a

Sokołowsko 22-23 III 2014

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Michał Żłobicki
  • Jan Mazur
  • Asia Tryba
  • Mikołaj Dzięciołowski
  • Paweł Jacyk
  • Dawid Chmiel
  • Grzesiek Smoła
  • Iwona Janik
  • Iza Platis (Graba)
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Paweł Kazimierczyk
  • Michał Grochowski
  • Wojtek Olszewski
  • Ewa Mańkowska
  • Karolina Stefańska
  • Jadzia Mercik
  • Piotr Sterc
  • Michał Szachniewicz
  • Jan Sieradzki
  • Krzysiek Klęczek
  • Zuzia Gołębska
  • Sylwia Bednarska
  • Magda Wojtal
  • Marta Markowicz
  • Tosia Radziuk
  • Maciek Hedloff
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Filip Marcinek
  • Dominik Samorek
  • Ola Kwaśniewska
  • Kinga Staniszewska
  • Michał Topolski
  • Dominika Bałuch
  • Kasia Marek
  • Marcin Beza
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Szczawno-Zdrój
Chełmiec
Dzikowiec
Lesista Wielka
Sokołowsko
Radosno
Andrzejówka
Autor: Paweł

Członkostwo w Trójkowym Klubie Turystycznym zajmuje wiele czasu. Wszak łączą się z nim nie tylko wyjazdy, ale i wyczekiwanie na nie, zapisywanie się, bądź przeklinanie świata za sprawą niemożności dokonania tegoż czynu, i w końcu wspominanie ich, czy też niecierpliwe oczekiwanie relacji. Teraz można napisać, że nie tylko nam tekatowski czas zajmuje cały kalendarz, ale i sam kalendarz jest wypełniony nim skrzętnie – wyjazd do Sokołowska był bowiem pierwszą w historii miziowycieczką marcową i tym samym każdy miesiąc został już naznaczony śladem stóp tekatowskiej wiewiórki.

W dniach poprzedzających wyprawę w góry Wałbrzyskie i Kamienne aura przywróciła na ulice Wrocławia okulary przeciwsłoneczne, lekkie obuwie, odsłonięte ramiona i krótkie spódniczki. Podczas weekendu pogoda także miała być nie najgorsza, jeno nieco bardziej urozmaicona. Zgodnie z tymi przewidywaniami na peronie stacji Wałbrzych Miasto, na której opuściliśmy pociąg po nieco ponad godzinnej podróży składem kolejowym, zabrakło słońca, ale warunki były bezsprzecznie akceptowalne. Podczas powitania i oficjalnego rozpoczęcia wyjazdu nie było wiele do powiedzenia. Z góry zostało zapowiedziane, że nie będzie nowych weteranów, a o doniosłości przytoczonych statystyk niech świadczy to, że został wspomniany tak ważny fakt, jak awans pewnego zacnego weterana do pierwszej dziesiątki wszechczasów poprzez zrównanie się liczbą punktów z pewną zacną weteranką. Nie pozostało więc nic innego, aniżeli zgrubnie nakreślić trasę i uderzyć w szlak.

A trasa zapowiadała się nielicho. Zresztą sam fakt obrania sobie za cel tego rejonu zapowiadał niemałe emocje. Choć zaczęło się spokojnie – Góra Parkowa wznosząca się na około pół kilometra ponad poziom morza nie była poważnym wyzwaniem. Wszak znajduje się ona w zespole parkowym przypadającym szczawieńskiemu zdrojowi, toteż nie należało spodziewać się wyjątkowych wrażeń wysiłkowych. Przy okazji przemieszczania się przez, jakże kojarzące się z aglomeracją wałbrzyską, lasy i naturalne wzgórza, co poniektórzy podjęli się penetrowania przestrzeni w poszukiwaniu pozostawionych przez innych fanów geoskrzynkowego szaleństwa skrytek, wokół których w czasie tego wyjazdu sporo miało się dziać. Kolejnym punktem było Szczawno-Zdrój, gdzie na arenie byków (tzw. bulwar), przy kojących dźwiękach akordeonu dzierżonego przez ulicznego grajka, Szef spełnił swój przewodnicki obowiązek. Nie zdecydowaliśmy się jednak na skosztowanie owocu zdrojowych wodotrysków – góry stygły.

Pierwszą z nich był Chełmiec. Mimo że podobnie jak Parkowa Góra znajduje się on zaraz za płotem szczawieńskich zabudowań, nie jest on raczej obiektem zainteresowania kuracjuszy. A z pewnością nie chodzą oni tłumnie niebieskim szlakiem, który dość bezkompromisowo prowadzi turystę na sam szczyt. Toteż nim poszliśmy. Bądź wdrapaliśmy się. Ewentualnie podpełzliśmy. Sporo było za to fanów dwóch kółek – nieprzypadkowo Szczawno-Zdrój jest jednym z najważniejszych miejsc na polskiej mapie kolarstwa górskiego. W cieniu szczytowego 45-metrowego krzyża, o około połowę niższej wieży widokowej i o około połowę wyższego masztu telekomunikacyjnego (no, a właściwie to wiaty, pod którą się rozgościliśmy) odpoczywaliśmy niekrótko, ale i niedługo. Choć może dla niektórych trochę za długo – po wyruszeniu w dalszą podróż kilkuosobowa grupa stanowiąca przekrojową próbkę całego wyjazdu (oprócz absolwentów) tak mocno wysforowała się do przodu i parła przed siebie, że nie zwróciła uwagi na lewoskręt, którym, zgodnie z planem, poszła grupa zasadnicza. A jej celem był szczyt Kopisko, na którym znajdują się resztki wysadzonej w powietrze zaraz po II Wojnie Światowej Wieży Bismarcka. Z dawnej konstrukcji został wprawdzie kamień na kamieniu, ale poza tym niewiele więcej. Na szczęście panoramy nikt nie wysadził. I tak mogliśmy podziwiać zarówno najbliższe miasta z Wałbrzychem i Boguszowem-Gorcami na czele, jak i okoliczne szczyty, a wśród nich te, na które jeszcze tego samego dnia mieliśmy się wspiąć, czy nawet górującą dumnie nad Sudetami Śnieżkę. Szczątki Wieży Bismarcka zostały naznaczone jako pierwsze miejsce, w którym pozostawimy po sobie ślad w postaci geoskrzynki. Po dłuższej chwili poświęconej wyborowi fantów, to jest zabawiania się kandydującymi do tego miana drobiazgami, i zainstalowaniu skrzynki w jednym z bliskich szczytowi drzew, objęliśmy sobie za kierunek Boguszów-Gorce, w którego Rynku już na nas czekali, zabawiając się bitą śmietaną, fałszywi przodownicy naszego marszu.

Po opuszczeniu miasta, w którym boczna ulica głównego placu nosi imię Karola Marksa, zaś zakupy można robić w sklepie na rogu Sikorskiego i Świerczewskiego, podjęliśmy wspinaczkę na Dzikowiec. O ile po Chełmcu można było uznać to za wspinaczkę. Może raczej luźny popołudniowy spacerek. Wprawdzie przed dotarciem na szczyt popełniliśmy dość długi popas, jednak wynikał on ze wspaniałego punktu widokowego na nienazwanym szczycie między Dzikowcem Małym a Dzikowcem. Zważywszy na to, że zejście z niego opiewało zaledwie kilka metrów przewyższenia, anonimowość nie dziwiła, jednak wspaniały kraj­obraz rozciągający się z tego miejsca każe odnotować jego istnienie, toteż nazwijmy go Dzikowcem Średnim.

Zaspokoiwszy swe estetyczne łaknienie w tym niewyczerpywalnym źródle piękna, jęliśmy się zastanawiać nad dalszą trasą. Bez większych oporów uznaliśmy za stosowne zdobycie tego dnia jeszcze jednego szczytu, jednak trzeba jeszcze było zadecydować którego. Pierwszą z opcji była Lesista Wielka, charakteryzująca się łatwiejszym podejściem, znacznie wyżej położoną przełęczą, do której trzeba było zejść, ale i większą, w porównaniu do swojego oponenta, o 20 metrów wartością wysokości nad poziomem morza. A ową kontrpropozycją był Stożek Wielki, który, jak się nietrudno domyślić, cechował się zgoła przeciwnymi atrybutami. I ponadto, co mogliśmy obserwować niejeden raz we wcześniejszych godzinach marszu, wyglądał prawie jak stożek. Aczkolwiek, co bezbłędnie wychwyciła Owieczka, w Czechach górę, która wygląda dużo bardziej stożkowato, nawet się nie nazywa stożkiem, więc ten nasz, to tak trochę… Po kilkudziesięciu minutach zażartej dyskusji doszło do rzutu monetą. Ślepy los (tudzież ślepy Jaro podnoszący bilon z trawy) uznał, że naszym celem zostanie Lesista. Zatem ruszyliśmy. Przez sam szczyt Dzikowca przemknęliśmy dość szybko i z emocjami nieporównywalnie mniejszymi, aniżeli te jakich doznaliśmy na Dzikowcu Średnim.

Na Lesistą Wielką dotarliśmy, gdy słońce było już dość nisko i jęło się robić chłodno. Czas szczytowania wydłużył się jednak nienaturalnie za sprawą przygotowywania i instalowania w pobliskim drzewie kolejnej geoskrzynki. Do Sokołowska, zwanego onegdaj śląskim Davos, które to określenie straciło w czasie na adekwatności, i to nie tylko ze względu na małe zainteresowanie Górami Suchymi ekonomistów, doszliśmy pod osłoną nocy. Gdy mieliśmy za sobą już prawie całą wieś, odwróciliśmy się w prawo i zrobiło się nam radośnie.

Wszedłszy do ośrodka Radosno ujrzeliśmy widok dość nietypowy dla tekatowskich wyjazdów. Nie dość, że stoły były już nakryte, to jeszcze do obsługi nas gotowe były kelnerki odziane w typowe dla swojej profesji uniformy. Nie zajmowaliśmy się więc takimi rzeczami jak rozlokowanie się w pokojach, lecz błyskawicznie obsiedliśmy stoły w oczekiwaniu na posiłek. I na kolejne dokładki – domyślne porcje były, w skrócie rzecz ujmując, dość skromne. Po strawie zabraliśmy się za sprawy pokojowe. A pokoje były maksymalnie 4-osobowe. I w każdym z nich była łazienka. Były dwie taktyki polowania na własny metraż. Zapisanie się do danego pokoju na liście tudzież wtargnięcie do niego bez zbędnej biurokracji. Wprawdzie spowodowało to, że w pewnym pokoju stan osobowy przekroczył stan łóżkowy, zaś niektóre jego mieszkanki błędnie uznały ową sytuację za konfliktową, ale na szczęście strona mająca rację zgodziła się ustąpić, więc obyło się bez ofiar.

Po chwilowym marazmie poobiadowym powróciliśmy do jadalni, aby podrzeć trochę mordę. W trakcie tego procederu do ośrodka dotarła SKPSowska eskapada przewodnicka, w której to znaleźli się nasza znajoma z Barda, czyli pani Mariola, a także przyuczający się do roli sudeckich oprowadzaczy dwaj eksczternastkowicze, z którymi spotykaliśmy się nieraz w Orlu, ale nie tylko, to jest Zongo i Paweł, którzy koniec końców zostali z nami aż po kres naszych popisów wokalnych. Uprawianie sztuki nie wyczerpywało jednak planów na szeroko rozumiany wieczór. Zgodnie z rodzącą się powoli tradycją, pierwszy wyjazd wiosenny stał się miejscem na dyskusję na temat obozu wędrownego. Od czasu brutalnego wprowadzenia demokracji przed dwunastoma miesiącami wiele się zmieniło. Najwyraźniej dorośliśmy do tegoż systemu, dzięki czemu uniknęliśmy pogrążania się w meandrach paragrafów i formalizmów i w bardzo merytorycznej dyskusji posuwaliśmy się naprzód, zaś głosowania jedynie potwierdzały wynikające z dogłębnej analizy sytuacji i rzeczowej dyskusji propozycje. Zresztą nie były one nawet konieczne. Dobry przykład prawidłowej partycypacji w decyzjach dała Isia, która z góry zgodziła się na wszystko. Zadowoleni z podjętych decyzji, chwilę po tym jak wiszący w jadalni zegar nie zabił na wpół do czwartej, udaliśmy się do łóżek.

Najciekawsza część geoskrzynkowej zabawy, czyli przegląd fantów, które niektórzy TKTowcy, nie wiedzieć czemu, zgodzili się oddać (fot. Iza)
Pierwsza geoskrzynka TKT (fot. Iza)

Zgodnie z zapowiedziami, pogoda w niedzielę była nieco gorsza. To znaczy padał rzęsisty deszcz. Wobec tego przysposabianie do wyjścia, pomijając oczywisty punkt w postaci porannej strawy, wiązało się z zaprzęgnięciem do boju takiego rynsztunku jak peleryny, parasole, pokrowce na plecaki, czy też długie spodnie. Z takim orężem ruszyliśmy na zamek Radosno. Po niedługim marszu, okraszonym w końcówce podejściem o charakterystycznej dla tych okolic stromiźnie, dostrzegliśmy resztki wieży – były to całe namacalne ślady istnienia tamże w dawnych czasach ważnego punktu obronnego. Jak, dlaczego i dla kogo ważnego powiedział już, przy drobnym współudziale Grocha i Grzesia, Szef. Po wykładzie w deszczu przyszedł jeszcze czas na pozostawienie po sobie śladu w postaci geoskrzynki. Przy czym przygotowanie jej było zupełnie rozłączne czasowo z opowieścią Szefa, toteż nasz pobyt nieco się wydłużył. Może warto następnym razem prace przygotowawcze podjąć nieco wcześniej, chociażby pierwszego dnia w pociągu, coby potem nie przeciągać pobytów i skupić się na części mającej największe szanse na zaangażowanie więcej niż kilku osób, to jest poszukiwania odpowiedniego miejsca do ukrycia skrzynki.

Schronienie od deszczu znaleźliśmy, jak się nietrudno domyślić, w schronisku. Uściślając, w Andrzejówce. Nie zagościliśmy tam jednak zbyt długo – pozostawiliśmy tobołki i, abstrahując od pojedynczych osób, ruszyliśmy w kierunku Waligóry. Podejście na najwyższy szczyt Gór Kamiennych było krótkie, lecz treściwe. Nie minęło dziesięć minut, a pierwsi śmiałkowie byli już nieco ponad 130 metrów powyżej schroniska. Tam spełnione mogły zostać życzenia ostatnich meteorologicznych malkontentów – do zimna i deszczu doszedł jeszcze śnieg. Pogodę na całym wyjeździe można więc śmiało określić sformułowaniem „dla każdego coś miłego”. Do petetekowskiego przybytku wracaliśmy, z turystycznej przyzwoitości, inną drogą, przeto czas zejścia był nieco dłuższy. A po dotarciu doń czem prędzej, tuż po przywitaniu się z Asią, która właśnie dołączyła do naszego korowodu, ustawiliśmy się przy barze i jęliśmy zamawiać ciepłe posiłki i napoje. Przy czym słowo ciepłe stanowiło chyba clue całego zagadnienia. Gdy najedzeni i napojeni jęliśmy przygotowywać się do opuszczenia schroniska, Szefowi podano lampkę wina. Być może gospodarze posłyszeli narzekania na brak jakiegokolwiek uhonorowania bycia przewodnikiem i przyprowadzenia przeszło trzydziestoosobowej grupy. Widocznie uznali, że taki bonus jest najodpowiedniejszy dla opiekuna grupy młodzieży. Cóż. W tak zwanym międzyczasie porzuciliśmy pomysł zainstalowania przy schronisku tekatowskiej geoskrzynki, obierając sobie za cel tego działania wałbrzyski dom 2D.

Ze względu na urągające komfortowemu przemieszczaniu się warunki atmosferyczne zdecydowaliśmy się na przejście najkrótszą możliwą trasą, choć w alternatywie było odwiedzenie unisławskiego kościoła, w którym jest zegar. Poszliśmy zatem wzdłuż kamieniołomu i dalej ku Rybnicy Leśnej. Tam ujrzeliśmy podążający w kierunku Andrzejówki autobus wałbrzyskiej komunikacji miejskiej. Wobec nieustającego deszczu i przenikliwego zimna podjęliśmy decyzję o poczekaniu nań w powrotnym kursie na najbliższym przystanku. Około 20-minutowy czas oczekiwania spędziliśmy wspominając, jak to zwykle bywa przy okazji tego typu warunków atmosferycznych, jak i właściwie, każdych innych sytuacji, obozy wędrowne, z akcentem na te ukraińskie, oraz marznąc. Wprawdzie w kilka osób zgromadziliśmy się w wiacie, aczkolwiek ze względu na jej drobny defekt w postaci braku szkieletu i szyb (jeno odłamki zostały) nie wpłynęło to istotnie na odczuwanie rzeczywistości. Kierowca autobusu okazał się osobą nader uprzejmą i cierpliwie wyliczył i sprzedał odpowiednią liczbę biletów, które potem przez 5 minut kasował Wojciu, a także zgodził się podwieźć nas na stację Wałbrzych Miasto po skończonym kursie, w ramach zjazdu do zajezdni. Z nieznanych mi przyczyn zrezygnowaliśmy jednak z tej wygody i opuściliśmy autobus na ulicy Niepodległości, to jest przy dworcu głównym. Przeszliśmy obok domu 2D, jednak nikt nie miał już ochoty na zakładanie skrzynki – szybciutko przeszliśmy do holu dworca.

Jak z paryskiego żurnala (fot. Grochu)
Boguszów, Chełmiec i Gorce (fot. Sylwia)
Pod peleryną z mgły i deszczu zaszliśmy Andrzejówkę od tyłu (fot. Grzesiu)

Nie to, żeby było tam jakoś ciepło. Naiwną była wiara w to, że grzejniki będą włączone, jednakowoż panujące warunki mogły w pewnym stopniu usprawiedliwiać takie irracjonalne nadzieje. Niemniej jednak mokre ubrania bezzwłocznie zostały rozwieszone na czym się dało, zaś wielu spośród szczęśliwców posiadających w plecaku suche sztuki odzienia rychło skorzystało z tej szansy. Zmiana okrycia wierzchniego, i nie tylko, była zaledwie jednym z kilku sposobów ulżenia sobie w zimnicy. Innym było na przykład przeczekanie, ale znaleźli się także fani aktywności psychoruchowej pod tytułem ninja. Niektórzy postanowili ustawić się kółku i popodskakiwać, głosząc przy okazji kim są ci, co nie skaczą. A jeśli już jesteśmy przy głośnym wyrażaniu poglądów, to znaleźli się i fani gry polegającej, w delikatnym tylko skrócie rzecz ujmując, na darciu mordy w twarz stojącym obok osobom. Przy czym skojarzenie moje wynikało jeno ze słowa „głośnym”. Bowiem poglądów w krzykliwym, zdecydowanym i przeciągniętym „A!” szukać było próżno.

Dotarcie do składu kolejowego nie wymagało przejścia bezpośrednio pod chmurką, toteż można było dotrzeć doń bez konieczności zakładania przemoczonej odzieży i obuwia. W pociągu rozlokowaliśmy się bez problemu i przeszliśmy do szerzenia kultury przy pomocy sztuk muzycznych. Jako że i z innymi rodzajami kultury jesteśmy za pan brat, pouczeni przez panią konduktor odsunęliśmy buty od grzejników, mimo że owe nie grzały. Za sprawą postępujących remontów Wrocław Sudetów coraz bliżej, toteż błyskawicznie okazało się, że za oknami już znajome domy i ulice, a więc i czas pożegnania. To odbyło się według sprawdzonego schematu, to jest mowa, śpiew i uściski. A potem do domu. I ciepłej kąpieli.

I tak nam minął ten wyjazd, w którym pogoda zadziałała zgodnie z popularnym przysłowiem o marcu podejścia były strome, a widoki majestatyczne. Miejsce noclegu ociekało luksusami, a my ociekaliśmy deszczem. Zaś ludzie byli tacy jak zwykle. I to jest najważniejsze.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Pamiętaj – wkładanie worków foliowych na głowę grozi uduszeniem i śmiercią (fot. Grzesiu)
Owieczka w wellnes & spa Wałbrzych Główny (fot. Grochu)