a

Wójtówka 06-08 XII 2013

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Michał Żłobicki
  • Ania Zaleska
  • Paweł Kazimierczyk
  • Karolina Stefańska
  • Ania Gerus
  • Asia Tryba
  • Piotr Sterc
  • Grzesiek Ciesielski
  • Sylwia Bednarska
  • Marta Markowicz
  • Krzysiek Bednarek
  • Bartek Pruchnik
  • Ania Biadasiewicz
  • Piotr Maślankowski
  • Jan Mazur
  • Kacper Dąbek
  • Ewa Mańkowska
  • Ola Kwaśniewska
  • Kacper Kulczak
  • Ala Kołodziejska
  • Marta Witkowska
  • Dawid Chmiel
  • Andrzej Biler
  • Bogusia Gasiewicz
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Lądek-Zdrój
Wójtówka
Borówkowa
Wójtówka
Lądek-Zdrój
Zobacz zdjęcia z wyjazdu
Autor: Paweł

Wyjazdy do IrChatki Moniki na Chłopskiej Kopie w Wójtówce zawsze pozostawiają po sobie wiele wspaniałych wspomnień. Takie są przynajmniej moje odczucia, toteż w dniu wyjazdu pomimo takich przeciwności losu jak odwołanie porannego wykładu, na który musiałem wstać nieomal bladym świtem oraz zajęć popołudniowych, które ja zrobiłem awansem w środę, a nawet brak rzodkieweczki w sklepie popularnej sieci dyskontów sygnowanych symbolem pstrokatego owada, do którego udałem się w celu zrobienia przedwyjazdowych zakupów, nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Bowiem dzień wyjazdu w góry z Trójkowym Klubem Turystycznym to dobry dzień.

Dodatkową atrakcją związaną ze zbliżającą się niechybnie jedenastą miziowycieczką do Chatki był orkan o imieniu Ksawery, który od kilku dni zajmował poczesne miejsce w dysputach o sprawach bieżących w naszym kraju. Jednym z wyznaczników jego siły były pokaźne utrudnienia na szlakach dróg żelaznych, nie wyłączając z tego linii kolejowej nr 276 Wrocław Główny – Lichkov. Tematyka ta była więc także pierwszym zagadnieniem, które zostało poruszone, gdy po dotarciu do dość zatłoczonego z okazji wyżej wymienionych przyczyn holu Dworca Głównego odnalazłem Olę i Ewę, które tak jak i ja przybyły na miejsce zbiórki ze sporym zapasem czasowym. Nasza grupa, rozrastając się w swojej liczebności, jęła pęcznieć od opinii na temat bieżącej sytuacji. Jednak jako że bariera komunikacyjna zdawała się być nieaktualną, konstatacje tych rozważań były entuzjastyczne. Mocnego słowa podbudowującego nie pożałował nam sam pan Irek, który przy okazji uczestnictwa w wyjeździe jego córki Bogusi pojawił się na miejscu zbiórki, z radością żegnając nas przed drogą do swojej posiadłości. Kilka minut przed planowanym odjazdem udaliśmy się więc na peron czwarty w nadziei na to, że choćby w ostatniej chwili zdążą do nas dołączyć Asia i Ala oraz rzeczy Marty. Pośpiech, z jakim dwie wyżej wymienione niewiasty oraz rodzicielka tej trzeciej podążały ku dworcowi okazał się umiarkowanie uzasadniony. Pokłosiem niedrożności linii kolejowej wiodącej ze stolicy Śląska na południe był brak składu, który miał przyjechać z południa pewien czas wcześniej i obsłużyć nasz kurs. Z uzyskanych od znajdujących się na peronie pracowników kolei informacji wynikało, że czas oczekiwania może wynieść około godziny. Wobec tego skierowaliśmy swoje kroki ku stanowiskom Wrocławskich Targów Dobrej Książki.

