a

Orle 09-11 XI 2013

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Stefan Mizia
  • Ania Zaleska
  • Paweł Kazimierczyk
  • Wojtek Olszewski
  • Paweł Dracz
  • Miłosz Staniszewski
  • Magda Wojtal
  • Marta Markowicz
  • Edyta Kania
  • Bartek Surma
  • Jędrzej Jaskólski
  • Dorian Turkiewicz
  • Michał Topolski
  • Krzysiek Story
  • Asia Tryba
  • Ania Gerus
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Michałowice
Szrenica
Orle
Bukovec
Jizerka
Orle
Stanisław
Szklarska Poręba
Autor: Paweł

Dwa lata temu Adam swoją relację z Orla rozpoczął następującymi słowami:

„Tworzenie kolejnej już relacji z cyklu „Blues nad Izerą” stanowi dla mnie pewien problem. Źródłem kłopotu jest specyfika tego cyklicznego wydarzenia. Odbywa się ono co roku, zawsze w tym samym terminie (w weekend znajdujący się najbliżej lub zawierający Święto Niepodległości), w tym samym miejscu (schronisko „Orle”), plan jest z grubsza taki sam (koncerty w Orlu oraz wizyta u naszych południowo-zachodnich sąsiadów) a trasa powrotna przebiega przez nieczynny kamieniołom „Stanisław” i Wysoki Kamień. Różnice można dostrzec w trasie na pierwszy dzień, lokalizacji czeskiej restauracji i atrakcji znajdujących się na drodze do niej, oraz na liście uczestników.”

Dla mnie wprawdzie jest to pierwsza relacja z Bluesa nad Izerą, ale nie sposób nie nawiązać do tamtego wyjazdu. Wówczas ja z Adamem wyjechaliśmy z Wrocławia dzień przed resztą, zaś w Orlu zameldowaliśmy się kilka godzin przed główną grupą. W tym roku ponownie przyszło mi dotrzeć na miejsce w alternatywny sposób. Tym razem z Zalesią, a w końcowej fazie także z Jasiem i Marysią, dotarłem do Orla, co może się wydawać nieco konfundujące w kontekście weekendowego wyjazdu, w niedzielę wieczorem. Z tego powodu ani w kwestii trasy dnia pierwszego, ani spaceru do naszych południowych sąsiadów specjalistą nie jestem i w gruncie rzeczy niewiele uprawnia mnie do sklecenia tekstu o tym wyjeździe. Z drugiej jednak strony, objęcie swego czasu pieczy nad zapisem dziejów Trójkowego Klubu Turystycznego prowokuje mnie do zachowania w piśmie choć cząstki wspomnień i faktów z rozbluesowanego weekendu niepodległościowego 2013 w Izerach. Z drobną pomocą osób trzecich (aczkolwiek nie wiem, kim są w tym momencie ci drudzy), choć nie porywając się tym razem na zaprezentowaną przy okazji jednej z ostatnich relacji formułę multiautorską.

Tak więc najsampierw, w iście telegraficznym skrócie, co się działo do mojego przyjazdu. Czas na opuszczenie Wrocławia przyszedł w sobotę, nieco po szóstej rano. Po swoim stanie sił witalnych o tej porze (gdyż i mnie owego dnia przyszło zerwać się z łóżka dość wcześnie) wnoszę, że zbiórka nie była siedliskiem energii, ale na podstawie własnych doświadczeń sądzę, że perspektywa trzech dni na szlaku i dwóch nocy z bluesem mogła dać wystarczającego kopa, aby atmosfera nie była nazbyt senna. Etap kolejowy zakończył się w Jeleniej Górze. Nie był to jednak koniec przygody z komunikacją zbiorową. Ten dobiegł kresu w piechowickich Michałowicach, dokąd to grupa dostała się autobusem linii 15 jeleniogórskiego Miejskiego Zakładu Komunikacyjnego. Stamtąd trzeba już było iść. Abstrahując od Xyla, który z racji drobnego urazu wybrał trasę daleko mniej forsowną, opartą w niemałej mierze na przygodnej komunikacji samochodowej. Przejście polegało na dotarciu do głównego grzbietu Karkonoszy, a następnie w najprostszy możliwy sposób, to jest po grani do Szrenicy, zielonym do Jakuszyc i dalej czerwonym do samego Orla. Za sprawą powyższego na trasie znalazło się Schronisko pod Łabskim Szczytem, w którym to dokonał się pierwszy poważny popas. Okraszony on został herbatą z wkładem godnym prawdziwego turysty. Kolejnym istotnym punktem była Szrenica – tu dokonało się oficjalne rozpoczęcie wycieczki. W tym miejscu warto wspomnieć o pewnej specyfice grupy. Ponad połowę stanowili przedstawiciele klasy 6A, co spowodowało rekordową średnią wieku. Tak liczna grupa moich rówieśników, którzy przy dokładniejszym spojrzeniu w kalendarz okazują się być ode mnie starsi sprawiła, iż oto na starość przyszło mi w klasyfikacji wiekowej zająć lokatę w drugiej połowie stawki. Kolejnym ciekawym i dawno niewidzianym zjawiskiem był brak debiutantów. Oprócz naturalnego dla tego typu lokalizacji pozdrowienia szanownej pani Krysi, postój został wzbogacony rytualnym podzieleniem się pokarmem szczególnie miło wspominanym przez uczestników ukraińskich obozów wędrownych.

Odcinek Szrenica-Jakuszyce, o ile mnie pamięć nie myli (a szedłem tam ostatnio, jak to się wszystko zazębia, dwa lata temu, idąc z Adamem do Orla), ma w swojej ofercie głównie drzewa z dodatkiem drzew przerwane czasem… no, sami dobrze wiecie czym. Syntezując ten fakt z typową dla miesiąca opadających liści aurą i daleko mniej dopieszczoną infrastrukturalnie ścieżką aniżeli w przypadku tej po szczytach Karkonoszy, wyklarował nam się obraz, w którym nawet najdzielniejsi przedstawiciele przemysłu obuwniczego i chemii ochrony obuwia mogli zwątpić w swoją moc. Kolejny postój przytrafił się w Jakuszycach. Po gorącym sporze padła decyzja o skorzystaniu ze sposobności do odwiedzenia Bombaju, czyli lokalnego lokalu. Dysputa ta jednak nie doprowadziła wszystkich do stanu wrzenia, gdyż znaleźli się chętni na herbatkę (chyba że nawet ten napój w tej sytuacji mógł chłodzić ciała i umysły) oraz emocje piłkarskie na najwyższym światowym poziomie.

Po Jakuszycach pozostał jeszcze tylko Samolot, po czym oczom wiewiórczego korowodu ukazały się pozostałości po hucie szkła Karlsthal – a więc i schronisko Orle. Było to o 19:30, to jest dwa kwadranse przed planowanym rozpoczęciem koncertu. W rzeczywistości czas ten przeobraził się w sześć kwadransów za sprawą lekkiego spóźnienia perkusji i perkusisty. Był już za to Xylu, który na czas tegorocznego grania w Orlu został basistą Mizia & Mizia Blues Band. Zanim jednak „sala koncertowa” rozhuśtała się w rytmie bluesa i boogie, odbył się ceremoniał. Asia z Anią poszły w moje ślady i otrzymały koszulkę weterańską na samym środku Orleckiej sceny. Sam koncert przebiegł w tradycyjnie doskonałej atmosferze, choć niektórzy ulegli alternatywie, jaką były prowadzone przez Dusię popisy wokalne na górze. A i opcja drzemka na ławeczce znalazła swojego amatora. W okolicach pierwszej w nocy obie grupy, choć prezentujące coraz mniejszy skład osobowy, zespoiły się na akustyczną część koncertu. Ta trwała do 4 w nocy i zakończyła się tradycyjną na tę porę pieśnią. Ciekawe, czy gdyby Adamowi Ziemianinowi wymyśliło się opiewać tekstem tej piosenki godzinę piątą, to nasze nocne popisy nie trwałyby nierzadko 60 minut dłużej… Niedługo po ostatecznym zakończeniu części muzycznej zadzwonił budzik Asi, co było jasnym sygnałem, że najwyższa pora na sen.

We wspomnianym na wstępie cytacie pojawiła się uwaga głosząca, że jednym z nielicznych wyróżników kolejnych edycji wyjazdu do Orla jest trasa spaceru do Czech i lokalizacja restauracji tamże. Tak się akurat składa, że tym razem wybrane zostały te same ścieżki co w zeszłym roku, które z kolei były tylko delikatną modyfikacją planu sprzed dwóch lat, więc i ten fakt nieco traci na aktualności. Zanim wyruszono w kierunku Republiki Czeskiej, grupę zasilił Dorian, który w przeciwieństwie do co poniektórych znalazł, siły by już rankiem wyjechać z Wrocławia. I ruszył ze wszystkimi w kierunku mostu nad Izerką i towarzyszącego mu św. Jana Nepomucena. Dalej przeprawa przez rzekę przy moście, do zakola i w prawo ku Bukowcowi. Chyba że ktoś był inwalidą – wtedy Xylu poszedł wprost do malowniczej osady po drugiej stronie granicy. O ile towarzystwo wody, czasami dość bliskie, podczas przeprawy przez potok było okolicznością, z którą w miarę łatwo można było się pogodzić, to nastały podczas podejścia deszcz wzbudził już nieco większe niezadowolenie. Podczas przerwy we wspinaczce na przygraniczny szczyt, choć pora była jeszcze bliższa porankowi, przyszedł czas na bajkę. Bartek przybliżył wszystkim radosną historię Kapturkowego Czerwonka. Zapis tej opowieści pozostawiony został w puszce szczytowej. Na samym wierzchołku poziom wymaganej elastyczności estetycznej potrzebnej do rozpłynięcia się nad pejzażem autorstwa matki natury był dość wysoki. Fani mgieł mogli być za to wniebowzięci. No, może bez przesady. Napiszmy: wchmurywzięci. Choć sprawność przewodnicka Szefa pozwoliła siłą wyobraźni rozwiać kłębiącą się wilgoć i rozsnuć przed współtowarzyszami spaceru przecudną panoramę.

Po zejściu z Bukowca nadszedł czas posiłku. Jak to bywa w Izerce, na większości talerzy pojawił się smażony ser. Znaleźli się też fani gulaszu z knedliczkami, ale współtowarzyszki biesiady zadbały, by i im nie zabrakło w ustach smaku jedynej słusznej potrawy. Pobyt w czeskim lokalu gastronomicznym był także znakomitą okazją, by Szef poznał przykry smak przegranego zakładu. W Porębie okazało się, że Dorian jest lepszym znawcą twórczości zespołu Tymon & Transistors. Prof godnie przyjął porażkę i zgodnie z umową wypił cały kufel Kofoli na raz. A fe. Posiłek, a raczej oczekiwanie nań, trwało dość długo, co sprawiło, że po opuszczeniu lokalu zastany został krajobraz otulony ciemnym płaszczem nocy. Nie stanowiło to jednak poważnej przeszkody. Wszak podpodeszwowe oświetlenie izerskie działało. Około wpół do siódmej harmider TKTowskiej grupy ponownie zagościł w Orlu.

A w tak zwanym międzyczasie zaczęła się historia moja i Zalesi. Nieco przed trzecią po południu zajęliśmy miejsca stojące w busie prywatnego przewoźnika osobowego, by już około pół godziny później dowiedzieć się, że plany popołudniowego dojazdu do Orla mają także Jasiu z Marysią. Samochodem. Wobec tej sytuacji nie pozostało nam nic innego, aniżeli dojechać zgodnie z uprzednio przygotowanym planem do Jeleniej Góry i tam poczekać na dalszy transport podejmując jako ersatz dla spaceru z Jakuszyc do Orla, nawiedzenie starówki tegoż miasta. I starczyło jeszcze czasu na nieomal półgodzinne czekanie przy wjeździe (jak się oczywiście okazało, tym drugim) na parking Castoramy, który to był naszym miejscem spotkania. Choć drogowy dojazd do Orla był całej naszej czwórce obcy, zaś zjazd z Czeskiej Szosy oznakowany z pozbawieniem nadmiernej skrupulatności, bez większych problemów dotarliśmy do celu i kilka minut po siódmej wkroczyliśmy do schroniska.

W tym miejscu niejako przejmuję relację płaszcząc się w podziękowaniach dla Ani, Miłosza, Pająka i Szefa, którzy znaleźli odrobinę czasu by odpowiedzieć na moje proste pytania. A także zarzucić mnie mnóstwem innych informacji, które wgniotły w ziemię ideę telegraficzności owego opisu, a wręcz sprawiły, iż był on bardziej szczegółowy niż to, co znajdziecie w kolejnych wersach. Przy okazji mogę w końcu uciec od lawirowania wokół nienaturalnej dla tych tekstów narracji trzecioosobowej. Mam nauczkę za to, że nie pojechałem ze wszystkimi.

Jako że przybyłem godzinę wcześniej aniżeli to miałem w planie, zdecydowałem się pierwsze cztery kwadranse pobytu w Orlu przeleżeć. Moi współtowarzysze podróży zaś wraz z resztą grupy oddali się grze w mafię. Zaraz po ósmej na scenie pojawili się muzycy. Nie potrzeba było wiele czasu, by impreza nabrała tempa, a krzesła dostały nakaz opuszczenia sali. W drugim secie na scenie pojawił się dobrze nam znany gość. Była to Dusia, po której pojawieniu się przy mikrofonie dało się posłyszeć od osób bliżej z nami niezwiązanych pozytywne wspomnienia jej występu przed dwoma laty. Marka się buduje. Tegoroczny występ z pewnością ją wzmocnił. Jako że w naszym gronie jest już ona niepodważalna, przez większą część trzeciego seta byliśmy licznie zgromadzeni na górze, gdzie Dusia dawała bisy. W okolicach północy w sali głównej włączone zostało światło (samemu koncertowi towarzyszyły tylko świece), co było jasnym znakiem, że czas by przejść do grania bezprądowego. To nocne posiedzenie należy zaliczyć do nad wyraz udanych. Były utwory sprzed ponad wieku, jak i najnowsze hity. Mieliśmy też niepowtarzalną okazję posłuchać śpiewu Xyla. Dzięki Zongowi, członkowi blisko z nami przy okazji orlowych wyjazdów związanej grupy ex-czternastkowiczów, zostaliśmy wzbogaceni (łamane przez spaczeni) wiedzą na temat wątku Gwiezdnych Wojen w twórczości Wolnej Grupy Bukowina. Jakby tego było mało, dokonaliśmy epokowego wykonania Every Breath You Take, odśpiewując calutki tekst. Impreza zakończyła się niedługo po czwartej nad ranem – jedną z ostatnich pieśni był rzecz jasna Czarny Blues. Choć po nim znalazła się jeszcze chwilka na pieśni adekwatne do dnia, który powoli nastawał.

Po niegodnych większej uwagi zdarzeniach nocnych nadszedł poranek, czyli czas pokrzepiającego posiłku i opuszczenia Orla. W działaniach tych nie brali udziału Jasiu z Marysią, którzy jeszcze przed zakończeniem niedzielnego koncertu musieli niestety wyruszyć w drogę powrotną. Xyl zaś, z racji swojej niedyspozycji, poprzestał na śniadaniu i do Wrocławia wrócił samochodem. Poranna strawa nietypowo dokonała się przy stole po prawej stronie, od wyjścia z sali nocnego spoczynku patrząc. Nie zanotowano jednak wpływu tej zmiany na jakość i sytość posiłku. Najadłszy się i spakowawszy tobołki, wyszliśmy przed schronisko. Tam rozpoczęły się przygotowania do pląsów, których charakteru nie ryzykuję publicznie ujawniać, lecz szczęśliwie zostały one przerwane zawezwaniem do uderzenia w szlak. Tradycyjnie skierowaliśmy swoje kroki ku nieczynnemu kamieniołomowi Stanisław. Tak jak w poprzednich dniach, z nieba nieśmiało sączył się delikatny opad. Krople szybko zmieniły się w drobinki śniegu, które powoli pokrywały cieniutką warstwą izerskie lasy. Wilgoć twardo trzymała się też w powietrzu, przez co po dotarciu do szczątków kopalni mogliśmy podziwiać jedynie zbocza Karkonoszy – szczyty sięgały chmur. Jako że chcieliśmy poprawić nie najlepszą ostatnimi czasy skuteczność w zdążaniu na pociąg gdy celem naszym jest ten wcześniejszy, poskąpiliśmy sobie tradycyjnego konkursu rzucania kamieniami. Tylko chwilę zabawiliśmy także na Wysokim Kamieniu. Następnie chyżo zeszliśmy do Szklarskiej Poręby, gdzie byliśmy całe pół godziny przed odjazdem naszego wehikułu! Niektórzy z nas podłechtani sukcesem skierowali się ku pobliskim punktom handlowym, gdzie nabyli różnorakie wiktuały.

Choć autobus jest umiarkowanie dobrym miejscem do rozrywek w większych podgrupach, fani mafii spędzili ten czas na owej. Z racji tego, iż wszystkie gitary wracały do Wrocławia innym sposobem, także w pociągu do którego zasiedliśmy w Jeleniej Górze większość grupy pochłonęło zabijanie. I to jak najszybsze.

O ile jest to moja pierwsza relacja z Orla i przywołanie narzekań Adama sprzed dwóch lat mogło być nieco naciągane, to w przypadku zakończenia sprawa jest bezapelacyjnie trudna. No bo po raz kolejny trzeba napisać, że stanęliśmy w okręgu, Szef podziękował, odśpiewaliśmy refren Pożegnalnego Tonu, wyściskaliśmy sobie dłonie i nie tylko, i w końcu rozeszliśmy się. Ale cóż innego mogłoby się pojawić na koniec. Wszak tak było.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk