed sobą wizję wchodzenia na Śnieżnik. Szef jednak zarządził dzień suszenia i odpoczynku, ponieważ odwilż dotarła nawet do Międzygórza. Za oknem wszystko, dosłownie, pływało. Zabraliśmy się więc za gry i zabawy. Kilka partii w 7 Cudów Świata, Scrabble i budowa potęgi w Osadnikach przywróciły nam siły. Zagraliśmy również w państwa-miasta. Kategorie były bardzo interesujące, np. „państwo bez dostępu do morza” (niestety nikt nie znalazł takiego, które rozpoczynałoby się na „o”), „most we Wrocławiu”, „skrót organizacji”, „geometria”, „film z głównym bohaterem nieczłowiekiem”, „marka napoju” i kilka innych. Powstało także kilka interesujących homonimów (a jeszcze bardziej interesujące były ich wyjaśnienia), często słyszeliśmy głosy sprzeciwu, a czasami prawie jednogłośnie zostały zaliczone (np. sałata jako pieniądze oraz jako warzywo). Przed obiadem część z nas udała się na krótki spacer, aby rozprostować kości, ale większość wybrała kolejną partię w 7 Cudów Świata. Po zjedzeniu mieliśmy czas na odpowiedzenie na trudne pytania ankiety do „Familiady”. Następnie odbył się niespodziankowy koncert bluesowy w kawiarni. Pan Profesor Ojciec otrzymał nawet od tajemniczego fana cytrynę za grę na harmonijce ustnej! Turas natomiast został nowym weteranem TKT! Późnym wieczorem udaliśmy się do pokoju 141, aby wspólnie pośpiewać.

Dzień czwarty rozpoczęty tradycyjnie śniadaniem, to dzień wyprawy na Śnieżnik. Nie mogę o nim zbyt wiele powiedzieć, bo niestety wszystko mnie ominęło z powodu złego samopoczucia i bolesnego kaszlu. Zostałam w ośrodku po bardzo korzystnym handlu – wymieniłam suszarkę na laptopa. Z opowieści wiem tylko, że na szczycie Grzegorz Smoła dzierżył z nadzieją flagę Polski, na Michale zrobiono kanapkę, a spacer jest zaliczany do bardzo udanych. Podczas zimnego wiatru 4 nowych weteranów – Michaux, Jaro, Dominiczka i Miłosz, musieli rozebrać się, aby założyć nowe koszulki. Powiało chłodem, ale myślę, że uśmiech ani na chwilę nie zniknął z ich ust. Może ktoś chciałby uzupełnić moje braki i opisać? :) Po południu graliśmy w długo oczekiwaną Familiadę. Nie obyło się bez dowcipów prowadzącego. Jedną z najbardziej zaskakujących odpowiedzi była nazwa klubu piłkarskiego „Hajduk”, która została uznana. Ach, te kotyliony. Ponadto wydało się, że darzę miłością pewien parasol, a tak długo udawało mi się to ukryć…! Było kilka odpowiedzi w stylu „rama,rama?”. Dowiedzieliśmy się także, że postacią pomnikową może być Grzegorz Smoła. Nie mieliśmy pomysłu na nagrodę dla wygranych, ale może to i lepiej, bo podobno ostatnio przygotowywali oni jedzenie. Wieczorem obejrzeliśmy film „Blues Brothers”, a jeszcze później zbiorowo zamulaliśmy w pokoju 141. Podobno poziom „zamuły” przebił ten z Chatki w Wojtówce. To była jedna z tych nocy, kiedy mało kto spał we własnym łóżku. Ale w końcu „spanie jest dla mięczaków”.

Piątego dnia, po (jak myślicie?) śniadaniu, mieliśmy znów perspektywę odpoczynku. Wszystko dlatego, że jeden z naszych kolegów – Paweł „Jaro” – obchodził tego dnia swoje osiemnaste urodziny. A jako że osiemnastkę obchodzi się tylko raz w życiu, trzeba było przygotować coś „osom”. Zajęła się tym część osób, druga część zatrzymywała go w pokoju tak, aby niczego nie zauważył. Niedługo przed obiadem wszyscy zebraliśmy się w jego pokoju i zaczęliśmy śpiewać „sto lat”, a także częstować ciastem i odczytywać życzenia. Nie był to jednak koniec niespodzianek, ponieważ organizatorzy urodzin przeszli samych siebie. Zarządzony został krótki spacer. Wszyscy wspięli się na szczyt nieopodal ośrodka. Tam czekała już delegacja z przepysznym ciastem. Szczyt został nazwany Szczytem Jara. Sam Jaro dostał flagę, sztandar z naszymi podpisami, a także zostawiliśmy tam słoik z „kroniką szczytową”, do której pierwszy wpisał się właśnie solenizant. Jesteśmy ciekawi, czy ktoś z nas wróci tam za jakiś czas, i czy owa kronika jeszcze tam będzie. Po krótkiej imprezie na górze, złożeniu życzeń i odśpiewaniu pieśni, czas gonił nas na obiad. Jeśli o mnie chodzi, to znów przydała się pomocna dłoń, bo zapewne na obiad dotarłabym cała przemoczona i poobijana, a tak – obyło się bez ani jednego upadku. Dziękuję! Po obiedzie zagraliśmy w grę, która miała sprawdzić, jak dobrze zdążyliśmy się poznać. Mieliśmy trochę czasu na odpowiedzenie na kilka pytań takich jak „Twoje obowiązki domowe to…”, „Największe zaskoczenie obozowe…”, „Czy można kochać dwie osoby jednocześnie?”. Następnie odpowiedzi były czytane i osoby płci przeciwnej miały zgadnąć, kto ich udzielił. Okazało się to wcale nie takie łatwe (poza kilkoma oczywistymi przypadkami, np. taką jedną osobą, co kocha parasole…), a wiele odpowiedzi było bardzo zabawnych. Następnie śpiewaliśmy na tyle długo, że znów większa część osób zasnęła w pokoju 141. Podłoga, w dobrym towarzystwie, okazuje się być całkiem wygodna. W międzyczasie rozpoczęliśmy drugą turę „Zabijania”. Tym razem zginęłam dzięki mapie, a czołowego zabójcę z poprzedniej tury załatwiły zwykłe klucze.

Kolejny dzień, sobota, został przeznaczony na wyprawę na Czarną Górę. Po śniadaniu (nie mogłam pominąć tego jakże ważnego punktu dnia) ubraliśmy się ciepło i wyruszyliśmy w góry. Odwilż dało się zauważyć, ale w nocy znowu padał śnieg i woda na ulicach została nieco zmrożona. Droga była przyjemnie płaska. Nikt nawet nie zauważył, gdy zaczęliśmy iść niebieskim szlakiem pod górę. Znowu tuż przed szczytem zostałam pocieszona słowami mniej więcej takimi – „Już niedaleko, drzewa są coraz niższe, widać niebo i robi się coraz bardziej stromo”. Na szczycie wiało niemiłosiernie, ale nie przeszkodziło nam to we wdrapaniu się na wieżę widokową. Widoki były… piękne. Trochę zamglone, ale piękne… Odśpiewaliśmy tradycyjną pieśń i zeszliśmy na dół. Wiatr nie przeszkodził nam również w zrobieniu kanapki, tym razem na dole był Marchewa. Wyruszyliśmy w dalszą drogę. Drogowskaz mówił nam „Schronisko PTTK Pod Śnieżnikiem – 80 minut”. Udaliśmy się więc czerwonym szlakiem i dotarliśmy w okolice Przełęczy Śnieżnickiej. Następnie odbiliśmy w nieco mniej uczęszczaną ścieżkę. Szliśmy, a droga pięła się coraz bardziej w górę. Doszliśmy do wniosku, że nie obyło się bez wspięcia się na Średniaka. Następnie trzeba było z niego zejść, co okazało się być kolejnym niełatwym zadaniem brnięcia w śniegu. Ale cóż to dla nas, bez większego problemu daliśmy radę. Na dole urządzony został nawet konkurs skoków narciarskich. Później było już coraz łatwiej – ponownie podążaliśmy znanym nam już czerwonym szlakiem. Dotarliśmy do Giganta zadowoleni i z miłą chęcią zjedliśmy obiad. Następnie część z nas zamówiła pizzę. Niektórzy udali się także na „osom” czekoladę do kawiarni. W międzyczasie zagraliśmy w mafię. Czekała nas ostatnia z długich, średnio przespanych nocy. Na początku część osób postanowiła obejrzeć Władcę Pierścieni (w planach był maraton, ale zostaliśmy przegonieni przez panią z ośrodka…). Później wszyscy ponownie spotkali się w pokoju 141 i większość została tam na całą noc. Pamiętam głównie, że śpiewaliśmy bluesa o 4 nad ranem, a później zaczęliśmy grać w Twistera. Niestety i ja wpadłam w Objęcia Morfeusza i nie mam pojęcia, co działo się później. Jako jedna z niewielu natomiast spałam w swoim łóżku (nie mogłam przecież zostawić parasola samego…).

Moglibyśmy zrobić to zdjęcie na poboczu jakiejś drogi, a nie na szczycie Śnieżnika i nikt by się nie zorientował (fot. Iza)
Tym zdjęciem zapraszaliśmy nowych członków do TKTu. Dziś takie narzędzia trzyma się w ukryciu (fot. Iza)

Ostatni dzień, niedziela, wcale nie został przeznaczony na obijanie się. Po śniadaniu (ale byście się zdziwili, jakbym teraz tego nie napisała) musieliśmy się w miarę szybko spakować i zrobić porządek w pokojach. Czasem również przemeblowanie (a kto by pamiętał, jak to wszystko stało na początku). Plecaki zostawiliśmy w jednym z pokoi, a sami udaliśmy się w długą drogę. Ponownie odwiedziliśmy schronisko na Iglicznej, w którym powitały nas te same „osom” naleśniki, co na początku, a co najlepsze, nadal smakowały tak samo „osom”. Tym razem wchodziliśmy jednak nieco łatwiejszym szlakiem. Czerwonym. Lubię czerwone szlaki. Zresztą mniejsza, bo piszę to sprawozdanie od ponad godziny i zaraz zacznę się nieskładnie wypowiadać, albo wtrącać coś o parasolach. Schodząc z góry znów przydała się mi pomocna dłoń (muszę sobie kupić porządniejsze buty, haha). Wylądowaliśmy po drugiej stronie zbocza. Teraz czekała nas płaska, ale długa i pełna przeżyć droga do Długopola Zdrój – tam mieliśmy pociąg do domu. Podziwiając widoki (tym razem nie zamglone, bo żegnała nas przepiękna, wiosenna pogoda), czasem zapadając się w błocie i podjadając ostatnie zapasy ciastek dotarliśmy do celu. Gdy spojrzeliśmy na swoje buty, uznaliśmy że wreszcie widać, że gdzieś chodziliśmy, bo po śniegu wszystko było czyściutkie. W Długopolu zrobiliśmy oczywiście napad na sklep spożywczy, a potem udaliśmy się na stację. Tam doczekaliśmy się na Szefa z transportem naszych plecaków, a także… pizzą! Nasza radość była nie do opisania (chyba znów mogę użyć słowa „osom”). Pizza oczywiście smakowała „osom”, ale gdy ją zjedliśmy, zaczęło nam się robić zimno. Potańczyliśmy więc trochę i pograliśmy w różne gry, a i pociąg nadjechał szybko. Załadowaliśmy się do bagażowego wagonu i zaczęliśmy śpiewanie pożegnalne połączone z zajadaniem przysmaków kupionych w sklepie. Nie mogliśmy uwierzyć, że tak szybko dotarliśmy do Wrocławia.

Na peronie odśpiewaliśmy pieśń pożegnalną, wyprzytulaliśmy się za wszystkie czasy i wszyscy mamy nadzieję na szybkie spotkanie na kolejnej wycieczce. Podsumowując :

Tak więc na koniec powiem, że było… „osom”!

Łosiu