a

Starczów 11-12 V 2013

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Paweł Jacyk
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Paweł Kazimierczyk
  • Marta Witkowska
  • Karolina Stefańska
  • Michał Martusewicz
  • Kasia Patryniak
  • Ala Kołodziejska
  • Marysia Chorowska
  • Piotr Maślankowski
  • Kacper Kulczak
  • Ania Biadasiewicz
  • Julia Latkowska
  • Kamil Młynarczyk
  • Asia Tryba
  • Ania Gerus
  • Ania Jarząbkiewicz
  • Jan Mazur
  • Agata Gawkowska
  • Mikołaj Dzięciołowski
  • Ewa Niedźwiedź
  • Agata Starula
  • Dawid Chmiel
  • Krzysiek Platis
  • Bartek Surma
  • Magda Łukowiak
  • Ewa Mańkowska
  • Piotr
    Narkiewicz
  • Marta Hałas
  • Filip Marcinek
  • Andrzej Kołacz
  • Basia Stecka
  • Ola Kwaśniewska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Henryków
Stolec
Starczów
Ziębice
Zobacz zdjęcia z wyjazdu
Autor: Paweł

Dokładnie 6 miesięcy po ostatnich nieśnieżnych momentach tekatowskiego przemierzania świata, czyli powrotu z rozbluesowanego Orla, przyszedł czas na kolejny wyjazd pozbawiony białego puchu. Celem wycieczki był rejon dość nietypowy – po ostatnich wojażach w Górach Wałbrzyskich i Sowich, czy też Masywie Śnieżnika, wybraliśmy okolicę, którą przy najszczerszych chęciach jak najefektowniejszego jej zaprezentowania, można nazwać co najwyżej przedgórzem Wzgórz Niemczańsko-Strzelińskich. Konkretniej rzecz ujmując, wybraliśmy się do Starczowa, jednak był on tylko jednym z kilku miejsc w tym regionie, które postanowiliśmy zaszczycić swoją obecnością. Niektóre z nich były tak ukontentowane naszym pojawieniem się, że postanowiły zatrzymać nas na trochę dłużej niż planowaliśmy.

Podróż zaczęła się dość tradycyjnie – w sobotni poranek zgromadziliśmy się na w holu Dworca Głównego we Wrocławiu. Gdy 20 minut przed odjazdem naszego wehikułu pojawiłem się i ja, pierwszą zwracającą moją uwagę sprawą był imponujący współczynnik feminizacji grupy – pośród kilkunastu zgromadzonych osób byłem samcem numer 3. Jednak z czasem proporcja nieco się wyrównała i moja pierwsza obserwacja stała się bardziej przyczynkiem do rozważań nad stosunkiem do punktualności w funkcji płci. Choć może ci wszyscy faceci także opuścili swe domostwa z bezpiecznym zapasem, tylko po prostu akurat zdarzyły im się wypadki losowe, które ów zapas podstępnie pożarły. Niemniej jednak, nieomal wszyscy dotarli. Nieomal, bowiem na dworcu nie pojawił się Myśliwy. Nie wynikało to jednak z niechlujności w przestrzeganiu terminów, lecz przyczyn zgoła odmiennych. Kolejnym spostrzeżeniem, jakie mi się nasunęło, była niska średnia wieku uczestników. Pierwszoklasiści stanowili dość pokaźną (zdaję się nawet większościową) grupę. Byli zatem, rzecz jasna, debiutanci. I była też persona, która właściwie pierwszy raz pojawiła się na miziowycieczce, jednak nazywanie jej debiutantem byłoby nieopisaną niestosownością. A był nią profesor Narkiewicz, czyli, jak to określił Szef, protoplasta TKT. Wziął on ze sobą swojego kompana Gienka, którego obecność i postawa miała niejeden raz jeszcze bardziej, choć wydawało się to mało możliwe, poprawić nasze humory.

