a

Suwalszczyzna 16-23 II 2014

Zimowisko

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Michał Żłobicki
  • Ania Zaleska
  • Paweł Jacyk
  • Grzesiek Smoła
  • Wojtek Olszewski
  • Michał Martusewicz
  • Miłosz Staniszewski
  • Ania Gerus
  • Asia Tryba
  • Karolina Stefańska
  • Jadzia Mercik
  • Krzysiek Klęczek
  • Mikołaj Dukiel
  • Piotr Sterc
  • Sylwia Bednarska
  • Iza Bożek
  • Maciek Hedloff
  • Krzysiek Bednarek
  • Zuzia Baran
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Kacper Kulczak
  • Marysia Chorowska
  • Mateusz Antoniuk
  • Kinga Staniszewska
  • Paulina Pióro
  • Piotr Maślankowski
  • Jan Mazur
  • Ewa Mańkowska
  • Tomek Czyżycki
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Autor: Myśliwy

Biegówki a zimowisko to niełatwy temat. Na pierwszych wyjazdach do Chatki były. Potem trochę pod górkę. Na pierwszą Suwalszczyznę już prawie je wzięto – a śniegu było pod dostatkiem. Do Międzygórza zatem już wzięliśmy – i drugiego/trzeciego dnia złapała nas odwilż. Nie chcieliśmy się jednak zniechęcać, gdy zbliżało się drugie Miziowisko w Sidorach. Decyzja biegówkowa zmieniała się dwukrotnie, aż w końcu stanęło na tym, że kto chce, niech bierze i targa przez całą Polskę. No i wzięliśmy i targaliśmy. A potem z powrotem. W międzyczasie bardzo o nie dbaliśmy, nie wyciągając ich na wierzch. Tegoroczne Suwałki, miesiąc późniejsze niż poprzednie, zaoferowały nam błotniste przedwiośnie. Ale było bardzo ładnie!

Wyruszaliśmy w nocy z soboty na niedzielę. Przesiadaliśmy się w stolicy, był więc czas na zjedzenie czegoś tam, gdzie tylko było otwarte (w okolicach Centralnej natrafiliśmy na trzy McDonalds’y). Łapaliśmy też wielkomiejski brzask na tle Pałacu Kultury i Nauki. Wszystko pewnie trochę na przekór cichej, odludnej filozofii, która panuje u celu naszej podróży. W pociągu do Olsztyna z samego rana udzieliło się trochę mafii. Za oknem pojawiały się powoli podmokłe tereny a z przedziałów znikali ludzie. Wyciągnęliśmy gitary, leniwie pobrząkując, rozkładaliśmy się na kanapach i dosypialiśmy.

Pierwszego dnia, po zakwaterowaniu i skonstatowaniu faktu, że syn pana Grzegorza, Krzyś, przez te dwa lata nieźle urósł, udaliśmy się na krótki spacer do najbliższej atrakcji. Słynna Cisowa Góra, zwana suwalską Fudżijamą, sięga 256 m n.p.m. i góruje nad okolicą. Zaczęło się przekraczanie każdego możliwego strumienia i nadaktywność w obieraniu skrótów. Nie jest to trudne, gdy wszystko wkoło widać jak na dłoni.

Kiedy dotarliśmy na zbocza góry, co rozważniejsi nie pobiegli natychmiast na jej czubek, lecz kontemplowali trud wędrówki. Razem z Jankiem podnosiliśmy każdy okoliczny kamień w poszukiwaniu geoskrzynki. No właśnie, wtedy po raz pierwszy splotły się ścieżki naszej wiewiórczej organizacji i chwalebnego procederu poszukiwania skarbów. Niestety, ta pierwsza próba pod Cisową nie powiodła się, podobnie jak sama działalność TKT w dziedzinie geocachingu ostatecznie nie przetrwała próby czasu. Na szczycie natomiast, już o zmroku, powiodła się ceremonia weterańska, której bohaterami zostali Ewa, Janek i Maślana.

