a

Poręba 26-27 X 2013

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Michał Żłobicki
  • Ania Zaleska
  • Mikołaj Dzięciołowski
  • Grzesiek Smoła
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Paweł Kazimierczyk
  • Paweł Dracz
  • Monika Sikora
  • Dominika Wąsowska
  • Jadzia Mercik
  • Piotr Sterc
  • Sylwia Bednarska
  • Iza Bożek
  • Tymoteusz Rybarczyk
  • Magda Wojtal
  • Tosia Radziuk
  • Maciek Hedloff
  • Marysia Kuczmarz
  • Kasia Cieślak
  • Marta Staroń
  • Sebastian Wawrzyniak
  • Zuzia Baran
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Kasia Pękala
  • Bartek Pruchnik
  • Ania Biadasiewicz
  • Kacper Kulczak
  • Michał Martusewicz
  • Ala Kołodziejska
  • Piotr Maślankowski
  • Kamil Młynarczyk
  • Julia Latkowska
  • Ania Jarząbkiewicz
  • Ania Gerus
  • Jan Mazur
  • Piotr Szymajda
  • Dawid Chmiel
  • Piotr Michoński
  • Wojtek Hedloff
  • Alina Narwojsz
  • Dorian Turkiewicz
  • Ola Kwaśniewska
  • Ewa Mańkowska
  • Magda Łukowiak
  • Michał Błażejko
  • Zuzia Gołębska
  • Manuela Pierzak
  • Ania Majcher
  • Tomek Cebrat
  • Paulina Pióro
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Bystrzyca Kłodzka
Zalesie
Fort Wilhelma
Poręba
Domaszków
Autor: Paweł

Październikowy wyjazd Trójkowego Klubu Turystycznego jeszcze niedawno był zjawiskiem całkowicie nieznanym. W całej historii miziowycieczek, zaczętej w grudniu 2006, 10. miesiąc roku za każdym razem był opatulony wyjazdem późnowrześniowym i przypadającym na okolice długiego weekendu niepodległościowego bluesowaniem w Orlu, pozostawiając w sobie pustkę. W tym roku zbieg kilku okoliczności sprawił, że w tej przestrzeni czasowej swoje miejsce odnalazł jeszcze jeden wyjazd. Wybraliśmy się w doskonale już znane doświadczonym uczestnikom TKTowskich wycieczek miejsce, to jest do Chaty na Przełęczy w Porębie, w Górach Bystrzyckich.

Tuż przed ósmą rano zgromadziliśmy się w holu Dworca Głównego. Przy czym nie byliśmy jedyną gromadą. Spozierając co jakiś czas na te masy młodzieży przypomniałem sobie, jak bardzo nie lubię grup zorganizowanych. Niestety okazało się, że większość z nich uznała za stosowne jechanie tym samym pociągiem co my. Zgroza. Podczas zbiórki, abstrahując od faktu dzierżenia przez Grzesia deski do prasowania, nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Tuż przed ósmą zasiedliśmy w pociągu i zabraliśmy się za różne rozrywki, takie jak rozmowy czy też spożywanie pokarmu. Jako że nasz ruch wynikał li tylko z obrotu Ziemi wokół własnej osi, krążenia jej dookoła Słońca i innych zjawisk astronomicznych, za ciekawą rozrywkę przyjęliśmy też obserwowanie na elektronicznej tablicy informacyjnej na peronie coraz większej liczby minut opóźnienia naszego pociągu. Na szczęście nic poważnego się nie stało i wystartowaliśmy zaledwie pół godziny później, aniżeli wynikało to z rozkładu.

Część kolejową zakończyliśmy w Bystrzycy Kłodzkiej i bez zbędnej zwłoki rozpoczęliśmy rozpoczęcie wyjazdu. Szef powitał nas serdecznie, w kilku słowach nakreślił plany na najbliższe godziny, a także wytknął kilku osobom pobicie, obecnością na tymże wyjeździe, różnorakich rekordów. Może jak dożyjemy nowej strony internetowej TKT, to znajdzie się tam miejsce na kącik statystyczny. Albo na rubrykę „statystyka na dziś”.

W wąskim gronie doświadczonych TKT-owców, którzy szybko objęli prowadzenie dzięki lepszej znajomości bystrzyckiego dworca, uznaliśmy, że choć naszym pierwszym celem miał być Rynek, to warto zajść na Mały Rynek, by zobaczyć się z bystrzyckim pręgieżem. A skoro już tam byliśmy, to Szef zaproponował odwiedzenie Muzeum Filumenistycznego. W ten oto sposób niespodziewanie na kilkadziesiąt minut oddaliśmy się historii krzesania ognia oraz zapałkarstwa. W pierwszej sali mogliśmy zapoznać się z historią krzesania ognia i podziwiać przeróżne typy zapalniczek i ich protoplastów. Wśród nich znalazły się zapalniczki w kształcie m.in. kluczy, samochodów, armat, zapomniane już przez niektórych krzesiwa, a nawet tak wspaniały wynalazek jak skonstruowana w 1823 roku Lampa Döbereinera – wbrew pozorom także jest to zapalniczka, jeno nieco bardziej złożona. Na piętrze czekała nas imponująca kolekcja przeszło pół miliona etykiet od pudełek z zapałkami z całego świata – zabrakło chyba tylko eksponatów z Antarktydy.

Kolejnym punktem był wspomniany już uprzednio Rynek. Choć administracyjnie jest on opisany jako Plac Wolności. W przeciwieństwie do Małego Rynku, który jest po prostu Małym Rynkiem. Tam czekał nas, jak to zwykle bywa podczas wyjazdów do Poręby, wykład na temat św. Jana z Nepomuka. Wprawdzie zwyczajowo odbywa się on obok jego pomnika przy mostku w Porębie, a nie w centrum Bystrzycy Kłodzkiej, jednak jako że przechodzenie obok wyżej wspomnianego nie zostało ujęte w naszych jakże ścisłych i precyzyjnych planach, uznaliśmy Kolumnę Świętej Trójcy, w której znalazło się miejsce dla męczennika z Pragi, za równie godne.

W tak zwanym międzyczasie dokonane zostały zakupy, toteż nie pozostawało już nic innego, jak wyruszyć w kierunku Zalesia, gdzie czekał na nas kościół św. Anny. Wobec zaskakująco dobrej pogody, wznoszącej się lekko drogi i jej asfaltowej nawierzchni, marsz nosił pewne znamiona uciążliwości. Nic więc dziwnego, że gdy dotarliśmy do celu, legliśmy. Tak się akurat złożyło, że na przykościelnym cmentarzu. Spoczynek był jednak tylko chwilowy, gdyż nie przyszliśmy tam by pooglądać nagrobki, choć było tam kilka okazów z dość dawnych czasów, lecz by na własne oczy zobaczyć wspaniałe okazy polichromii. Wejście do środka wiązało się jednakowoż ze znalezieniem osoby odpowiedzialnej za ów obiekt. Szef poszedł załatwić sprawę, zaś my mogliśmy tylko rozpływać się nad górującym nad cmentarzem lasem mieszanym, w którym nietrudno było odnaleźć zarówno drzewa już wyliniałe, jak i mieniące się barwami jesieni, czy też wierne zieleni iglaki. Tylko akurat nieomal wszyscy siedzieli plecami do niego. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności pan Krzysztof, który dzierżył klucze do świątyni, kilka dni wcześniej spotkał się z Szefem przy pewnej okazji, dzięki czemu istniała już znajomość, po której uzyskaliśmy możliwość wejścia do środka na drodze wyjątku. Pan Krzysztof okazał się właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, nie ograniczając się do rozwarcia wrót świątyni, ale i wcielając się w rolę przewodnika.

Nasyciwszy swoje żądze architektury i sztuki, skierowaliśmy się ku Fortowi Wilhelma. Opuszczając Zalesie podnieśliśmy Zalesię na wysokość znaku informującego o granicy tejże wioski do pierwszego na tym wyjeździe zdjęcia grupowego. A niedaleko za Zalesiem, za lasem, za gó…, na górze, odbyliśmy postój o charakterze widokowo-rekreacyjnym. Odbyło się kilka rundek pająka. Dość poglądowych, wszak mieliśmy do czynienia z typowymi błędami, jak i dobrymi wzorcami w kwestii techniki skoku, zwycięstwami obu frakcji, a także urzeczywistnieniem niebezpieczeństwa, które niesie zabawa, a które to wybrzmiało niczym dzwon, gdy Dominiczka z Jasiem dali sobie nawzajem z bańki.

Fort Wilhelma, który chwilę później, pomimo braku oznakowania, bezproblemowo odnaleźliśmy największe zainteresowanie wzbudził wśród fanów wspinaczki. I miotaczy szyszkami. Jako że słońce wyraźnie wskazywało na rychły koniec dnia, nie oddawaliśmy się tego pokroju przyjemnościom nazbyt długo. Wszak przed nami pozostawała jeszcze ponad połowa trasy. I to trasy, jak się okazało, mało oczywistej. Za sprawą bezgłowych przodowników twardo prących przed siebie szybko wytworzył się ogon, który po chwili się urwał i siłą rozpędu poszedł prosto, podczas gdy była konieczność odbicia w prawo. Kilkanaście minut później byliśmy już razem i po wysłuchaniu dydaktycznych uwag Szefa dotyczących tej sytuacji ruszyliśmy w kierunku Przełęczy Spalonej. Abstrahując od Aliny, która znalazłszy w lesie satysfakcjonujący ją substytut drewna bambusowego opuściła nasz korowód i udała się z powrotem do Bystrzycy Kłodzkiej, skąd jeszcze tego samego wieczora wróciła do stolicy Śląska.

Wobec nastałego zmroku nie w głowie nam było odwiedzenie schroniska Jagodna, o zdobywaniu szczytu o tejże nazwie nie wspominając. Podjęliśmy się nawet skrótu pozwalającego dotrzeć do Autostrady Sudeckiej bez konieczności odwiedzenia przełęczowego rozstaju, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Szkoda tylko, że na pomysł przejścia skrótem oddolnie zdecydowali się także inni delikwenci, czego skutkiem było zmarnowanie zyskanego czasu oczekiwaniem na nich. Na szczęście Zuzia ze swoimi przepysznymi kotlecikami umiliła nam trochę ów przestój. Dalsza droga była już dość nieskomplikowana, toteż zostaliśmy puszczeni przed siebie. 75 minut później, gdy zegary zabiły po ośmiokroć, wraz z Pająkiem, Szczęsnym, Bożem, Grzesiem i deską do prasowania dotarliśmy do Chaty na Przełęczy i rozpoczęliśmy obiadokolację. Wszak manewr z rozciągnięciem naszego dotarcia w czasie miał na celu sprawne odbycie posiłku w sali nieprzystosowanej do tak licznej gromady. Na miejscu była już sześcioosobowa grupa, która dotarła do Poręby wcześniej, gdyż wyjechała później. Aczkolwiek historia ich dotarcia także była niebanalna i rozciągnęła się w czasie znacznie powyżej oczekiwań. A to wszystko przez taką błahostkę, jak awaria pantografu.

W każdym porządnym muzeum jest taki kącik, w którym dzieci mogą się pobawić. A Muzeum Filumenistyczne w Bystrzycy Kłodzkiej porządnym muzeum jest (fot. Grzesiu)

Trzykwadransowa przestrzeń czasowa, podczas której kolejne grupy docierały do miejsca nocnego spoczynku okazała się wystarczająca do sprawnego spożycia ciepłego posiłku. Po nim, oraz chwilce na jako takie rozgoszczenie się w tym przezacnym przybytku, przyszedł czas na kolejną część oficjalnego ceremoniału. Mimo że nikt do godności weterana podniesiony nie został. Koszulkę otrzymała za to (brońcie mnie Panie Boże i Wszyscy Święci, żebym sugerował, iż był to jakiś wymuszony ersatz) oddająca pałeczkę, czy raczej pędzel, kolejnemu pokoleniu TKTowskich sztukmistrzów Dominiczka. Przy czym będące uosobieniem tegoż pokolenia Magda, Iza, Sylwia oraz Marta, która niestety szczęk opadłych na ziemię podczas prezentacji obserwować nie mogła ze względu na swą nieobecność w Porębie, na tejże sztuce odzienia pokazały, iż możemy być spokojni o przyszłość tej gałęzi żywota Trójkowego Klubu Turystycznego. Ponadto napis definiujący posiadaczkę drugiego w historii TKT niebieskiego trykotu wzbudził powszechny zachwyt. Dominiczka została bowiem nazwana Arch-aniołem. Kolejnym, choć, jeśli mnie pamięć nie myli (odważne założenie), wcześniejszym chronologicznie, wydarzeniem było uczczenie przypadających w dniu owym i jemu bliskich, urodzin członków TKT obecnych w Porębie ciałem bądź duszą. Punktem numer trzy zaś (choć może od tego się zaczęło) była celebracja setnego wyjazdu Szefa z uczniami Trójki. Wówczas okazało się, że deska do prasowania była tylko przykrywką mającą odwrócić uwagę od prawdziwych zamiarów Grzesia. Wykorzystał on fakt, że kształt owego akcesorium gospodarstwa domowego jest łudząco podobny do kształtu elegancko oprawionej panoramy Masywu Śnieżnika. Ta, obok wspaniałego wypieku Zalesi, stanowiła prezent dla będącego wzruszon Szefa.

Gwiazdy już od dłuższego czasu były zgromadzone ciasno na nieboskłonie, czarując swoim pejzażem każdego, którego wzrok wzniósł się w kierunku nieskończoności, toteż niechybnie nadszedł czas na darcie mordy. Nie były to jednak jedyne plany na noc. Po kilku godzinach poświęconych pieśni popularnej, turystycznej i ludycznej przyszedł czas na podjęcie niezwykle ważnego zagadnienia. Wobec absolutnie niewytłumaczalnego i kompletnie irracjonalnego sukcesu Trójkowego Klubu Turystycznego na rynku usług męczących i niebanalnych trzeba było zastanowić się nad regulacjami dotyczącymi dostępności produktu w postaci miejscówki w Orlu podczas Bluesa nad Izerą. Z dyskusji mogło jednak wynikać, że pogłoski o sukcesie są przedwczesne – brała w niej udział niemal tylko zgromadzona w sile zaledwie kilkuosobowej starszyzna. I o ile nie można było się dziwić, że rekrutacja w formie konkursu miss flagi Nepalu nie budziła powszechnego sprzeciwu, to brak reakcji, gdy przodownicy debaty jęli po prostu rozdzielać obiekt pożądania między siebie, był konfundujący. Z czasem zaczęły pojawiać się jakieś głosy z tłumu, lecz ich treść skutkowała raczej prewencyjnym skreśleniem autorów owych wypowiedzi z listy potencjalnych uczestników wyjazdu do Orla. A także bólem głowy Xyla.

Niewykorzystaną została także szansa zrestartowania dysputy, gdy wobec anachronicznej zasady zmiany czasu cofnęliśmy się o godzinę. Obecna od dawna za oknem noc zaczęła się wdzierać i do Chaty na Przełęczy, prowokując kolejne osoby do snu. I do mnie w końcu dotarła ta tendencja. I po burżujsku poszedłem do pokoju (!), by położyć się w łóżku (!!) sam (!!!). A co!

Niedziela rozpoczęła się śniadaniem. Pierwszym w tym sezonie wycieczkowym, toteż poprzedzone ono zostało wyjaśnieniem zasad TKTowskiego savoir-vivre’u. Po posiłku nastąpił dość luźno pojęty etap przygotowania do wyjścia. Obejmował on takie czynności jak granie na gitarce, zwyczajowe partyjki nindży na porębskim tarasie, czy też oglądanie zwyczajowych partyjek nindży na porębskim tarasie. W tak zwanym międzyczasie godną powszechnego szacunku umiejętnością na odcinku higieny naczyń użytku gastronomicznego popisała się Paulina, dokonując perfekcyjnego ich doprowadzenia do czystości i przejścia Alinkowej kontroli w pierwszej próbie. Teoretycznie wspomagało ją dwóch pomagierów, lecz naoczni świadkowie nie zanotowali ich udziału w całym procederze. Mała dynamika działań ukierunkowanych bezpośrednio na opuszczenie Poręby spowodowała lekką korektę planów. Zamek Szczerba i Solna Jama wypadły z orbity naszych zainteresowań. W rolę największej atrakcji dnia wcielony został popas na Jedlniku.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Po standardowych elementach wyjazdów do Poręby takich jak grupowe zdjęcie z panoramą gór Złotych w tle, czy też opowieść Szefa o Czeskiej Linii Maginota wygłoszona na Przełęczy nad Porębą, dotarliśmy do wspomnianego u zwieńczenia poprzedniego ustępu szczytu. I, zgodnie z planem, legliśmy. Chyba, że kogoś akurat rozpierała energia – wówczas rozrywką były popularne gry rozwijające zdolności psychoruchowe takie jak pająk i słoń. Po odpoczynku obraliśmy sobie za cel Domaszków. Nie bawiliśmy się jednak w szukanie oznakowanych szlaków, lecz po prostu szliśmy. Nasza kreatywna nawigacja wyprowadziła nas bardziej w kierunku Długopola Górnego, ale nie był to istotny problem. Jednakże aby do owej wioski dojść przy wylocie na tę pożądaną, postanowiliśmy uczynić drobny skrót. Pokonawszy fortyfikacje w postaci elektrycznego pastucha wtargnęliśmy na pastwisko. Taktycznie poczyniliśmy ten krok w miejscu oddzielonym od mlekodajnych piewczyń owego terytorium drzewami. Plan nasz okazał się jednak nie do końca dopracowany. Czoło naszej grupy zbyt szybko znalazło się w zasięgu wzroku bojowo nastawionych muciek. Na ich reakcję nie trzeba było długo czekać – kilka(naście?) ton żywego mięsa podjęło frontalny atak. O ile część z nas szybko i bezproblemowo przedostała się do bezpiecznej strefy, to zamykające grupę osoby musiały porzucić spokojny marsz i salwować się ucieczką. Szczęśliwie dla nich zakończyła się ona sukcesem. Krowy były blisko, lecz ewolucja jeszcze nie dała im zdolności tolerowania rażenia prądem, toteż będąc po drugiej stronie pastucha mogliśmy odetchnąć z ulgą i ruszyć dalej.

Po dotarciu na miejsce po raz kolejny potwierdziło się, że nasze wyczucie czasu zakrawa na doskonałość. Przy kilkugodzinnym marszu omyłka rzędu kilku minut to nie omyłka – to powód do dumy! Inną kwestią był fakt, że wobec tej sytuacji zmuszeni byliśmy do nieomal dwuipółgodzinnego oczekiwania na kolejny pociąg. Część osób wykorzystała ten czas na nabycie drogą kupna różnorakich dóbr o charakterze spożywczym. Inni w tym czasie wynieśli ławki z poczekalni na zewnątrz i urządzili ją tamże. Ponowne zgromadzenie się wszystkich w jednym miejscu stało się dobrą okazją do wznowienia dysputy na temat sposobu zapisów do Orla. Tym razem więcej osób podeszło poważnie do sprawy, co zaowocowało powolnym klarowaniem się rozwiązania. W kolejnej rundzie negocjacji, przeniesionej wraz z ławkami do wnętrza budynku dworcowego ze względu na opad atmosferyczny, za sprawą Boża rozszerzyliśmy zagadnienie o grudniowy wyjazd do Chatki na Chłopskiej Kopie, także charakteryzujący się ograniczoną liczbą miejsc. Koniec końców zatwierdzony został system podług którego, o ile liczba chętnych będzie przekraczać liczbę miejsc, nie będzie możliwe uczestnictwo w obu tych wyjazdach. O wyborze tych uczestników miało zadecydować losowanie, zaś osoby, którym brakowało tylko jednego oczka do koszulki weterańskiej były wyjęte z tego procederu i mogły po prostu wybrać jeden z dwóch wyjazdów.

Owo zwieńczenie dyskusji miało miejsce już w przedziale dla podróżnych z większym bagażem pociągu Czarna Góra relacji Międzylesie-Wrocław Główny. Tam zgromadziliśmy się w liczbie 33 osób wewnątrz i 3 u wrót, by jeszcze przez te dwie godzinki trochę powyżywać się wokalnie. Rowerzyści, którzy wsiedli kilka stacji po nas, nie mieli żalu o zajęcie im miejsca. Wyrażali nawet zadowolenie ze spotkania radosnej i rozśpiewanej grupy w pociągu. O ile dobrze słyszałem co mówili – wszak syk sugerujący nieprawidłowe działanie systemu pneumatycznego zamykającego drzwi pociągu (innym objawem było kilkanaście sekund jazdy z otwartymi drzwiami za stacją w Przyłęku zakończone zamknięciem ich ręcznie przeze mnie i jednego z kolarzy) nie ułatwiał sprawnego kontaktu. Wobec tej sytuacji stacje dawały podwójną ulgę – nie dość, że powietrze, to jeszcze chwila ciszy.

Na peronie, za sprawą gabarytu grupy oraz konieczności odsunięcia się od krawędzi peronowych wynikającej z postoju składów przy obydwu, ustawiliśmy się w dość wyraźny prostokąt. Na tym skończyły się osobliwości. Zakończenie standardowo zawarło w sobie parę słów od Szefa, kilka śpiewnych wersów od całej gromady i pożegnanie wszystkich ze wszystkimi. I koniec tego dobrego. Ale tylko na dwa tygodnie. Już niedługo Blues nad Izerą. Do zobaczenia!

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Dwie Zalesie tu i dwie Zalesie tam to w sumie cztery (fot. Bożo)
Dary (fot. Grzesiu)
Według mapy tu powinna być droga (fot. Grzesiu)
Babuszki (fot. Grzesiu)
Autor: Ala et consortes

[Decyzja o inauguracji TKT-owskiego roku szkolnego wycieczką jednodniową (po raz pierwszy) poskutkowała tęsknotą za Porębą. Na szczęście Szef wysłuchał żalów (z pewnością również swoich własnych) i październik właśnie przeznaczył na Chatę na Przełęczy. W konsekwencji semestr jesienny roku 2013/14 stał się pierwszym semestrem jesiennym z czterema wyjazdami – przyp. Myśliwy].

Na wstępie należy zaznaczyć, iż odbył się on – nietypowo – w październiku, z powodu wspomnianego już obłożenia wycieczki wrześniowej. Było to na tydzień po dzięciołowej osiemnastce, gdy jesień była jeszcze złota i ciepła. Poza tym na liście uczestników znalazło się kilkoro nieznanych mi absolwentów, między innymi Alina, która naprawdę jest Aliną, i dlatego Szef mówi na nią: Ala, oraz niejaki Dorian. Inną osobliwością była deska do prasowania niesiona przez Grzegorza Smołę. Ponoć Zalesia miała w plecaku żelazko. Niewyjaśnionym pozostało, kto niósł białe koszule.

Wysiedliśmy, nietypowo, w Bystrzycy Kłodzkiej i znający okolicę weterani zaprowadzili nas na Mały Rynek. Skoro już tam byliśmy, Szef zaproponował zwiedzenie Muzeum Filumenistycznego. Przeszło godzinę oglądaliśmy unikatowe pudełka od zapałek i pięknie zdobione zapalniczki. [Zapałki były w jednym miejscu rozsypane i układaliśmy z Pająkiem obrazki, i zrobiliśmy nawet wiewióra… i wpisywaliśmy się do księgi pamiątkowej i była tam wystawa takich dziwnych obrazów, jakby główek od zapałek… – wspomina Zalesia. Ułożyliście też całkę z zapałek – przypomina Stercu. Chyba stawialiśmy sobie pieczątki na czole i innych dziwnych miejscach – podsumowuje Janek]. Następnie, odwiedziwszy sklep i zakupiwszy artykuły na śniadanie, zasiedliśmy wokół pomnika Jana Nepomucena, by wysłuchać jego historii.

Wreszcie włożyliśmy plecaki i ruszyliśmy pod górę, w stronę Zalesia. Tam, ku uciesze Ani Zaleskiej, zwiedziliśmy kościółek św. Anny. Była to śliczna drewniana świątynia o stropie zdobionym polichromiami. Otaczał ją stary cmentarz, na którym pozwoliliśmy sobie na odpoczynek – choć nie wieczny – po drodze dość uciążliwej ze względu na bardzo ciepłą pogodę.

Nasyciwszy oczy starymi malowidłami, ruszyliśmy dalej, drogą pnącą się pod górę wśród złotych drzew. Po raz pierwszy Grzegorz szedł z tyłu (wszak deska do prasowania lekka nie jest) i wydawał się w tej sytuacji nieco zagubiony. Przy tabliczce oznajmiającej granicę Zalesia wykonaliśmy zdjęcie grupowe z Zalesią w roli głównej, po czym drogą zasłaną złotymi liśćmi dotarliśmy na rozległą polanę. Usiedliśmy na suchej trawie, oglądając piękne krajobrazy i grę w pająka.

Stamtąd wędrowaliśmy przez las, w stronę Fortu Wilhelma. Pozostała z niego jedynie sucha fosa i część wzmacniającego ją muru. Pająk wspiął się zgrabnie na jego szczyt, jednak podobny zapał pierwszaków ostudził Szef, który, bądź co bądź, odpowiadał za nich prawnie. Śmiałkowie znaleźli więc inną drogę na drugą stronę fosy, skąd rzucali w nas szyszkami. Zaniechali tego procederu, gdy Dorian przypomniał im, że nas jest więcej.

[Trochę tam wiało, a na samym dnie fosy rosła paprotka, wiatr ruszał nią na prawo i lewo (z dużą częstotliwością), wskutek czego wyglądała jak opętana – przyp. Stercu].

Słońce schodziło coraz niżej nad horyzont, porzuciliśmy więc zamiar zobaczenia Skalnego Wartownika i ruszyliśmy w kierunku Spalonej. Opuściła nas Alina zwana Alą, którą studenckie obowiązki wzywały do Wrocławia. Wkrótce ci, którzy znali drogę, wysforowali się naprzód, wskutek czego pozostali obrali złą ścieżkę na rozdrożu i omal się nie pogubiliśmy. Szef wygłosił pogadankę umoralniającą.

Zmierzchało już, gdy wyszliśmy z lasu na otwartą przestrzeń Spalonej. W obliczu zmroku nie było sensu iść do schroniska Jagodna. Wspięliśmy się na przełaj przez las i dotarliśmy do Autostrady Sudeckiej – wszyscy poza Czesławem, Woodym i Maślaną, którzy nie usłyszeli postanowienia w sprawie Jagodnej. Na szczęście udało się im odnaleźć nas mimo całkowitych ciemności.

[Cała pozostała grupa poszła normalnie, czekaliśmy na nich i jedliśmy Zuziowe kotlety – przyp. Stercu. To ja wtedy miałam kotlety? – przyp. Zuzia].

Szamuję (fot. Grzesiu)
Zalesia w lesie w Zalesiu i pozostali (fot. Łosiu)

Ruszyliśmy Autostradą, za lampy mając gwiazdy, a za granice drogi – czarną ścianę drzew. Trudno mi teraz w to uwierzyć, ale ten asfalt stanowił połowę naszej trasy. Przeszło dziesięć kilometrów przeszliśmy w ciemności, po podłożu dla stóp nie najlepszym. [Bardzo ładnie było widać drogę mleczną. I śpiewaliśmy po drodze – pisze Jadzia. Natomiast Janek wspomina: Wieść gminna niesie, że w ciemności idzie się szybciej, a latarki są dla frajerów. Przed nami, ale z boku w lesie coś zaczęło strasznie hałasować. My na to, że idziemy. Zaraz jak minęliśmy źródło hałasu to drogę za nami (może jakieś 5-10 metrów) przebiegło stado 'czegoś'. Niestety nie wiem czym mogły być czegosie, bo było tak ciemno]. Gdy około dziewiątej dotarliśmy do Chaty na Przełęczy, światło raziło nas, mieliśmy wrażenie, że zataczamy się z lekka, a wzrok, odzwyczajony od rejestrowania wyraźnych kształtów, sugerował, że zwykły marsz ma tempo biegu.

W środku czekał na nas ciepły obiad oraz, o ile mnie pamięć nie myli, Myśliwy, Dzięcioł i Sikorka (możliwe, że ktoś jeszcze)*, którzy dojechali później i dlatego byli wcześniej. Z ich przybyciem wiązała się historia o awarii pantografu, Sikorce stającej na wysokości opiekuńczego zadania i wyruszającej na poszukiwanie transportu zastępczego, i pociągu odjeżdżającym pod jej nieobecność.

*A! No tak. Był tam bez wątpienia Dorian, którego obudził dopiero telefon Szefa, gdy siedzieliśmy w pociągu. A więc przed zasypaniem szyszkami obronił nas kto inny. I jeszcze dwie osoby, ale to było prawie pół roku temu i nie pamiętam, kto.

[Otóż były to dojeżdżające z finału Ojczyzny Polszczyzny Zuzia B. i Marysia M. A Pantograf zepsuł się w okolicach Brochowa. Wrocławia Brochowa, dla pewności zaznaczę – przyp. Myśliwy]. [W końcu Szef stwierdził, że teraz to już chyba wszyscy przyszli. I rzeczywiście tak było, kolejną godzinę później. Cofnijmy się do wspomnianych kotletów – sugeruje Myśliwy. Wszyscy poszli szybko, a my normalnie – donosi Stercu. – Nikt nie stanął na skrzyżowaniu tuż nad Porębą i nie wiedzieliśmy gdzie iść. Ale z latarką znaleźliśmy znak Poręba. Cała ta droga była śmieszna. – I nie było dla nas jedzenia! – żali się Zuzia. – Na obiad dostaliśmy suchy makaron (albo z cukrem)].

Gdy wszyscy najedli się i rozsiedli w pokoju z widokiem na kotlinę, Grzegorz wystąpił ze swą deską do prasowania, która okazała się być zapakowaną panoramą Śnieżnika. Zalesia przyniosła koszule, to jest przepyszny tort, i tak uczciliśmy setny wyjazd trójkowy Szefa. [Napis na cieście marchewkowym głosił: Never STOp love mountains! I jedliśmy to ciasto jedną łyżką! – przyp. Jadzia]. Odśpiewaliśmy też sto lat dla Sylwii i Sterca oraz – telefonicznie – Marysi. Poza tym Dominiczka, wówczas już studentka, otrzymała niebieską koszulkę z napisem ARCH-anioł w podzięce za trzy lata pracy przy weterańskich odzieniach. [Tytuł ten zaproponował Grzegorz – przyp. Myśliwy].

A potem zaczęliśmy śpiewać. O ile mnie pamięć nie myli, Czarnego Bluesa o czwartej nad ranem odśpiewaliśmy dwukrotnie, gdyż, jak to się zdarza w ostatnie niedziele października, piąta zmieniła się w czwartą. Na dole było wtedy już niewiele osób: garstka absolwentów, trochę pierwszaków i drugiego matmatu. Zawczasu znieśliśmy sobie materace i śpiworki.

W obliczu niesamowitego sukcesu TKT należało rozstrzygnąć problem rekrutacji na przyszłe wycieczki. Właściwie jedyny udział w dyskusji mieli starsi i Szef, bo nam, śpiącym już niemal, nie chciało się protestować. Głównym pomysłem Doriana było, by wziąć jedynie dziewczyny, po uprzednim przeprowadzeniu konkursu miss flagi Nepalu. W końcu absolwenci zaczęli rozdawać między siebie miejsca do Orla, nieco zdumieni, że nie protestujemy. Ostatecznie nic tego wieczoru ustalone nie zostało.

[Wschód słońca! – przyp. Marysia Q].

Rano obudziła mnie, zdaje się, Alinka, wchodząca do głównego pokoju, by przygotować go na śniadanie. Jako że był to pierwszy TKT-owski posiłek w tym roku szkolnym, Szef wyjaśnił nasz savoir-vivre.

W planach na ten dzień było zwiedzanie Solnej Groty i chyba jakiegoś zamku, plany te jednak nie miały szans w starciu z brzdąkaniem na gitarze i grą w ninję na tarasie. Opuściliśmy więc Chatę na Przełęczy nieco później niż należało i po wykonaniu tradycyjnego zdjęcia na tle Kotliny Kłodzkiej ruszyliśmy w drogę. Na skrzyżowaniu z Autostradą Sudecką wysłuchaliśmy opowieści o Czeskiej Linii Maginota, po czym skręciliśmy w lewo. Ścieżka zaprowadziła nas na rozległą łąkę, z której rozpościerał się widok na wschód. Zamarudziliśmy tam bardzo długo, grając w pająka i słonia, i ganiając Szefa z okrzykiem „Kanapka!”.

Wreszcie podnieśliśmy się i ruszyliśmy na azymut do Domaszkowa. Szliśmy więc na przełaj przez suche pola, przez zasypiające już na zimę lasy, przeskakiwaliśmy strumienie i obserwowaliśmy gnające gdzieś sarny. Pogoda była piękna, a okolica urokliwa. Co prawda wyszliśmy z lasu nieco za blisko Długopola, a za daleko Domaszkowa. Postanowiliśmy nieco skrócić sobie drogę, przecinając pastwisko. Krowy przyglądały się nam, gdy szliśmy wzdłuż płotu.

- Nie podoba mi się sposób, w jaki one patrzą – oznajmił Czesław. – Jakby miały złe zamiary.

Później nie omieszkał powiedzieć: „A nie mówiłem”. Przekroczyliśmy pastucha i czoło naszego pochodu było już w połowie pastwiska, gdy zwierzęta zaczęły biec w naszą stronę. Przyspieszyliśmy kroku i szybko schroniliśmy się za pastuchem po drugiej stronie pastwiska. Ale nie wszyscy: kilkoro pierwszaków, nieświadomych zagrożenia, dopiero co wyszło zza zagajnika na otwarte pole. Nie zdziwiło ich najwyraźniej, że reszta grupy macha rękoma i krzyczy: „Biegnijcie!”. Szli wolniutko, pogrążeni w rozmowie. Wreszcie spojrzeli w swoje prawo; widok stada krów zbiegających ku nim w dół zbocza raczej nie należał do najmilszych. Rzucili się do ucieczki i w ostatniej wprost chwili schronili się za pastuchem. Odskoczyliśmy od niego, gdy jałówki nadbiegły z donośnym muczeniem.

Odetchnąwszy z ulgą, bez większych przeszkód dotarliśmy do Domaszkowa. Wcześniej jednak ujrzeliśmy, jak odjeżdża nasz pociąg. Miejscowe dzieci przyglądały się nam ciekawie, śmigając obok na rowerach. Gdy dotarliśmy na stację kolejową, zapadał zmrok. Dwie godziny oczekiwania na pociąg upłynęły na dyspucie, która dzień wcześniej stanęła na miss flagi Nepalu (ale dlaczego akurat Nepalu?). Ostatecznie ustalono nabór przez losowanie, z wyjątkiem dla niemal-weteranów. [Ściślej, ustalono wtedy jednorazową, jak się potem okazało, Konwencję Doriana-Bożydara, polegającą na zgłoszeniu z ustaleniem preferencji Orle/Wójtówka. Doprowadziło to do pewnych absurdalnych statystyk – przyp. Myśliwy].

Na szczęście w ostatnim czasie liczba chętnych na wycieczki jest rozsądna i nie trzeba się uciekać do takich środków. [Ha. Ha. Ha. – przyp. Ali z czasów aktualnych. Powyższy tekst datowany jest na marzec 2014].

Alicja Kołodziejska
Padnięty anioł (fot. Grzesiu)
Klasyczny widok z tarasu Chaty na Przełęczy (fot. Bożo)