Niewzbudzającą większych emocji podróż pociągiem zakończyliśmy na stacji Henryków. I bez zbędnej zwłoki (czyli zaraz po niezbędnym oficjalnym rozpoczęciu wycieczki w tradycyjnej formacji oraz przystosowaniu siebie i mienia do panujących warunków atmosferycznych) wyruszyliśmy w kierunku pierwszej, i chyba zarazem najbardziej okazałej, atrakcji architektonicznej wyjazdu. A był nią posiadający nieomal 800-letnią historię zespół klasztorny Opactwa Cystersów w Henrykowie. Dziś w obiekcie znajdują się Katolickie Liceum Ogólnokształcące oraz oddział wrocławskiego Metropolitarnego Wyższego Seminarium Duchownego, w którym przyszli kapłani spędzają pierwszy rok swoich przygotowań. I to klerycy właśnie oprowadzali nas po murach tego niezwykle zacnego przybytku dzieląc się swoją bogatą wiedzą na temat tego miejsca i jego historii, pozwalając jednocześnie dopowiedzieć Szefowi kilka słów pozwalających w nieco szerszym kontekście historycznym spojrzeć na miejsce, w którym napisane zostało słynne „Day, ut ia pobrusa, a ti poziwai”.

Zaraz po wyjściu zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilkę, by spojrzeć na zespół klasztorny z perspektywy uznanej przez Wydawnictwo Turystyczne Plan za najbardziej transparentny widok w całym Przedgórzu Sudeckim. A następnie ruszyliśmy w drogę. Aura, wyraźnie znudzona trwaniem w bezchmurności i cieple, które forsowała przez poprzedzające wyjazd dni, uraczyła nas rozciągającymi się od horyzontu po horyzont chmurami. I deszczem. Dużą ilością deszczu. Ale na razie woda atakowała nas tylko z góry, więc nie było najgorzej. Po odcinku asfaltowym, którym opuściliśmy Henryków, odbiliśmy w prawo obierając sobie za cel Muszkowicki Las Bukowy. Takich buków ciężko szukać gdzieś indziej. Podziwiając otaczające nas drzewa, aż cisnęły się na usta określenia „buk jak dąb!”. Choć nie wiem, czy obiekty naszych westchnień byłyby ukontentowane takimi porównaniami ukazującymi stereotypową wyższość dęba nad bukiem. Wszak niejeden dąb można by opisać słowami „patrz, prawie jak buk muszkowicki!”.

Klasztor w Henrykowie (fot. Łosiu)

Kolejną osadą ludzką, na jaką się natknęliśmy był Sieroszów, jednak poza ruinami pałacyku zamieszkiwanego onegdaj przez opatów z Henrykowa i parkiem go otaczającym (w którym podobno znajduje się figura św. Jana Nepomucena!) nie było tam nic godnego poświęcenia kilku zdań tego tekstu. Zresztą obecność owych szczątków wielkiej architektury była dla nas zaskoczeniem. Jako że w wiosce samej w sobie nic się nie działo, to my się dzialiśmy. Jednak dysputa na temat wartości semantycznej poddawanego regularnej wymianie części parasola (zresztą mieliśmy kilka na stanie), szybko dotarła do kresu filozoficznych rozważań i pytania czym się różni niebyt od bytu. Wobec takiego postawienia sprawy nie było już bardziej naturalnej rzeczy do zrobienia, jak poszukanie odpowiedzi na to pytanie u źródła – czyli w Stolcu.

A woda z niebios wciąż dziarsko i beztrosko rozlewała się na przemierzane przez nas okolice. Różne były taktyki ochrony siebie i swojego mienia przed deszczem. Ewa na przykład uznała, że najbezpieczniej będzie nieść śpiwór w rękach. Rozwinięty. Szczęsny z kolei, wyglądał jakby właśnie szedł na wały przerzucać worki z piaskiem – był okryty peleryną, zaś na jego stopach spoczywały kalosze. Pomiędzy tymi zgoła odmiennymi rozwiązaniami mieściło się sporo innych. Były parasole, kondomki, kaptury, worki… w tym momencie dnia wielu z nas mogło jeszcze czuć lekkość i suchość butów (mimo, że pokonaliśmy już kilka odcinków terenowych), jak i wykazywać spokój o noszone na plecach dobra. Sytuacja była jednak, jak to zwykli określać rzecznicy prasowi prokuratur w naszym kraju, rozwojowa. Albo i nawet dynamiczna.

Dotarcie do Stolca uczciliśmy zdjęciem grupowym pod znakiem oznaczającym przekroczenie granicy administracyjnej tej wioski. Następnie, przechodząc obok kościoła p.w., a jakże, św. Jana Nepomucena, udaliśmy się w pobliże zabytku o historii niewiele krótszej, aniżeli opactwo w Henrykowie – stoleckiego zamku. Zaniedbany obiekt wywoływał różne reakcje. Dało się słyszeć zachwyty, jednak znalazły się też usta, z których w przestrzeń wyrzucony został dość pejoratywny epitet niezwykle, swoją drogą, adekwatny do lokalizacji, w jakiej się znajdowaliśmy. Kontemplacja nie trwała zbyt długo – nasze myśli powoli kierowały się ku obiadowi. Jednak zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilkę. U wrót kolejnej stoleckiej świątyni, w strugach deszczu, odbyła się ceremonia koszulkowa. Był to moment, w którym na chwilę zapomnieliśmy o ciułaniu punkcików od wyjazdu do wyjazdu. Czerwoną sztukę odzienia otrzymał bowiem profesor Narkiewicz. Albo po prostu, jak można było wyczytać na koszulce, Narki.

Za bezsensowną i niegodną najmniejszego zainteresowania uznaliśmy opcję dojścia do Starczowa szosą. Dużo lepiej było wybrać się przez pola. Wiosną. Po kilku, czy też kilkunastu godzinach opadu. Wróć. W jego trakcie. Nawierzchnia szybko zaczęła ciążyć, ale trzeba było jakoś wybabrać się z tej brunatnej masy. Z czasem droga stawała się coraz przyjemniejsza, jednak zaraz po odbiciu w prawo z drogi, którą szliśmy, dotarliśmy do dość krytycznego momentu. O ile nasz skręt był umotywowany domniemaniem rychłego końca drogi wiodącej na wprost, to w tym przypadku mieliśmy absolutną pewność, że żaden zadbany trakt nie jest tędy poprowadzony. Zdecydowaliśmy się na pójście wzdłuż las(k)u, jednak dotarcie do granicy między nim a polem wymagało od większości z nas niemałej uwagi. Na mocno nasiąknięte wodą świeżo zaorane pole mógł oczywiście nie zważać, dzięki swojemu ubiorowi, Szczęsny. Na skrócenie sobie trasy ryzykowniejszym terenem zdecydował się także Maślana. I o ile on sam przedarł się bez większych problemów, to jeden z jego butów w połowie drogi stwierdził: nie. Miał jednak trochę szczęścia. Historia zna przypadki, w których po wyciągnięciu nogi z buta, który ugrzązł w błocie, rozlegało się charakterystyczny dźwięk zasysania wody przez jego wnętrze.

Stoleccy rolnicy dość skrzętnie wykorzystali swoje areały. Ślady ich ciężkiej pracy kończyły się tam, gdzie zaczynały się zarośla, przez co wciąż brakowało w miarę wygodnej drogi. Postanowiliśmy więc przekroczyć majaczącą skrajem lasu rzeczkę i pójść w głąb owego. Było to umotywowane kilkoma niezwykle wartościowymi i niepodważalnymi argumentami. Takimi jak: „tam nie ma tyle błota”, „pewnie gdzieś tamtędy dojdziemy” i, przede wszystkim, „przekraczanie rzek jest fajne!”. Pierwsze podejścia nie wróżyły sukcesu. Pewny siebie Szczęsny ugrzązł na nadbrzeżu (szumnie rzecz ujmując) i musiał znaleźć pomocną dłoń, aby się wydostać. Jednak dłuższa analiza sytuacji wykazała istnienie rozsądnej i nawet nieskomplikowanej ścieżki, którą można by sforsować ów potok. Bardzo ważnym elementem tej wytężonej pracy umysłowej było wrzucenie do wody kilku kamieniu znalezionych obok. Pokonanie zalesionego fragmentu zajęło nam tylko chwilkę. Szybko dotarliśmy do ścieżki, idąc po której dojrzeliśmy zabudowania. Trakt, którym podążaliśmy nie zmierzał jednak w ich kierunku. Był za to rzepak. Dużo rzepaku. Lekka pochyłość terenu pozwoliła dostrzec, że przez to żółte morze wiedzie droga. Trzeba było tylko się do niej dostać. Nie byliśmy jednak pierwszymi, których dotyczył ten problem – odnaleźliśmy wąziutką ścieżkę, czy raczej ślad po tym, że ktoś się przedzierał, i, po śladach tego kogoś, dotarliśmy do drogi. Zaraz po tym okazało się, że kilkadziesiąt metrów naszej trasy przebiegało równolegle do owej drogi, w odległości kilku metrów. Cóż. Bywa.

Droga poprzez pola rzepaku składała się głównie z wody, błota, kałuż i błota. Wiele butów, które w niektórych przypadkach wciąż dzielnie walczyły o utrzymanie atrybutu nieprzemakalności, poległo. Jednak z drugiej strony, powstałe okoliczności pozwoliły osiągnąć nirwanę, czyli stan, w którym już wszystko jedno. Jednak generalnie emocje rosły. Zabudowania były coraz bliżej. W końcu dotarliśmy do szosy i skierowaliśmy się w stronę schroniska.

Choć na co dzień staram się unikać używania anglojęzycznych zwrotów i jestem wrogiem ekspansji tego języka w mowie współczesnego Polaka, to nie sposób odmówić adekwatności pewnemu zapożyczonego zza oceanu zwrotowi. Shit happens. Poradziliśmy się więc przedstawicieli lokalnej społeczności, którzy pójście szosą przez Kamieniec Ząbkowicki uznali za jedyny sensowny sposób na opuszczenie Stolca i dotarcie do naszego celu. Tak też zdecydowaliśmy się uczynić. A tymczasem w schronisku pojawili się Ala, Pająk i Dzięcioł, którzy z różnych przyczyn nie mogli wyruszyć z nami o poranku i dojechali do Starczowa bezpośrednio pociągiem. Drogą telefoniczną zostali oni skierowani na odcinek zakupowy, podczas gdy my klepaliśmy szosę. W końcu ukazała nam się tabliczka z napisem Stolec. Próżno było jednak szukać czerwonej linii łączącej przeciwległe wierzchołki tegoż znaku drogowego. Aż do chwili ominięcia go i spojrzenia nań z drugiej strony. Jednak fakt, że w takim przypadku powinien on stać po drugiej stronie szosy, oraz to, że przed naszymi oczami widać było monumentalny pałac w Kamieńcu Ząbkowickim, jasno sugerowały, że podążamy w odpowiednim kierunku.

Jakby ktoś się pytał, to deszcz ciągle padał.

Wtedy kiedy jeszcze się cieszyliśmy, że tu dotarliśmy (fot. Łosiu)

Doszliśmy. Na miejscu zastaliśmy wspomniane uprzednio osoby, które już dokonały zakupów (aczkolwiek z racji ograniczonych funduszy były one względnie skromne i zaraz po naszym przyjściu na ponowne łowy wybrał się Pająk), a także przygotowywały obiad. Po ostatnich osiągnięciach na tym polu postanowiliśmy zrobić coś ekstrawaganckiego – ryż z sosem i mięsem. Zastaliśmy także uporządkowany i schludny hol, jednak szybko się za niego wzięliśmy. Otrzepane z najszczerszymi chęciami u progu buty wciąż były oblepione niemałą ilością błota. Ponadto na wszystkim, co nie było podłogą porozwieszaliśmy, bądź pokładliśmy kurtki i inne elementy odzienia. Zrzucanie z siebie przemoczonych rzeczy było tak intensywne, że podczas oględnego porządkowania podłogi, którego dokonałem, odnalazłem gumkę do włosów oraz, choć po błysku wewnętrznej powierzchni walcowej wydawało mi się, że oto na środku drewnianych schodów leży nakrętka, sztukę biżuterii. Jej powrót niezwykle ucieszył Martę bez H, która jeszcze chwilę wcześniej zdawała się mieć dość ambiwalentne uczucia względem dotychczasowego przebiegu dnia.

Wraz ze zbliżającym się posiłkiem atmosfera w kuchnio-jadalni gęstniała. Osób było coraz więcej, zaś powietrza coraz mniej. Gdyby siekierę przynieść, to pewnie sama by się powiesiła. No ale zjeść trzeba było. Porcje obiadowe nie powalały na kolana, jednak zapadła decyzja o tym, że na razie drzemy mordę, a o kolejnym posiłku pomyślimy później. I po kilkudziesięciu minutach faktycznie udało nam się dokonać przegrupowania do świetlicy. Obecność profesora Narkiewicza dała nam szansę poznania kilku nowych utworów oraz przekonania się, że z tymi kilkoma starymi, które znamy, to nie do końca jest tak jak myśleliśmy. Niemałą furorę zrobił też Bartek, którego repertuar jest niezmienny od lat, jednak ze względu na jego niską frekwencję na miziowycieczkach, zawsze znajduje się niemała grupa odbiorców, która jest pozytywnie zaskakiwana jego wyczynami. To jednak działo się dużo później i trzeba jeszcze powrócić do kilku wydarzeń. Tak się bowiem składało, że niemałe grono osób w dniu owym, bądź jemu bliskich świętowało rocznicę swoich urodzin. Cała gromadka wysłuchała tradycyjnej pieśni „Sto lat”(pełna wersja) i skosztowała, pozwalając także nażreć się co nieco innym, przygotowanego przez Alę niezwykle smakowitego wypieku. Za pośrednictwem łącza telefonicznego najlepsze życzenia złożyliśmy także pewnemu niezwykle lubianemu poloniście z naszego liceum, który świętował owego dnia czterdziestą rocznicę swojego przyjścia na świat. Kolejnym istotnym punktem wieczoru była kolacja. Nie traciliśmy jednak kolejnych kwadransów na zmianę lokalu – osoby za nią odpowiedzialne przynosiły talerze z przygotowanymi uprzednio kanapkami do sali śpiewu i stawiały na jednym ze stołów, zupełnie przypadkowo stojącym tuż obok absolwentów. Pojawiła się także herbata. 5 Sag na gar.

Z czasem, natchnieni przygodami dnia, jęliśmy zastanawiać się nad miejscem stolca w polskiej muzyce rozrywkowej i ludycznej. Okazało się, że każda piosenka ma w sobie ukryte przesłanie związane z tym współistniejącym z człowiekiem od samego początku jego istnienia elementem. A nawet jeśli nie, to sprytne wstawienie słowa-klucza w jeden z wersów gwarantowało efekt. Skupienie się nad merytoryczną wartością wyśpiewywanych, czasem bez adekwatnej refleksji i zadumy, słów nie sprzyjało trwałości wieczoru. Typowo destrukcyjnie działały także długie partie instrumentalne, które Szef i Platon dołączali do nieomal każdej piosenki. Z tych przyczyn niewiele osób dowiedziało się o magii liczby trzy, którą sławiliśmy pieśnią zaraz po, a jakże, trzeciej, zaś Czarny Blues wybrzmiał, gdy w świetlicy było już zaledwie 5 osób. Zaraz po tym, pomijając autora tego tekstu, który zadomowił się na znajdującej się tamże kanapie, wszyscy rozeszli się po schronisku i oddali w objęcia błogiego nocnego spoczynku.

Z nocnych wydarzeń można odnotować dwa. Pierwszym z nich był budzik, który rozbrzmiał w jednej z izb. Szybko został jednak wyłączony, zaś dźwięk ustawiony w roli wyrywacza ze snu sugerował, że nie było to wydarzenie przypadkowe. Drugim było opuszczenie wyjazdu przez profesora Narkiewicza, który po przyjmowaniu na swoją głowę hektolitrów deszczu przez całą sobotę, wrócił do Wrocławia, aby zadbać, by i komuś innemu trochę wody na głowę spadło. Wprawdzie dużo mniej ilościowo, ale daleko bardziej znacząco.

Niebo, które w niedzielny poranek otulało Przedgórze Sudeckie, można było próbować interpretować dwojako. Trudno było określić, czy był to obraz szarugi przemieszany z chmurami typowo burzowymi, czy też te jaśniejsze miejsca na firmamencie były oznaką lepszej pogody, a te ciemniejsze powoli odchodzącym wspomnieniem soboty. Nie było jednak wiele czasu na filozoficzne rozważania. Przyszedł czas na śniadanie. Po nim zapadły decyzje trochę sprzeczne. Ustalono dość rychłą godzinę wyjścia i jednocześnie zapowiedziano grę w perskie oko w świetlicy. Osobiście wybrałem odpoczynek w łóżku, jednak cykliczne wybuchy śmiechu docierające z miejsca zabawy sygnalizują, że jej uczestnicy byli radzi tą formą rozrywki. Jednak w końcu przyszedł czas na opuszczenie schroniska. Andrzej, który jako jeden z pierwszych opuścił budynek, zakrzyknął radośnie, że nie pada. Była to wieść dość radosna, jednak konstatacja, że daszek nad drzwiami miejsca naszego noclegu nie sięga do Ziębic nieco zweryfikowała nasze odczucia. Dwa kroki za drzwiami lało jak z cebra. Po wyjściu na zewnątrz pozostało już tylko przypomnienie sobie o pozostawionym w kuchni jedzeniu, zabranie i rozdysponowanie go: i w drogę! Zdecydowaliśmy odpuścić sobie poszukiwania słupów granicznych między księstwami Nyskim, a Wrocławskim i podążyliśmy do Ziębic dość krótką trasą. Aczkolwiek nie pożałowaliśmy sobie pól. Gdy schodziliśmy z szosy pewna autochtonka straszyła nas jeziorami, które miały znajdować się na naszym szlaku, jednak nie było nam to straszne. Zresztą ostrzeżenia te były mocno przesadzone. Błota i deszczu oczywiście nie zabrakło, ale co to dla nas?

Pierwszą osadą ludzką, jaką napotkaliśmy po drodze, był Służejów. Przejście przez tę wioskę nie zapowiadało się nazbyt imponująco, jednak łaskawy los zesłał nam przedstawiciela lokalnej społeczności, który zaproponował nam odwiedzenie ruin pałacu. Było to doświadczenie o tyle ciekawe, że rzadko zdarza się okazja na zwiedzenie od wewnątrz obiektu nieprzystosowanego do prezentacji turystom. Można by więc pomyśleć, że nudno – gołe, obdrapane ściany, nierówna podłoga i zamurowane okna. Jednak trudno odmówić takim miejscom pewnej szczególnej atmosfery.

Nie jest łatwo ogarnąć ogrom rozmów, tematów i zagadnień poruszonych przez przeszło 30-osobową grupę podczas, oba dni sumując, kilkunastu godzin marszu. Było jednak coś co poruszyło i choć na chwilę zainteresowało całkiem sporą część uczestników wyjazdu. Serwowane przez Bartka zagadki. Niejedna osoba próbowała ratować krasnale, uwolnić więźniów (nikt pewnie nie pomyślał o tym, że być może faktycznie byli winni i powinni siedzieć), doradzić dzielnemu pogromcy smoka jak wybrać małżonkę, czy też pomóc chorym doznać odrobiny przyjemności. Najskuteczniejszymi rozwikłicielami tych zadań okazali się Platon i Marta, jednak nawet tak chyże umysły nie rozstrzygnęły wszystkich problemów.

Po dotarciu do Ziębic od razu zamelinowaliśmy się na peronie, choć znajdujące się tamże Muzeum Sprzętu Gospodarstwa Domowego było dość elektryzującą opcją. Zdecydowaliśmy się jednak na odjechanie do stolicy Śląska najbliższym pociągiem. Korzystając z wolnej chwili zabraliśmy się za pałaszowanie pozostałości pożywienia. Chleby szybko się kończyły, ale zaraz się odzywały się sumienia kolejnych osób, które wyciągały ze swoich tobołków ukryte bochenki. Posiłek został przerwany wjazdem na peron interesującego nas wehikułu. Zajęliśmy miejsca w przedziale dla podróżnych z większym bagażem. Tam nastąpiło jeszcze dokończenie strawy, mały pokaz matemagii, po czym jęliśmy zabawiać innych podróżnych swoim śpiewem uzupełniając niedopatrzenia repertuarowe z nocy. Podróż minęła błyskawicznie. Pewnie dlatego, że trwała niewiele ponad godzinę. Wprawdzie 10 minut, jakie minęły między naszym szturmem na skład, a jego ruszeniem wprowadziły nas w stan lekkiego zaniepokojenia i nasunęły u niektórych osób niegdysiejsze wspomnienia związane z ziębicką stacją, jednak dalej wszystko poszło jak z płatka. Przed dziewiętnastą zameldowaliśmy się na pierwszym peronie Dworca Głównego we Wrocławiu. Po ustawieniu się w tradycyjnej formacji i postawieniu przez Szefa pewnych zagadnień, Agatka jednogłośnie podjęła decyzję o tym, że to nie był ostatni wyjazd w tym roku szkolnym oraz, że obóz wędrowny się odbędzie, toteż nie było potrzeby prowadzenia dłuższych wywodów. Odśpiewaliśmy pieśń o morzach, rejsach i innych rzeczach, których nie doświadczyliśmy na tym wyjeździe, pożegnaliśmy się uściskami dłoni, bądź bardziej kompleksowymi, by w końcu rozejść się w różne strony miasta.

I tak przeminął nam ten wyjazd. Niezwykle udany wyjazd, na którym pasją podróżowania udało się zarazić nawet pewnego uroczego kleszcza (na szczęście nic nie wskazuje na to, by on raczył czymkolwiek zarażać), który na mojej łydce przyjechał do Wrocławia. Była to jednak ostatnia podróż w jego życiu. Wyjazd może trochę dziwny, bo podejrzewam, że znalazłyby się osoby, które musiałyby poświęcić dłuższą chwilkę, aby przypomnieć sobie nazwę osady, w której nocowaliśmy. Symboliczne miejsce wyjazdowe zostanie jednak z pewnością zapamiętane. Zresztą stosunek, jaki mieliśmy do owego symbolu klarował się w taki sposób, że wiewiórka, a także największe religie tego świata, mogły poczuć się zagrożone. Przewrót jednak nie nastąpił i to z sympatycznym gryzoniem na piersi będziemy pokonywać kolejne szczyty, przełęcze, pola, rzeki i lasy. I budować kolejne wspomnienia, które zostaną w naszej pamięci na długo.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Charakterystyczna Wzgórzom Niemczańsko-Strzelińskim górska panorama (fot. Łosiu)