a

Niedźwiedzica 06-07 IV 2013

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Ania Zaleska
  • Anula Witkowska
  • Tomek Turek
  • Iwona Janik
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Wojtek Olszewski
  • Paweł Kazimierczyk
  • Paweł Dracz
  • Marta Witkowska
  • Michał Żłobicki
  • Karolina Stefańska
  • Michał Martusewicz
  • Ala Kołodziejska
  • Sebastian Nawara
  • Piotr Maślankowski
  • Julia Latkowska
  • Asia Tryba
  • Kamil Młynarczyk
  • Ania Gerus
  • Agata Gawkowska
  • Mikołaj Dzięciołowski
  • Krzysiek Platis
  • Michał Błażejko
  • Magda Łukowiak
  • Ola Lemke
  • Jan Mazur
  • Ania Jarząbkiewicz
  • Ewa Mańkowska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Wałbrzych
Jedlina-Zdrój
Niedźwiedzica
Świebodzice
Zobacz zdjęcia z wyjazdu
Autor: Paweł

Na pierwszy weekend kwietnia przypadł termin kolejnego tej zimy wyjazdu Trójkowego Klubu Turystycznego. Celem wycieczki były nieoznaczone do tej pory wiewiórczą pieczęcią TKT rejony pogranicza Gór i Pogórza Wałbrzyskiego oraz Gór Sowich. Nocleg mieliśmy zapewniony w Niedźwiedzicy, a dokładniej rzecz ujmując, w niezwykle przyjaznej Chacie Misia.

Godzina wyjazdu z Wrocławia była dość łaskawa dla osób miewających problemy z wczesnoporannym podnoszeniem się z łóżek. Pociąg relacji Wrocław Główny – Jelenia Góra, który obraliśmy sobie jako środek lokomocji, wyruszał z toru ósmego przy peronie czwartym Dworca Głównego we Wrocławiu o godzinie 7:46, czyli o porze, o której nierzadko byliśmy już za Jaworzyną Śląską albo Ziębicami. Zajęcie miejsc w wehikule nie przysporzyło wielu emocji. Frekwencja pasażerów nie pozwoliła wprawdzie na zgromadzenie się w jednej części składu, ale liczba miejsc siedzących była wystarczająca, by móc spokojnie rozlokować się tworząc kilka grup. Atrakcje były dopiero wtedy, gdy ktoś postanowił zmienić grupę – jedne z drzwi stawiały niemały opór wymuszając na podróżnikach wysiłek fizyczny, a zarazem umysłowy, gdyż zrozumienie mechanizmu rządzącego działaniem owych drzwi było niemniej istotne. Choć jakby odpowiednio mocno szarpnąć, to i bez myślenia na pewno dałoby się otworzyć te drzwi. I to nawet do siebie. Na tym koniec ciekawostek z trasy. Kontrola biletów, dzięki taktycznemu wybiegowi Szefa zastosowanemu podczas nabywania ich, przeszła bezproblemowo. Prasa zapewniona przez przewoźnika (czy raczej katalog reklamowy, na którym Przewozy Regionalne pewnie wzbogaciły się co nieco) także nie urozmaiciła zbytnio przejazdu.

Nie ma więc co drążyć tematu kolejowego etapu podróży. Po około 90 minutach opuściliśmy trójczłon w dolnośląskim malowaniu i wylaliśmy się na peron dworca głównego w Wałbrzychu. Informacja o konieczności wysiadania „już zaraz” była dla niektórych mocno zaskakująca i spowodowała, że byli tacy, którzy po opuszczeniu składu potrzebowali jeszcze kilku minut na zebranie się w sobie i przygotowanie do wyjścia na szlak. Ci, którzy byli gotowi szybciej dowiedzieli się za to, ile jest warte godzin 14 godzin milczenia oraz jakie mogą być konsekwencje nieuważnego spożywania pizzy. Następnie nastąpiła część oficjalna – w zwyczajowej formacji uczestnicy wypowiedzieli tradycyjne, lekko modyfikowane co roku, kwestie.

Kilka minut zajęło dotarcie do pierwszej atrakcji turystycznej na trasie. Był nim budynek znany jako „dom 2D”, „ściana”, „dekoracja z westernu”, czy też „Niepodległości 233”. Jest to nietypowa budowla, która oglądana z prowadzącej na dworzec ulicy Gdyńskiej, a także z okien pociągów przejeżdżających przezeń, sprawia wyrażenie dwuwymiarowej, co wynika z bardzo nietypowego układ ścian. Budynek zrobił niemałe wrażenie ma osobach, którym ta konstrukcja była obca, ale wrażenie to, jak podejrzewam, zostało szybko zatarte przez kolejną atrakcję architektoniczną. A był nią najdłuższy tunel w Polsce. No, nieomal najdłuższy. Nieczynny od lat południowy tunel pod Małym Wołowcem na linii Wałbrzych-Kłodzko liczy sobie 1560 metrów, to jest 41 metrów mniej od wzniesionego (czy raczej wydrążonego) tuż obok równoległego tunelu, który wciąż pełni swoją funkcję. Jednak to 40 metrów to jest nic w porównaniu z 30 latami, które dzielą moment oddania do użytku obu konstrukcji. A tunel, który myśmy przeszli, ma zaszczyt być tym pierwszym, wykonanym w drugiej połowie lat 70-tych XIX wieku. Impresje towarzyszące pokonaniu tego odcinka podołały ciężarowi gatunkowemu miejsca. Szczególne wrażenie robiły bryły lodowe powstałe na ścianach tunelu. Jednocześnie trzeba jednak było uważać na te, które już odpadły od ściany rozbijając się na podłożu oraz mieć nadzieję, że w momencie naszego przechodzenia żadna z nich nie oderwie się akurat od wnętrza tunelu. Początek marszu był trochę trudny, ale po chwili wzrok wiedział już o co chodzi. Aczkolwiek wielkiej filozofii nie było – iść w kierunku światła. A to było coraz większe i jaśniejsze, by w ostatnich minutach wręcz razić. Ale rosnąca wielkość wylotu pozwalała osiągnąć u osoby idącej z przodu bardzo ciekawy efekt aureoli, gdy ta zasłaniała swoją głową światło.

W tym niezwykłym miejscu, kilkadziesiąt, a może i przeszło sto, metrów pod ziemią, odbyła się ceremonia koszulkowa. Członkinią zacnej społeczności weteranów została Ola, która jednocześnie jest pierwszą osobą spoza LO III, która doznała tego zaszczytu. Ze względu na jej rzeczywistą przynależność szkolną odrobina konspiracji była jak najbardziej na miejscu, a fakt, że podczas II Wojny Światowej tunel ów był schronem dla pociągów specjalnych i istnieją podejrzenia, że w połączonej z tunelem sieci podziemnych przejść znajdowała się tajna centrala telefoniczna nazistów świadczą o tym, że uczciwie zadbaliśmy o bezpieczeństwo Oli.

Wielowiekowa tradycja budowania tuneli mówi jednak o tym, że ich celem nie jest wywieranie wrażenia na pieszych, ani przeprowadzanie konspiracyjnych uroczystości, lecz pokonanie góry bez konieczności wdrapywania się na nią. Tak więc i my bardzo szybko znaleźliśmy się po drugiej stronie Masywu Wołowca, czyli już prawie w Jedlinie-Zdroju. Dalej można było pójść wzdłuż toru kolejowego, ale postanowiliśmy znaleźć inną trasę. Najpierw jednak trzeba było wydostać się z wąwozu, którym prowadzona była droga żelazna i w którym znajdował się strumyk. Zajęło to chwilę czasu. Mniej-więcej taką chwilę, jaką spędziliśmy na leśnych ścieżkach i drogach zanim ponownie nie trafiliśmy do toru linii nr 286. Nie kłóciliśmy się więc dalej z przeznaczeniem i jęliśmy iść traktem kolejowym. Trafiło nam się spotkać podążający z naprzeciwka szynobus, którego maszynista nawet zatrzymał się, wysiadł i wyjawił targające nim emocje związane ze spotkaniem z nami.

Skoro kilkadziesiąt minut wcześniej wychodziliśmy z wąwozu kolejowego, to prosta logika podpowiada, że musiał przyjść czas na zejście z nasypu. Lub zbiegnięcie. Tudzież stoczenie się. Albo zjechanie na spodniach. Lub brzuchu. Bądź plecaku. Ewentualnie na karimacie. Nieważne jak – ważne, że skutecznie. Bowiem poprzez akt opuszczenia linii kolejowej dostaliśmy się do Jedliny-Zdroju. A w niej czekały nas kolejne atrakcje. Pierwszą z nich pałac Jedlinka. Odpłatny wstęp odciągnął nas od pomysłu zwiedzenia go od środka. Szef, przekonawszy się o naszej ignorancji, przyznał, że w środku właściwie nie ma nic ciekawego. Zatem nasza intuicyjna decyzja ukazała się trafną. Podejrzewam, że gdyby padła propozycja dokładniejszego spenetrowania nieodnowionej części zespołu pałacowego, dużo łatwiej byłoby o aprobatę. A i tak w kategorii „efekty wizualne w zespole pałacowym Jedlinka” niekwestionowanym zwycięzcą jest operator koparki pracującej tamże, który uznał, że włączanie silników jezdnych jest bezzasadne wobec możliwości przemieszczania się przy pomocy wysięgnika, ramienia i łyżki.

Co mówi Nel dzwoniąc do Stasia? (fot. Myśliwy)
Ola (fot. Myśliwy)
Idziemy w stronę światła (fot. Myśliwy)
W tunelu było więcej widać (fot. Myśliwy)

Korzystając z obecności w mieście, zdobyliśmy, drogą kupna, produkty spożywcze niezbędne do przetrwania. Przy tej okazji przyklepane zostały plany obiadowe – po raz kolejny opcja pod tytułem „makaron z jakimś mięsem i jakimś sosem” uległa nieco bardziej wykwintnemu pomysłowi – tym razem były nim placki ziemniaczane. Trzeba więc było nabyć cebulę, ser żółty, mięso… no i 12 kg ziemniaków. Po załadowaniu tych licznych wiktuałów do plecaków ruszyliśmy dalej. Nasz marsz nie trwał jednak długo. Szybko nadeszła chwila na kolejny postój, a miejscem jego był jedliński Plac Zdrojowy. Różne były metody spędzenia czasu tamże. Niektórych skusiła możliwość podziwiania kryształów. Inni korzystali z Domu Zdrojowego oferującego wygodne fotele i inne interesujące sporą część grupy miejsce siedzące. Znaleźli się także amatorzy sprzedawanej tamże wody. Czy raczej jej nabywania. W końcu były i osoby, które najlepiej czuły się na świeżym powietrzu podejmując zabawę ze spauperyzowaną moralnie i obyczajowo lokalną młodzieżą.

W końcu przyszedł czas na opuszczenie Jedliny. Ale po przejściu około 100 metrów od Placu Zdrojowego znaleźliśmy się w dość nieprzyjemnym położeniu. Droga rozwidlała się i obie opcje były złe. Stan filozoficznej zadumy nad tą sytuacją udzielił się Młodej, która zadała nie mniej ważne dla naszej dalszej egzystencji pytanie. A brzmiało ono: „Mamy mąkę?”. Rozstrzygnięcie tej kwestii było jednak nieco łatwiejsze i już po chwili dwuosobowa delegacja udała się w kierunku sklepu. Wykorzystując wolną chwilę Szef wrócił się pod Dom Zdrojowy, po czym poszedł w dokładnie odwrotnym kierunku, by chwilę później poinformować drogą telefoniczną resztę grupy, iż należy podążyć za nim. Zostaliśmy poprowadzeni posiadającą co nieco mocy, bowiem 18-procentową, drogą, by po kilkunastu minutach marszu opuścić w końcu podwałbrzyski kurort i skierować się wprost do Niedźwiedzicy.

Gospodyni Chaty Misia powitała nas niezwykle serdecznie i z ogromnym uśmiechem. My zaś rozpierzchnęliśmy się po ośrodku, zajmując wstępnie różne miejsca, nie przykładając jednak na ogół zbyt wielkiej wagi do nich, gdyż trudno było sądzić, by faktyczne miejsca nocnego spoczynku miały być tożsame ze wstępnym rozlokowaniem. Ważniejszą natenczas sprawą była kwestia obiadu. Produkty szybko i sprawnie spłynęły do kuchni, jednak czynności przygotowawcze miały miejsce w sali jadalnej, która pozwalała na swobodną pracę w dwóch poddziałach: obierająco-krojącym zlokalizowanym przy stole oraz znajdującym się tuż obok stanowisku specjalnemu dedykowanemu procesowi obierania ziemniaków, a także trącym usytuowanym w bezpośrednim sąsiedztwie pieca, którego ciepło z pewnością sprzyjało uplastycznieniu się ziemniaków i ułatwiało pracę. A rąk do niej było wiele – pytanie „czy mogę jakoś pomóc?” padało z godną największego podziwu częstotliwością i bez krzty wątpliwości można napisać, że czynem i kolektywną pracą budowaliśmy nasz dobrobyt. Oprócz wyżej wymienionych procesów zaistniała także potrzeba powołania komórki transportowej, która to uzupełniła braki magazynowe nabywając kolejne 5 kilogramów ziemniaków. Zawiązała się także grupa muzyczna umilająca pracę, a także czas oczekiwania na efekty końcowe. Jako że proces smażenia przebiegał równolegle na zaledwie dwu stanowiskach roboczych, takt produkcyjny był dość długi i czas trwania posiłku rozwlekł się mocno.

Padliśmy plackami (fot. Myśliwy)
Od obierania ziemniaków zabawniejsze może być tylko zmywanie (fot. Myśliwy)

Zestaw instrumentalny był wyjątkowy duży. Za sprawą Platona i Myśliwego do tradycyjnych gitar dołączyła harmonijka i, używając szumnych sformułowań, perkusja. Tę ostatnią, obok Myśliwego, obsługiwali specjalista w waleniu w gary, czyli Jasiu oraz Xylu, który również wie o co chodzi w sekcji rytmicznej. I o ile owa perkusja teoretycznie składała z metalowego pudełka, tamburyna i pałeczek, to jednak nasi muzycy potrafili znaleźć interesujące dźwięki w innych przedmiotach, które akurat były w okolicy, z pokrytą dywanem ścianą na czele. Na wspomnienie zasługuje też inwencja Xyla, który z tamburyna uczynił stopę.

Placki, polane sosem pieczeniowo-pieczarkowo-bolońskim, co jakiś czas spływające do jadalni cieszyły się z czasem coraz mniejszą popularnością, co było jasnym sygnałem, że czas kończyć smażenie. Jednak blask pozostającej w garach masy oczekującej na przeleżakowanie na rozgrzanej patelni był mocniejszy. Kolejne placki były więc robione na zaś, zaś impreza przeniosła się na pięterko. Jej tempo było bardzo spokojne. Nieco rumieńców nabrała ona o 23:05, gdy Szef stwierdził, że „trzeba dzisiaj ustalić, kiedy jedziemy na obóz”. Ograniczony do 55 minut czas był nieco przerażający, jednak posiłkując się pojęciem dnia fizjologicznego, którego zakończenie definiuje się jako pójście spać z zamiarem niewstawania przed rozpoczęciem dnia kolejnego, wyszliśmy z zakłopotania. Takie warunki pozwalały na swobodne rozważania i dyskusje. Miały się one zakończyć głosowaniem. A demokracja, jak powszechnie wiadomo, rodzi się w bólach i jest obarczona drobną szczyptą biurokratyzmu. Zaistniała więc konieczność zawiązania komisji skrutacyjnej. Drogą głosowania zwykłą większością, zakrawającego na aklamację, wyznaczono do niej rzetelną, odpowiedzialną i nieskazitelną osobę o prawym charakterze, to jest mnie. Dalej sprawy poszły już z górki. Wystarczyło tylko poprzez konsultacje społeczne wyznaczyć proponowane terminy początku wyjazdu, przedyskutować i przegłosować sposób głosowania i jego system, by w końcu przeprowadzić właściwą procedurę elekcyjną. Deliberacje nad powyższymi zagadnieniami docierały do granic możliwości ludzkiej percepcji, aż w końcu zaczęliśmy powoli tonąć w pandemonium sofizmatów tracąc z oczu właściwy cel głosowania. Można więc śmiało napisać, że nasza demokracja w niczym nie ustąpiła największym demokracjom globu. U zwieńczenia całego procesu podjęte jednak zostały kroki, które zapewniły duże prawdopodobieństwo spójności osiągniętych wyników z rzeczywistą wolą ludu i podjęta została decyzja o ustaleniu terminu wyjazdu na dzień ósmego lipca, poniedziałek.

Zmęczenie tą żywą lekcją funkcjonowania jednostek decyzyjnych samorządnego państwa sprawiła, że atmosfera zrobiła się dość senna. Śpiewy nie cieszyły się zbytnią popularnością i gitarujący Szef z Platonem coraz mocniej skupiali się na partiach instrumentalnych. Doszło do tego, że podczas wykonywania „W życiu piękne są tylko chwile” oprócz tytułowej dewizy towarzyszyła nam także „trwaj chwilo, jesteś piękna!”. Jeszcze przed końcem dnia fizjologicznego łyknęliśmy przywiezionego przez Platona kwasu Taras, który to rzekomo nie był już nazbyt zdatny do spożycia. Niedługo potem ułożyliśmy się do snu.

Nie trwał jednak długo błogi wypoczynek. O 6 rano kilkanaścioro spośród śpiących zostało zaatakowanych budzikiem. Nuta nie była finezyjna. Trzy przeszywające mózg i wywracające wnętrzności na drugą stronę tony. Nie wszystkim jednak owa monofoniczna symfonia przeszkadzała w śnie. Właściciel budzika nawet nie drgnął. W końcu na bohaterski czyn powstania ze swojego łoża zdecydowała się Isia. Odnalazła źródło owych dźwięków i wyłączyła alarm. Po 24 minutach pisków. 6 minut później wybrzmiał kolejny budzik, jednak tym razem właściciel wykazał się lepszym refleksem dając mu utrudniać spokojny sen zaledwie przez kilka sekund.

Niedziela zaczęła się około dziewiątej rano, kiedy to Prof przedsięwziął wybudzanie za pomocą subtelnych dźwięków gitary. No, może nie takich subtelnych. A i użycie słowa „dźwięk” jest nie do końca uzasadnioną kurtuazją. No ale na pewno była gitara. Po kilkudziesięciu minutach, podczas których poza zdemaskowaniem Jasia, jako prowodydora nocnej katorgi nie wydarzyło się nic godnego opisania, zasiedliśmy do porannej strawy. Niepoślednią rolę na stole odgrywały placki, jednak trzeba było także puścić w obieg chleby, których podczas sobotnich odwiedzin jedlińskiej Biedronki nabyliśmy kilkanaście. Nie mogło też oczywiście zabraknąć różnorakich odmian serka, znanego rarytasu z Pomorza Zachodniego oraz gara herbaty. W czasie posiłku został nawet postawiony drugi, jednak czas jego dojścia zbiegł się z naturalnym zakończeniem posiłku (i rozpoczęciem zmywania przez osobę, która przez niemal pół godziny zgłaszała się do tego zadania w nocy). W wyniku tej koincydencji powstała sytuacja mocno zaburzająca dynamizm wydarzeń. Część grupy poszła się zbierać, Jasiu zmywał, a inni po prostu siedzieli przy stole. Popijali herbatkę. Szef bawił się jakąś puszką…

Wtem olśnienia doznał Myśliwy. Obserwując szefowskie zachowanie uknuł sformułowanie stanowiące zarzewie do powstania nowego szportu. Zdrowy rozum mógłby podpowiedzieć, że „drift szprotem” to lekko absurdalne połączenie słowne, ale na szczęście nie widzieliśmy się z nim od dwudziestukilku godzin i mogliśmy sięgnąć tam, gdzie przeciętny człowiek w swoim umyśle sięgnąć nie będzie w stanie nigdy. Dostrzegając niesamowite zdolności puszki ze szprotem w sosie pomidorowym, Myśliwy wraz z Dzięciołem jęli stawiać przed nią coraz to trudniejsze zadania. Same ewolucje na poziomie płaszczyzny stołu szybko okazały się zbyt oczywiste i trywialne. Szprot, niczym amerykańscy bikerzy we wczesnych latach 70. początkujący modę na jazdę miejską, zaczął wykorzystywać swoje otoczenie do urozmaicenia swoich wyczynów. I już po chwili wirował w talerzach, zjeżdżał po nożowych rampach i slalomował pomiędzy kubkami. W tak zwanym międzyczasie Dzięcioł dokonał odwrócenia percepcji w niezwykle elementarnym elemencie życia ludów świata, smarując nóż chlebem. Zabieg ten miał na celu, rzecz jasna, lepsze „jechanie” szprota po sztućcu, jednak zawarta w tym czynie negacja ładu i schematu rządzącego kuchniami na całym ziemskim padole może wprowadzić nowy nurt w myśl istnienia świata.

A herbaty i tak nie udało się dopić, zatem trzeba było rozlać ją po przenośnych naczyniach i wziąć na drogę. Tak samo jak kilka chlebów, detali, a także trochę placków. A droga ta była niekrótka. Za miejsce szturmu na skład kolejowy wyznaczone zostały Świebodzice, a więc czekała nas około dwudziestokilometrowa przeprawa przez Pogórze Wałbrzyskie. Niedzielna trasa nie przewidywała atrakcji związanych z dziedzictwem kulturowym i architektonicznym regionu. Stanowiący wizytówkę regionu Zamek Grodno zobaczyliśmy tylko z oddali, jako fragment przepięknej panoramy północnych szczytów Gór Sowich. Piękno naturalne było bowiem motywem przewodnim całego przejścia, na trasie którego znajdowały się zaledwie trzy osady ludzkie – Zagórze Śląskie, Modliszów i Pogorzała. Przez resztę czasu mogliśmy, chyba już po raz ostatni tej zimy, przecierać pokryte białym puchem szlaki i zachwycać się dziewiczymi warstwami nieskazitelnie czystego śniegu rozciągającego się aż po horyzont.

Po kilkunastu kilometrach przed chwilą wspomnianych doznań i rozmów na tematy wszelakie, nadszedł czas na rozprawienie się z kupą jedzenia i jedzeniem kupy. Posiłek odbyliśmy w niezwykle urokliwej scenografii Jeziorka Daisy i towarzyszących mu ruin zameczku myśliwskiego oraz, związanych z niegdysiejszym wydobyciem, wapienników. W końcu skonsumowane zostały ostatnie placki. Inne produkty także cieszyły się powodzeniem, dzięki czemu zapasy zostały unicestwione nieomal doszczętnie. Za sprawą długości biesiadowania znacznie spadły szanse zdążenia na pociąg, którym planowaliśmy powrócić do stolicy Śląska, ale przypomniana przez Xyla starodawna prawda „Nie ma spiny, są drugie terminy” była jak zawsze trafna, dzięki czemu spokojnie ruszyliśmy dalej nieobarczeni brzemieniem kurczącego się czasu. W końcu opuściliśmy lasy Pogórza Wałbrzyskiego i naszym oczom ukazała się panorama Niziny Śląskiej przesłoniętej częściowo dumnie wzbijającemu się w górę Masywowi Ślęży. Być może większe wrażenie zrobiłby ten widok, gdyby cały rejon był pokryty śniegiem. Albo barwami wiosny. Jednak wspaniała widoczność pozwalająca dostrzec oddalone o przeszło 50 kilometrów zabudowania Wrocławia była wystarczającym impulsem, by zatrzymać się przez chwilę nad tym pejzażem. Dodatkowego wdzięku całej okolicy dodawały liczne sarny, które nie wiedziały jednak, że jesteśmy tuż po posiłku i nie ośmieliły się do nas zbliżyć.

W końcu dotarliśmy do Świebodzic. Miasta, którego urok nie jest łatwo dostrzec. Po około półgodzinnym oczekiwaniu, na peron podjechał pociąg, do którego szturm wykonaliśmy dość nietypowo dla powrotów z miziowycieczek, bowiem w środkowym jego fragmencie. Tam też nastąpiło rozlokowanie się części wycieczki, mimo dostępności tradycyjnej lokalizacji, która miała jednak swoich wiernych fanów. Około godzinna długość podróży sprawiła, że nie powstało mocne lobby zjednoczenia się na końcu składu w celu darcia mordy. Zresztą kilka osób było oddzielonych drzwiami, które bardzo ciężko chodziły. Tak jest. Tymi drzwiami. Oznaczało to ni mniej, ni więcej jak to, że jechaliśmy dokładnie tym samym składem, co sobotniego poranka, co pozwoliło pięknie dopiąć klamrę komunikacyjną naszej wycieczki.

Nasz wehikuł wjechał na peron Dworca Głównego we Wrocławiu punktualnie. Nie wszyscyśmy tam dotarli – Julia z Michałem opuścili nas w swoich rodzinnych Kątach Wrocławskich. Reszta uczestników wyjazdu ustawiła się w tradycyjny okrąg, odśpiewała pieśń z nurtu mórz i jezior, wysłuchała kilku słów Szefa, pożegnała się ze sobą i rozeszła w różne strony. Zapewne w nadziei na rychłe ponowne spotkanie na górskim szlaku. Może już bez śniegu, lecz pośród zielonych drzew i radośnie rozświetlającego pola i lasy słońca. Pewnie z kolejnymi niezwykłymi przeżyciami. Ze wspaniałymi dziełami wzniesionymi rękami ludzkimi i tymi, które wywodzą się spod delikatnych dłoni Mateczki Natury. I, przede wszystkim, z chętnymi na to wszystko członkami Trójkowego Klubu Turystycznego.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Debiutujący Mazur zapewne nie spodziwał się, że ten posiłek będzie zupełnie normalną rzeczą w panteonie jego dokonań w TKT (fot. Łosiu)
Panny z kromką (fot. Łosiu)
Chodźmy po śladach! (fot. Łosiu)