a

Bardo 28 IX 2013

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Ania Zaleska
  • Mikołaj Dzięciołowski
  • Paweł Jacyk
  • Grzesiek Smoła
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Paweł Kazimierczyk
  • Paweł Dracz
  • Miłosz Staniszewski
  • Bartek Pruchnik
  • Dominik Samorek
  • Ania Biadasiewicz
  • Marta Witkowska
  • Kacper Kulczak
  • Ala Kołodziejska
  • Marysia Chorowska
  • Piotr Maślankowski
  • Sebastian Nawara
  • Filip Marcinek
  • Kamil Młynarczyk
  • Ania Jarząbkiewicz
  • Ania Gerus
  • Jan Mazur
  • Asia Tryba
  • Marta Sawko
  • Piotr Szymajda
  • Ewa Niedźwiedź
  • Dawid Chmiel
  • Piotr Michoński
  • Kacper Dąbek
  • Wojtek Hedloff
  • Jagoda Kuźniar
  • Marta Kapusta
  • Kuba Pawlikowski
  • Bartek Surma
  • Ania Bożek
  • Ania Bomersbach
  • Hania Loch
  • Ewa Mańkowska
  • Kinga Staniszewska
  • Michał Żłobicki
  • Karolina Stefańska
  • Michał Martusewicz
  • Mariola Borecka
  • Jadzia Mercik
  • Jan Sieradzki
  • Mikołaj Dukiel
  • Michał Szachniewicz
  • Maciek Stosio
  • Piotr Sterc
  • Grzesiek Ciesielski
  • Weronika Kaczmarska
  • Krzysiek Klęczek
  • Sylwia Bednarska
  • Marta Markowicz
  • Iza Bożek
  • Tymoteusz Rybarczyk
  • Mira Najdek
  • Magda Wojtal
  • Asia Warchulska
  • Paulina Jędrzejewska
  • Marta Dusińska
  • Tosia Radziuk
  • Maciek Hedloff
  • Marysia Kuczmarz
  • Kasia Cieślak
  • Krzysiek Bednarek
  • Marta Staroń
  • Wojtek Tomczuk
  • Oliwier Kurdziel
  • Filip Wójtowicz
  • Sebastian Wawrzyniak
  • Ola Szczegielniak
  • Ania Myszkier
  • Zuzia Baran
  • Asia Smektała
  • Patrycja Pieczonka
  • Paweł Ruciński
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Kasia Pękala
  • Jan Nowjalis
  • Agata Gajec
  • Przemek Joniak
  • Mateusz Piesiak
  • Grzesiek Gomółka
  • Sabina Sztuba
  • Weronika Matmiszewska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Autor: Paweł

Tegoroczny wrześniowy wyjazd do Poręby był wyjątkowy w wieloraki sposób. Zapisy nań rozpoczęły się jeszcze w sierpniu i już w pierwszych dniach września liczba zapisanych była najwyższa w historii TKT – dwuletni rekord padł nadspodziewanie łatwo. Końcowa liczba osób na wyjeździe wyniosła 90, poprawiając dawne osiągnięcie o, zgrubnie szacując, nieco ponad jedną trzecią. Nie mniejsze wrażenie może zrobić także liczba 15, która to wyraża procentową część obecnych uczniów LO III, którzy wzięli udział w tym wydarzeniu turystycznym. Także punkt docelowy był konfundujący. Nie obraliśmy sobie bowiem za cel przyjaznej Chaty na Przełęczy. Nie odwiedziliśmy nawet samej Poręby. Tupot nóg naszej gromady zatrząsł Górami Bardzkimi, a więc okolicą oddaloną od tytularnej lokalizacji wyjazdu o kilkadziesiąt kilometrów. Choć, w tak zwanym międzyczasie, miejscem destynacji naszych wojaży miało być i Międzygórze. Jakby tego było mało, po raz drugi w historii Trójkowego Klubu Turystycznego, całość zamykała się w zaledwie jednym dniu.

Tak potężny gabaryt grupy sprawił, że trzeba było podjąć działania bezprecedensowe. Szef podzielił nas trzy grupy, które większość dnia spędziły w różny sposób, by dopiero na ostatnie trzy godziny spotkać się w Bardzie i przy płynącej leniwie Nysie Łużyckiej podjąć działania substytucyjne dla zwyczajowej wieczorno-nocnej części wyjazdu, to jest uprawianie sztuki. Efektem tegoż rozczłonkowania jest niemożność pełnego zrelacjonowania całej wycieczki przez moją skromną osobę. Do Waszej oceny pozostawiam to, czy jest to uprzywilejowanie tych, którzy przemierzali okolice Barda wraz ze mną, czy tych, którzy poznają coś nowego. Nie ma to jednak w tej chwili większego znaczenia. Jest jak jest.

Za miejsce zbiórki klasycznie ustalono hol Dworca Głównego. Było to też dość praktyczne. W innych miejscach istniałoby niebezpieczeństwo interwencji służb porządkowych sprowokowanej nielegalnym zgromadzeniem. Aczkolwiek inni klienci usług kolejowych, którzy w ten chłodny sobotni poranek chcieli znaleźć chwilę spokoju i odpoczynku przed podróżą mogli mieć inne zdanie. I pewnie nawet niewierni jęli żarliwie wznosić modły. „Oby nie wsiedli do mojego pociągu”. Po określeniu stanu osobowego grupy przedostaliśmy się na peron czwarty i szturmem wzięliśmy trójczłon Przewozów Regionalnych, który lada moment miał odjechać na południe.

Przydałby się mikrofon (fot. Grzesiu)
Jakkolwiek zerwanie się skał ze zbocza Góry Bardzkiej nie było miłe jego ówczesnym mieszkańom, dziś dzięki brakowi tego kawałka ziemi (a w szczególności drzew, które by tam rosły) roztacza się obłędny wprost widok obejmujący całe Bardo, północną część Gór Bardzkich i słynny przełom antecedentny Nysy Kłodzkiej (fot. Grzesiu)

W Bardzie, wysypując się wygodnie dzięki pochyleniu składu, opuściliśmy wehikuł w około 30-osobowej grupie. Właściwie nikt chyba nawet nie podjął próby policzenia się. Na peronie byli już Szczęsny oraz Ana, którzy dotarli do Barda sobie znanymi sposobami. Sprawujący pieczę nad naszą grupą Prof. Ojciec nakreślił w kilku słowach sprawy organizacyjne, po czym skierowaliśmy się do centrum tego uroczego miasteczka. Nieopisaną niestosownością podczas pobytu w Bardzie byłoby bowiem pominięcie Sanktuarium Matki Boskiej Bardzkiej przyozdobionego dziełami jednego z najsłynniejszych artystów Ziemi Kłodzkiej (choć właściwie pomieszkującego większość życia z lubiąskimi cystersami) Michała Willmana oraz wspaniałymi barokowymi organami.

Ale zanim weszliśmy do środka, korzystając z wolnej chwili, która pojawiła się, gdy na dziedzińcu oczekiwaliśmy na wejście, odbyliśmy ceremoniał inaugurujący wycieczkę, to znaczy ustawiliśmy się w formacji aproksymującej okrąg, po czym każdy miał swoje pięć minut. Przysłowiowe, rzecz jasna, wszak mieliśmy jeszcze inne plany na najbliższe kilka godzin. To drobne obsunięcie czasowe być może zbliżyło nas telepatycznie z pozostałymi uczestnikami wyjazdu, którzy dopiero w Kłodzku wysiedli z pociągu i tamże, według przecieków, które do mnie dopełzły, dokonali oficjalnej inauguracji.

O znajomość wśród grupy kontekstu historycznego w jakim umieszczone jest Bardo i świątynia w centralnym jego punkcie się znajdująca, a także kontekstów historycznych widocznych wewnątrz, zadbał oczywiście Prof. Ojciec. Po kolejną dawkę wiedzy bezzwłocznie udaliśmy się do Muzeum Sztuki Sakralnej. Wszak nieprzypadkowo w nazwie naszego stowarzyszenia istnieje słowo „turystyczny”, nie zaś „górski”. Bez reszty oddawaliśmy się poszerzaniu horyzontów, a czas mijał niepostrzeżenie. Z więzów historii i sztuki wyrwaliśmy się dopiero w południe. Jednak tylko na chwilę. Obraliśmy bowiem trasę nie mniej w bogatą namacalne dowody bogatego dziedzictwa kulturowego Barda.

Skierowaliśmy nasze kroki w kierunki Góry Bardzkiej zwanej Kalwarią (nie mylić ze Wzgórzem Różańcowym znajdującym się po drugiej stronie miasta). Ogrom architektury i historii sprawił, że większość z nas całkowicie nieświadomie przeszła mostem kamiennym nad Nysą Kłodzką, który przetrwał kilka wieków i powódź stulecia, podczas której woda przelewała się górą. Tylko wycofujące się wojska niemieckie były w stanie go pokonać, podkładając pod niego ładunek, przez co jego dzisiejszy wygląd jest kilkudziesięcioletnią rekonstrukcją.

Droga na szczyt była wprost najeżona kapliczkami i krzyżami. Zarówno historia ich powstawania, jak i koncepty architektoniczne były różne, toteż tworzyły one w sumie mało zrozumiałą mozaikę. Choć Góra Bardzka jest dziś głównie kojarzona z kultem Matki Boskiej Płaczącej (który to, gwoli ścisłości, nie ma nic wspólnego z kultem figurki Matki Boskiej Bardzkiej), jednak dawniej pełniła ona jeszcze jedną funkcję. Z racji strategicznego położenia Barda, stanowiącego wrota ze Śląska do Ziemi Kłodzkiej, postawiono tam onegdaj zamek, którego ruin nie mogliśmy oczywiście pominąć. Tak samo jak dawki wiedzy, która przy tej okazji na nas spłynęła. Zaraz po opuszczeniu ruin doszliśmy do punktu widokowego nad obrywem skalnym, który kilka wieków temu nieomal nie doprowadził do tragedii, gdy zablokowana została Nysa Łużycka i Bardu groziła ogromna powódź. Krajobraz jaki rozpościerał się z tego miejsca jasno tłumaczył, dlaczego w średniowieczu postawiono tutaj obiekt o charakterze militarnym. Doskonale widać było Przełom Bardzki, a dzięki dobrej pogodzie mogliśmy podziwiać też znajdujące się po drugiej jego stronie szczyty Gór Bardzkich, Góry Stołowe oraz przepastne tereny Przedgórza Sudeckiego.

Prezentuj broń! (fot Grzesiu)
Czterej weterani i pies (fot. Grzesiu)

A chwilę później, jako pierwsi spośród wszystkich grup (na trasie każdej z nich bowiem znajdowało się to miejsce) zameldowaliśmy się na Bardzkiej Górze. Aczkolwiek trzeba dodać, że start z Barda dał nam drobny bonus w tym wyścigu. Szczyt ten zwieńczony jest XVII-wieczną Górską Kaplicą Matki Boskiej Płaczącej i rekonstrukcją śladu jej stopy pozostawionego w skale – oryginał był zbyt łakomym kąskiem dla pątników. Ustami Zalesi rozbrzmiał wiersz ojca Stanisława Podgórskiego, którego tekst widnieje na szczycie. Skoro była architektura i poezja, to dla dopełnienia nie mogło zabraknąć muzyki. Przywołaliśmy więc Krystynę Czyczę. A następnie skromniejszą, ale za to polską, drogą krzyżową jęliśmy się kierować w dół, rozkoszując się wczesnojesiennym lasem.

Nie zeszliśmy wprost do Barda. Wszak Szef obiecywał w pociągu, że to, że ktoś wysiądzie w Bardzie nie oznacza, że przejdzie mniej. Kluczyliśmy więc po mniej bądź bardziej wygodnych traktach, zdobywając i tracąc przewyższenie czasem delikatnie, a czasem dość gwałtownie, choć z drugiej strony z niezwykłą wówczas ostrożnością. Te wojaże spowodowały drobne opóźnienie na miejscu zbiórki, jakim była przestrzeń wypoczynkowo-rekreacyjna tuż przy Nysie Kłodzkiej z widokiem na Sanktuarium. A także niemożność dokonania przez nas zakupów. Ponadto gitary nad którymi sprawowaliśmy pieczę dotarły z pewnym opóźnieniem, co wzbudziło niezadowolenie, mimo że przecież kojące dźwięki muzyki sączyły się z głośników imprezy obok. Na szczęście Bartek przez cały dzień miał swój sprzęt ze sobą, toteż już w chwili naszego przybycia udało się lekko poprawić nastroje społeczne. Pozostałe instrumenty dotarły trochę później, gdyż rano zostały one oddane pod opiekę bardzkich redemptorystów. Bartek miał w futerale kanapki, toteż nie zdecydował się na złożenie depozytu u zakonników.

Nie było czasu na roztrząsanie nieporozumień. Trzeba było wziąć się do rzeczy. Czyli za smażenie kiełbasek i zdzieranie gardeł. A pierwej rozpalenie ognia i rozdanie niezliczonej ilości śpiewników, przy czym zdecydowanie mocniej należy zaakcentować pierwsze spośród tych działań, które wobec stanu drewna było niełatwym zadaniem. Dało się nawet usłyszeć, że jest to niemożliwe, ale na szczęście znaleźli się tacy, którzy nie zdawali sobie z tego sprawy. Głodni szybko otoczyli ognisko. Czy raczej, odnosząc je do skali grupy, ogniseczko. Tudzież płomyczek. Na szczęście znaleźli się racjonalizatorzy, którzy stawali bokiem, coby ułatwić kolegom i koleżankom przyrządzenie swojego kawałka mięsa.

Darcie mordy zaś szło już pełną gębą, stanowiąc główny nurt spędzonego tam czasu, a jednocześnie tło dla innych zdarzeń, takich jak choćby wspomniane wyżej sprawy kulinarne. Zostaliśmy także zaszczyceni wizytą przedstawiciela imprezy obok, który miał ogromną ochotę zrobić węża. A my, sztywniaki, dalej siedzieliśmy na trawie. Był tym wyraźnie niepocieszony, ale przyrównanie Szefa do jednego z największych władców w historii cywilizacji sugeruje zachowanie szacunku do nas.

Przyszedł także czas na ceremonię koszulkową. Grono weteranów TKT zasilili Owieczka, Myśliwy i Marchewa. Na widok czerwonego trykotu z wiewiórką na piersi w niejednym z debiutanckich oczu pojawił się błysk. A oczu tych było 86.

Zajmujące coraz niższe miejsce na niebie słońce i analogicznie transformująca się temperatura jęły sygnalizować konieczność kierowania się ku stacji kolejowej. Pomijając Szczęsnego, ulegliśmy tej sugestii i już niedługo zajęliśmy miejsca w pociągu. Rozmiar naszej grupy sprawił, że niektórzy zwątpili w możliwość sensownego zgromadzenia się w jednym miejscu (nazwisko jednego z wątpiących można znaleźć na końcu tego tekstu). Okazało się jednak, że nie jest to przeszkoda i śmiało podjęty został szturm przedziału dla podróżnych z większym bagażem. A także przyległego doń przedsionka, w którym były tylko miejsca stojące. W przedziale większość osób siedziała, zwiększając zajmowaną przez siebie powierzchnię, ale ten nieekonomiczny proceder starał się być kompensowany warstwowością. I zaczęło się. Śmiało można napisać, że na tę część zaprzęgnięte zostały największe i najżywsze hity porywające wszystkich do głośnego śpiewu, a nawet tańca. Wprawdzie bariera architektoniczna między przedziałem a przedsionkiem była lekkim utrudnieniem, ale jak ta druga część załapywała, co się dzieje w pierwszej, to już nie przejmowała się zbytnio takimi konwenansami, jak tempo narzucane przez gitarę, tylko czerpała czystą radość ze śpiewu.

Nie zaskoczę Cię zapewne droga Czytelniczko, bądź Czytelniku, jeśli napiszę, że w końcu dotarliśmy do Wrocławia. Po wywleczeniu się na zewnątrz po raz kolejny ustawiliśmy się w formację, którą w naszej nomenklaturze zwykliśmy nazywać okręgiem. Otaczając przy tym peronowe miejsce odpoczynku, na którym to sobotni wieczór spędzał nieświadomy tego, co go czeka jegomość. Szef w kilku żołnierskich słowach dokonał zamknięcia wyjazdu, po czym wykonaliśmy pieśń marynistyczną, choć akurat z nurtu cywilnego. Gdy nasze głosy umilkły (na drugim „końcu” okręgu stało się to kilka dziesiątych sekundy później aniżeli na moim), sygnałem dźwiękowym pożegnała nas załoga pociągu, którym jechaliśmy. Nie pozostało już nic innego, jak spędzić nieomal 10 minut na dokonaniu kilku tysięcy indywidualnych pożegnań i wmieszać się w tłum opuszczających dworzec.

Tak nam minęła tegoroczna Poręba. Trochę szybko, wszak ledwie kilkanaście godzin wcześniej się zaczęła. Ale już niedługo kolejny wyjazd z Trójkowym Klubem Turystycznym. Tym razem do Poręby.

Twarzowe zdjęcie (fot. Grzesiu)
Hermetyczne opakowanie gwarantem trwałości i świeżości (fot. Grzesiu)
Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Autorzy: Ala, Jaro, Pająk, Paweł

A jednak! Wprawdzie z drobnym opóźnieniem, ale sukcesem zakończyły się próby skonstruowania triumwiratu, dzięki któremu oto przed Wami dzieło wyjątkowe. Jako spiritus movens tych działań czuję się w pełni uprawniony do tego, by zaanonsować Pająka oraz Jara, z których to pomocą powstała pierwsza w historii wszechświata relacja z wycieczki Trójkowego Klubu Turystycznego będąca pracą zbiorową. Jakby tego było mało, skonstruowaną w nieopisanej jeszcze przez teoretyków literatury formie trialogu narracyjnego.

P[aweł]: Jako że pierwsze chwile od opuszczenia przeze mnie składu kolejowego na stacji w Bardzie już w kilku słowach opisałem, a i nawet płynnie przeszedłem do pozostałych grup, sugerując telepatyczne konotacje, pozwolę sobie już od wstępu oddać głos swoim kolegom.

M[Pająk]: Trasa z Barda do Kłodzka niedaleka, jednak dopiero na tym ostatnim odcinku niektórzy zorientowali się, że nie są przekonani co do ostatecznej destynacji naszej podróży koleją żelazną. Ponieważ Kłodzko, jak przystało na stolicę największego powiatu w Polsce, ma w swoich granicach co najmniej dwie stacje, liczba opcji wykraczała poza jednoznaczność. Szef zdecydował o opuszczeniu pojazdu szynowego przy pierwszej nadarzającej się możliwości w granicach miasta.

J[aro]: Tego zdarzenia nie pamiętam, gdyż spałem snem człowieka walącego kapitelem ciała o ścianę, pogardziwszy zaszczytnym miejscem pod najurodziwszym uczestnikiem wyjazdu. Zerwawszy się w tumulcie galopującej ciżby, wybiegłem owczym pędem na peron w Bardzie. Byłbym tam został, gdybym nie wrócił do pociągu. Przejazd kontynuowałem konwersując ze słynną siostrą Miłosza, której istnienie było przeze mnie nieraz kwestionowane. Na koniec z pomocą mej lubej udało mi się wydostać z pociągu we właściwym momencie.

M: Tuż po postawieniu swoich stóp na ziemi kłodzkiej, opiekunowie zarządzili ustawienie się w tak zwany okrąg, czyli zbiórkę inaugurującą wyjazd. Kilkoma ciepłymi słowami Szef powitał nas na kolejnej wycieczce, wyrażając ubolewanie, że nie ma wśród nas wszystkich uczestników. Po zwyczajowym przedstawieniu się, rozdzieliliśmy się podług ustalonego uprzednio przez Szefa schematu na grupę Szefowską i Mariolną.

A[la]: Kolumna pierwszaków – z kilkoma wyjątkami – przekroczyła za Szefem tory kolejowe i skierowała się, ku radości jednej z uczestniczek wyjazdu, na Owczą Górę.

P: W tym momencie należy się drobny komentarz wyjaśnienia. Jestem świadom tego, iż słowo „trialog” jest neologizmem, więc może stosownie byłoby wyjaśnić jego znaczenie. Otóż jest to rozmowa trzech osób. W praktyce okazało się jednak, że zaproszenie Jara pociągnęło za sobą konsekwencje w postaci kolejnego współtwórcy, pardon, współtwórczyni tegoż tekstu. Słowo „kwalog” nie brzmi jednakowoż nazbyt elegancko, toteż pozostańmy przy obecnym tytule.

J: Naszym celem był fort. Mogliśmy poczuć się niczym osiemnastowieczni Prusacy, siekąc chaszcze i walcząc z współczynnikiem tarcia liści, balansując na krawędzi umocnień. Niejedna bitwa była klęską, lecz koniec końców przedarliśmy się do fosy. Kluczowym momentem oblężenia było pokonanie muru wąską szczeliną przez grupkę żołnierzy. Reszta, stwierdziwszy, że twierdza nie ma dachu, bądź, że się nie zmieści, zaatakowała z powietrza. Wieki historii musiały ustąpić pod naporem rozwydrzonej hałastry pierwszaków pod dowództwem sztabu weteranów i Szefa.

A: I prawie-weteranów. Idący fosą pokonali ją bez większych przeszkód i dotarli do bramy, skąd mogli obserwować poczynania pozostałych, maszerujących szczytem muru. Gdy grupy ponownie się połączyły, mogliśmy wysłuchać opowieści o wymagającym niezwykłej równowagi przejściu po wąskim murze nad kilkumetrową przepaścią. Każda kolejna osoba relacjonująca to zdarzenie przedstawiała most jako coraz węższy.

M: Tymczasem okazało się, że nasza opiekunka jest bardzo odpowiedzialną Panią Przewodnik. Gdy tylko grupa Szefa oddaliła się na bezpieczną odległość, zarządziła liczenie swoich podopiecznych oraz wyznaczyła (bardzo celnie moim zdaniem) osobę zamykającą kolumnę – mianowicie osobistość uznawaną w niektórych kręgach za najszybszego piechura – Grzesia. Natychmiast też – mając w perspektywie najdłuższą trasę ze wszystkich – uderzyliśmy w szlak. Jednakże jeszcze w Kłodzku, zaraz po przecięciu DK33, instynkt przewodnicki odezwał się w p. Marioli, usłyszeliśmy więc (bardzo profesjonalny – w prawdziwym przewodnickim stylu) wykład o Kłodzku i jego historii.

P: Czymże są jednak takie czcze rozważania wobec możliwości zetknięcia się z historią twarzą w twarz i palcem w ścianę, o czym wspomnieli przed chwilą Jaro z Alą, czy też uprzednio pisałem ja…

J: Tak.

A: Nie.

P: Mam nadzieję, że powyższa wypowiedź miała podłoże zgoła odmienne od sugestii nieprawidłowości mojego sądu, lecz wynikała z przewrotności natury duszy kobiecej.

Między obumierającą ścianą XVIII-wiecznej przemocy a wzrastającym murem zieleni (fot. Sylwia)
Opowiadający Szef, którego zdaje się nie słuchać nawet najwierniejsza przyjaciółka Lamia (fot. Sylwia)
Wykładająca pani Mariola i zasłuchana młodzież (fot. Grzesiu)

M: Nam czas upływał tylko na sprawnej wędrówce i kolejnych ciekawych opowieściach typowych dla prowadzących wycieczki – w kolejności wystąpienia (mam nadzieję, że nic nie pominąłem): o sposobach znakowania szlaków, o otaczających nas pasmach górskich, o różnych formach ochrony przyrody, o Górze Bardzkiej i kulcie Matki Boskiej Płaczącej oraz o historii powstania Obrywu i formach przełomów rzecznych (trudne słowa do zapamiętania: antecedentny i epigenetyczny).

A: Po opuszczeniu fortu na Owczej Górze zeszliśmy na powrót do Kłodzka, gdzie odbyło się kilka rund pif-paf.

J: Posiadając refleks godny…

A: … szachisty…

J: …bohatera filmów o zachodnich rubieżach Stanów Zjednoczonych Ameryki nakręconych przez Włocha w Hiszpanii, raz po raz, trzy razy przeszedłem do finału.

A: Który za każdym razem wygrał ktoś inny.

J: Moja ręka była szybsza, to udźwiękowienie szwankowało.

M: W tym czasie zapewne zbliżaliśmy się już do Kłodzkiej Góry – najwyższego szczytu Gór Bardzkich. Odśpiewaliśmy tam tradycyjną pieśń sławiącą byłą już członkinię grona pedagogicznego mojej ulubionej szkoły oraz wykonaliśmy zdjęcie grup(k)owe.

A: My natomiast ruszyliśmy z Kłodzka w stronę Barda, po drodze przystając na chwilę, by zagrać w pająka i wykonać tradycyjną kanapkę. Szlak zawiódł nas aż na Bardzką Górę, zwaną również Kalwarią. Tam spotkaliśmy grupę Mariolną i zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek. Szef, zajrzawszy do Kaplicy Matki Boskiej Płaczącej, podzielił się z resztą grupy wesołą nowiną, brzmiącą: „Jest!”. Kilku zaintrygowanych spojrzało przez małe okienko i ujrzało powód owej radości – figurę Jana Nepomucena.

J: Akurat wtedy jadłem.

M: Z naszej perspektywy spotkanie zwiastowała znajoma morda – to Lamia była forpocztą szefowej grupy. Pomiędzy kolejnymi atrakcjami Góry Kalwarii nasza grupa była tą uciekającą. Tylko przy ruinach zamku, wspomnianego w poprzednich wersach przez Pawła, nie zostaliśmy dogonieni – po prostu Szef nie zarządził wyprawy w ten rejon swoim podopiecznym.

Po dotarciu na miejsce umówione zadziwił nas brak grupy bardzkiej, ale kontakt drogą telefoniczną rozwiał nasze wątpliwości. Jednak wnioski z tej rozmowy wysnute przez jej świadków dyplomatycznie przemilczę.

J: Tak było.

P: Dalsze dzieje wyjazdu były już kilkoma słowy…

M: …zarysowane…

A: … nakreślone…

P: …zrelacjonowane w pierwej opublikowanej wersji relacji, toteż nie czas i miejsce na roztrząsanie tych zagadnień. Nie pozostaje mi więc nic innego, aniżeli w niżeniu podziękować znamienitym współpracownikom, dzięki którym tekst ten mógł uzyskać taką formę.

Pozdrawiają
Ala Kołodziejska
Jaro Ramzes
Pająk
Paweł Kazimierczyk
W drodze na Górę Kłodzką przez mieniące się złotem połacie traw (fot. Grzesiu)
My (fot. Grzesiu)