Podjęcie uczestnictwa w tym wydarzeniu kulturalnym przyniosło kilka bardzo miłych doświadczeń ze spotkaniem Marceli, która tym razem się do Wójtówki nie wybierała, na czele. Ponadto była to okazja, by przejść się po niedostępnych na co dzień zakątkach Dworca Głównego wśród ciepła sztucznego ogrzewania i blasku prawdziwej literatury. Gdy przy jednym ze stoisk zostałem już niemal przekonany do nabycia kilku pozycji mających przybliżyć mi jeden z nurtów hinduizmu, w mej kieszeni rozbrzmiał dźwięk telefonu. Okazało się, że nasz pociąg został zapowiedziany na zaraz. Wobec tego czem prędzej pochwyciliśmy swoje tobołki i pognaliśmy ku peronowi. Zgromadziliśmy się tam, nadrobiwszy w tak zwanym międzyczasie braki kadrowe i rzeczowe napomknięte kilka wersów temu i wytężyliśmy wzrok w poszukiwaniu pociągu. Interesujący nas bodziec odebraliśmy jednak zmysłem słuchu: opóźnienie zamiast ogłoszonych przed chwilą 30 minut wynosiło już 40. Byliśmy bezradni, toteż pozostawało jedynie wznieść wzrok ku niebiosom. Te były jednak zasłonięte szklanym sklepieniem hali peronowej. A w nim byliśmy my. Zaraz po pierwszych zachwytach nad doskonale przecież znanym zjawiskiem Myśliwy wysunął ideę, którą bezzwłocznie wcieliliśmy w życie. Otaczający nas zniecierpliwieni podróżni mogli być nieco skonfundowani widokiem rozradowanej grupy młodzieży z zadartymi głowami, ale my byliśmy o zdjęcie odbicia nas ustawionych w napis TKT do przodu. A chwilę później jeszcze w serduszko. Zaraz po powrocie do rozmów mój wzrok ponownie mimowolnie skierował się ku górze. I wtedy ujrzałem absolut. Naturalnie i samoistnie ustawiliśmy się w symbol nieskończoności. Po uwiecznieniu tego faktu rozwarliśmy nieco szereg, formułując się w alfę. A planowe opóźnienie pociągu wciąż rosło.

Po serii komunikatów budzących emocje po usłyszeniu nazwy Międzylesie i studzących je resztą informacji nastąpił przełom. Pociąg zaraz przyjedzie. A potem ruszy z powrotem. Mimo nie najlepszej pozycji startowej dość sprawnie udało się nam zająć miejsce w przedziale dla pasażerów z większym bagażem. Nie zwracając w pierwszej chwili uwagi na to, że wobec zmiany zwrotu jazdy pociągu lada moment będzie on przedziałem konduktorskim. Nie miało to jednak większego znaczenia, gdyż szybko, wraz z innymi podróżnymi, zostaliśmy wyproszeni ze składu. A w środku było takie przyjemne ciepełko… Były jednak pewne plusy tej sytuacji. Staliśmy tuż przy krawędzi peronowej gotowi do błyskawicznego szturmu.

Od planowego odjazdu minęła już godzina. Pozostawało więc już tylko kilka minut do czasu, w którym z dworca wyruszyć miała Marianna Orańska – pociąg do Bystrzycy Kłodzkiej, który także był satysfakcjonującym nas połączeniem. I nie było zbytnim zaskoczeniem, że informacja dworcowa zarzuciła tematykę poprzedniego pociągu, zaś zapowiedziany został wjazd na peron wyżej rzeczonego. Szczęśliwie na nasz peron. Nieszczęśliwie na przeciwległy tor. Czyli znowu byliśmy na tyłach. Jednak sam fakt pojawienia się składu i wpakowanie się do niego, pomimo rozdrobnienia grupy, usatysfakcjonował nas. Tuż po osiemnastej, to jest z mojego punktu widzenia patrząc nieomal dwie godziny po dotarciu na dworzec, wyjechaliśmy. Przez pierwsze kilkadziesiąt minut podróży toczyliśmy się dość ślamazarnie, jednak z czasem rozpędzaliśmy się coraz bardziej. W połączeniu ze zmniejszaniem się liczby pasażerów, generującym nawet miejsca siedzące, mogliśmy już wpaść w zachwyt. Ba, jakby tego było mało, za oknem dało się zauważyć połacie śniegu – obowiązkowego elementu wyjazdu do Chatki.

