a

Beskidy 08-21 VII 2013

Obóz Wędrowny

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Ania Zaleska
  • Paweł Jacyk
  • Iwona Janik
  • Wojtek Olszewski
  • Paweł Kazimierczyk
  • Ola Lemke
  • Anula Witkowska
  • Miłosz Staniszewski
  • Michał Żłobicki
  • Karolina Stefańska
  • Michał Martusewicz
  • Ala Kołodziejska
  • Piotr Maślankowski
  • Kacper Kulczak
  • Filip Marcinek
  • Jan Mazur
  • Asia Tryba
  • Ania Gerus
  • Marta Sawko
  • Mateusz Antoniuk
  • Michał Grochowski
  • Ewa Mańkowska
  • Magda Łukowiak
  • Ola Kwaśniewska
  • Mikołaj Dzięciołowski
  • Agata Gawkowska
  • Grzesiek Smoła
  • Dominik
    Samorek
  • Kinga Staniszewska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Zawoja
Babia Góra
Luboń Wielki
Turbacz
Szczawnica
Przehyba
Krynica-Zdrój
Uście Gorlickie
Autor: Myśliwy

POCZĄTKI I ZEROWA NOC

Przyznają zapewne i starsi i młodsi, że przedsmak TKT-owskich wydarzeń oraz wyczekiwanie na nie stanowi niemałą frajdę; a Klub zaiste potrafi wciągnąć każdego, nawet jeśli czyjejś legitymacji nie podbito na Składowej Pięć. Gdy nadchodził wielki finał całego turystycznego sezonu, czyli Obóz Wędrowny, jechali na niego nie tylko weterani czy quasi-weterani, ale i nowicjusze. Oczekiwania i związane z nimi emocje były zatem różnorodne: myśli jednych skupiały się na pierwszej wycieczce w takim gronie, dla drugich motywacją była jej długość, inni wyczekiwali tego cały rok (dla wielu pierwszy rok w Trójce), a jeszcze inni spoglądali na to przez pryzmat poprzednich Wędrownych. Punkty widzenia wprawdzie różne i oczywiście z każdym z nich związane były jakieś pytania i przemyślenia – ale raczej nie było miejsca na poważne wątpliwości i chmurne myśli.

Gotowość wzięcia udziału w takim wydarzeniu była swoistą niepisaną umową z pozostałymi, o której powiedziano najwyżej raz czy dwa; przypominanie było zbyteczne, każdy naturalnie się z nią zgadzał. Grupa nigdy nie zostawi cię samego, ale i ty musisz dać z siebie wszystko dla grupy. Zasada ta – istotnie prawdziwa (jak sam się o tym dobrze przekonałem) – będąc zarówno założeniem, jak i wnioskiem przedobozowych przemyśleń, sprawiła, że Wędrowcy przekraczali progi swych domostw z optymizmem porównywalnym do radości Grzesia usadowionego naprzeciwko Niekończącej się Dolewki Zupy za jedyne cztery złote.

Pamiętnej, kwietniowej nocy w Chatce Misia w Niedźwiedzicy prof. Mizia przedstawił długość oraz formę wyjazdu – dwa tygodnie z zapewnionymi noclegami w schroniskach. Głosowanie nad terminem, które potem nastąpiło, niewątpliwie przeszło do historii i zostało uwiecznione obszernym, bogato (jak zawsze) zdobionym akapitem w relacji Pawła, do której ciekawskich z przyjemnością kieruję. Można śmiało stwierdzić, że głosujący stawiali cel uczestnictwa w Obozie tak wysoko w hierarchii swoich wakacyjnych planów, iż niektórzy rezygnowali nawet z innych aktywności (takich jak obozy karate) odbywających się w tym samym czasie – czyli, jak ustalono, 8-21 lipca. Miesiąc później Profesorstwo ostatecznie wytyczyło marszrutę w Beskidach zachodnich – całe dwa miesiące przed wymarszem, co wzbudziło niemałe poruszenie wśród doświadczonych weteranów.

Po całorocznym wysłuchiwaniu opowieści o poprzednim Obozie Wędrownym (najobficiej prezentowanych przez Grzesia) wielu było zaskoczonych taką a nie inną formą noclegów i wyżywienia. Nowatorską zaś metodą zapisów określiła Pałka wydarzenie na Facebooku, istotnie stanowiące dowód postępu technologicznego w szeregach TKT. Zapisy zakończyły się w połowie czerwca, z 25-osobowym osiągniętym limitem miejsc. Jak się okazało, miał być to wyjątkowo młodzieżowy obóz – wszyscy uczniowie mieli egzamin dojrzałości jeszcze przed sobą. I tak, wśród Obozowiczów znaleźli się Ala, Owieczka, Marchewa, Samor (nowicjusz), Woody, Filip, Maślana i ja (jako reprezentacja Niebieskich Pingwinów, czyli 2A), Asia, Ania i Janek z 2E, Agatka, Zalesia, Marta i Miłosz z 3A, Dzięcioł z 3C, Długi i Jaro z 3D, Isia i Grzesiu z 3F oraz zacna ekipa adoptowanych Trójkowiczek – dwie Ole i Ewa z Siódemki, tudzież Madzia i Kinga, siostra Miłosza (nowicjuszka) z Dwunastki. Obóz zaczynało zaledwie pięcioro weteranów (nie licząc Profesorów), ale dziś już tylko Samor weteranem nie jest.

Gdy nasze szkolne plecaki już na dobre siedziały tam, gdzie ich wakacyjne miejsce spoczynku, po uroczystej mowie Dyrektora Szkoły Szef zwołał nas na zebranie organizacyjne, którego główne przesłanie dotyczyło dopuszczalnej masy i pojemności plecaków. Zapowiadane gorąco brutalne demonstracje przywracania zbyt ciężkim plecakom ich należytych rozmiarów nie miało jednak miejsca. Skutki owego zaniechania było widać i słychać później na szlaku, gdy Profesor wyrażał podziw zmieszany z politowaniem dla plecaka Owieczki. Tuż przed wyjazdem fotografowie szukali również wolnych kart pamięci; dokonywały się też sądy w sprawie odmiany nazwiska Mizia, wobec konieczności zredagowania specjalnej zgody na wyjazd. Pojawienie się w naszych szeregach mojego pizdrygałka (szerzej zwanego nerką), a w szczególności pojawienie się owej osobliwej nazwy podziałało jak wędka na inne określenia podręcznych saszetek. Najbardziej zdumiał nas „najajnik” Dzięcioła, który chcąc nie chcąc zmusił nas do zastanowienia się, jakim to sposobem Dzięcioł ów najajnik przytracza do swojego ciała.

Przypadkowo Obóz zbiegł się z moimi planami kręcenia pewnej sceny filmowej i wobec tego dodatkową postacią, która przyszła ze mną na dworzec był pluszowy rekwizyt mojej siostry z płaskimi, wiotkimi, różowymi uszami i mikroskopijnym ogonkiem, którego gatunek określiliśmy później jako pumpas, zaś imię jego – Hipolit. Ostatecznie rola Hipolita ograniczyła się do roli poduszki, jednak mogę się założyć, że niewiele pluszaków przeżyło tyle, co on – o czym oczywiście później.

Pierwszy raz w tym roku godzina wyjazdu nie była nawet popołudniowa, jak to bywało w Orlu czy Wójtówce. Zbiórka o jedenastej wieczorem, tam gdzie zawsze, doprawiła już gotujący się gulasz z dwadzieściorga siedmiorga turystów. Teraz czekało nas już tylko ponad ośmiogodzinne duszenie w pociągu do Zakopanego. Zanim jednak to nastąpiło, zdążyliśmy uformować to, co dotąd próbujemy nazywać kołem i dokonać obalenia Obolona w liczbie dwóch butelek. Zakropienie kwasem tej skromnej inauguracji przekonało nas, że ten obóz będzie w pewien sposób kontynuacją poprzedniego.

Na pierwszą hecę nie trzeba było długo czekać. Przybyła na moment rodzinka Filipa niespodziewanie zadziałała niczym magnes na gwiazdy. Wprawne oko któregoś z Marcinków wychwyciło w tłumie podróżnych Roberta Gonerę i familia z determinacją wyprosiła autograf i zdjęcie. Równocześnie parę osób pochwaliło się swoimi nakryciami głowy – Ala i Owieczka z dumą okazywały swoje kapelusze z działu męskiego, Długi zaś pokazał mi piracką technikę noszenia buffa, której jestem wierny do dziś.

Po zajęciu miejsc w pociągu imprezy toczyły się głównie w osobnych przedziałach, bynajmniej nie czasowych. Kubek harcerki Agatki podbijał przestworza, łapany w locie przez migawkę Grzesia. Toczyło się również wiele gier z rodzaju towarzyskich, takich jak bluff, morderca i stara dobra mafia – choć kampania tej ostatniej nie była zbyt szeroko zakrojona. Mimo to spożywane w przedziale jedzenie pozwoliło wreszcie, by banan stał się czymś więcej niż argumentem za lub przeciw. Mieliśmy też do czynienia z dziwką, która sprawdziła samą siebie i wyszło jej, że jest Cattanim. Mając swoje pięć minut, urastające do rangi pięciu godzin, Dzięcioł zdążył uraczyć nas kilkoma swoimi kawałami, co przekonywało nas o późnej godzinie lepiej niż zegarek.

Tymczasem Hipolit usadowił się wygodnie w wiszącym pionowo kapeluszu Grzesia i spokojnie nas obserwował; daję głowę, że przez całą noc nie zmrużył oka – nawet wtedy, gdy zasunęliśmy zasłony, zgasiliśmy światło i powyciągaliśmy nogi do przodu, pokładając się na sobie nawzajem w najróżniejszych pozycjach, stale wmawiając sobie z nadzieją, że te powyginane i powykręcane kończyny, kręgosłupy i szyje jakoś dadzą nam przespać kilka godzin.

DZIEŃ PIERWSZY

W Makowie Podhalańskim, równo ósmego o ósmej rano, słońce świeciło a Trójkowicze stękali, jak to niewygodnie leżało się w przedziale. Jeszcze na peronie nastąpiła inauguracja numer dwa – najwyraźniej o czymś zapomnieliśmy, na przykład o przedstawieniu się (w końcu byli z nami nowicjusze), a może chodziło o to, by niektórzy dopakowali do końca swoje nieogarnięte plecaki. Tak, to jak zwykle chodziło o mnie i o moje kije.

Makowska komunikacja nie była na nas przygotowana, więc dokonaliśmy pewnego niezaplanowanego rozłamu na autobusowym przystanku – Szef w jednym autobusie poprowadził część ekipy do sklepu w niewłaściwej części docelowej wsi, gdzie nabyto imponujący metrowy chleb (i całą resztę). Reszta pod wodzą Profesora Ojca wsiadła do trochę lepszego autobusu i skierowała się do najdłuższej (czy też największej, zapewne jedno i drugie) wsi w Polsce. Najwyższe numery domostw w Zawoi są w końcu czterocyfrowe.

Wysiadłszy na sporym, wyłożonym kostką parkingu u skraju lasu i budki Babiogórskiego Parku Narodowego, stanęliśmy wreszcie twarzą w twarz z tym, co nas czeka. Instynkt mógłby podpowiadać, że jesteśmy w Beskidzie Makowskim; wiedza, że w Żywieckim – samo to jednak, co mieliśmy przed nami, nosiło samodzielne miano Pasma Babiej Góry z Tejże Masywem. Samor podówczas zaskoczył nas, wyjmując z plecaka kapelusz National Geographic, co podłamało trochę pewność siebie niektórych z nas – jednak nie Owieczki. Pięć kapeluszy na jej głowie bezlitośnie wykosiło konkurencję. Może dlatego, że już żadnej nie zostało.

Taaaka ryba (fot. Grzesiu)
A mówili, że do uprawiania sportu należy zdjąć łańcuszki (fot. Grzesiu)

Tymczasem Profesor Ojciec po telefonicznym dogadaniu planów z synem i uiszczeniu odpowiedniej opłaty wejściowej dał sygnał do wymarszu i wprowadził nas w głąb pierwszego z trzech parków narodowych na trasie. Po drodze Ala stawiła czoło nie tylko stromiźnie szlaku, ale i grze wspominanej z Miziowiska w Gigancie – zgadywała kotyliony.

- To już niedaleko – mówili ci, którzy szlak ten już znali, ale nadal zakręty powielały się niczym głowy hydry.

Jednak jak każde, i to podejście skończyło się i oczom naszym ukazał się lśniący kolos schroniska Markowe Szczawiny, którego to nazwa natychmiast wzbudziła niebanalne zainteresowanie. Ale skoro mieliśmy spędzić tu aż dwie noce, nikomu się nie spieszyło, chyba że do cienia. Zostały zdobyte stojące tam ławki i na ziemię padły kolejno plecaki, karimaty i turyści. Czas oczekiwania na grupę zakupową zajęło rozrzucanie słodyczy po karimacie.

- W celu ich mniej lub bardziej zgrabnego opitolenia, i to na eleganckości – nauczył nas Dzięcioł.

Ciała rozgrzane podejściem i schłodzone cieniem wkrótce stęskniły się za słońcem i fragmentarycznie jęliśmy przenosić się na sześciokątne stoły ustawione bliżej schroniska. Kilkoro drzemiących milcząco odmówiło. Na stole zaś przyczepił się do nas muzyczny hit wyjazdu, piękny poemat o szalonym tańcu i zdrowym odżywianiu się podczas wigilijnego śniadania. Jak się potem okazało, potrafił zmęczyć człowieka bardziej niż niejedno podejście, ale i nikt nie mógł być zmęczonym na tyle, żeby nie być w stanie go zaśpiewać.

Hipolit, usadowiwszy się na moim barku niczym papuga, słuchał naszych rozmów, śpiewów i śmiechów. W toku rozważań doszliśmy do uderzającej prawdy, że niewielu z nas widziało na żywo żywe krewetki. Wkrótce też zagraliśmy pierwszy raz w serię gier inauguracyjnych na Obozach Wędrownych, którą to serię można by również nazwać „Ogarnij się”, a których gracze dzielą się na tych, co już wiedzą i tych, którzy jeszcze nie. Zaliczyliśmy wobec tego wizytę w psychiatryku i zastanawialiśmy się, co zabrać na bezludną wyspę. By ostudzić emocje, celowaliśmy patykiem do szpary w ławce z Profesorem Ojcem.

Tak nas zastała grupa sklepowa i razem z nią władowaliśmy się do środka. Szef zakrzyknął, że w sumie nie zasłużyliśmy jeszcze na obiad, a nieopodal akurat wypiętrza się niezły szczyt. Zgodnie obiecaliśmy sobie zatem, że trasę dnia następnego zmodyfikujemy, a na Babią wejdziemy już teraz – i tak, zostawiwszy plecaki, wyruszyliśmy żółtym szlakiem by zdobyć już pierwszego dnia najwyższy szczyt całego Wędrownego.

A ów szlak żółty, zamykany w okresie zimowym, zwany był Percią Akademików. Uroczy, wąski i stromy, najpierw kamiennymi schodami przeciskał się wśród wysokich krzewów, by następnie kamiennymi schodami wspinać się na rumowisko. Na odcinku z łańcuchami Dzięcioł przystanął i nastrzelał przechodzącym serię przypałowych zdjęć; poszedłem w jego ślady przy drabince wbitej w skałę. W nieustającym słońcu, krok po kroku poszerzał się widok na pobliskie góry; pod samym szczytem wiało już sążnie i po dotarciu na wierzchołek niemal wszyscy zakutali się w wiatrówki. Tam, na Diablaku (bo tak właściwie nazywa się sam wierzchołek masywu) znaleźliśmy obelisk któregoś z Habsburgów i zagadkowy mur z kamieni ustawiony w poprzek wypłaszczenia – ustaliliśmy, że do ochrony przed wichrem właśnie wybudowali go turyści. Na nieszczęście wiatr wiał wzdłuż niego, ale Zalesia i tak się nim zachwyciła – weszła nań, cudem nie strącając żadnego kamienia, jak to ma w zwyczaju według krążącej legendy.

Gdy jedni podziwiali widoki, drudzy robili zwyczajowe cyku-cyku, a trzeci dopiero docierali na górę, Szefostwo odnalazło szczytową księgę pamiątkową i po chwili znalazł się tam nasz TKTowski wpis, a niewykluczone nawet, że i wiewiórcza pieczęć. Nie dalej niż dwa miesiące od wpisu Zalesi, Uli i Dzięcioła z majowej wyprawy, w której uczestniczyłem również ja – lecz podówczas nie zdołałem zdobyć Babiej. W konsekwencji ówczesnych kłopotów zdrowotnych nie stanąłem również po chwili obok Dzięcioła i Grzesia na ceremonii koszulkowej na wysokości 1725 metrów, gdy ci przyjmowali miano weterana na gołą klatę; a mimo to otrzymałem tam chwilę później koszulkę W GÓRACH z rąk Dzięcioła: można by powiedzieć, zastępczą, ale można też powiedzieć, niezastąpioną.

Po krótkiej panoramie opisanej przez Szefa wykrzyczeliśmy znane nazwisko i opuściliśmy najwyższy poza Tatrami szczyt Polski, kierując się do przełęczy Brona. W powrotnej drodze do schroniska zrobiliśmy pierwsze kroki na Głównym Szlaku Beskidzkim, najdłuższym szlaku górskim w Polsce, liczącym niemal pół tysiąca kilometrów. Co jakiś czas go spotykając, ostatnie metry na nim mieliśmy pokonać dopiero za dziewięć dni. W ramach kolejnej statystyki, już tego pierwszego dnia pokonaliśmy ponad kilometr sumy podejść – jednak tylko połowę z plecakami.

W Szczawinach przyszedł czas na herbatkę. Poruszyliśmy zagadnienie indukcji o czarnych kotach (ale chyba nie doszliśmy do wyjaśnienia), a także ustaliliśmy – obowiązujący później przez cały Obóz – trójpodział kolorów.

- Wcale nie wzięłam trzech kremów, tylko dwa, i żadnych lakierów do paznokci, a tym bardziej do samochodu – wyznała Ania mimochodem.

Psychiatryk znów zawitał na sześciokątnym stole i tym razem najaktywniejszym pacjentem był Grzesiu. Mimo to nie spotkało go żadne ubezwłasnowolnienie i o świadomych zmysłach wszedł do środka razem z resztą, gdy na dworze zrobiło się już chłodniej; wewnątrz kontynuowano diagnozy i dalej snuto hipotezy, a gdy i temu nie stało, Dzięcioł zarzucił kolejnym dowcipem, niczym cegłą.

Może się wydać skandaliczne, że pierwszy obozowy obiad umknął moim zapiskom, ale o ile pamiętam, jego jakość (a i pewniej jego ilość) mogła się do tego przyczynić. Tak czy inaczej w końcu nadszedł wieczór i skierowaliśmy się do umiejscowionej w piwnicach kuchni turystycznej, mając pokojowe, bo kolacyjne zamiary. I tak znaleźliśmy się w Mordorze, ale jakoś to przeżyliśmy. Nie zanotowano zbyt wielkiego obżarstwa, toteż w kuchni z czasem zostawało nas coraz mniej. Dla nierozważnie pozostałych do samego końca dzień zakończył się dobijająco – postanowiłem opowiedzieć legendę o Suchej Beskidzkiej, przez którą przejeżdżaliśmy tego dnia pociągiem, nie omieszkując dodać przy tym nieco nowych, autorskich wątków. Szef, skwitowawszy puentę płaskim uderzeniem dłoni o czoło, stwierdził, że chyba już pora spać, po czym podał godzinę rozpoczęcia śniadania i rozeszliśmy się do niezaprzeczalnie wieloosobowych pokojów. Wszystkie łóżka były już zajęte – na szczęście Jaro użyczył mi swojej karimaty, a kto zna jego karimatę, ten wie. Ten po prostu wie.

DZIEŃ DRUGI

Pierwsze śniadanie na dworze w tym roku. Markowe Słońce przyświecało nam i nie sposób było nie poczuć, że razem z kaloriami ładujemy się również jego energią. W szczególności w nieukrywanym zadowoleniu pływał Szef, któremu dodatkowo przyświecała jego cała ławka urodziwych dziewcząt. Do kanapek z wiadomymi specjałami częstował nas herbatą ze sporych wielkości gara zawierającego wrzątek, kilka torebek Sagi i dwóch torebek owocowych, coby miało to jakiś smak.

Zgodnie z zapowiedzią dzisiejszy dzień miał być stacjonarny. Oczywiście znaczyło to, że stacjonować miały jedynie nasze plecaki. Ruszyliśmy w górę szlakiem, którym wracaliśmy wczoraj i już na przełęczy Brona dokonaliśmy postoju, czekając na tyły. Strzelono wiele pięknych zdjęć ludziom spoglądającym na polskie ziemie i łapiącym słońce. Gdy dotarliśmy do Grupy Mędralowej, usytuowanej między Grupą Pilska a Pasmem Babiogórskim, osiągnęliśmy najsevernejsi bod Slovenska, czyli najbardziej wysunięty na północ punkt Słowacji. Po prawej mieliśmy zlewisko Morza Bałtyckiego, a po lewej Czarnego.

Pod Mędralową znaleźliśmy trochę jagód i przekonująco (ale nie dla wszystkich) czystą wodę w strumieniu. Podczas ostatniego postoju na pniu drzewa badaliśmy też zachowanie niedoskonałej dźwigni dwustronnej i przekonaliśmy się, jak wiele (lub jak niewiele) może znaczyć ciężar jednej osoby. Niewątpliwie od tego dociążania i odciążania zgłodnieliśmy, więc pomknęliśmy do Szczawin by posilić się żurkiem i pierogami ruskimi lub z mięsem. Lekką malizną czuć było zarówno obiad, jak i deser, a mianowicie zawijane naleśniki z jabłkami i trójkątne z serem. Nieraz wspominane były dosłownie niekończące się porcje pierogów czy placków ziemniaczanych, jakie serwowała nam tego roku Młoda.

- Magic Spoon, Magic Spoon, point one, point two. O kim pomyślałem? – zaproponował grę Dzięcioł. Wybitną postawą odznaczył się podówczas Maślana, którego liczne, acz błędne hipotezy oparte na matematycznym racjonalizmie przedłużały jego męki i nasz śmiech. Kiedyś wreszcie nauczył się czytać w myślach Dzięcioła, minęło jednak wystarczająco dużo czasu, by ta sesja gier przeszła do historii; po prawdzie ja też długo nie byłem w stanie dojść do odpowiedzi, ale tego już nikt nie zauważył.

Wciąż podśmiewając się zasiedliśmy do poważnego, całkiem długiego darcia mordy na dworze, ze wspomaganiem narzędzi perkusyjnych wykraczających poza standardowy tamburyn i puszkę batonów czekoladowych. Poszły w ruch kubki i sztućce. Profesor Ojciec przygrywał na harmoszce. Nasze poczynania zwróciły uwagę współlokatorów, którzy podśpiewywali co poniektóre bardziej górskie pieśni i wytrzymali z nami, aż się ochłodziło. Zimno nie mogło jednak dobrać się do Maślany, który nie widział nic dziwacznego w posiadaniu w plecaku pięciu par długich spodni. Później, cierpiąc na deficyt krótszych, zdecydował się na wymianę z Woodym.

Pseudomuzyczny użytek z widelców, łyżek i noży wyparł ten gastronomiczny, toteż chęć na kolację przyszła zbyt późno. Lodówka z zarezerwowaną przez nas półką, umiejscowiona w recepcji, była już poza naszym zasięgiem. Zjedliśmy więc jedynie to, co po śniadaniu zostało na wierzchu, a były to mierne dwa chleby, spośród których zaledwie sześć kanapek pokryto Kremusiem, resztę zaś pasztetem. Rozpaczliwe próby dokupienia wiktuałów w sklepiku również zostały podjęte kilka minut za późno. Rzekłbyś, makabryczne przeżycia – ale mimo to, w tradycyjnej mowie wchodzącej w skład ośmiominutówki nie było o czym narzekać. Było po prostu jeszcze zbyt wcześnie.

DZIEŃ TRZECI

Chciałbym rzec, że wszyscy zdrowo przespali tę noc i wypoczęci wstali na późne śniadanie, ale tak nie było. I wcale nie chodziło o niewyłączony budzik o nazwie „Czas do szkoły”. Miast tego budzik Dzięcioła zadzwonił o bestialskiej godzinie 2:15, i to nie przez pomyłkę. Dlaczego? Powszechnie wiadomo z pewnej pieśni, że debili u nas co nie miara, ale są wśród nas też tacy, co po prostu mają nie po kolei w głowie. Na przykład Ala, Owieczka, Filip, Jaro i – oczywiście – Dzięcioł, który wieczorem niewinnie napomknął tym pozostałym o uroku wschodu słońca na szczycie Babiej Góry. I tak, po niewiele ponad godzinie snu (w końcu śpiewali do późna) wstali, ubrali się i pospiesznie wyszli, by po półtorej godziny (przy szczęśliwych wiatrach) znaleźć się na szczycie. W pośpiechu Jaro uznał, że skoro i tak jest ciemno, to po co mu soczewki. Cel został zdobyty bez strat w ludziach, a szaleńcy spotkali na Diablaku wielu sobie podobnych ziomków.

- „Tańczę, aż mnie bolą kolanna!” – obudziła mnie znana piosenka.

Śniadanie, znów na dworze, obejmowało cztery tury kanapek, a właściwie trzy i pół. Mimo apetytu wykazaliśmy się okrutną niechęcią wobec plastra ogórka zatopionego w piachu.

- Nieładnie oceniać ogórki po wyglądzie – pouczył nas Szef.

Przybity tą historią Maślana poddał się w walce z resztkami dżemu w słoiku; na szczęście z pomocą przyszła mu Ola, która wykazała się prawdziwym mistrzostwem w tej konkurencji.

Przy przyjemnej pogodzie nadszedł czas do wymarszu na wschód, a tymczasem za spóźnialstwo zostałem mianowany nosicielem gitary. Przywiązałem sobie sprzęt grający do plecaka, co poniektórzy z kolei przywiązali swoje pospiesznie zrobione metodą tradycyjną pranie. Mniej tradycyjnej, dezodorantowej spróbowałem w Markowej Suszarni z Jankiem na naszych koszulkach – suche pranie nie przyniosło jednak trwałego rozwiązania problemu; to, co się stało, uznaliśmy potem za impregnację smrodu.

Niezbyt skomplikowany, zalesiony niebieski szlak zaprowadził nas na przełęcz Krowiarki, gdzie przekroczyć mieliśmy pierwszą drogę wojewódzką. Obok małego drewnianego sklepiku z pamiątkami budowały się tam kolejne domki. W ramach wspierania miejscowej koniunktury zakupione zostało całe Przymierze Sevendaysów a także mała puszka coca-coli, która zapewniła nam wiele rozrywki – zasady poprzedniej gry o patyczkach i szparze w ławce zostały zamienione na małe kamyczki i otwór w puszce. Dopiero, gdy trafiła odpowiednia liczba osób, mogliśmy pójść dalej; wirus gitary przeszedł tymczasem na kogoś innego. A czekało nas poważniejsze podejście na Halę Śmietanową, na której zrobiliśmy dłuższy postój (pięć minut po krótszym postoju tuż przed szczytem, ale tak jest zawsze). Motywowane było to nadmierną ilością czasu – dwie godziny czterdzieści pięć minut do docelowego Schroniska na Hali Krupowej nie zadowalało Szefa. Mądrze stwierdził, że popas na łączce bije na głowę taki w schronisku. Rozochoceni możliwością wylegiwania się niemal godzinę na słonecznej polance panowie zdecydowali się nawet powitać dzień w stylu trenera Cygala. Dziewczyny jęły zapamiętale czesać siebie nawzajem, ja zaś z wygórowanymi aspiracjami zabrałem się za fotografię. Z moich stóp oraz rąk Długiego i Owieczki powstało niezgorsze serducho na zdjęcie Ali i Jara. Odpoczynek był dla niektórych całkiem pracowity, na przykład Woody’emu udało się poszerzyć rękaw swojej koszulki termoaktywnej do rozmiarów bioder, czym był wyjątkowo zaskoczony.

Idąc dalej napotkaliśmy całkiem gęsto (jak na jeden szlak) usiane pomniki katastrof lotniczych, szybko znajdując przyczynę w uchwyconym na zdjęciu Grzesia Niezidentyfikowanym Pojeździe Latającym. Wychodząc z lasu na Halę Krupową daliśmy się urzec łanom fioletowych kwiatów; czuliśmy jednak, że obiad może urzec nas jeszcze bardziej. I tak, przy zmęczonych, acz zadowolonych rykach naszego Łosia dotarliśmy do pierwszego schroniska na trasie z budzącą respekt kolorową segregacją śmieci; było to już w Paśmie Polic. Budynek, nie tak Markowy jak Szczawiny, miał w sobie to coś, z tym swoim minimalistycznym bufecikiem i tarasem, na którym została nam podana pomidorowa oraz kurczak w sosie z ziemniakami.

Po uczcie dla żołądka naszła nas chętka na ucztę dla umysłu – postanowiliśmy więc nadrobić braki niektórych z nas i skatować się słynnym skeczem o średniowiecznej, szkarłatnej instytucji z Półwyspu Iberyjskiego (a także paroma innymi, o których ostatnio się wspominało). Posłużyliśmy się do tego intrygującym komputerem wbudowanym w ścianę, którego obecność w schronisku (oczywiście dopiero po obejrzeniu, co miało zostać obejrzane) uznaliśmy za iście pindolską. By jakoś wrócić do godniejszych czynności zdegustowaliśmy miejscowe zapiekanki, szarlotkę i bigos, kwitując badania pozytywnym werdyktem. Za cenę bigosu można było również pobrać pościel, co uczynili niezwłocznie potrzebujący – bufet bowiem razem ze słońcem chylił się ku zachodowi.

Wciąż niezdarci skorzystaliśmy z zaproszenia gospodarzy do ogniska. Czołówki świeciły częściej po oczach niż po śpiewnikach i zwyczajowo ktoś narzekał na gryzący dym, ale siedzieliśmy w wybitnych nastrojach kilka pięknych godzin. Właśnie wtedy Sielanka o domu zabrzmiała w moich uszach piękniej niż kiedykolwiek wcześniej, a owa cisza, pochłaniająca wybrzmiałą naszym a capella ostatnią zwrotkę towarzyszyła nam już odtąd zawsze. Poza tym, szczęśliwa twarz Szefa mówiła wszystko; zachował ją aż do wypalenia się drew i splecenia kręgu przyjaźni, kiedy to pięknym zwyczajem życzył nam ponownego spotkania, przy innym ogniu, w inną noc.

Życie jednak jest nieprzewidywalne: potrafi przywołać po słońcu grad a po ciszy wichurę. Uśpieni pozytywną energią musieliśmy być czujni, bo oto po wejściu do schroniska wybiła godzina duchów. Samor obudził legendarnego potwora, największą groźbę Beskidzkiego Obozu – El Chupacabrę. Jego mroczna jama znajdowała się za gzymsem obok łóżka biednej Ani, którą nękał przez całą noc i jeszcze dłużej. Jego kły i pazury przerastały wyobraźnię, a przeraźliwy ryk Woody nagrał na telefon – można było usłyszeć go, gdy dostaje smsa.

Mimo bliskiej obecności Chupacabry w pokoju zabrakło łóżek – od czego jednak jest karimata Jara. Tym razem o jej komforcie przekonał się Samor, sytuując się na podłodze pod drzwiami. Wbrew pozorom, było to najwygodniejsze miejsce, łóżka piętrowe stanowiły bowiem pewne wyzwanie – przypominały orle gniazda na skalnej półce: nie miały bocznych barierek, znajdowały się wysoko i w dodatku tuż pod sufitem.

Kierując się do sanitariatu godziną wieczorną nikt nie spodziewał się, że będzie miał szansę stanąć oko w oko, a raczej ucho w ucho z żywym wspomnieniem polskich pieśni patriotycznych. Nie spodziewali się tego również inni goście schroniska. W akompaniamencie zimnej prysznicowej wody Grzesiu dobywał ze swej piersi Bogurodzicę i Rotę; gotów byłem wtedy uwierzyć na moment, że myjąc się oddaję przysługę swojej ojczyźnie. Ale tylko na moment.

Gdy światło w pokoju zgasło i oddechy wielu wyrównały się, dochodziła pierwsza w nocy. Wtedy zaatakował On. Usłyszałem cicho otwierające się drzwi i ujrzałem trzy krwistoczerwone ślepia lustrujące pokój. Ofiary Chupacabry spały jednak tak twardo, że nie zauważyły zagrożenia, co zniweczyło plan maszkary; jedynym poszkodowanym stał się Samor, bohatersko podkładając się pod nogi trzygłowemu potworowi, który z zaskoczenia ujawnił swoją tożsamość.

- Też Wam kiedyś wparuję z buta – zagroził Samor Grzesiowi, Długiemu i Jankowi, po czym opuścił głowę na poduszkę i zachrapał. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane – tym razem.

Po co komu sieć komórkowa, kiedy wszystko jest w zasięgu wzroku (fot. Grzesiu)
Fot. Myśliwy (fot. Grzesiu)
Mycie wszystkich kończyn przed obiadem (fot. Grzesiu)

DZIEŃ CZWARTY

To, co nas obudziło, zostało jednogłośnie uznane za jedno z najgorszych przeżyć, jakie trafiły się w naszym TKTowskim życiu. Może nie były to rozrzucone po pokoju wnętrzności po ataku El Chupacabry, ale potrafiło się wbić w mózg równie gwałtownie, pozostawiając poważny uszczerbek na psychice. A przecież to niby tylko klaskanie.

Niemniej jednak po chwilowym paraliżu rozchodzącym się od ucha na całe ciało każdy wstał i począł się ogarniać.

- Wiesz, Ania, może i z Chupacabrą czasem da się wygrać, ale istnieje też inny potwór, Czomolungma, który jest dużo większy, prawdziwy i zabił mnóstwo osób – straszył Dzięcioł.

Sążną trasę na Luboń Wielki powitaliśmy razem z deszczem. Nie byle jakim, bo rzęsistym i nieustającym. Po trzech pięknych dniach w końcu coś musiało się zepsuć. Na wierzch wychynęły kolorowe kondomy i niektórzy przetransformowali się w ślimaki – w końcu to właśnie one wyłażą na deszcz. Grzesiu w ramach protestu zdjął nawet sandały i wreszcie rozłożył parasol, nie przejmując się zbytnio faktem, że był na niego odrobinę za mały.

Odzywały się różne głosy co do rodzaju spodni – jedni narzekali na przylepiające się do nóg, ciężkie nogawki, drudzy na deszczówkę ściekającą po łydkach do butów. Po pewnym czasie znaleźliśmy się w wyższym wymiarze deszczu – takim, co pada nie tylko z góry, ale i z dołu. Ustąpiło dopiero wtedy, gdy znaleźliśmy się na asfalcie – dotarliśmy do Bystrej, gdzie wypoczęliśmy przy miejscowym sklepie. Popularnością cieszyły się lody i smaczne jabłka, ale prawdziwą rewolucją, kolejnym symbolem Obozu stały się przeróżne lektury ze stoisk rozkładówki. Zasada była prosta – cena i jakość papieru miała być jak najniższa; wtedy gazeta przedstawiała dla nas najwyższą wartość. Higroskopijność – to może zbyt mocne słowo, ale naszym butom to wystarczało. Zanim jednak schowaliśmy ową makulaturę, by ruszać w dalszą drogę, na pierwszej stronie znaleźliśmy interesującego nas newsa – Szczęsnego posadzili za gwałt. Pełni wiary, że Sołtys Lądka-Zdroju udowodni niewinność naszego druha i ciesząc się z przerwy w deszczu, skierowaliśmy się do Jordanowa.

A był to dopiero początek naszej przygody z wodą. Czerwony szlak między Bystrą a Jordanowem przecinał rzekę Skawę – most jednak był zerwany. Szef nie chciał nadkładać drogi.

- Skoro jesteśmy przed Jordanowem, w poprzek szlaku musi płynąć Jordan, a więc musimy przyjąć w nim chrzest.

Zdjęliśmy więc obuwie i mokre tkaniny zwane skarpetkami i niespiesznie przekroczyliśmy rzekę. Po wyjściu z wody większości nie chciało się zakładać butów – do mieściny było niedaleko, prostym szlakiem – przestawili się więc na sandały; Samor jednak przyjął styl Cejrowskiego, zostawiając w błocie fenomenalne ślady.

Po zwróceniu uwagi (lub nie) na różnorodność jordanowskich zabudowań dotarliśmy do restauracji, w której rezerwowaliśmy wcześniej obiad. Toaleta przeżyła wzmożony czas okupacji – głównie w charakterze przebieralni. Niesieni ideą, że umywalka służy do mycia nóg z błota kolejno przekonywaliśmy się, że niefortunnie jest zbyt mała i usytuowana zbyt wysoko. Nie mogąc doczekać się miejsca w kolejce znalazłem zaułek na zewnątrz – idealny do przebierania spodni.

Danie było dnia, koperkowa była dobra, ziemniaki zimne, mielone tłuste, surówka zaś gorzka. Jednak obiad to obiad i byliśmy generalnie zadowoleni. Szczególnie Ola, która skosztowała pierwszych w życiu flaczków. Ich zapach łączył się w powietrzu z tym z wkładek do butów, gdy suszyliśmy je poprzez machanie, próbując zapomnieć o zjawisku dyfuzji.

Gdy nadszedł już czas, deszcz ciągle dawał nam spokój. Zwolennicy traktowania swojego plecaka jako stoiska handlu obwoźnego wystawili tym razem na sprzedaż swoje obuwie. W tym dość niewyjściowym wizerunku, z iście wojskowym ordnungiem przekroczyliśmy ruchliwą Zakopiankę i z Beskidu Makowskiego weszliśmy w Wyspowy. Wyjaśnienie Szefa przybliżyło nam zjawisko inwersji temperaturowej, powodujące wystawanie gór znad mgły i stanowiące pochodzenie nazwy pasma. Istotnie, Beskid Wyspowy to wyjątkowo debilne góry.

Po drodze, w pobliżu Lubonia Małego opitoliliśmy na eleganckości krwiste czekolady i wysłuchaliśmy opowiadania o pamiętnym dla harcerzy wykonaniu przez Szefa piosenki „Czerwony jak cegła”. Wspominając stare dzieje Szef zaczął snuć plany przyszłych wycieczek, również klasowych, czarując nas wizjami Lwowa i co jakiś czas przerywając wyrazami podziwu dla wytrzymałości Maślany, który w parnej atmosferze prześcigał niejednego na wymagającej stromiźnie Lubonia. Owe ostre podejście trwało aż na sam szczyt i tym większe wytchnienie spłynęło na nas, gdy spomiędzy chmur wyłoniło się wysokie schronisko i maszt. Po równo trzydziestu kilometrach i niemal kilometrze sumy podejść, co czyniło owe przejście najdłuższym na całym Obozie (przy pominięciu niemierzalnego ostatniego etapu prowadzącego przeważnie asfaltem). Kolory zdążyły jednak zszarzeć i widoków nie było już zbyt wiele. Po ochłonięciu zrzuciliśmy plecaki w dwóch budynkach schroniska – przebudowanej w celach noclegowych szopie i wysokim, kilkupiętrowym „wieżowcu”. W ciasnym przedsionku wieżowca urządziliśmy kolację, przypatrując się miliardom odznak, naszywek i emblematów przygwożdżonych do ściany nad drzwiami. Posileni udaliśmy się na piętro, gdzie porozkładani na łóżkach urządziliśmy rzuty kotem i śpiewanie. Tak, tym razem było to śpiewanie, bo ten wieczór w Schronisku na Luboniu Wielkim był jednym z tych rzadszych wieczorów, kiedy Szef śpiewa sam, długo i pięknie. Nieprzeliczone ballady, pieśni urokliwe, smutne i radosne, przeważnie nie w języku naszych ojców, zsyłały na nas niepowtarzalne ukojenie. Czułem, że (wedle słów innej piosenki) dla chwil takich jak tamta warto żyć. Nigdy wcześniej na Miziowycieczkach nie ogarnął mnie taki zachwyt – zachwyt tak przejmujący, że nie miało się serca ganić śpiących już w szopie przyjaciół za nieoszczędne gospodarowanie miejscem na materacach. Ułożywszy głowę na Hipolicie zasnąłem, myśląc o tym, że nie może być smutniejszej rzeczy od płaczu ślepca.

DZIEŃ PIĄTY

Deszcz, opuściwszy nas w połowie dnia czwartego, znów otworzył dzień piąty. W dodatku sprzysiągł się z awarią toalety, realizując straszliwy atak taktyczny – najdotkliwsze jego skutki odczuliśmy bowiem w dwóch drewnianych, nieszczelnych miejscach zadumy obok szopy. Z nasiąkniętego wodą miejscowego papieru nie było wiele pożytku.

Odnowiwszy hydrofobowe osłony skierowaliśmy się na słynny żółty szlak do Rabki-Zdrój. Prowadził nas na południe, ślimaczym tempem, stromo, po śliskich od deszczu głazach, a widmo niekontrolowanego poślizgu wisiało nad nami niczym miecz Damoklesa. Po drodze opitalaliśmy nie na eleganckości potężną, przesłodką milkę karmelową i parę innych drobiazgów, które po wykończeniu trafiały prosto do wielkiego, niebieskiego worka ze śmieciami, który co chwila zmieniał właściciela.

Gdy szlak nieco się wyrównał i uspokoił, dodało nam to otuchy i prędkości – na tyle, że połowa ekipy zeszła ze szlaku. Po dość skomplikowanym porozumieniu głosowym z resztą grupy w pewien sposób znaleźliśmy się na tej samej łące schodzącej do Rabki. Momentalnie wyszło słońce i deszcz ustał; spoglądając się za siebie widzieliśmy (a właściwie nie) chmurny wierzchołek Lubonia. Piekielne błoto utrzymało się jednak dłużej niż opad i przyczajone w rynnowym szlaku zaatakowało Madzię i jej spodnie. Łosie są jednak z natury radosne i Madzia skwitowała swoje nowe barwy maskujące pokrzepiającym śmiechem.

Okazało się, że do zdobycia serca Rabki jeszcze nam trochę brakuje – wspięliśmy się więc po drodze na Królewską Górę i ponownie powitaliśmy deszcz na wieży widokowej. Tych widoków jednak zbyt wiele nie było, chyba że na pobliski szczyt o wskazującej nazwie Bania.

W mieście nadszedł czas na sążne uzupełnienie zapasów żywieniowych, a nawet obuwia. Woody i Marchewa postanowili nabyć w Biedronce czarno-żółte sandały (oczywiście każdy w swoim rozmiarze) – niedługo potem nieświadomie zamienili się nimi i przez długi czas zastanawiali się, dlaczego nagle nie pasują do ich stóp.

Przy pomniku św. Mikołaja w centrum miasta, tuż przed wymarszem na wschód Profesor Ojciec naświetlił incydent zgubienia szlaku i niespodziewane przedłużenie się czasu zejścia do Rabki. Przed nami znajdował się spory kawał drogi na Turbacz i każdy miał od teraz znać kolory szlaków na trasie. Przypisaliśmy też sobie swojego anioła stróża.

Dzięcioł w owym czasie miał przed sobą wizję trzytygodniowego obozu wędrownego z SAS-em w Rumunii, z którym to wiązało się kilka historii, między innymi o otwartości miejscowych kolei. Tymczasem jednak miał na głowie – a ściślej: na nogach – nowe buty, które nieudolnie starał się rozchodzić w Beskidach. Tak więc, zostawiając w tyle Dzięcioła odsyłającego buty do domu, zmotywowani słowami Profesora Ojca pognaliśmy (w zaduchu i przewlekłych opadach) na Maciejową, pierwszy napotkany szczyt nowego pasma – Gorców. Motywacja ta (być może nazbyt wzięta do serca) poskutkowała padnięciem na twarz w schronisku. Szef z litości zamówił talerz (bądź dwa) naleśników, które w mgnieniu oka zniknęły ze stołu w dwudziestu głodnych paszczach. Obiad wciąż czekał nas jednak kilkaset metrów wyżej, zebrawszy więc siły i obiecawszy sobie zwolnienie tempa kontynuowaliśmy marsz, obierając na cel Stare Wierchy. Miłą niespodzianką było spotkanie Dominiki, Trójkowiczki pracującej w Schronisku na Maciejowej, która potowarzyszyła nam na części szlaku.

Na Stare Wierchy dotarłem niemal tuż przed ogłoszeniem wymarszu, miałem za to okazję posłuchać wspomnień Szefa. Temat długich przygotowań Miśki Pacholskiej i spółki do Olimpiady Matematycznej został jednak zakończony, gdy stęsknieni za obiadem weterani jęli wspominać pierogi w Zyndranowej. Dzięki temu męczące, gorczańskie podejście zyskiwało uroku – aż do czasu, gdy oplotły nas chmury. Będąc nieomal u celu, napotkaliśmy zaskakujące oznaczenie czerwonego szlaku, które wskazywało dwie dalsze drogi. Trakt dobrze utrzymany nieufnie zdawał się schodzić lekko w dół, mgła zaś nie pozwalała nam przewidzieć jego dalszych zachowań. Zdecydowaliśmy się brnąć na szczyt pomniejszymi ścieżkami, choć tam szlaku również nie było.

Dotarliśmy jakoś do Głównego Szlaku Beskidzkiego, niewiele dalej od szczytu oznaczonego obeliskiem. Jednak w obecnej pogodzie i przy tak fenomenalnych widokach zdobycie Turbacza (po pokonaniu 1080 metrów sumy przewyższeń), godne przecież odśpiewania hymnu szczytujących, nie wydało nam się niczym wspaniałym. Skompromitowaliśmy więc kolejną pełnokrwistą czekoladkę i doczłapaliśmy do schroniska – a jego rozmiary były już znaczące. Podłoga w przedsionku była wyłożona kamieniami.

- Linoleum z bazy na Hali Górowej może się schować – stwierdziliśmy zgodnie z Zalesią i Dzięciołem. Przemoknięci rzuciliśmy się na kaloryfery, w których jednak życia zostało już tylko na jedną godzinę.

Na pokaźnej stołówce zaserwowano nam wspaniałą, gorącą kolejną już pomidorową; byłem tak przejęty, że nie zwróciłem uwagi na nać pietruszki. Grzesiu był chyba tego samego zdania, bo wymienił się z Agatką na porcję drugiego dania – które fenomenem dorównywało zupie. Naleśniki z jagodami były niemal tak dobre, jak słynne specjały z Chatki Górzystów.

Wodząc wzrokiem po delikatnie zmęczonych podopiecznych Profesorowie wyjęli mapy i jęli obradować. Szykował się trzeci z rzędu deszczowy dzień, ponadto należący do tych „dłuższych przejść” – tym razem aż do Szczawnicy. Zapadła decyzja o skróceniu trasy i ominięciu pasma Lubania. Nie bez entuzjazmu została ona przyjęta. Ów entuzjazm było później słychać pod prysznicami, gdzie pod zimną wodą słychać było zarówno Behemotha, jak i Bocellego.

Wykąpani i naprawdę zadowoleni ścisnęliśmy się w niewielkiej kuchni turystycznej – na krzesłach, parapetach, podłogach, stołach, zlewach, a pewnie i udałoby się na suficie. Elektryczny czajnik nieustannie pracował, zasilając niewielkich rozmiarów garnek herbaty – nie było więc mowy o szybkim zbieraniu się do snu. Na parapecie Kinga i Długi otworzyli godny polecenia zakład masażu i nie narzekali na brak klientów. W podzięce zrewanżowałem się Długiemu – jak i innym – kuracją roztworem fioletu gencjanowego przeznaczoną na pęcherze na stopach. Nie omieszkałem też złożyć na jego podeszwie ordynarnego autografu, z którego jednak było wiele śmiechu.

Zabiegi kosmetyczne mieściły się tylko w tak zwanym międzyczasie śpiewania i grania. Szefostwo zaprezentowało kilka perełek z repertuaru swojego zespołu. Wszyscy więc zgodnie pytaliśmy się Bluesa, czy wie. Próbowaliśmy również śpiewać „Child in time”. Dziś wychodzi nam to dużo lepiej. W końcu Szef w ramach wybitnego (jak zawsze) humoru zapodał nam kilka piosenek Ziomy, uchodzących jeszcze wtedy za „zakazane”. Coś się stało z tym światem, teraz bez „Piły” ani rusz.

Uśpieni głosem Szefa rozeszliśmy się do pokojów, choć w kuchni zostało jeszcze dwóch miłośników muzyki filmowej, przesłuchujących listę utworów i dzielących się wrażeniami tak długo, na ile pozwalały opadające powieki.

Em Gie Eł A (fot. Grzesiu)
Niby bród, ale nóżki czyściutkie (fot. Grzesiu)
Punktowiec na Luboniu (fot. Grzesiu)

DZIEŃ SZÓSTY

Poranne śniadanie na Turbaczu przyniosło ze sobą ważne ustalenie w kwestii suchego prowiantu. Dżemy miały być odtąd czerwone, żółte, czarne lub białe. Wobec tego wcześniejsze ustalenie dotyczące trójpodziału kolorów musiało uznać wyjątek na przypadek dżemów. Mówi się, że rozkmina z rana – jak śmietana; pełni więc wiary w społeczne idee podjęliśmy walkę z mokrymi butami, mając za broń zaledwie resztki makulatury i jedną suszarkę do włosów. Przed oczami stanęli nam Don Kichot i Syzyf, kiedy wkładaliśmy stopy z powrotem w wilgotne obuwie. Bywali nieliczni zwycięzcy, jednak ich wątpliwa gloria została spłukana razem z deszczem momentalnie po wyjściu na zewnątrz.

Wszedłszy na chwilę do drugiego z trzech, bo Gorczańskiego Parku Narodowego, rzuciliśmy okiem na szczyty Gorców, na które nie było nam tym razem dane się wbić i ruszyliśmy powoli w dół na południe, nucąc sobie i rozmawiając o klasycznych westernach. W moim notatniku, pośredniczącym między owymi wydarzeniami a niniejszą relacją znalazłem z owego okresu tylko jedno słowo: błoto. Z rozbawieniem słuchaliśmy Grzesia podającego listę rozdziałów świeżo nabytej przez siebie pracy naukowej. Mordercze błoto. Błoto a wojna. Piekielne błoto. Mogliśmy się poczuć jak w przedsionku piekła – choć dopiero trzy miesiące później, w Porębie doszliśmy do wniosku, że jeśli istnieje miejsce potępienia, to jest tam nie tylko błoto, ale i krowy.

Dotarliśmy do asfaltu i postanowiliśmy już go nie opuszczać, nawet kosztem ominięcia legendarnej Hawiarskiej Koliby – chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do daleko położonej Szczawnicy. Utworzyliśmy więc niepoprawnie długą kolumnę i kopyto za kopytem doszliśmy aż do mostu na Dunajcu w Knurowie. Tam zagoniliśmy się do przystankowej wiaty, a ponieważ zimno wyjątkowo dotkliwie atakowało nasze przemoczone ubrania, postawiliśmy sobie za cel uzyskanie jak największej gęstości zaludnienia. W owym skupisku, mimo jego chwiejności, dotrwaliśmy aż do przyjazdu zamówionego przez Szefa autobusu. Byliśmy ocaleni i sunęliśmy znów na wschód po szosie; pierwszy etap naszej pieszej wędrówki został zakończony.

Górujące nad Szczawnicą Pieniny skrywały chmury, gdy na skraju miasta wspinaliśmy się po schodkach do Schroniska Orlica, w którym mieliśmy spędzić dwie najbliższe noce. Już pierwsi z nas, którzy doń weszli, roztrąbili wspaniałą wieść – w łazience, po tylu dniach, była ciepła woda. Sielanka nie trwała jednak długo – wkrótce w męskiej toalecie dotknął nas kataklizm powodzi i choć nie sądziliśmy, by była to nasza wina, zemsta sprzątaczki spadła właśnie na nas. Wobec tego złapałem z Jankiem mopa oraz wiadro i lawirując między piorącymi w umywalkach Kingą i Długim jęliśmy wypompowywać wodę z podłogi, nie bagatelizując faktu, że prawie wcale jej nie ubywało. Zabawa była przednia.

- Chętnie wypiorę wam skarpetki – gorąco oświadczyła Kinga. To tylko dodało nam sił. Wkrótce basen był już względnie suchy i zostało zlokalizowane źródło przecieku – inni goście schroniska postanowili wyczyścić pod prysznicem buty, a piach w rurach doskonale tamował odpływ.

Po robocie dobrze jest zjeść – wyszliśmy więc jeszcze raz na pachnącą deszczem Szczawnicę, by w restauracji Halka (lub potocznie – w Węglarzu, bo tak nazywa się sieć wypoczynkowa) doznać wielu naprawdę cudownych chwil. Po przekroczeniu progu Węglarza zostawiliśmy za sobą sześć dni niepowalających rozmiarem obiadów i znaleźliśmy się w gastronomicznej oazie. Szef oznajmił nam, że w ramach opłaconego wyżywienia możemy wybrać sobie dowolny posiłek w zakresie bodajże szesnastu złotych – była to cena pozostawiająca nam szerokie pole do popisu. Już samo wybieranie obiadu i stanie przed ogromną tablicą wywoływało niemałą radość. Dlatego stałem z Ewą na tyłach kolejki roztrząsając możliwe warianty, podziwiając kotlety na pół talerza i stół z darmowymi zestawami surówek. Niektóre z nich były z mięsem, totalny odjazd. Szybko okazało się (i niemały na to wpływ miały zapewne Miziowiskowe kotyliony), że największym powodzeniem cieszył się placek po hajducku – owa potrawa i jej rozmiary również przeszły do obozowej legendy. Jak mówi hobbickie przysłowie: jadło sypało się jak lawina, a trunki lały się jak deszcz.

Po dotoczeniu się do Orlicy zlustrowaliśmy uważnie wieloosobowe pokoje, oceniając ich przestrzeń powietrzną, po czym poszły w ruch wszelkiego rodzaju sznurki, linki i podstawowe artykuły w postaci szarej taśmy. Suszenia ubrań nadszedł czas. Już po kwadransie sporych wielkości pokój zdążył spowić zaduch, wspominany werbalnie przez każdego wchodzącego; wiedzieliśmy jednak, że każdy pokój spotkał ten sam los. Ciuchy wisiały również w domkach letniskowych poza budynkiem schroniska, w których część z nas miała mieszkać – wedle relacji zamieszkujących pachniało tam znacznie gorzej.

Po kolejnej kuracji piektaninowej i relaksacyjnym, ciepłym prysznicu wszyscy, obudzeni do nowego życia, zeszli na kolację i wieczorne śpiewogranie. Do północy jednak nie działo się nic specjalnego – wtedy jednak na naszych zegarkach pojawiła się data czternastego lipca, a to dla Agatki i Samora był jedyny taki dzień w roku. Na salony wszedł pokaźnych rozmiarów tort, zamówiony przez Dzięcioła jeszcze przed Obozem, a także kilka flaszek piccolo i dość osobliwe, ale i osobiste prezenty. Ze względu na ciszę nocną śpiewne życzenia przeżycia stuleci zostały wyszeptane – Dzięcioł i tak postarał się, by zabrzmiały donośnie. Agatka uścisnęła serdecznie dłoń stojącego Grzesia, symbolicznie mając swoją głowę wyżej – a niewielu się to w końcu udaje. Szef dowiódł również swojej nieprzewidywalności, urządzając niespodziewaną ceremonię koszulkową. Tego dnia Agatka (na specjalnych warunkach) dołączyła nie tylko do grona pełnoletnich, ale i weteranów. Samor zaś – w końcu nowicjusz – otrzymał unikalną, oranżową koszulkę sygnowaną fechtującą się wiewiórką (na cześć jego mistrzostwa sportowego) i zapierającym dech w piersiach pejzażem Dominiczki, który już następnego dnia mieliśmy zobaczyć na żywo. Obecnie istnieje już dwanaście TKT-owskich koszulek specjalnych i drugą z nich nosi właśnie Samor; od tego dnia jego serce miało błądzić po Beskidach, jak ta jesień i ci ludzie – przynajmniej do czasu, gdy komuś to serce oddał.

Wielki tort został dojedzony, zęby zostały wyszorowane. W urodzinowej euforii Ania postanowiła mnie w tym wyręczyć. Tymczasem w domkach letniskowych do smrodu dołączyło zimno i ich mieszkańcy poprosili o azyl w naszym pokoju. Pozajmowali więc ostatnie wolne centymetry materacy i razem z nami usnęli w pogodnym przeludnieniu, myśląc zapewne o tym, jakie to szczęście – obchodzić urodziny w TKT.

Robótki ręczne wieczorową porą (fot. Grzesiu)
Janek, jeszcze jest mokre, zarzuć jakimś żartem (fot. Grzesiu)
I teraz obie połówki trzeba podzielić na 26 kawałków (fot. Grzesiu)
Taki sam zawód, taki sam kapelusz, taka sama koszulka, takie samo nazwisko. Gdyby nie różny sposób trzymania okularów przecwisłonecznych byliby nie do odróżnienia (fot. Grzesiu)

DZIEŃ SIÓDMY

Koszulki i inne wiszące rzeczy nadal były mokre, gdy się obudziliśmy. Przynajmniej niektóre z nich, te wyprane, ładnie pachniały. Opuszczając pokój w drodze na dół doznaliśmy skojarzenia z obrazkiem, który niejedno z nas widziało w podręczniku do geografii. Rozległa dzielnica nędzy w Brazylii, tworząca się wokół miasta, zamieszkiwana przez najbiedniejszą ludność. Doszło wkrótce do tego, że pokoje zaczęły ze sobą konkurować w wielkości swoich faweli.

Na śniadaniu nie byliśmy oszczędni – wcinaliśmy ile się dało. Znowu nie zabrakło inteligenckich rozważań. W południe został ustalony dość luźny plan dnia, zgodnie z którym rozeszliśmy się do pokojów i uruchomiliśmy poetyckie zmysły z myślą o otrzęsinach. Woda z łazienki zdążyła już doszczętnie zniknąć (na szczęście tylko ta na podłodze). Ta dobra wiadomość nałożyła się na jeszcze lepszą – po kilku dniach słońce przebiło chmury i ogrzało swymi promieniami drewniany taras Orlicy. Oznaczało to kres faweli – niezwłocznie ściągnęliśmy, co wilgotne ze sznurków i obwiesiliśmy tym barierki, a gdy tych zbrakło, i część instalacji linowych została przeniesiona. Na słońce wyskoczyły również buty, niosąc nam suchutką nadzieję dnia następnego. Tak podbudowani i rozgrzani słońcem wsunęliśmy sandały, crocsy i japonki i pogoniliśmy w dół za Szefem (a nie było łatwo go dogonić) do centrum Szczawnicy. Na brzegu Dunajca zdążyła nas jeszcze zaintrygować oferta oscypków za 1,50 zł, zanim wsiedliśmy w zamówiony busik do Sromowców Wyżnych-Kątów. Miejsca jak zwykle zabrakło, ale Madzia, leżąc na podłodze, wydawała się być najszczęśliwszą z nas. Nie tylko dzień tygodnia, ale i wysyp kapelusików, lekkiej odzieży i okularów przeciwsłonecznych zamienił nas w niedzielnych turystów. I zaprawdę bardzo nam było z tym dobrze.

A i tak kapelusików nigdy za wiele, jak się okazało po wyjściu z busika. Stoisko z nakryciami głowy przytrzymało nas na dobre – większość przymierzała do woli, często odważnie nawiązując do filozofii gender. Profesorowie, mając wizję swoich najbliższych koncertów, zdecydowali się kupić najprostsze, ale i urokliwe, czarne, góralskie kapelusze. Zaspokoiwszy żądze ruszyliśmy do bramy z napisem „Spływ Dunajcem”. Tratwy niestety nie były przystosowane do przyjęcia słynnej Trójkowej ściśliwości ludzkiej – co dziwne, nawet ta oznaczona numerem sto osiem. Zajęliśmy więc miejsca w trzech tratwach i ruszyliśmy przełomem górskiej, lecz stosunkowo powolnej rzeki, wychwalając szczęście do pogody – Pieniny były doskonale widoczne od znajdujących się na naszym poziomie fasad aż po rysujące się na błękitnym niebie szczyty z rosnącymi na nich karłowatymi sosnami. Były one nie tylko przedmiotem podziwu, ale i zagadek – Dunajec lawirował i kręcił między górami i nigdy nie byliśmy pewni, gdy flisak pytał nas, po której stronie rzeki się znajdują. Manewrując długim kijem zamiast wiosła odpychał nas od dna i co rusz przedstawiał miejscowe legendy. Nie był to jednak teatr jednego aktora – zaproszeni przez niego zaśpiewaliśmy kilka sztandarowych piosenek TKT, których tekstami (nie pierwszy i nie ostatni) był mocno rozbawiony. Ubaw zapewniał nam również licznymi sucharami z teściową w roli głównej. Grzesiu postanowił stanąć z flisakiem w suche szranki i zwyciężył go; dowodem na to był najdoskonalszy palmface. Flisak z zażenowania oddał zwycięzcy kij i wierzchnią część tradycyjnego stroju, z którym Grzesiu, a potem Dzięcioł, Szef i ja pozowaliśmy do majestatycznych zdjęć. Podobny scenariusz miał miejsce na sąsiednich tratwach; słychać było niosące się po wodzie Prosektorium, gdy tak płynęliśmy przez trzeci i ostatni, bo Pieniński Park Narodowy. Spływ wyparł tym razem turystykę pieszą, gdyż rozważane zdobycie Sokolicy zostało odrzucone – chcieliśmy trochę odpocząć od chodzenia i dać porządnie wyschnąć butom.

Węglarza znów nadszedł czas, choć moda na hajduka odrobinę straciła na przebiciu. Na zewnętrznym tarasie na moim osobistym talerzu królował filet z kurczaka i pomidorowa. Klimat niedzielnej turystyki wywołał wśród nas wspomnienia beztroskiego czasu gimnazjalnych wycieczek, kiedy niewielu jeszcze myślało o takich debilizmach, jakie Szef nieodwracalnie wbił nam do głowy. Ale na razie, pałaszując kolejne miski surówek, przekraczaliśmy granice obżarstwa zamiast granic wydolnościowych możliwości.

Cokolwiek by się nie stało, miejsce na wspaniałego gofra zawsze się znajdzie – Profesorowie zaprosili więc na niespieszny spacerek deptakiem u brzegu rzeki. Postanowiłem im towarzyszyć, ale większość zwyczajnie rozeszła się po Szczawnicy, szukając interesujących zabytków, miejsc, ulic – lub po prostu chwili spokojnego wypoczynku. Zaszliśmy aż do Parku Zdrojowego, mijając po drodze żywopłotowe postaci zwierząt; ku naszej wielkiej uciesze, najpiękniejszą z nich była wielka, kolorowa wiewiórka. Ze zdroju niedaleko było do kościoła (w końcu to była niedziela), obok którego razem z Ewą i Madzią szukaliśmy dawnego domu tej pierwszej – niestety nieskutecznie.

Tekst Osieckiej był adekwatny – to była niedziela, kręciła się karuzela. Na taką, którą trzeba napędzać własnymi nogami, choć wcale tak nie wygląda, trafiliśmy z Kingą, Jarem i Marchewą podczas powrotu przez park. Tymczasem niektórzy z nas wzięli do siebie fakt, że przebywają w miejscowości zdrojowej i odważyli się na spróbowanie miejscowych wód leczniczych. Szymon i Wanda okazali się rzeczywiście zdrowo wyposażonymi typami, w dodatku z zasadami, jednak znajomość z nimi nie cechowała się zbyt dobrym smakiem. Prawdę mówiąc, nie pachniała nam ich u nas kariera. Zaprowadzeni do Orlicy wzbudzili niemałe zamieszanie i wielu krzywiło się na ich widok, choć znalazło się kilku, którzy byli skłonni wypić z nimi herbatkę. Przygoda rychle się skończyła, choć pamięć ich szczawieńskiej gościnności została w nas do dziś – i kiedy siedem miesięcy później spotkaliśmy w Wilnie ich nieco bardziej medialnego kolegę, Vytautasa, wspomnienia stanęły przed nami jak żywe.

Powróciwszy do schroniska powitaliśmy na tarasie nasze pranie, to samo, lecz jakże odmienione. Z radości spędziliśmy tam jeszcze trochę czasu, rozwiązując krzyżówki, zagadki logiczne i trenując umysł na tablecie dwuosobową grą na spostrzegawczość. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, spotkaliśmy się na kolejnej smacznej kolacji, łagodnie przechodzącej w wieczorne śpiewy; Filip tymczasem siedział na schodach i długimi godzinami płodził piosenkę. A gdy spłodził, zręcznie wyłowił ze śpiewania wszystkie Niebieskie Pingwiny: niebieskie, a więc nie pomarańczowe. Schronieni w miejscu, gdzie ongi znajdowały się fawele, obserwowaliśmy transformację naprawdę fajnej dziewczyny Eli w jasnowłosego chłopca o imieniu Dominik. Wizja Filipa dotycząca zaledwie ustaleń organizacyjnych zmieniła się jednak w pełną dyskusję, po której stronach stanęli uczniowie szkół muzycznych – Maślana i Woody. Maślana, nie znając wcześniej melodii zasugerował istotne (według niego) zmiany kompozycyjne, podczas gdy Woody ostawał za filozofią „po prostu ma wyjść”. Zanim doszliśmy do konsensusu, kilka osób zdążyło wejść do pokoju tajemnych obrad, nieznacznie zmieniając ich charakter na mniej tajemny; na chwilę wparował też sam Samor i w mieszaninie lęku i rozbawienia musieliśmy ratować się nagłym powrotem do tekstu oryginalnego. Niedługo później byliśmy gotowi i na dole przy stole Filip zagrał, a każdy Pingwin zaśpiewał po jednej zwrotce pieśni o Samorku, zawierającej wątki biograficzne, niezwykle mądre życzenia i dość prosty refren, który śpiewali już wszyscy, choć raczej w naszym imieniu. „Uśmiechu masz dużo w zapasie, fajnie, że jesteś w tej klasie”. A więc ambitniejszy niż „Samor, Samor, hej hej hej!”, choć i tego typu piosenki zdarzyło nam się tworzyć.

Samor wyraził wdzięczność i do końca dnia kontynuowaliśmy śpiewy. Coraz lepiej wychodziły nam wariacje przy kompilacji angielskich piosenek i wciąż zbyt szybkie było oryginalne tempo Obławy. Szef rozszerzył też repertuar piosenek zakazanych, po raz pierwszy wyciągając dość bezpośrednie wnioski z faktu, że kocha dziewczyny. A w tak zwanym międzyczasie na stole, nietkniętym od kolacji procesem oczyszczania, rozgrywały się najprzeróżniejsze scenariusze. Isia rozłożyła Szefa na łopatki w siłowaniu się na rękę, zaplatano różne piękne rzeczy na głowach dziewcząt, Samor nie płakał nad rozlanym mlekiem, puste słoiki po dżemorach wraz z innymi odpadami przeżywały swoją drugą młodość – a wszystko to na pustyni okruszków, kryształków, zacieków i plam. Zniszczenie napędzało inwencję, a inwencja zniszczenie i jestem przekonany, że gdyby drift szprotem nie został odkryty trzy miesiące wcześniej, miałoby to miejsce właśnie na tamtym stole w Orlicy, dokładnie na półmetku Beskidzkiego Obozu Wędrownego TKT.

Niby fajny kapelusz, ale i tak trzeba mrużyć oczy (fot. Grzesiu)
Kamizelka do t-shirtu i krótkich spodenek… (fot. Łosiu)

DZIEŃ ÓSMY

Przyniesione przez dyżurnych prosto ze sklepu świeże bułki nie miały prawa czekać na śpiochów; wydało się więc naturalne, że Szef obudził nas dziesięć po dziewiątej na śniadanie punkt dziewiąta. Jako że dobrze jest zacząć dzień muzykalnie, dorwałem się do Grzesiowej niebieskiej harmonijki w tonacji C-dur. Wiele osób (w tym ja sam) miało później powody by przeklinać tę chwilę.

Jak na razie przeklinali ci z nas, którzy upojeni radością i pięknem minionej niedzieli uznali, że deszcz już nigdy więcej nie spadnie na Szczawnicę, a ich pozostawione na tarasie ubrania (oraz w szczególności buty) na zawsze pozostaną suche. Niefortunność losu mogła naprawdę dobić człowieka, ale nie takiego spod sztandaru Wiewiórki; już trzy dni później wspominali to zdarzenie ze śmiechem.

Szczawnica stała się w naszych sercach symboliczną oazą, zarówno w kontekście żywienia, zmęczenia jak i suchości. Nic dziwnego, że deszcz zniechęcił nas do wyjścia.

- Ostatecznie do Przehyby trasa nie jest długa – oznajmił Szef i zaproponował przeczekanie deszczu w schronisku i zaliczenie obiadowego hat-tricka w Węglarzu. Profesor Ojciec wskoczył zatem w swój żywioł i poprowadził gry w perskie oko i w rzeczowniki; tej ostatniej bezapelacyjnym mistrzem okazał się Jaro, który w swoich kolejkach nigdy nie potrzebował więcej niż trzech wyrazów, a raz wystarczyło mu tylko jedno słowo.

Po uczcie wewnątrz Węglarza – nie najlepsza bowiem była pogoda – ruszyliśmy przez Szczawnicę na północny wschód, witając tereny Beskidu Sądeckiego. Ja – z muzyką na ustach, bo podjąłem próbę odegrania na harmoszce motywów z Władcy Pierścieni. Poczęło znów lekko kropić z zachmurzonego nieba, więc nasze myśli tęsknie wróciły do dnia wczorajszego. Po raz drugi zdobyliśmy najwyższy szczyt tygodnia na samym jego początku. Szlak na Przehybę nie przyniósł ze sobą wiele atrakcji, a pogoda nawet je uniemożliwiła. Zamówione w schronisku kiełbasy na ognisko zostały więc ugotowane w bufecie, a do sytości dopchaliśmy się szprotem i marmoladą wieloowocową.

Szef tym razem odpoczął od gitary i zakrzyknął do stołu, by młócić w młodszą siostrę brydża, czyli riki-tiki (o ile można pokusić się o określenie płci). Nie dało się nie zauważyć tendencji do gry w ciemno, co mnożyło nie tylko wyniki, ale i emocje. Tymczasem do gitary dorwał się Filip, serwując nam parę klasycznych utworów Kaczmarskiego. Aktywne zarażanie innych twórczością barda w wykonaniu Filipa i Woody’ego osiągnęły dziś wyjątkowo dalekosiężne skutki, których początki sięgały między innymi owego wieczoru na Przehybie.

Jedna partia dobiegła końca i Szef wezwał do ponownego rzucenia kart na stół. Wkrótce niezaspokojone żądze matematycznych umysłów znów zaczęły przebijać się przez mur zwyczajnej, ludzkiej strategii. Ustanowiliśmy Stałą Owcy wynoszącą minus trzy, zaś moduł z Myśliwego miał być mniejszy niż dziesięć. Istotnie, nie mając już większych szans na ugranie liczącego się poziomu postanowiłem celować we wszystkie możliwe wyniki. Udało się to z niezgorszym skutkiem: w osiemnastu partiach uzyskałem wszystkie wyniki od minus ośmiu do plus dziewięciu, pomijając jedynie minus sześć i minus siedem a dublując minus dwa i plus trzy.

Gdy talie schowano i niemal wszyscy poszli na górę, a Szef sennie przygrywał Isi i mnie na przestrojonej na grę slidem gitarze, Grzesiu rozłożył na ławce wszystkie mapy – jedna obok drugiej. Na klęczkach badał naszą trasę – tę, którą przeszliśmy i tę, która jeszcze przed nami – tak długo, aż nie zasnął z twarzą na poziomicach.

DZIEŃ DZIEWIĄTY

Tego dnia dyżur jedzeniowy przypadł Isi, Madzi i mnie. Poznałem to poczucie winy, gdy budzi się śpiącego z zapytaniem o położenie chleba w plecaku. Wszystko jednak poszło pomyślnie, choć może nie dla Grzesia.

- Szefie, bo właśnie w kieszeni bluzy znalazłem klucz do domku letniskowego w Orlicy.

Przedmiot nieświadomej kleptomanii został zwrócony pocztą.

Zaczęło się rozpogadzać i przy punkcie widokowym zrobiliśmy sobie wszyscy zdjęcie. Dodało nam to też otuchy i z nowymi siłami zeszliśmy w przełom Popradu. Po drodze wciąż starałem się zagrać coś na Grzesiowej harmoszce.

- Michaś, może zmień już melodię… Chyba Oda do radości byłaby całkiem łatwa – zasugerowała Zalesia.

Tak doszliśmy do Rytra. Może nie miało ono tyle domów, co Zawoja, ale z pewnością porządek ich ustawienia mógł budzić wątpliwości. Podobnie rzecz się miała z godzinami mszy w rytrerskim kościele – siedemnasta następowała po osiemnastej. Wszystko w porządku było na szczęście z godzinami otwarcia małego sklepiku przy szlaku, w którym zrobiliśmy popas na lody – rozpogodzenie zdążyło bowiem przybrać formę małego upału i nie zamierzało na tym poprzestać.

Dotarłszy do krajówki łączącej Nowy Sącz z Piwniczną-Zdrójem zrobiliśmy zakupy w monopolowym przy stacji nowej sieci Gold Oil. Przeszliśmy Poprad, rozpoczynając wielkie upalne podejście na Halę Łabowską, liczące (po dodaniu kilku debilizmów z pierwszej części trasy) ponad kilometr sumy przewyższeń. Po drodze skusiliśmy się jeszcze na zwiedzenie ruin Zamczyska, którego wieże wystawały z lasu. Zostaliśmy tam chwilę, bo w promieniach lipcowego słońca rzeka płynąca między górami i sądeckimi wioskami rysowała przepiękny krajobraz; podobnie jak Samor na tle flagi na szczycie wieży. Natchnęło mnie to do zagrania Krystyny Czyczy na harmonijce – ostatni dźwięk jednak nie przypominał wibrującej w powietrzu czystej nuty, lecz klakson pędzącego po autostradzie tira. Niezrezygnowany począłem podczas dalszej drogi ćwiczyć kompozycje Hansa Zimmera, korzystając ze specyfiki instrumentu pozwalającej na dmuchanie w niego nieustannie nawet na podejściu. Ceną tych muzycznych poszukiwań było, chcąc nie chcąc, odosobnienie na szlaku – kompani podróży gorzej znosili nieprzerwane pitolenie.

Temperatura powietrza może nie rosła, ale w naszym odczuciu było coraz goręcej. Szlak naigrywał się z nas, co chwila wyprowadzając nas na łatwiejszą, ubitą drogę, skręcając następnie w kamienistą, wąską ścieżynkę prosto pod górę. Znalazłszy polankę, przy kojącym wietrzyku opitoliliśmy na eleganckości kilka Grześków, po czym upatrzywszy wypłaszczenie próbowaliśmy przeforsować ideę pająka. Szef zaproponował przełożenie gry na Halę.

- Wiedzieliście, że konik polny smakuje zupełnie jak arbuz? – zwrócił naszą uwagę Szef. W kontekście świerszcza – jak i jego kuzyna, chrząszcza – zaczęliśmy się zastanawiać nad najdłuższym jednosylabowym polskim słowem; ustalony przez nas ów rekord dziewięciu liter okazał się potem być tylko o jedną gorszy od oficjalnego (wszczniesz). Na tym nie koniec: Ala zaproponowała nam pchnąć w tę łódź jeża lub ośm skrzyń fig, by przekonać się, że w tym pangramie znajdują się wszystkie litery polskiego alfabetu. W odpowiedzi oznajmiłem, że byłam zabawką w rękach mężczyzny, usilnie przekonując resztę, że to nie osobiste wyznanie a tylko (jak słyszałem) testowa wypowiedź podczas badania logopedycznego. Upał rzucił nam się jednak na mózgi znacznie dotkliwiej.

- Ugryźć Liona będzie można jedynie po wydaniu z siebie ryku lwa – zarządził ktoś.

- Co w takim razie z chętnymi na herbatę? – spytał Szef. Przeraźliwe demonstracje, które podówczas nastąpiły, skłoniły go do wznowienia marszu, Marchewę zaś do rozważenia trzech przedziałów swojej skali głosu; imitacji czajnika należało szukać w tym skrajnie najwyższym.

Podczas dalszej drogi napotkaliśmy Schronisko Cyrla, które zaskoczyło nas nie tylko swoją nazwą, ale i intrygującymi tekstami na wejściowych szyldach. W strojach naturystyczno-nago-gwałcicielskich nie obsługujemy. Nagusy do Mrzeżyna. Po co się spieszyć, zupa nie zając, nie ucieknie. W dostępnym menu obleganą pozycją okazała się owcza serwatka, której przynajmniej skosztować pragnął każdy. Isia i tak była już w siódmym niebie – po raz setny, korzystając z postoju, wychyliła stópki z butów.

Od Cyrli nie było już tak stromo i lżej świecące słońce kładło już całkiem długie cienie, gdy wkraczaliśmy na Halę Łabowską. Kiedy tam dotarłem, Ania i Woody zdążyli już wyjść spod pryszniców. Ja skierowałem się natomiast do innego źródła wody. Nigdy żadne inne schronisko nie mówiło do mnie z tabliczki „Umyj se buty”, oferując zestaw złożony z ławeczki, kratki odpływowej i węża ogrodowego. Z zachwytem czyściłem więc buty z błota, przysłuchując się inwalidzkim wykonaniom Prosektorium i Onej. Gitara bowiem już do schroniska dotarła, tyle że Szef jeszcze nie.

Obiad stanowiły naleśniki w kilku turach, jedna porcja słodsza od drugiej. Po upalnym dniu przesłodzenie nie było niektórym zbytnio w smak (mimo przyjemnego smaku). Niedługo później zdecydowaliśmy się więc na kolację, w międzyczasie odbywając kursy do prysznica. I od tego momentu Hala Łabowska zaczęła sobie grabić. Mimo nadchodzącego zmierzchu i szarości oblegającej wnętrze budynku włączniki światła odmawiały współpracy. W ramach oszczędnego programu zasilania schroniska lampy włączane były dopiero o dwudziestej pierwszej – w dodatku kosztem ciepłej wody w łazienkach. Do tego czasu byliśmy więc zmuszeni do życia w półmroku. Spędziliśmy go kolacyjnie, przyglądając się ogniu w kominku i siedzącej przy nim parze.

Otrzymawszy światło w darze przysiedliśmy do darcia mordy. Z początku wszyscy, lecz z czasem musiałem opuścić towarzystwo. Dolegliwości Dzięcioła z trasy dopadły i mnie, prowadząc do znanej już po części historii, z której szerzej znany wniosek rodem z czarnej komedii głosił: Nie spać pod Myśliwym. Była to, co tu ukrywać, najgorsza moja noc na TKT. Jednak w kontekście całego, niezwykle przykrego doświadczenia trudno o piękniejszy przejaw braterstwa, pomocy i zrozumienia niż ten, jakiego doświadczyłem od Janka; a fakt, że jesteśmy dzisiaj w stanie wspominać to ze śmiechem, wynika w ogromnej mierze z jego empatycznego podejścia, które stanowiło dla mnie coś w rodzaju jasnego uśmiechu pośród dotkliwej ciemności. Do nas samych już należy decyzja, która z tych przeciwstawnych sobie sił będzie silniejszym wspomnieniem.

Przed Halą Łabowską (fot. Grzesiu)

DZIEŃ DZIESIĄTY

Jaro, będący tego dnia w ekipie żywieniowej, dobrodusznie przygotował dla mnie chleb z masłem na drogę – jedyne, i tak zbyt duże śniadanie. Poza tym Jaro – z dość stanowczego przykazania Ali – przekonał się do odjęcia sobie kilku lat powagi i męskości i zgolenia okazałego zarostu pod pretekstem zawitania do docelowego miasta naszej dzisiejszej trasy: Krynicy-Zdroju.

Przed wyjściem, w piękną, słoneczną pogodę Dzięcioł strzelił nam wszystkim fotkę ze skarpy naprzeciwko schroniska. Wszyscy ruszyli, a Dzięcioł schował aparat i zrównał ze mną krok – utrzymał go od samego początku do samego końca wędrówki. Bądź co bądź miał w tym już wprawę po majowej wycieczce. Z pokrzepiającym śmiechem zdiagnozował u mnie dolegliwość zwaną Klątwą Beskidzką, której prawdziwość byłem w stanie zakwestionować dopiero cały rok później.

Pospolitej trudności podejście na niewielki szczyt Runek okazało się jednak istną katorgą, a wkrótce każdy krok naprzód, nawet w dół, stanowił ogromny wysiłek. Wydawało mi się, że granica możliwości jednak istnieje i jestem bardzo blisko niej. Dzięcioł zatelefonował do czoła grupy i Jaro zbawiennie przejął ode mnie plecak. Rozparcelował parę rzeczy po innych plecakach, ale dzielnie dźwigał go do samego wędrówki.

Po dotarciu do celu Szef skoczył z wizytą do wiaty GOPR-owców i po kilku minutach, siedząc w cudownie chłodnym, kamiennym schronisku i pijąc mocną, gorzką herbatę, zostałem poczęstowany smakowitym tlenem prosto z butli. Panowie stwierdzili, że należałoby mi odrobinę podładować akumulatory i zaprosili mnie na przejażdżkę swoją terenówką, by zwieźć mnie do krynickiego szpitala. Szef, zostawiając grupę pod opieką ojca, wsiadł razem ze mną. Rzucając się na wybojach po całej kabinie przytaknął mi na skojarzenie z grzesiowych opowieści o Ukrainie i jeździe tamtejszą terenówką, z tym że po ostrych zakrętach nad przepaściami. Pozostając tam myślami uznałem, że przecież równie ciężko chorująca rok wcześniej Isia nie trafiła do szpitala. Może dlatego, pomyślałem później, że go tam po prostu nie było – i od tej pory zaczął się szereg iście bilbowych myśli z rodzaju „Ja to mam szczęście”.

Pierwsza w życiu (z grubsza) wizyta w szpitalu istotnie rozpoczęła się szczęśliwym zaliczeniem mnie do oddziału pediatrycznego (zostało mi dziewięć takich miesięcy), co uniknęło wielu kolejek i niespokojnych sal. Paradoksalnie, można by pomyśleć, spokojna sala na pediatrii – a jednak dwójka moich współlokatorów, Milenka i Paweł, uczęszczający do przedszkola, byli bardzo spokojni nawet w nocy. Szef stanął na wysokości zadania, upewniając się, że jestem w dobrych rękach i podając adres schroniska, w którym mieliśmy spędzić dwie kolejne noce. To była kolejna sprzyjająca okoliczność – mogłem leżeć w szpitalu bez obaw, że reszta grupy ucieknie mi następnego dnia.

Jak dowiedziałem się później, owa reszta grupy zeszła po ludzku do Krynicy; podczas zejścia Woody doznał pewnego niegroźnego ukąszenia, z którego przyszło mu jednak więcej radości niż smutku – nadarzyła się wreszcie okazja do użycia specjalnego zestawu do wyciągania jadu. W mieście odpoczęli w Parku Zdrojowym wśród fontann i na ulicach z kawiarenkami; Jaro postanowił zamówić kawę mrożoną z odrobiną likieru i momentalnie pożałował porannej decyzji. Nie mając przy sobie dowodu, swoją twarzą nie przekonał sprzedawcy o pełnoletniości. Wynagrodził to sobie, kupując ogromnego loda z automatu, którego nie był w stanie sam dojeść – ten fakt chyba najlepiej przemawiał o jego rozmiarze.

Już następnego dnia Grzesiu z Filipem i Madzią zdobyli również szczyt Góry Parkowej wznoszącej się po przeciwnej stronie Krynicy. Wcześniej jednak natknęli się, zupełnie przypadkiem, na familię Hedloffów z oboma braćmi: tym, którego wszyscy już znali i tym, którego dopiero poznać mieli we wrześniu, gdy rozpoczął naukę w pierwszym mat-infie. Przeglądając później album Grzesia, rozpoznałem go od razu, przypominając sobie, że kiedy pierwszy raz owe zdjęcie ujrzałem, był dla mnie jeszcze nieznajomym.

Po kroplówkach i wypoczynku powitałem apetyt jak starego, dawno niewidzianego przyjaciela i z ulgą pożerałem suchary, chrupki i chleb z masłem; jednak jeszcze więcej energii czerpałem z smsów przychodzących od Madzi, Ewy, Szefa i Dzięcioła a także z telefonu od Isi. Dbając, bym nawet na chwilę nie stracił dopływu informacji do niniejszej relacji, przesyłali mi co w ich mocy, razem ze słowami otuchy i dobrymi życzeniami. Może to i sztampowy tekst z filmów i książek, ale naprawdę dzięki nim nie czułem się samotny i wiedziałem, że ktoś na mnie czeka – a przecież nawet filmy i książki powstają z sytuacji, emocji i ludzi wyjętych z prawdziwego życia.

DZIEŃ JEDENASTY

Ze szpitala mieli mnie wypuścić po nieco więcej niż dobie, o siedemnastej – jednak niektórzy nie dali mi tak długo czekać. Chyba po raz pierwszy w życiu dostałem kwiaty, gdy Isia, Ola, Zalesia i Grzesiu wparowali na oddział. Podjedli mi trochę ryżowego obiadu, poinformowali, że duet Woody’ego i Dzięcioła wygrał riki-tiki, pokazali świeżo zapełnione miejsce na karcie pamięci Grzesia i wyrazili ubolewanie, że zamiast znanego z filmów i seriali przenośnego stojaka na kroplówkę mam tylko wbity w ścianę nad łóżkiem hak; po czym uścisnęli mnie wszyscy i życzyli rychłego zobaczenia.

O umówionej godzinie Isia, Owieczka i Szef zjawili się, by mnie zabrać. Szpital znajdował się w odległości kilku przystanków od Zdroju, gdzie wszyscy już czekali; dołączyła do nich nawet przybyła zeszłego wieczoru absolwencka grupa w postaci Pawła, Wojcia i Grocha – a zatem znalazł się wśród nas jeszcze jeden, za to najlepszy, aparat oraz (co w końcu nie zawsze idzie w parze) fotograf. Ruszyliśmy wszyscy piechotą do usytuowanego na Słotwinach Katolickiego Schroniska Młodzieżowego, spacerując jeszcze raz przez jasne, zdrojowe deptaki wypełnione bańkami mydlanymi i dźwiękami akordeonu, którego to muzykę, jak przyznał, Szef darzył dużą (choć nie największą) atencją. Po drodze usłyszałem wiele legend o niezbyt wyrozumiałym księdzu-gospodarzu i konsekwencjach tradycyjnych już śpiewów pod prysznicem o trzeciej w nocy. Impet reprymendy spadł na biedną Madzię, zaraz potem odesłaną do (zgodnie z zaprowadzonym podziałem płci) damskiego pokoju, oddzielonego od pokoju panów dwoma sufitami, milionem drzwi i miliardem alarmująco skrzypiących schodów. Wreszcie, po dziesięciu nocach drżenia o własne bezpieczeństwo nasze dziewczęta mogły spać spokojnie.

Nieznacznie tylko uciśnieni kupiliśmy w ulicznym kiosku lekturę mającą nas rozerwać. Nie mieliśmy wprost pojęcia, jak wielkie dzieło literackie znalazło się w naszych rękach. A imię jego Wilcze Oczy, tom pierwszy pt. Niewolnica, autorstwa Trude Breanne Larsen. Już pierwsze strony wyciskały łzy z naszych oczu; historia opowiadała o niewolnicy wikingów.

- Były kry wciągające kobiety, fragment kryminalny zawstydzający Agathę Christie i psychologiczny zawstydzający Dostojewskiego – wspomina Dzięcioł.

Na szczęście do dyspozycji mieliśmy również krzywy stół bilardowy i piłkarzyki (z mistrzowskim poziomem Marchewy mógł równać się tylko Długi). Dzięcioł niechętnie użyczał też swoich włosów do florystycznych eksperymentów, których efekt jednak trudno było nazwać upiększającym.

Po szybkiej kolacji wszyscy zostaliśmy zagonieni do mycia w gorącej wodzie – nie tylko z uwagi na wrażliwość gospodarza, ale i dołączenie do nas swego rodzaju inspektora sanitarnego: przybywającej z kompletem czystych ubrań Anuli. Gdy jej zmysły wzroku i powonienia wydały pozytywną opinię w naszej sprawie, weszliśmy na górę na wyczekiwaną ceremonię otrzęsinową. Obozowi nowicjusze poddawani byli chrztowi długo i bezlitośnie; zmuszani byli do przywoływania wspomnień gnijących od deszczu butów, surowego stosowania się do zasad żywienia, naśladowania głosów miejscowych zwierząt i odpowiadania na wymyślne pytania z egzaminów przewodnickich.

Gdy już wszyscy zostali uznani za Obozowiczów w pełnej krasie, doszło do nas na poddasze kilkoro nocujących tu również ukraińskich studentów, co dało okazję tym z nas, których nie było na poprzednim Obozie, na usłyszenie Profesorów mówiących we wschodnim języku. Temat rozmów umknął mojej pamięci, jednak w ten symboliczny dzień otrzęsin doznaliśmy znów wrażenia, że historia nie daje o sobie zapomnieć i niektórzy z nas być może zastanawiali się, czy i o tym Obozie wiedzieć będą nawet nieznani nam jeszcze podówczas przyszli Trójkowicze.

Nowy dzień, nowy ja! (fot. Grzesiu)
Patrząc prosto w oczy szepnij słowa te (fot. Grochu)

DZIEŃ DWUNASTY

Plan dnia: śniadanie o ósmej, najpóźniej ósmej trzydzieści, wyjście o dziewiątej. Realny plan dnia: budzenie o ósmej, śniadanie ósma czterdzieści, wyjście… bez komentarza. Na śniadaniu z zamówionymi sześćdziesięcioma bułkami z pobliskiego sklepu nikt nie miał ochoty się spieszyć – może też dlatego, że dolegliwości dopadły kolejne kilka osób, w tym Szefa.

- Patrzcie, co wyhodowałem na stopie – chwalił się Janek. – Chyba nazwę go Bob.

Długi zaś i tak musiał nas przedwcześnie opuścić i zakończyć swój Obóz Wędrowny właśnie tam, na progu Katolickiego Schroniska Młodzieżowego w Krynicy-Słotwinach. Pożegnawszy go rzewnie zaplanowaliśmy niezbyt ciekawą trasę, przeważnie upalną i asfaltową, ostatniego już etapu wędrówki do Uścia Gorlickiego (bez wpychającej się tam siłą litery „j”). Z zaleceniem nieprzemęczania się rozważałem już z Anulą łatwiejsze przejście na azymut przez pola, gdy na horyzoncie pojawiła się, niczym manna z nieba, oferta gospodyni plebanii. Z propozycji przejazdu samochodem aż do Uścia (bez „j”) skorzystałem razem z Owieczką i Szefem; Ala i Anula zdecydowały się iść, oddając nam jedynie do bagażnika plecaki i gitarę.

Mijając po drodze piękny zbiornik zaporowy Klimkówka dotarliśmy do Domu Pielgrzyma na terenie prawie jedynego kościoła w tej niewielkiej i cichej miejscowości. Nie da się ukryć, że to miejsce o wiele bardziej przypadło nam do gustu niż poprzednie, w dodatku zakwaterowanie otrzymaliśmy nie w budynku, lecz w trzech dziesięcioosobowych domkach letniskowych na skraju trawiastej posesji. Sytuacja ta, określona z przykrością przez gospodarzy jako nieprzewidziany substytut, okazała się być cudowną w kontekście finału Obozu. Zapewniające nam wyłączność i prywatność, nowo wybudowane domki z drewnianych bali posiadały mały taras, aneks kuchenny i łazienkę z małym prysznicem, a także niezwykle przemyślną składaną drabinkę prowadzącą na obszerne poddasze. Po skwitowaniu tego miejsca kilkoma barwnymi epitetami Szef załatwił pojutrzejszy transport na powrotny pociąg i udał się na górę, by przespać się trochę.

Korzystając z wolnego czasu przeglądnęliśmy z Owieczką mapę, znajdując między innymi niewielką Fuckową Górę koło Tokarni. Udałem się następnie na spacer, podczas którego odwiedziłem stadion w Uściu, płytką i szeroką rzekę Ropę, wlewającą się do widzianego podczas jazdy jeziora, maleńką księgarnię tanich książek oraz (w celu rozpoznania jadłospisu) restaurację Homola, znajdującą się paradoksalnie na rogu ronda. Pani za ladą nie pozwoliła mi sfotografować menu dla reszty grupy, przez co przemknął jej koło nosa zarobek z sześćdziesięciu obiadowych porcji.

Niedługo na rondzie w drzwiach taksówki zmaterializowała się Anula, która niestety przegrała w trakcie wędrówki walkę ze swym biodrem. Zaprowadziwszy ją do domków zastałem Szefa już w lepszej kondycji; Anula z radością pobiegła pod prysznic, a Szef i ja, przez dziurę w iglakach za domkami i obok baru Żywcem wyciągniętego z Euro 2012, skierowaliśmy się do pobliskich Delikatesów Centrum.

- Lepsza zielona nektarynka niż spleśniała brzoskwinka – zarzucił Szef.

Oprócz standardowych produktów zakupiliśmy więc sporo owoców, zamówiliśmy na wieczór nazajutrz (po całości) sto bułek i znaleźliśmy na drugim piętrze miejsce na obiad, nie skrywając atencji dla pani barmanki.

Wkrótce dotarli też wszyscy, padając ze zmęczenia, zdejmując masowo buty i przeklinając morderczy asfalt. Z opowieści nie wynikało wiele atrakcji poza postojem w rzeczce, masowym zakupem kultowej oranżady i słynnym hasłem przewodnim Profesora Ojca, jak zwykle zamykającego kolumnę: Kto nie maszeruje, ten ginie.

- …ale jak umierać, to tylko najedzonym – skwitował Grzesiu.

Wobec tego nie czekając długo zjedliśmy w wypatrzonym barze nad delikatesami obiad, opisany w moich notatkach jako „beznadziejny”. Gdy pamięć zawodzi, pozostaje jedynie zawierzyć zapiskom własnych bezpośrednich odczuć; dość, że do wyboru było co innego, niż zamawialiśmy, a więc grochowa lub koperkowa plus gołąbki, placek po węgiersku lub naleśniki. Nasza barmanka zdążyła też skończyć już swoją zmianę, więc nie mieliśmy czego tam podziwiać – no chyba, że bębniące nam nad uchem z ogromnego telewizora disco-polo i pop. Mimo średniego poziomu satysfakcji Grzesiu zapraszał na swój talerz nie tylko nieskończone zupy i drugie dania, ale i owoce z kompotu pozostawiane w szklankach.

Niepokrzepieni wróciliśmy do domków i dla kontrastu zabraliśmy się za wyborne (bo jakżeby inaczej) ciasto przysłane nam od Młodej w rękach matki. Ekipa żywieniowa musiała aż zostać wzmocniona o rezerwy, by poradzić sobie ze skrojeniem na sałatkę całej masy zakupionych owoców. Od tych dwóch rarytasów rozpoczął się wielki finał Beskidzkiego Obozu Wędrownego 2013. Upatrzywszy w tym dogodną okazję, Grochu i Wojciu zręcznie i dyskretnie przejęli centrum wydarzeń w środkowym domku i zaczęli opowiadać; a nie da się ukryć, że byli w tym mistrzami. Przywoływali wydarzenia z wycieczek, czasów nauki w mat-macie i minionych lat studiów; w większości zabawnych do rozpuku i niepozwalających na nudę – może tylko na przesyt. Istotnie, historie płynnie i nieprzerwanie niczym rwąca, górska rzeka zalewały nas jedna za drugą, doprawione gawędziarską żyłką Grocha i kąśliwym dowcipem Wojcia. Czas płynął, a satyryczny duet nabierał rozpędu i nie brakowało takich, którzy w strategicznym momencie wyszli z tej rzeki na brzeg i odcięli się od opowieści. Jednak każdy przesycony słuchacz z pewnością wolałby dwójkę absolwentów od niespodziewanych gości, którzy po sąsiedzku nawiedzili nasze domki. Kilku znajdujących się w stanie wskazującym Serbów, będących (jak się okazało) bezpośrednią przyczyną braku miejsc w głównym budynku, zaprosiło nas do wspólnej zabawy. Po uprzejmej odmowie (Grzesia, jak dobrze pamiętam) wyrazili zdumienie (nie pierwsi i nie ostatni), że bawimy się bez „drugs”.

- We, Słowianie, like each other! – pokrzykiwali pokojowo. Udało im się potem nawet wprosić do środka i nawiązać rozmowę, rozsiewając smród palonego tytoniu. Mówiąc delikatnie, nie zasiedzieli się specjalnie długo, ale nie zdążyłem tego zaobserwować, bo udałem się na górę w celu odcięcia się od niezbyt wyrafinowanego towarzystwa. Historia ta nie zakończyła się jednak niczym niebezpiecznym, ale zwróciła naszą uwagę na to, że takie sytuacje również się zdarzają i trzeba sobie z nimi radzić – co dwa miesiące później w Bardzie miało okazję zaobserwować niemal sto osób.

Radość bycia otrząsanym (fot. Grochu)
Brakuje tylko kombinacji w butach i bez skarpetek (fot. Grochu)
Drewniany most jest miłą odmianą na kilkunastokilometrowym odcinku asfaltu (fot. Grochu)

DZIEŃ TRZYNASTY

Pechowy z numeru dzień istotnie nie zaczął się specjalnie szczęśliwie – no, może poza budzącym nas z komórki Grzesia hymnem Borusii Dortmund; deszcz rozbił nasze śniadanie na tyle podśniadań, ile było domków. Rozerwane kroplami poczucie wspólnoty nie popsuło nam jednak specjalnie posiłku, na którym po raz pierwszy (co można uznać za kolejny zwiastun wyjątkowego dnia) znalazły się jajka. W oczekiwaniu na pogodę godną wypoczywania na dworze, wypoczywaliśmy w środku. Ale bynajmniej nie każdy na swoim materacu, roztrząsając filozoficzne zagadnienia – nie, na to było zbyt wcześnie. Miast tego, odwołując się do naszych najniższych, zwierzęcych instynktów upatrzyliśmy sobie część poddasza ochrzczoną przez nas mianem Budy. Umowna pojemność noclegowa Budy wynosiła cztery ludzkie ciała, jednak za cel postawiliśmy sobie znaczne zwiększenie jej eksploatacji; a ponieważ dostaliśmy na eleganckości kołdry i poduszki, wkrótce zostało wydane zarządzenie, że wpisowym do Budy jest jedna sztuka pościeli. Na brak zainteresowania tym elitarnym klubem nie narzekaliśmy i wkrótce na wspomniane rozmowy złożyły się prośby (a czasem i wymuszenia) o przesunięcie się, stękania na bolesny kontakt z czyjąś kończyną, wrzaski zgniecionych, triumfalne okrzyki tych na górze oraz sporadyczne heroldowanie: „O nie, kolejny do środka?”. Mówić chcieliby pewnie i ci, których usta zatkane były pościelą, ale w końcu o prawo do głosu czasem trzeba zawalczyć. Przekładaniec poduszek, Trójkowiczów i pościeli niczym wieża Babel dążył ku sufitowi i zagładzie; kiedy już zatkał wejście do Budy, samozniszczenie przerwały nawołujący przez okno głos Szefa i spostrzeżenie, że przestało padać i zawitało u nas słońce.

Mówiąc, że kościół, na którego terenie gościliśmy, jest prawie jedynym w Uściu, miałem na względzie łemkowską, grekokatolicką cerkiew stojącą niemal naprzeciwko. Zawitawszy w jej progach Profesor Ojciec długo opowiadał nam losy tej mniejszości, dopóki niespodziewanie do monologu nie dołączyli miejscowi: pani pogodzona z historią i pan niepogodzony. W rezultacie ci, którzy słuchali, mogli spotkać się z trzema różnymi obliczami tej samej, żywej historii.

Nasza historia toczyła się jednak dalej, a jej oblicze zwróciło się ponownie ku Delikatesom Centrum. Dogadzające, przyjemne zakupy na własną kieszeń doprowadziły do odkrycia swego rodzaju mecenasa spożywczego południowej Polski. Znane z programów Roberta Makłowicza i kuchennego AGD nazwisko Ewy Wachowicz, razem z jej rozpromienioną uśmiechem twarzą spoglądało na nas z niemal każdego dżemu, jogurtu, była na wszystkich margarynach, pasztetach i serach.

- Może ogłośmy szabat – zaproponował Filip, widząc górę jedzenia. W ramach owego historycznego szabatu można było robić tylko trzy rzeczy: jeść, spać i myć się w ciepłej wodzie; nie wolno było sprzątać po jedzeniu, a jedynie spychać śmieci na brzeg stołu; jedzenie rozsypane należało zjeść; spożywało się tylko produkty polecane przez Ewę Wachowicz.

Szabat podbił nasze serca, ukoił ciała i połechtał próżność. Przynajmniej do czasu, gdy czar Ewy Wachowicz prysł i dzieła spod jej mecenatu zakwalifikowaliśmy w zgoła innym przedziale klasyfikacji jakościowej, niż zdawało nam się z początku. Z pomocą na szczęście przybyła lawina Cheeriosów zalewająca otwarte szczęki leżących do góry brzuchem.

Szef, jakkolwiek aprobując szabat, uznał za honorowe zmierzyć się z własnym wyzwaniem: wspomnianym już zestawem świeżych ubrań Anuli, wprowadzającym jaskrawy dysonans wśród naszej odzieży.

- Wrócić do domu w czystych spodniach to wstyd, albo i co gorsza, grzech – zaanonsował i poprowadził wszystkich na spacer nad Ropę. Gdy wątpliwej jakości ścieżynka przez krzuny nie wykazywała dalszych chęci współpracy, wbił się prosto w wielką kępę gęsto rosnących przy brzegu drzew, w celu przejścia nad jezioro. Lawirując w błotnistym terenie i chroniąc rękami oczy przed mechanicznym oślepieniem szliśmy jak po sznurze za Szefem, zadając sobie podczas głośnych rozmów i śmiechów pytanie, gdzież to nas znowu prowadzi. Doprowadził ostatecznie do kapitulacji i wyjścia z lasu od strony przeciwnej niż jezioro, ale nikt nie był z tej okazji zawiedziony. Znajdował się tam mały, zamaskowany domek na drzewie; po kontroli pod podejrzeniem owadzich gniazd weszliśmy na nią, korzystając w jedną stronę z nieoficjalnego wejścia. Głośne krzyki Anuli potwierdziły wykonanie szefowskiej misji.

Wyszliśmy na drogę wzdłuż jeziora aż do placu zabaw na wielkiej łące. Momentalnie zostały opanowane huśtawki, karuzele i główna atrakcja – drabinka wężowa, na której mało kto siedział zwyczajnie. W plątaninie zakotwiczonych o szczeble kończyn robiliśmy zdjęcia na tle nieba, dopóki Profesor Ojciec nie podzielił nas na pięcioosobowe grupy i zapoczątkował grę w zgadywanki. Nastąpiły spekulacje i narady o suchych nosach zwierząt, grach słownych rodem ze Skandynawii i nogach konia. Ola, jeździecka specjalistka przyznała, że to pytanie, a szczególnie odpowiedź przydało jej nowej, tajemnej wiedzy.

Wracając wstąpiliśmy na cmentarz, odczytując razem z Profesorem Ojcem łemkowskie nazwiska z niektórych płyt. Groby różniły się niezmiernie – niektóre zdobione i artystyczne, inne zwyczajne lub niemal niewidoczne. Znajdowaliśmy również po nazwiskach całe rodziny, aż słońce na dobre nie zaszło za chmury.

Tego dnia nad Delikatesami przyszło nam długo czekać na pizzę, której przynajmniej było sporo. Nieco bardziej zadowoleni niż dnia poprzedniego, wróciliśmy do domków i rozpoczęliśmy zabawy w duchu obudzonym w nas na placu zabaw. Robiąc zdjęcia na karimacie Jara uchodziłem za zaklepywankę gry w chowanego, dzięki czemu udało się wylać stojącą obok herbatę Ali. Po sąsiedzku przysiadła się brydżowa czwórka Pawła, Grocha, Woody’ego i Marchewy. Na ganeczku miejsce zajął natomiast Maślana, zaciekle ćwicząc grę na gitarze. Później, dzięki swemu muzycznemu geniuszowi szybkość jego postępów wzbudzała słuszne zainteresowanie, ale na samych początkach nie było wcale tak różowo. Maślana próbował bowiem rzępolić tak długo, aż ktoś nie wyjął mu gitary z rąk.

- Pożyczę ci tę gitarę po obozie – obiecał Szef – i na następną wycieczkę masz już umieć grać. A spróbuj tylko nauczyć się lepiej ode mnie.

Podczas gdy obaj Profesorowie demonstracyjnie wyrzucali swoje zniszczone buty do kosza (Szef zebrał się jednak na odruch litości i zachował swoje jeszcze na następny Obóz), zebraliśmy się wszyscy na placu obok innego placu zabaw, spostrzegając po drodze kilkanaście domków na drzewach (które pewnie szpakom wiewiórki pomagały budować, i nie chodzi tu o nas). Odbyły się tam igrzyska w zdobywaniu flagi (posiadającej korek, denko, etykietkę i płynną zawartość), których niezwykle energiczny tutorial poprowadził SuperGrzesiu. Wspierająca go Owieczka jak nikt inny ostrzegła nas przed niebezpieczeństwami czyhającymi na trawniku, wywracając się na prostej drodze. Bezpieczny w azylu placu zabaw wyłączonym z gry obserwowałem, jak uwięzionych przykuwa się do latarni i jak naładowany sterydami Woody sprintuje z flagą do celu. Gdy dobiegła końca druga runda, wiedzeni sentymentem skoczyliśmy na koślawego pająka, po czym oddaliłem się z rezerwą, widząc konstruowane na trawniku za pomocą sznurka pole do brutalnej i przemocowej gry o wielu nazwach na tę samą literę. Manzo, mięso, nawet mysz. To dopiero były igrzyska.

Gdy szarość przekształciła się w półmrok, a zamówione bułki w suchy prowiant na podróż, upchnęliśmy się na obu piętrach jednego z domków. Szef zdecydował się sprawiedliwie obdarować swoim blaskiem zarówno parter, jak i poddasze – zajął zatem miejsce na drabince, po czym wyjął gitarę i kilka paragonów. Razem z nutami Pocztówki z Beskidu nie popłynęły jednak cebule, dżemy i chleby i nikt nie był z niczego rozliczany, choć każdy osobiście wspomniany. O tym, że po Beskidach oprócz jesieni i ludzi błądzą też czasem wiewiórki, autorskim wierszem prosto od serca Szefa śpiewała okrągła liczba trzydziestu dwóch zwrotek (wliczając refren). Ów refren już nigdy nas nie opuścił i ilekroć od tego czasu rozbrzmiewał oryginał, na koniec wspominaliśmy Beskidy 2013, mając w myślach słowa ostatniej zwrotki – że następny obóz za niecały rok.

Później przeszliśmy do zwykłego repertuaru i śpiewaliśmy aż do snu, kończąc tradycyjnie poematem o człowieku i wszechświecie.

DZIEŃ CZTERNASTY I POŻEGNANIA

Za sprawą muzycznego przymierza Wagner-Smoła potężna Walkiria przecwałowała przez Budę i resztę poddasza. Gwałtowność tego zdarzenia przyjęliśmy za uzasadnioną – było wcześniej niż zazwyczaj, bo pociąg w Stróżach nie zamierzał czekać. Przynajmniej nikt nie klaskał.

Przed odjazdem wynajętego busa dokonaliśmy jeszcze (bynajmniej nie ostatniego) zdjęcia grupowego oddającego hołd budowlance: przedstawiało stos cegieł na pryzmie drewna. Widząc, że o szóstej rano pospiesznie opuszczamy domki, gospodyni niemal złapała Szefa za rękaw węsząc ucieczkę – mimo że wszystkie opłaty zostały uregulowane. Ale, jak głosi kilka historii opowiadanych przez Profesora, dziwne sytuacje z gospodarzami ostatnich miejsc noclegowych należą już do tradycji.

Ostatni dzień, okolice szóstej rano. Pełni radości (fot. Grochu)

O ile w busie nie działo się nic specjalnego, to w oczekiwaniu na pociąg Filip próbował zwabić go sygnałami z harmonijki, do złudzenia przypominającymi zapowiedzi megafonów. Sam pociąg również zaserwował nam dotąd niespotkane zjawisko. Janek, mimo niewątpliwego mistrzostwa w pałowaniu membranofonów, był bezradny wobec niepowtarzalności rytmu wystukiwanego przez tajemniczą część wagonu, zidentyfikowaną niepewnie jako pompa. Na szczęście nie zwiastowało to autodestrukcji składu i szczęśliwie dojechaliśmy do Krakowa, mając tam około godziny na przesiadkę.

Do muzycznego zestawu dnia: Cwału Walkirii i Marsza Pompy dołączył Hejnał Mariacki, gdy spotkaliśmy się wszyscy znów pod słynnymi Dwiema Wieżami. Kolejny raz okazało się, że Trójkowicze są wszędzie, gdy zbiegiem okoliczności znalazł się tam również świeżo upieczony absolwent Adam i jego dziewczyna. Pomysł wspólnego odśpiewania Krystyny Czyczy przy słynnym pomniku naszego patrona został jednak odrzucony z powodu braku czasu. Śpiesząc się na dworzec, Szef zakupił kilka dodatkowych litrów wody na długą, parną podróż i udzielił pomocy biednej pani sprzedającej na Plantach obwarzanki, wykupując doszczętnie cały jej towar i umożliwiając jej ukończenie dnia pracy. W biegu do pociągu rzuciłem jeszcze okiem na okazałe otwarte stoisko książek tolkienowskich, nieprezentującego mimo to żadnej nieposiadanej przeze mnie pozycji; inaczej było z Zalesią, która wiedziona impulsem zakupiła kieszonkową wersję Niedokończonych Opowieści.

Z przedziałami nie było łatwo, maszyna losująca przydzielająca miejscówki nie pokusiła się o szczęśliwe usadowienie nas blisko siebie. Wobec tego gnietliśmy się niemal wszyscy w jednym z przedziałów i zamulaliśmy po wczesnej pobudce. Jedyne, na co się zdobyliśmy, to słabiutkie darcie mordeczek i przebieranie się (a właściwie rozbieranie) w greckich bogów i boginie.

Na Wrocław Główny dojechaliśmy tak niespodziewanie, że nie byłem pewien, czy moje rzeczy rozrzucone po innych przedziałach wysiądą razem ze mną. Wszystko jednak dobrze się skończyło – tak jak nadszedł również dobry, lecz zarazem smutny koniec Beskidzkiego Obozu Wędrownego 2013. Zanim jednak zdążyliśmy podjąć tęskną pieśń o morzach i oceanach, familia Marcinków znów przybyła na dworzec i znów coś zmalowała. A konkretnie powitalny transparent.

Pieśń ta nie została podjęta. Pożegnanie oczywiście się odbyło, ale każda tradycja powinna przejść próbę swojej trwałości i przynajmniej raz ustąpić wyjątkowi. Tym razem między peronami popłynęły słowa refrenu Piosenki Obozowej i Sielanki o domu.

Nie ze wszystkimi musiałem się wtedy pożegnać – razem z Madzią, Ewą i Grzesiem przeszliśmy pieszo aż na Ostrów; przekonaliśmy się, jak męczące jest przejście po ulicach Wrocławia odległości, która nie sprawiłaby nam żadnego wysiłku na szlaku. Gdy tam pożegnałem ich, zmierzających ku kolejnej wspólnej przygodzie, ojczysta Trójka była już zbyt blisko, by do niej nie wstąpić.

Wróciłem do domu równo po dwóch tygodniach bez dwóch godzin; Szef obiecywał bite dwa tygodnie. Doszedłem do wniosku, że za to krzywdzące nieporozumienie Profesor powinien zrehabilitować się za rok, organizując kolejny Obóz Wędrowny: jeszcze piękniejszy, z jeszcze wspanialszymi ludźmi, z jeszcze debilniejszymi trasami i wszystkim tym, czego nie wyraża się słowami – a właśnie to jest najważniejsze. Te właśnie, ostatnie zdania niniejszej relacji układam na trzy godziny przed odjazdem Ostatniej Paróweczki, pociągu relacji Kostrzyn – Kraków Główny wiozącego nas właśnie na ów następny, Bieszczadzki Obóz 2014, na którego czekaliśmy ze zniecierpliwieniem cały TKT-owski rok, łączący zmienność ze stałością. Drugi rok w Klubie kończy się tylko raz – i z tego miejsca już lepiej rozumiem i doceniam tę nutę nienasycenia, wybrzmiewającą po Beskidzkim Obozie. Niech to nasycenie nigdy Cię nie opuszcza, Czytelniku; oczekuj zawsze wiele od życia i wyczekuj następnej Miziowycieczki. Tego Ci życzę. A teraz już muszę iść się spakować.

Do Zobaczenia!
Myśliwy