Z racji ciemności obraliśmy dłuższą drogę powrotną, która wiodła asfaltem. Tak przyszliśmy na pierwszy obiad. Obiad tak wspaniały, że słuchaliśmy przy nim Mazurka Dąbrowskiego. Nasz posiłek zbiegł się bowiem w czasie z ceremonią medalową panczenisty Zbigniewa Bródki, który dzień wcześniej na ZIO w Soczi zdobył złoto w biegu na 1500m. Ale nie był to przypadek. Kuchnia w Sidorach przywołuje najpiękniejsze wspomnienia… Dużo, przesmacznie i nierzadko regionalnie. Kto dotychczas lubił ziemniaki, ten musiał je pokochać.

Po obiedzie wyjęliśmy sprzęt i zaczęliśmy grać. Była mowa o jakichś instrumentach perkusyjnych, bębnach, kołatkach i grzechotkach. Ale póki ich nie dostaliśmy, stworzyliśmy własną sekcję rytmiczną. Kaszleliśmy do Sweet Home Alabama i Stayin` alive. Głupi pomysł, jak się okazało. By dla odmiany trochę pogłówkować, przysiedliśmy do kotylionów, które miały wyznaczyć grupy na dyżury śniadaniowe. Nie było łatwiej niż w Gigancie. Dowiedziałem się, czym jest ekler i co to jest zamek w hokeju. Na koniec dnia wyciągnęliśmy Dobble. Grzesiu dołączył do gry po długiej drzemce, na którą udał się, swoim zwyczajem, tam gdzie siedział.

Drugiego dnia – dyżur ekipy Zamek, do której należał m.in. wspomniany ekler, hokej i krenelaż. Skromne śniadanko no i spacer – na północny zachód i wzdłuż jeziora Szelment Wielki. Słońce świeciło tak pięknie, że aż popełniliśmy parę gejowskich pląsów. Chłonęliśmy piękno przyrody na drewnianym mostku na brzegu Szelmentu, mając w pamięci słynne zdjęcie sprzed dwóch lat. Nie, akurat nie to z wymownymi pozami. Podczas powrotu obczajaliśmy dalej geoskrzynki oraz hobbickie norki, których poza Shire się nie spodziewaliśmy; okoliczne tereny były zresztą nawet spokojniejsze od tej krainy. Głupstw też nie zabrakło. Gdy dziś na wycieczce słyszy się odliczanie do dziesięciu, można być spokojnym, że to tylko gra w Kontakt. Całkiem mądra. Ale na Zimowisku 2014 z jakiegoś powodu królowała gra w syfa. Przez cały tydzień. Nie będę ukrywał – też się w nią wtedy bawiłem. Ale do Szefa wiedzieliśmy, żeby nie podchodzić.

Po obiedzie rozeszliśmy się do planszówek i – teoretycznie – do Kiełbasy. Wśród gier znalazły się Dobble, Jungle Speed i Kolejka, ale debiutowały również I know oraz Świat Dyskografii, autorska gra sprezentowana trzy miesiące wcześniej Miłoszowi. Dzień zakończyło oglądanie kolejnej konkurencji z Soczi – skoków drużynowych. Teraz, gdy piszę tę słowa, ekipa naszych skoczków zdobyła Mistrzostwo Świata i Puchar Świata. Ale wtedy było jeszcze jak było i nawet cudowne podwójne złoto Kamila Stocha nie zaprowadziło naszej reprezentacji na podium.

Nie było salonu gier, ale jedna półka się znalazła (fot. Grzesiu)
Pląsy na środku drogi (fot. Grzesiu)

Trzeciego dnia parę osób (chwała im) wstało wcześnie rano, by dzięki uprzejmości gospodarzy przygotować ciasto na 18. urodziny Marchewy. Pewną trudnością było potem ukrywanie się przed Marchewą, który wpadł na ten sam pomysł. Na śniadanie natomiast był Wstyd – choć tylko w ramach kotylionów, bo w menu na eleganckości znalazły się serki, ogórki i cebula. Tymczasem Szef wygrał z ojcem zakład, ilu zimowiskowiczów słodzi herbatę. Jednak pięć lat niegdysiejszych ciężkich studiów matematycznych robi swoje. Nie żeby prof. Ojciec nie studiował, ale w końcu nie o to chodzi w tym powiedzeniu…

Dziś w planie jezioro Hańcza, najgłębsze (ok. 108m) w Polsce. Czego raczej nie da się poznać, stojąc na brzegu, a zupełnie nie da się poznać, gdy jest skute lodem. Ale ten wniosek wyciągnąłem dopiero rok później, bo tyle zajęło nam dotarcie na jego brzeg. Zamiast tego w Smolnikach podjęliśmy decyzję o obraniu przeciwnego kierunku, w stronę kuszących wioseczek Lizdejek i Wierzbiszek. W smolnickim sklepie zakupiony również został kokos (bo czemu nie), chałka i mleko oraz podpiwek Jędrzej. Na pobliskim punkcie widokowym Zalesia odnalazła także kolejną geoskrzynkę. Zostawiliśmy w niej kupon rabatowy do International House.

A już niedługo czekało nas pytanie, od którego zależeć miały nasze dalsze losy. Prof. Ojciec stanął w poprzek drogi (no, wąskiej ścieżki, nie musiał się zbytnio gimnastykować) i zapraszał do siebie kolejne osoby. Po oszczędnej, choć wcale niekrótkiej wymianie zdań mogły przejść. Nie ma co, trochę się baliśmy. Maślana do tego stopnia, że niezauważony (przez profesora) przemknął chyłkiem dziesięć metrów poniżej blokady. A dotyczyła ona świadomości naszej społeczności o tym, jak wygląda lądolód. Odpowiedzi generalnie profesora nie satysfakcjonowały; chyba tylko tym, że potwierdzały nasz brak o tym pojęcia. W każdym razie lądolód to na pewno nie jest taka ordynarna kupa lodu, która ślizga się (bądź co gorsza jedzie) po ziemi. To warto zapamiętać. A czym jest? Boję się nakłamać.

Przy jeziorku pograliśmy sobie w pif paf i gejowskie pląsy, tym razem w wersji bob bob bidibidi bob. Chociaż w sumie „przy jeziorku” to kiepskie sprecyzowanie. Ale tak już tutaj jest. Może na potrzeby relacji wypadałoby należycie odwoływać się do mapy i trasy… ale wtedy jeziorka (przynajmniej dla mnie) miały mniej szczegółowe znaczenie niż szczyty na zwykłych wycieczkach. Nie skupiałem się na ich nazwach. Niewiele było wypraw z okresu (po)licealnego, z których nie potrafię sam odtworzyć tras. Tam zwyczajnie zapominałem o mapie, wszędzie po prostu jeziora, pagórki, dolinki, lasy, pola, łąki, asfalt i nie-asfalt… Można łazić godzinami. I łaziliśmy, ba! Nawet zastanawialiśmy się, jak to jest, tak łazić bez celu, gdy jest się przyzwyczajonym do zdobywania szczytów. No, jak dla mnie zupełnie inaczej. Na przykład fizyczne zmęczenie dopada znienacka. Szczytami stają się rozdroża; podejściami przekraczanie strumieni. Skróty pozostają skrótami, ale tak jak mówiłem, wszystko jest jak na dłoni. Trzeba się przestawić na inne wrażenia. Ja się chyba skutecznie przestawiłem. I uznałem, że spacery po Suwalszczyźnie to taki debilizm drugiego stopnia: najpierw uskarżamy się, że musimy chodzić do góry, do góry, na dół, na dół… i nazywamy to debilizmem. A potem trafiamy tutaj i zderzamy się z zaprzeczeniem tej idei, co wydaje nam się wtedy jeszcze bardziej bezsensowne… Aż w końcu człowiek się w tym zakochuje. Fatalna sprawa.

Przy następnym jeziorku (a może tym samym) ustawiliśmy się w tę wymowną pozę. Było nas chyba dwa razy tyle co dwa lata wcześniej. Lód wydawał się solidny, i na szczęście był taki wszędzie tam, gdzie stawialiśmy nogi. Albo kładliśmy brzuchy. Bo od razu uaktywniła się jazda na brzuchu w dal oraz curling. Aż pokruszyliśmy wszystkie zakupione w sklepie ciastka.wa.

Na obiad były bliny, tradycyjne danie naszych praktycznie wszystkich północnych i wschodnich sąsiadów. Ulepszyliśmy nazwy symboli w Dobble; odtąd mówiliśmy zwrotem do adresata. „Słońce Ty moje”, „Ty bałwanie!”, „Całuj mnie” bądź „Kocham Cię”. Emocjonująca rozgrywka stała się również emocjonalna. Ale gdy zapadł zmrok, dopiero się zaczęło… Prof. Ojciec zaprosił Marchewę, jako pierwszego, na sesję pytań do Familiady. Ankietowany ledwo skończył, a dotarła do niego informacja, że coś niepokojącego dzieje się na zewnątrz. W progu wpadł na mnie, leżącego i broczącego krwią. Okazał się jednak sprytniejszy niż przewidywaliśmy, bo zanim zdążyłem wyjaśnić, co się stało, zniknął z powrotem w domu.

- Czekaj, Myśliwy, pójdę po światło! – krzyknął tylko.

Zaczekałem więc z wydawaniem ostatniego tchnienia, aż wrócił z latarką, i oznajmiłem wreszcie, że Leśną Dolinę zaatakowały krwiożercze stworzenia, zombibobry. Naszym drogim dziewczętom grozi okrutne niebezpieczeństwo. Marchewa pognał więc, żeby mężnie nieść pomoc Marysi, która gdzieś w odległych ciemnościach wydała z siebie krzyk tak przeraźliwy, że realnie się przestraszyłem. Naprawdę, do dziś, gdy próbuję go sobie przypomnieć, mówię sobie: Nie, on był jeszcze straszniejszy.

Zombibobry zaczaiły się z Marysią po drugiej stronie przydomowego stawiku. Marchewa przebiegł więc przez jego środek. Tego też nie przewidzieliśmy. Wobec tej determinacji potwory przemieniły się w wiewiórki ze wspomnianym parę akapitów wcześniej ciastem. Marchewa za swoje zasługi dostał kij z marchewką, pistolet na gumki i symulator wędkarstwa na komputer. Odśpiewaliśmy również laudację na melodię Yellow Submarine, którą tak często jubilat podśpiewywał w towarzystwie. Marchwiu, Marchwiu – to gites koleś jest!

Skoro Marchewa przetrwał drogę na przełaj przez jezioro, co odważniejsi przeszli tamtędy również w drodze powrotnej. Całe szczęście Marchewa nie musiał już nikogo ratować. Co nie zmienia faktu, że Janek i tak otarł się wcześniej o niebezpieczeństwo; z ciemności wyskoczył na niego pies (na szczęście zamknięty w kojcu), a on sam niemal spadł ze schodów do jakiejś piwniczki. Zanotowałem w zapiskach hasło: Mazur i jego wypadki. Jakże adekwatne pół roku później w Czystogarbie…

Przeuroczy Szelment Wielki (fot. Grzesiu)
Szlak wytyczony samodzielnie cieszy najbardziej (fot. Grzesiu
Nie trzymajcie rytmu, bo się zawali (fot. Grzesiu)

Po powrocie dokończyliśmy pytania na Familiadę, choć ostatecznie do samej rozgrywki nie doszło. Zamiast tego ładnie sobie pośpiewaliśmy. Ten wieczór, swoją drogą, był dla mnie szczególnie ważny, bo pierwszy raz chwyciłem gitarę by zagrać coś publicznie. Somewhere over the rainbow w aranżacji Israela oraz I got a name Jima Croce. Szef nawet rozpoznał, że ten drugi utwór słyszał w ścieżce dźwiękowej Django. Chociaż wyszło trochę koślawo – ale takie są początki.

Czwartego dnia obudziła nas znana grzesiowa reklama karty Clubcard. Śniadanie przygotowała ekipa z Wrocławia (no co ty), a po śniadaniu siedliśmy do Kiełbasy i krzyżówek. Niewiele konkretnego się działo, więc wspomnę może teraz, że w bazie gier znajdowały się również: Jenga, Terra Mystica, Ryzyko, Quoridor, Pylos, Drakon, Geniusz, Puerto Rico i Agricola. Dalej był już tylko (i aż) obiad. Fasolowa na grochu oraz super krokiety, które doprowadziły do wyzwania Grzesia i Szefa. Nie zanotowałem jakiego, ale pewnie można się domyślić.

Po obżarstwie postanowiliśmy wyjść na godzinkę dookoła jeziora Sumowo. Zapadł już zmrok, gdy zdobyliśmy Mateuszowe Wzgórze, z czego Długi był szczególnie zadowolony. Zrobiliśmy wtedy słynne zdjęcie – napis TKT wyrysowany światłem latarek.

Dosyć leniwy dzień, bo po powrocie znów zabraliśmy się za gry i oglądanie meczu Bayernu z Arsenalem. Zbieraliśmy siły przed dniem kolejnym, tj. wyjazdem do Wilna. Z tej prostej przyczyny ekipa żywieniowa z Alabamy (do której należałem) usiadła i przygotowywała suchy prowiant na drogę. Sześć osób, 50 minut i po sprawie. Aczkolwiek jak się potem okazało, prowiant nie jest taki suchy, gdy bułkę z dżemem (marmoladą?) posmaruje się obficie margaryną.

Piątego dnia wczesna pobudka, parę minut do autobusu, znowu w kimę i obudziłem się już na cmentarzu na Rossie. Nasz przewodnik, pan Andrzej, odznaczał się jaskrawą, pomarańczową kurtką. To często przyjmowany (również w TKT) kolor przewodnicki. Pierwszym przystankiem był grób Marii Piłsudskiej. Napis na tablicy głosi: Matka i serce syna, gdyż pochowana została tam też urna z sercem Marszałka. Teren tego starego cmentarza był zaskakująco pofałdowany, patrzyliśmy czasem na groby znajdujące się parędziesiąt metrów niżej.

Przenieśliśmy się na wileńską starówkę, po drodze zwiedzając kościół Piotra i Pawła, bogaty niczym pałac. W sumie nie jestem fanem turystyki miejskiej, nie będę więc pisał zbyt wiele o poszczególnych atrakcjach tej stolicy. Było zimno, często również mokro, więc traktowałem to głównie jako próbę twardowafelstwa. Pamiętam jednak czajnik w ścianie jednego z zaułków oraz drzewa ubrane w kubraczki pozszywane z różnokolorowych części. Odwiedziliśmy dom i pomnik patrona Trójki. Najbardziej przypadła mi do gustu wizyta w Republice Zarzecza, zabytkowej dzielnicy nazywanej wileńskim Montmartre. Ma ona własną konstytucję, napisaną (wg mnie) w stylu Szymborskiej. Usłyszeliśmy, że 1 kwietnia każdego roku można stać się jej obywatelem. Niektórzy z nas wyrazili taką chęć, ale chyba żadne z nas jeszcze jej nie zrealizowało.

Tradycji musi stać się zadość (fot. Grzesiu)
Nagroda za zwycięską walkę z zombiebobrami (fot. Grzesiu)
Stół uniwersalny (fot. Grzesiu)

Na obiad Szef zasugerował nam, byśmy znaleźli jakąś tradycyjną knajpę. Udało się i już wkrótce jedliśmy przesmaczne, kaloryczne cepeliny, zwane też kartaczami. Dalej udaliśmy się już na wielki finał, czyli Bramę Ostrą, którą znamy z Inwokacji.

Wsiedliśmy do autobusu i pożegnaliśmy setki litewskich „-asów” w bankomatasach, toaletasach i sklepasach. Ale jakby było nam mało, w małym telewizorku z pierdzącymi głośnikami obejrzeliśmy film o wszystkim tym, co oglądaliśmy. Tylko w innej porze roku, no więc zupełnie inaczej. To usprawiedliwienie jednak straciło moc, gdy wskutek zapętlenia film odtworzył się ponownie. Ostatecznie zwiedziliśmy Wilno trzy razy jednego dnia i tak zmęczeni znieśliśmy reglamentację na pozostałe bułki. Zatrzymaliśmy się jeszcze w supermarkecie, by za resztki litów (czy raczej litasów) kupić kwas i inne specjały. Nie było sensu trzymać tej waluty – w końcu rok później na następnym zimowisku płaciliśmy już w Wilnie w euro. Przepraszam, w eurasach. Dalej kto chciał ten spał, ale wśród propozycji filmowych przewoźnika znaleźliśmy Blues Brothers. Oczywiście najgorętsi fani spośród nas śpiewali każdą piosenkę.

Po powrocie do Leśnej Doliny panowała raczej zamuła. Był to jednak okres napływania wieści z Majdanu i pamiętam, że w jednym z pokojów w naszej klasie wywiązała się rozmowa na temat bliskiej nas wojny. Trudny i przygnębiający temat. Można było się w pewnym momencie przenieść do innego pokoju, gdzie w zupełnie innym nastroju mafiozi zamiast kowadła stosowali łyk świeżo nabytego Vytautasa. Jarowi akurat nic by to nie robiło – w końcu na poprzednim obozie pił herbatę na wandziance.

Dnia szóstego – ekipa Chleb. Woody wrzucił Maślanie ser do herbaty, zamiast Jankowi na kanapkę. Czytaliśmy też foldery o krajobrazie Suwalszczyzny. Dobrze w końcu przypomnieć sobie te wszystkie nazwy z geografii i połączyć je z tym, co widać gołym okiem. Wpadliśmy też na pomysł, by może napisać I know w wersji TKT. Kolejny niezrealizowany pomysł. Ale kto wie… dwa lata później powstało ze dwieście pytań do quizu emeryckiego. Może da się to wykorzystać.

Sucho, cicho i pochmurnie. Tak ruszyliśmy na spacer na południe. Przeszliśmy obok Fudżijamy i doszliśmy do Góry Zamkowej, może nie wyższej, ale chyba piękniejszej. W towarzystwie Góry Kościelnej rozdziela ona jeziora Jegłówek i Szurpiły. Profesor Ojciec znalazł tam okazję do kolejnej opowieści o historii Suwalszczyzny. Założyliśmy też pierwszą TKTowską geoskrzynkę, do której po roku wróciliśmy. I nawet były wpisy!

W dalszej drodze wyszło słońce. Budząca się już do życia zieleń łąki w połączeniu ze szpalerem brzózek stanowiły naprawdę przepiękny obraz. Tak trafiliśmy do Jeleniewa, gdzie spotkaliśmy Wojcia. Przejechał całą Polskę, by być z nami niecałe trzy dni. Kto by wpadł na coś takiego…? W tamtejszym sklepie nabyliśmy też słynny prostopadłościenny piernik, który był odrobinę za duży, by wziąć go całego do ust i wtedy ugryźć. I dlatego właśnie próbowaliśmy.

W ścianie kościoła naprzeciwko znaleźliśmy jeszcze jedną geoskrzynkę. Moglibyśmy teraz iść prosto na północ główną drogą i znaleźlibyśmy się w Sidorach, ale wiadomo, że to bez sensu. Zamiast tego obraliśmy kierunek na Udryn, znajdując po drodze rozbudowany plac zabaw. Zabawiliśmy (się) tam trochę, szczególnie na zjeżdżalni i karuzeli. Przed powrotem udało nam się również zobaczyć zachód słońca nad równiną. W przedwiosennej roślinności niepewna zieleń zmaga się z szarością; zachód wydobywa tę szarość na wierzch, szczególnie gdy idzie się dziurawym asfaltem.

Podczas obiadu stworzyliśmy powiedzenie: Jeść pełnym łokciem. Sylwia w ogóle od początku pilnowała, by Szef nie jadł za dużo. Sam się o to prosił, bo tak kazała Najwyższa Instancja. Problem w tym, że zimowisko się skończyło, mija rok za rokiem, a Sylwia ciągle na posterunku. I czasem mierzy Szefa przenikliwym wzrokiem.

Typowa modelka, kończyny jak patyki (fot. Sylwia)
Pod Patronem? Patronatem? Patronasem? (fot. Sylwia)
Sma-cznego (fot. Grzesiu)
Ania opierająca się na kolumnie w stylu ikejskim (fot. Grzesiu)

Wreszcie nadszedł czas na państwa-miasta. Tradycyjnie – obelgi. Pojawiły się również stopy (nie nogi), ryby, instrumenty, matematycy (i fizycy), marki samochodów, miasta z trzema tymi literami, rzeczy mieszczące się w kieszeni, miejsca bitew, broń i państwa, których flaga zawiera kolor czerwony. Krzysztof Chyla jako autor zbiorku z fizyki nie został zaliczony (ale np. rok później Agnieszka Kazun już owszem – uznaliśmy jej stopień doktorski za dobry argument). Potem Maślana w kategorii bitew zaproponował Niemczę, gdzie mieszka jego babcia.

- Obrona Niemczy to nie bitwa, tylko miesiąc trwające oblężenie – zaprotestował Szef. Rozgorzała dyskusja. Janek znalazł artykuł na Wikipedii. Obrona Niemczy, podpunkt: bitwa.

- Przecież oblężenie nie wygląda tak, że jedni siedzą, drudzy stoją; coś tam się musi dziać! – argumentował Maślana i chyba się wybronił.

Dowiedzieliśmy się też, że instrument na N to jest, na przykład, ngoni. Strunowy szarpany używany w krajach Afryki Zachodniej, zwłaszcza w Mali. A Maślanie i Marysi w kieszeni mieściły się Nalepki.

- Kiedy byłem mały, przy każdym pobycie u lekarza dostawałem Dzielnego pacjenta – wspominał Maślana.

- Takie nalepki rozdawali też na Oblężeniu Niemczy – skwitowałem.

- Może raczej Dzielny obrońca? – zaproponował Długi. Karuzela śmiechu.

- Czy ktoś ma Notesik? – spytała chwilę później Iza.

- Tu jest karteczka, jeśli potrzebujesz… – zasuszył Szef. Boki zerwane.

- Ktoś ma Nóż? – spróbował Maciek.

- Janusz! – rzucił Chlebosz. Śmiechom nie było końca.

Zwyciężył oczywiście Szef z Owieczką, dalej Ania i Wojciu oraz Maryś i Maślana. W świetlistych humorach zasiedliśmy do długiego śpiewania. Tak długiego, że w pewnym momencie zasnąłem na taborecie.

Siódmego dnia ekipa Siła zaoferowała nam szprotny ser oraz Kremusia. Pogoda zniechęciła nas do wyjścia, zajęliśmy się więc oglądaniem igrzysk olimpijskich, skoro jeszcze trwały. Wprawdzie Justyna Kowalczyk zeszła z trasy, ale za to nasze reprezentacje w łyżwiarstwie szybkim (żeńska i męska) zdobyły srebro i brąz. Mieliśmy też niezły ubaw, wyciszając komentatorów i przejmując ich role wedle własnego uznania. Ania została modelką i zapozowała do obrazu, który wisiał na ścianie. Był ładny, ale z całą pewnością zamieniłbym go na jej wizerunek.

Przed ostatnią nocą postanowiliśmy wysmrodzić się przy ognisku. Jedliśmy bigos, boczek i białą kiełbasę. Porządnie. Przyrządzono też waflowy tort dla Maćka, obchodzącego urodziny. Echo Sto lat niosło się po lesie. Było zimno, więc nie śpiewaliśmy z gitarą. Gdy ogień dogasał, Długi postanowił jeszcze podgrzać kiełbasę. Sprawdzał, czy przyspieszy ten proces, świecąc na nią latarką.

Pakowanie objęło końcówkę dnia siódmego i początek ósmego. Na śniadanie była Jaskółka i jajko na twardo (miłości w rozsądnych cenach zabrakło). Piękne słońce skłoniło nas do wyjścia na spacer do Łopuchowa. Roztapiało też powoli lód skuwający jeziora. Tradycyjnie odwiedziliśmy tamtejszy cmentarz ewangelicki i ruszyliśmy na południe, do Wodziłek, gdzie znaleźliśmy kościół i geoskrzynkę na jego terenie. Kiedy wracaliśmy, w okolicach Cisowej Góry Szef zaproponował wyścigi konne. Dosiadł Marchewy, ja dosiadłem Chlebosza. Po samych nazwach wierzchowców można wnioskować, kto wygrał. Gdyby Szef z Marchewą zamienili się miejscami trochę wcześniej, może nawet byliby w stanie nas dogonić.

- Chabeta mi się trafiła! – wołał Szef.

Ostatni raz zaznaliśmy skrótu, przeskakując przez pastucha i docierając do Leśnej Doliny od strony jeziorka. Janek i Chlebosz wygrzewali się na pomostach. Gdybyśmy pojechali tam na letni obóz stacjonarny, pewnie robilibyśmy to codziennie. A już za chwilę obiad z rozmachem: zupa dyniowa i babka ziemniaczana z boczkiem. Co za pyszności! Nie wiedziałem, że może istnieć tak wspaniały wynalazek! I bigosu trochę zostało…

Wniebowzięci po tym obiedzie byliśmy, lecz tym większy żal opuszczać miejsce, w którym spędziliśmy ponad tydzień. Wzięliśmy biegówki pod pachę (mam nadzieję, Czytelniku, że o nich zapomniałeś, bo o to chodziło), zaśpiewaliśmy gospodarzom przed domem ostatnią Sielankę o domu i pobiegliśmy do autobusu. Musieliśmy zdążyć do Suwałk na pociąg i jeszcze wcześniej do sklepu po jakieś jedzenie na drogę. Wtedy zatriumfował nasz podział dżemów ustanowiony na ostatnim obozie. Kupiliśmy dżem z czerwonych owoców, literalnie.

W Białymstoku mieliśmy pięć minut przesiadki. Udało się i tradycyjnie już zajęliśmy 6-osobowy przedział w 13 luda. Najróżniejsze ustawienia tam wyczynialiśmy, a nawet przez pewien czas Długi leżał jak długi w korytarzu. Do wagonu pierwszej klasy chodziliśmy po prąd. W końcu zaczęliśmy robić kolację z Długim i Chleboszem. Przerwała nam przesiadka w stolicy. Wysiedliśmy na dworcu wileńskim (przypadek?) przez jakąś dziwną zmianę planów bądź awarię i musieliśmy piechotą przejść na Wschodnią. Tam dokończyliśmy kolację. Pieczę nad kokosem ze Smolnik przejął Długi. Maryś i Maślana kontynuowali grę z obu poprzednich pociągów – walczyli na telefonie w grze zręcznościowej Pew Pew. Woody, Wojciu i Chlebosz natomiast przypomnieli sobie, że wszyscy znają LOLa i jęli o tym gadać. Pewnie aż do Wrocławia, gdzie sporo z nas przyjechało już w objęciach Morfeusza. A mimo to krótszy wydawał się przejazd w tę stronę.

Ułożyliśmy krąg, odśpiewaliśmy pieśń, kto chciał zakupił bilet na nadchodzący koncert Mizia&Mizia Blues Band w Firleju… i tak skończył się ten rozdział Suwalszczyzny. Rozdział geocachingu natomiast wydawał się rozkwitać. Nakręceni, wracaliśmy z Grzesiem i Jankiem przez zupełnie pusty Rynek i zajrzeliśmy jeszcze do skrzynki przy Jasiu i Małgosi. Mazur założył nam wszystkim konto na oficjalnej stronie i zarejestrował schowane przez nas skrzynki. Na następnej wycieczce założyliśmy kolejne cztery. A do Leśnej Doliny wróciliśmy jeszcze raz i pewnie wrócimy także i drugi…

(do melodii Zostanie tyle gór)
Te piękne ozy i kemy
Doliny jeziorami zryte
Zostaną w naszych wspomnieniach
Na stałe w pamięci wyryte
Tak bardzo dziękujemy
Że Szef nas tu zabrał ze sobą
Tak pełni nadziei, bo wkrótce
Jedziemy znów na Miziową

Myśliwy
Jelenie na rykowisku (fot. Sylwia)
Za nami Wodziłki i Wódz Włodziu (fot. Chlebosz)
Budujemy najwyższy szczyt Suwalszczyzny (fot. Chlebosz)
Zostanie tyle nóg… (fot. Chlebosz)