Odbiło im (fot. Myśliwy)

Opuściwszy pociąg na stacji Kłodzko Miasto, ustawiliśmy okrąg powitalny. Grupa była dość młoda. Jako jedyny absolwent, i to już z pewnym stażem w tej grupie, byłem już nie tyle emerytem, co dinozaurem. Kolejnym etapem podróży był przejazd do Lądka. Tym razem, miast z busów pana Andrzeja, skorzystaliśmy z usług pana Blicharskiego, to jest wehikułu dwukrotnie przewyższającego swoją pojemnością naszą grupę. Zostaliśmy podstawieni pod lądecki market Dino. Tam dokonaliśmy zakupów, zaś Szczęsny, który tym razem już z Wrocławia jechał z nami, wykorzystał wolną chwilę na wpadnięcie do domu. Tuż przed dwudziestą drugą, spakowawszy nabyte dobra, podjęliśmy wędrówkę. Aura zawiodła nas na całej linii. Liczyliśmy na te wspaniałe uczucia, gdy w twarz uderzy wiatr, łamane gałęzie będą fruwały nad naszymi głowami, zerwane linie wysokiego napięcia zaplączą się pod naszymi nogami i staną w oczach łzy, ale rzeczywistość miała inne plany na wieczór. Zagrożenie Ksawerym okazało się podsyconą przez media nadinterpretacją faktycznych warunków meteorologicznych. A może była to wielka mistyfikacja, mająca na celu sprowokowanie podróżnych do odwiedzenia Targów Dobrej Książki? Z drugiej strony, niebo było pochmurne i jedynie krótkimi momentami mogliśmy podziwiać urocze piegi nieskończonego nieboskłonu. Około jedenastej wieczorem ujrzeliśmy Chatkę. Jak zawsze prezentowała się przezacnie. Szef otworzył, zmieniliśmy obuwie i weszliśmy.

A teraz wątek osobisty. Tak się bowiem złożyło, że dzień rozpoczęcia naszego wyjazdu był dokładnie piątą rocznicą mojej pierwszej miziowycieczki. Celowo użyłem tego sformułowania – były to czasy, kiedy nazwa Trójkowy Klub Turystyczny jeszcze nie obowiązywała. Nikt jeszcze nie myślał o koszulkach weterańskich, choć był to już czternasty wyjazd górski zorganizowany przez Szefa (którego nikt jeszcze w ten sposób nie nazywał) i być może w myśl panujących obecnie zasad komuś już się należała. Nawet kubki z wiewiórką, które dla większości z obecnych członków TKT są pradawną legendą, były niepowstałym jeszcze pomysłem. Prof nie miał w zwyczaju, jak to określił tuż przed dojściem do Chatki, zawsze podchodzić do niej od strony ścieżki krajoznawczej Lądek-Borówkowa, przez co ja pierwszy raz ujrzałem ją od tyłu. To były takie dawne czasy, że nawet Ala z Pająkiem, którzy także poznali Chatkę przed pięcioma laty, nie byli jeszcze razem. Paleolit. Wówczas byłem najmłodszym spośród ośmioosobowego grona chatkowiczów. A niektórzy spośród uczestników opisywanej w tym tekście wycieczki uczyli się w szkole skracać ułamki. Wtedy, w 2008 roku, błyskawicznie poznałem czar Chatki, gdy zostawszy na nieco ponad godzinkę sam, coby popilnować ognia, ukojony magią miejsca zdrzemnąłem się przy piecu, leżąc na skórach i zaniedbując powierzone mi zadanie. A teraz to nawet czasem inni się mnie słuchają, jak coś zaordynuję. Takie rzeczy.

Sytuacja materialna w Chatce była nie najgorsza. Świec nie brakowało. W piecu o ogień też nie było trudno, choć historia zna daleko lepsze stany zasobów drewna. Strumyk sączył się w sile na poziomie ludzkich możliwości, także w tej sferze też nie było zagrożenia poważnym kryzysem. Choć również bywało lepiej. A i śniegu zdarzało się być więcej, aczkolwiek odśnieżyć trzeba było, za co szybko zabrali się Myśliwy z Andrzejem. Wewnątrz już powstawała herbata, na którą oczekiwanie odbywało się w boleści patrzenia na pokrojone już ciasto Zalesi. Z racji licznego grona chatkowych debiutantów trzeba było wyjaśnić kilka rzeczy – konieczność pozostawienia butów w przedsionku, zlokalizowanie lodówki tamże, stan infrastruktury sanitarnej, nakaz zaniesienia plecaków na pięterko (z czego kilkoro oszustów, z niżej podpisanym na czele, wyłamało się) oraz zasadę, o której egzekwowanie dbali niemal wszyscy powtarzającym się co chwila gromkim „Drzwi!”. Doczekawszy się herbaty, którą rozlewał nazwany przeze mnie rok temu Chatkowym Mistrzem Herbaciarstwa Szczęsny, przedsięwzięliśmy w końcu upajanie się wypiekiem Zalesi. Jako że na stole pojawiło się także niemało innych wiktuałów przywiezionych z Wrocławia, odbyta nieco po pierwszej wieczorem kolacja cieszyła się małą popularnością, mimo że na stole pojawił się przysmak nad przysmaki (choć pod ciasto Zalesi oczywiście) – paprykarz szczeciński. Posiłek zamknął się tym, że Szczęsny z Myśliwym wzięli po razie, ja z Kacprem zrobiliśmy połówkę i już można było sprzątać. Podczas strawy w najlepsze trwała już część artystyczna. Dobiegła ona kresu około godziny czwartej. Wiele osób, doświadczonych pobytem w zeszłych latach bądź uświadomionych przez osoby trzecie, wybrała za miejsce spoczynku główną izbę. W tym gronie nie zabrakło i mnie. Zaścieliwszy sobie na ławeczce dorzuciłem do pieca, aby rozgrzewający mury Chatki ogień nie ugasł zbyt rychło, dla równowagi zdmuchnąłem świeczki i oddałem się błogiemu spoczynkowi.

Sobotę zaczęliśmy około godziny dziesiątej. Jak to bywa rankiem, trzeba było poświęcić chwilkę na higienę. Nie potrzeba było wielu argumentów, by niektórzy przekonali się, że nurkowanie w śniegu z nagim torsem jest doskonałą metodą na spełnienie owego obowiązku. Po tym nastąpiło śniadanie, podczas którego tradycyjnie dużą popularność zyskały tosty. A po posiłku myk myk i już zaledwie kilka godzin po wstaniu z materaców uderzyliśmy w szlak. Na Borówkową rzecz jasna. Pierwszym godnym uwagi punktem na trasie była polana na terenie nieistniejącej już wsi Wrzosówka. Tam Szef wyjaśnił genezę obecnego stanu owej, a także oględnie opowiedział o widocznej z miejsca postoju panoramie Jeseników i Gór Rychlebskich. Następnie pobawiliśmy się w Wilhelma Tella. Z braku surowców jabłko musieliśmy zastąpić kulką śniegu, bełty kulkami śniegu, rynek w Altdorfie polem śniegu. Pełnienie roli 6-letniego niewinnego chłopca przez bałwana, czy też inną bryłę śniegową byłoby już nudne, więc celowaliśmy do, pardon, tuż ponad Myśliwego. Obaliwszy z jego głowy co trzeba, ruszyliśmy dalej ścieżką krajoznawczą ku szczytowi. Biały puch, choć uczciwą warstwą pokrył Góry Złote, nie utrudniał poruszania się, więc bez większych problemów dotarliśmy do miejsca spotkań polskiej i czechosłowackiej opozycji w latach 80-tych. Atmosfera partyzancka udzieliła się Bogusi, Jasiowi i Szczęsnemu, którzy przyssawszy się do muru wieży próbowali dostać się do wejścia w sposób niezauważony dla obrońców. Z tym, że tych nie było. Szczęśliwie reszta grupy zadbała o odpowiednie emocje regularnym ostrzałem artyleryjskim ze śnieżek.

,
Czesław podczas porannej kąpieli. Niby higiena, ale w sumie można też położyć się na chwilę, dospać po krótkiej nocy (fot. Sylwia)
Klasyczna poranna toaleta (fot. Sylwia x 2)

Przy okazji ostatnich chwil na szlaku zebraliśmy co nieco drewna na poczet narąbania się. Z racji zbliżającego się zmierzchu zasadniczą część tego procederu przeniesiono na niedzielne przedpołudnie, aczkolwiek zapał do pracy sprawił, że do koniecznych na ten moment zadań przedwstępnych kolejka była niekrótka. Wewnątrz atmosfera rozluźniła się. Niegrzeczne dzieci bawiły się ogniem, zdeprawowane jęły grać w karty, zaś bezwstydne zaczęły się uczyć. Sytuacja ta musiała jednak ustąpić miejsca sprawie fundamentalnej – obiadowi. A tym, podobnie jak rok temu, miały być pierogi. Pieczę nad procesem sprawowała oczywiście Młoda, choć wśród licznego grona pomagierek i pomagierów znalazł się człowiek, a uściślając Andrzej, który usilnie próbował wybić się ponad zwykłego asystenta i dobrać do kluczowej fazy procesu produkcji, to jest miętoszenia ciasta. A przecież można wykazać się w inny sposób, co doskonale pokazała Bogusia, której koncepcja uczyniła z naszego obiadu danie godne restauracji ze starówek największych metropolii świata. Do farszu dodano paprykarza. Wyprzedziliśmy epokę.

Przy okazji powstawania posiłku rozpoczął się etap wokalno-instrumentalny. Oprócz tradycyjnej gitarki, zwyczajowego kazoo, pojawiających się już onegdaj pałeczek wraz z mniej lub bardziej profesjonalnymi odbiorcami ich uderzeń, znalazło się miejsce dla grzechoczącej puszki, której obsługą zajął się Szczęsny. Śpiew sączył się z naszych ust, dźwięki docierały do naszych uszu, a wosk lał się do oczu Owieczki. Choć od Andrzejek już tydzień. Rozpoczęcie muzykowania niedługo po zmroku sprawiło, że repertuar kurczył się równie szybko, jak znikały pierogi. I takoż analogicznie się zaciął, gdy prędkość produkcji mocno spadła. Charakterystyczny rytm największego przeboju Bobby’ego McFerrina zaprzyjaźnił się z nami na dobrą godzinkę. Tylko słów nikt za bardzo nie pamiętał. Ale taki problem, to nie problem. Stworzyliśmy, z akcentem na Szefa, Myśliwego i Olę, kilkadziesiąt zwrotek traktujących o naszej chatkowej rzeczywistości. Klamrą tematyczną całego utworu były rzecz jasna pierogi od których wszystko się zaczęło, a których skończeniem spożycia Szef warunkował zakończenie tego stworzonego na żywo dzieła. Nadejście tego momentu spotkało się raczej z ulgą. Od pewnego czasu można się już było co najwyżej pocieszać niewyśpiewanym chyba ani razu oryginalnym refrenem.

Mimo tego kilkudziesięciominutowego przerywnika kompozycją spoza naszego repertuaru, w końcu doszło do tego, że po przekartkowaniu strona po stronie całego zalesiowego śpiewnika okazało się, że nie ma już co śpiewać – jednakowoż było to też uwarunkowane późną godziną i stanem naszych głosów, który to nie pozwalał na podjęcie się niektórych wyzwań. Wykończeniu zasobu piosenek towarzyszyło wykańczanie Woody’ego. Nie pokochał on bowiem delikatnej nuty kazoo, podczas gdy próby grania na tym instrumencie cieszyły się dużą popularnością pośród chatkowej gawiedzi. Po odstawieniu gitarki przyszedł jeszcze czas na kilka utworów wykonanych a capella, po czym powoli skierowaliśmy swoje myśli na sen. Zaraz po czwartej, bez towarzystwa, co warte odnotowania, Czarnego Bluesa, skończył się dzień drugi.

Czas niedzielnej pobudki przypadł na okolice dziesiątej, kiedy to Szef, niczym prawdziwy kontrabasista, znalazł swój dźwięk i raczył nas nim przez kilka minut. A było to skrzypnięcie jednej z desek podłogi na pięterku. Nie wszyscy potrzebowali tak drastycznej metody, by wstać. Ania z Młodą na przykład już dawno były na nogach. Te dwie dobroduszne niewiasty nieomal bezszelestnie przygotowały śniadanie, podczas gdy większość z nas smacznie (choć z pewnością z nie aż takim smakiem, z jakim ów posiłek później skonsumowała) spała. Po porannej toalecie (wytarzaniu się w śniegu) i strawie przyszedł czas na prace porządkowe. Do zmywania, w oparciu o liczne argumenty, oddelegowani zostali Maślana z Woody’m. Załogę G stworzyła tradycyjnie najmłodsza część męskiego kwiatu Trójkowego Klubu Turystycznego, to jest Andrzej, Krzysiu, Piotrek i Grzesiu. Pozostali, mniej lub bardziej zdecydowanie, zaciągnęli się do grupy drwalskiej bądź sprzątającej wnętrze. Tak więc za Chatką piły rżnęły, drwa pękały, a wióry latały. Za wychodkiem łopaty pracowały, ziemia pękała i smród się niósł. A w zlewie płyn się pienił, płyn się pienił i płyn się pienił. W kontekście wspomnień różnych stanów środków do mycia naczyń zastawanych onegdaj w Chatce, widok nieomal pełnej butelki ekstrakoncentratu mógł zaimponować. Woody aplikując go widział w nim niestety zwykły płyn do mycia naczyń. Przynajmniej porządnie sobie ręce umył. Choć z czasem nie było już w co ich wytrzeć. Na sam koniec tradycyjnie pozostało sprzątanie głównej izby (pięterko już lśniło). Ogólna opieszałość w eksterminowaniu swojego mienia na zewnątrz spowodowała, że ten etap dość mocno wyślizgnął się z koncepcji równoległości prac. Przy okazji tych działań powstał rzecz jasna punkt rzeczy znalezionych. W oparciu o ciężką analizę marketingową został on przemianowany na kącik rzeczy znalezionych, lecz mimo to każda kolejna osoba pytała się „a gdzie on jest?”. No w kąciku.

Kuchnia lśni, podłoga zamieciona, drewno się suszy, okiennice wstawione i drzwi zakluczone. Można iść. Drogą dobrze już znaną, to jest przez Lutynię i Geovitę. Aby tradycji stało się zadość, doszliśmy do Zdroju, by skorzystać z delicji oferowanych przez kawiarenkę Toch. Niestety przykre doświadczenia z lat poprzednich powtórzyły się. „Stary” Toch był czasowo zamknięty, zaś w tym przy basenie zasób dóbr był niegodny tej marki. Za to w pobliskich Albrechtshalle ciastek było, jak to oględnie oszacował Woody zachęcając nas do wejścia tam, milion. Z racji niewielkiej ilości wolnego czasu, zakupu dokonaliśmy na wynos. Za konsumpcję wzięliśmy się już w autobusie Blicharskiego. Na siebie wziąłem odpowiedzialność wyciągnięcia pierwszego kawałka ze sformowanego z czterech różnych rodzajów torcików, tortu. Po kilkudziesięciosekundowej walce poległem, lecz na swoje usprawiedliwienie dodam, że wypieki były nacięte tylko na wierzchu i właściwie grzebałem w litym kawałku. Mimo wszystko smak był urzekający, zaś pozycja Tocha zachwiała się w posadach.

Na główny dworzec w Kłodzku dotarliśmy z wyprzedzeniem wystarczającym na spokojną chwilę odpoczynku, a jednocześnie zbyt krótkim, by coś się działo. Choć po zajęciu miejsca w przedziale dla podróżnych z większym bagażem podstawionego już pociągu, Zalesi udało się zmobilizować część grupy do wyjścia na chłód peronu i zagrać w tę grę z długą nazwą na „b” określaną jednak zwyczajowo w inny sposób. Tuż przed ruszeniem naszego trójczłonu zabawa przeniosła się do przedsionka, lecz nie minęło wiele czasu, a wszyscy uczestnicy wyjazdu, a także Dzięcioł, który znienacka pojawił się w naszym gronie, zgromadzili się w jednym miejscu i jęli uprawiać sztukę.

Po dotarciu na dworzec i opuszczeniu składu ustawiliśmy się w okrąg. Szef powiedział tyle, na ile pozwoliło mu na to jego gardło – czyli niewiele. Odśpiewaliśmy piosenkę o pożegnaniach, przeszliśmy od słów do czynów i rozpierzchnęliśmy się na cztery strony świata.

W kalendarzu czas na przerwę świąteczną. Po rekordowej pod względem liczby wyjazdów jesieni przyszedł czas na chwilę ani trochę chcianego odpoczynku. Kolejny wyjazd TKT w lutym. Ponownie w okolice granicy, ale dla odmiany polsko-litewskiej. A w tak zwanym międzyczasie kolejne, tym razem stacjonarne, wydarzenie. Pierwsza w historii wigilia Trójkowego Klubu Turystycznego. Takie rzeczy.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk