a

Gromnik 28 IX 2014

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Piotr Maślankowski
  • Michał Martusewicz
  • Michał Żłobicki
  • Filip Marcinek
  • Karolina Stefańska
  • Marta Witkowska
  • Ania Zaleska
  • Miłosz Staniszewski
  • Mikołaj Dzięciołowski
  • Paweł Jacyk
  • Grzesiek Smoła
  • Iwona Janik
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Wojtek Olszewski
  • Paweł Kazimierczyk
  • Paweł Lorenc
  • Kinga Staniszewska
  • Ewa Mańkowska
  • Ola Kwaśniewska
  • Ala Kołodziejska
  • Agnieszka Kielar
  • Krzysiek Klęczek
  • Michał Szachniewicz
  • Weronika Kaczmarska
  • Iza Bożek
  • Marta Markowicz
  • Justyna Dobras
  • Mira Najdek
  • Maciek Hedloff
  • Ania Myszkier
  • Agnieszka Rucka
  • Zuzia Baran
  • Asia Smektała
  • Patrycja Pieczonka
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Andrzej Biler
  • Bartek Pruchnik
  • Ola Burda
  • Zuzia Gołębska
  • Mikołaj Dukiel
  • Krzysiek Platis
  • Piotr Szymajda
  • Marta Sawko
  • Ula Grochocińska
  • Kacper Dąbek
  • Piotr Michoński
  • Marcela Wiater
  • Wojtek Hedloff
  • Ola Basińska
  • Bartek Nowak
  • Zuzia Janik
  • Monika Puchalska
  • Edyta Kania
  • Tomek Juszczyszyn
  • Agata Kwaśniewska
  • Michał Urban
  • Piotr Sterc
  • Iza Platis (Graba)
  • Ala Krysmann
  • Magda Buszka
  • Basia Piasecka
  • Kasia Miernikiewicz
  • Basia Maziarz
  • Michał Postawka
  • Marysia Pastwa
  • Asia Sieradzka
  • Basia Kamińska
  • Wiktoria Skarbek
  • Paulina Smoczyńska
  • Ola Muciek
  • Staszek Woźniak
  • Michał Snella
  • Kaja Drozdowska
  • Paweł Janic
  • Dominik Hawryluk
  • Mikołaj Piotrowski
  • Berenika Perkowska
  • Asia Olbert
  • Karolina Saska
  • Zosia Flaczyńska
  • Basia Martusewicz
  • Michał Bolanowski
  • Kasia Dąbrowska
  • Wiktoria Górecka
  • Maciek Sroczek
  • Mateusz Kanoza
  • Mateusz Wilk
  • Ula Mazur
  • Kuba Tybiński
  • Ola Chlabicz
  • Marysia Bisikiewicz
  • Wojtek Hebisz
  • Oskar Tołkacz
  • Kuba Chrząstek
  • Antoni Kamiński
  • Marta Pietrzak
  • Paulina Owczarek
  • Agnieszka Stasiak
  • Marcin Tyc
  • Natalia Bobryk-Mauer
  • Ania Skibińska
  • Tomek Paliński
  • Magda Bochenek
  • Luiza Puchalska
  • Jacek Faber
  • Karolina Marcinek
  • Kamila Lech
  • Agata Mazur
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Henryków
Witostowice
Gromnik
Biały Kościół
Autor: Paweł

Pierwsze wycieczki w nowym roku szkolnym. Kilka lat temu stałym ich miejscem była Poręba – trzy razy z rzędu właśnie tam, korzystając z gościny niezwykle przyjaźnie nastawionej i rozumiejącej potrzeby młodzieży pani Janeczki, odbywały się masowe, jak nam się wówczas wydawało, wrześniowe wyjazdy Trójkowego Klubu Turystycznego. Tradycja ta została złamana rok temu – wobec niewyobrażalnego zainteresowania wycieczka została skrócona do jednego dnia, zaś jej celem stały się okolice Barda. Wówczas 90-osobowy skład został podzielony na trzy grupy, które maszerowały osobno, by dopiero na terenach rekreacyjnych nad Nysą Kłodzką w samym Bardzie spędzić ze sobą kilka godzin. Zmiana destynacji wyjazdu nie przeszkadzała nam w nazywaniu go Porębą i powrocie po nim do konwencjonalnego myślenia o późnowrześniowych miziowycieczkach. Wszak przecież niemożliwym było, by jeszcze kiedykolwiek pojechało aż tyle osób. Wydawało się, że przynajmniej w tym roku brak kluczowego faktora podbijającego do wartości absurdalnych zeszłoroczną frekwencję, to jest obozu integracyjnego, pozwoli zejść do liczby uczestników bliższej poprzednim rekordom.

45 zapisanych pierwszego dnia tworzenia listy uczestników mimo wszystko dawało jeszcze cień nadziei na licującą z rozsądkiem liczbę wycieczkowiczów. Potem można było myśleć, że będzie przynajmniej nie większa niż rok temu. Albo chociaż podobna – i wówczas liczba osób na liście osiągnęła sto kilkanaście osób. Tym razem jednak wycofania można było policzyć na palcach dwu dłoni – gdy w niedzielny poranek Szef rozpoczął nieomal 10-minutowe wyczytywanie listy obecności, zawierała ona trzycyfrową liczbę nazwisk. I trochę większą liczbę osób. W tym 49 debiutantów – akurat na 49. wycieczkę w historii TKT.

Miejsca, w większości przypadków siedzące, zajęliśmy, uwzględniając już wsiadających na późniejszych stacjach, grupą 111-osobową. Konduktor oszczędził sobie i nam kontroli legitymacji. Zebranie ich wszystkich zajęłoby pewnie mniej więcej tyle czasu, co sama podróż.

Bilet kolejowy na masowy przewóz osób i człowiek, który za tym wszystkim stoi (fot. Grzesiu)
Majestatyczne góry, magiczne ścieżki… (fot. Grzesiu)

Celem tegoż wyjazdu były bowiem Wzgórza Strzelińskie z ich najwyższym szczytem, Gromnikiem, na czele, toteż po krótkiej podróży pociągiem przez przepastne połacie Niziny Śląskiej, podziwiając w oddali Masyw Ślęży, czy też deliberując, czy uprawy wzdłuż linii kolejowej to kapusta, czy może strasburżyk, wysiedliśmy na stacji Henryków. Peron okazał się nazbyt kameralnym miejscem na przeprowadzenie ceremonii rozpoczęcia wycieczki, ale na szczęście po drugiej stronie ceglanego, od lat niespełniającego swojej nominalnej funkcji, budynku dworca w Henrykowie był duży, brukowany plac. Wprawdzie w pierwszej chwili mogło się wydawać, że ustawiwszy się w kole wypełnimy go w całości, ale po chwili udało się sformować tak zwany okrąg. Wówczas pierwsze zdanie powitalne wypowiedział Szef. Nagrodzone zostało ono oklaskami. Drugie też. I trzecie. I tak przez osiem minut. Następnie tradycyjnie każdy się przedstawił, zaś po tym, żeby dalej pobawić się w Syzyfa próbując spamiętać wszystkie imiona, każdy z każdym przywitał się osobiście. I tak nam minął kolejny kwadrans. To jednak wciąż nie był koniec. Ponownie rozstawiliśmy się w okręgu. No bo aniołów stróżów trzeba powyznaczać. Koszulki weterańskie poprzyznawać – nową, czerwoną sztuką odzienia mogli się od tej chwili pochwalić Iza Gratis i Stercu. Chwilę później kolejne dwie osoby znalazły się w świetle fleszy. Byli to Sacia z Bartkiem, którzy świętowali rocznicę swoich narodzin odpowiednio jeden i dwa dni wcześniej. Oprócz tradycyjnej pieśni znalazły się i prezenty: bilet na koncert zespołu Mizia & Mizia Blues Band pod tytułem Blues od A do Z oraz mapa Wzgórz Strzelińskich z pieczątką Szefa TKT. To znaczy w sumie były dwa prezenty – po prawdzie nie pamiętam, w jaki sposób jubilaci podzielili się nimi.

Po tej części pozostało tylko opowiedzieć o cystersach i Opactwie w Henrykowie, którego zwiedzania w planach nie mieliśmy, a o którym w tejże osadzie ludzkiej będąc nie wspomnieć nie można. I już zaledwie 50 minut po opuszczeniu trójczłonu Przewozów Regionalnych ruszyliśmy w drogę. Aura do marszu była nader sprzyjająca. Czyste niebo, przyjemnie grzejące słońce, wiatru brak. Tylko iść i kontemplować widoki. Nawet górskie – po kilku minutach marszu zza nasypu kolejowego wyłoniły się dwie wypustki, które razem tworzyły panoramę Wzgórz Strzelińskich. Wyższą z nich był Gromnik, czyli nasz cel główny, jednak po drodze mieliśmy w planach jeszcze trzy inne atrakcje. Zanim jednak dotarliśmy do którejś z ciekawostek architektoniczno-historycznych, drobna, około dwudziestoosobowa grupka zatrzymała się przy przydrożnej jabłoni celem zdobycia owoców. A być może i zjedzenia ich – tego już, zająwszy miejsce w okolicach tyłów głównej grupy, nie dojrzałem. A przed peleton wysforowała się grupa liderów, powodując potężne rozciągnięcie całego korowodu. A pierwszą osobą, która spostrzegła pierwszą atrakcję był Szef, który akurat był w grupie zamykającej. Kilkadziesiąt minut później, gdy wszyscy już zostali sprowadzeni do Witostowic, przodownikom udzielona została reprymenda – nie dość, że nie spostrzegli atrakcji, to jeszcze nie poczekali przy niej choćby z tego powodu, że było to miejsce, w którym szlak opuszczał drogę asfaltową i skręcał w pole. Oznakowanie tegoż punktu zwrotnego było bardzo wyraźne, jednak istniała implikowana potężnym gabarytem grupy konieczność zachowania więcej niż szczególnej ostrożności i poskramiania swoich niemałych możliwości marszowych.

No to byliśmy przy atrakcji. Zamek na wodzie w Witostowicach. Wprawdzie ani to tak do końca zamek, ani na wodzie, ale przynajmniej w Witostowicach. Zwiedziwszy, nazwijmy to, pałac z fosą i obszedłszy go dookoła, wróciliśmy na większości grupy już znaną drogę, którą to, z przykładnym postojem na rozstaju w środku lasu, dotarliśmy do Nowolesia. Tam czekał nas drugi ważny punkt – Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej. Które jednak zwiedzać można było tylko z przedsionka, toteż, podobnie zresztą jak podczas oglądania kaplicy w pałacu z fosą w Witostowicach, którą można było jednakowoż zobaczyć bardziej dogłębnie, utworzyliśmy długi sznur osób, które przewijały się przez ową część tejże świątyni i po kilku spojrzeniach opuszczały ją.

Amen (fot. Filip)
Gromnik z jasnego nieba (fot. Iza)

Za Nowolesiem przyszedł czas na szczytowanie. Nowoleska Kopa – to brzmi dumnie. Niestety podczas podchodzenia tam przydarzyła się wpadka nawigacyjna. 110 osób zgubiło wiodący na ten szczyt niebieski szlak. Tylko Jaro poszedł tak jak trzeba, jednak marne to było pocieszenie. I tak to on nas potem musiał szukać, a nie my jego. Zdobyliśmy więc jeno podszczycik, który jednak był tak skromny, że podejście nań nie spowodowało zmęczenia i konieczności wypoczynku, toteż gwar, który w warunkach lasu był po prostu hałasem, był wprost niewyobrażalny. Na zaplanowaną uprzednio ścieżkę wróciliśmy w Dobroszowie, docierając do tamtejszego kościoła p.w. św. Jadwigi. Ponownie stworzyliśmy wężyk przesuwający się przez przedsionek, lecz na szczęście dało się zobaczyć przez kraty ambonę w kształcie wieloryba. A następnie odpoczywając wypełniliśmy prawie cały trawnik wciśnięty między kościelne mury a samą świątynię. Nie doczekaliśmy się tam Jara, ale za to pojawił się Michaux, który znalazł w swoim rozkładzie dnia kilka godzin, by nawiedzić nas podczas wyprawy. Razem z nami wyruszył więc ku Gromnikowi.

Podejście na ten szczyt zostało przez lokalny samorząd przygotowane w typowy sposób. To jest ze schodkami i tablicami na temat fauny i flory. Przy czym z racji tego, że samo podejście na szczyt, z Rozdroża pod Gromnikiem, miało ok. 500 m długości, tablice te stały jedna obok drugiej. Wierzchołek tego odstającego o 393 metry od poziomu morza wzniesienia wzbogacony jest wieżą widokową oraz szczątkami, a właściwie stanowiskami archeologicznymi dotyczącymi zamku, którego mieszkańcy wsławili się rozbójniczym trybem życia, co zaowocowało zrównaniem go z ziemią w XV wieku przez siły mieszczan i biskupstwa z Wrocławia, do którego wiodła droga handlowa, która była areną owej łupieżczej działalności.

Na tablicach informacyjnych i regulaminach owej wieży brakowało informacji o dopuszczalnej liczbie osób, czy też masie. Jednak ograniczona przestrzeń na jej szczycie okazała się wystarczającym regulatorem bezpiecznej frekwencji. Choć oczywiście tylko część czym prędzej chciała wejść na górę. Kolejka sięgała ponoć połowy wysokości wieży. Ponoć, bowiem ja w pierwszej chwili zaciągnąłem się do grupy odpoczywającej na słońcu u jej stóp.

Po kilkudziesięciu minutach oczekiwania na dole i kilku, może dziesięciu, w kolejce, w końcu i ja dotarłem na punkt widokowy, dzięki czemu mogłem z doskonałą wręcz dokładnością podziwiać korony otaczających wieżę drzew. Ale było i kilka prześwitów. A właściwie to nawet bardzo zgrabna panorama Sudetów Wschodnich. Zaś z drugiej strony dostrzec można było zabudowania Wrocławia z górującym nad miastem Sky Tower. Gdy zszedłem z wieży, wokół niej było zaledwie około 30 osób, co było niechybnym znakiem, że rozpoczęła się już część ogniskowośpiewograniowa. Wytężywszy słuch udało się posłyszeć dźwięk gitary, toteż natrafienie na miejsce tegoż wydarzenia nie sprawiło wielkich problemów. Ledwo zza nagłego zwiększenia pochyłości zboczy wyłoniły się zgromadzone wokół ognia sylwetki kilkudziesięciu tekatowiczów, do dźwięku gitary dołączył głos Dusi. A gdy pokonawszy kilkadziesiąt metrów byłem już u celu, okazało się, że wszyscy śpiewają.

I śpiewają już od pewnego czasu – a może już nawet bardziej zmierzają ku krańcowi niż się rozkręcają. W końcu chcieliśmy zdążyć na późnopopołudniowy, nie zaś, jak zazwyczaj, wczesnowieczorny, pociąg. Trudno było więc mówić o wielogodzinnym śpiewaniu. Jak i o upieczeniu przez wszystkich nad ogniem mającej substytuować obiad strawy. Tak więc trochę zjedliśmy (nie tylko na ciepło, przepyszny wypiek zapewniła bowiem celebrująca swoją świeżą weterańskość Iza), trochę pośpiewaliśmy i w dół. Zaraz po rozpoczęciu zejścia opuścił nas Michaux oraz siostry Puchalskie. A myśmy szli w kierunku Białego Kościoła. Życie szybko zweryfikowało plany zdążenia na wehikuł odjeżdżający ze znajdującej się na obrzeżach tej osady stacji o 17:38. Widocznie limit szybkości dla Polski wykorzystywał w tym momencie Michał Kwiatkowski, który gdy my przy pięknym słońcu schodziliśmy północno-zachodnimi zboczami Gromnika, w dalekiej, pochmurnej tego dnia Hiszpanii zdobywał po niesamowitym ataku na zjeździe z Poblado Confederacion mistrzostwo świata w wyścigu ze startu wspólnego w kolarstwie szosowym.

Sygnały dźwiękowe, jak i szum jazdy interesującego nas składu udało się jednakowoż posłyszeć. Z odległości ok. dwu kilometrów. Wobec powstałej znienacka potężnej rezerwy czasowej postanowiliśmy miast szosą pójść nieco naokoło, ale za to daleko bardziej ciekawie, bowiem wzdłuż zespołu dwu stawów – z pięknym domem położonym tuż nad wodą po drugiej stronie i wędkarzami po naszej. Mam nadzieję, że stupot nóg oraz gwar nieco ponad stuosobowej grupy młodzieży nie spłoszył im ryb.

Minąwszy akwen, wróciliśmy na szosę, którą dotarliśmy na stację w Białym Kościele. Do odjazdu naszego pociągu niecałe dwie godziny. Cóż zrobić? Ano prosto. Usiąść na peronie, czy też torach, śpiewać i grać. Implementując przy tym w większej grupie niektóre spośród aranżacyjnych osiągnięć obozowych. I uciekać przed pociągami – jeden, czczący swoją nazwą Mariannę Orańską, jechał w złym kierunku, a drugi, ze stacją destynacji Wrocław Główny, nie zatrzymał się. A to wszystko pod czujnym okiem spoglądającej na nas z, jak to precyzyjnie wychwycił Pająk, zafrasowaniem dyżurującej na dworcu kobiety.

Odbycie kolejnego etapu części muzycznej na terenie stacji miało pewne uzasadnienie. Znalezienie w składzie kolejowym miejsca dla stuosobowej grupy w niedzielny wieczór, wsiadłszy do niego w połowie drogi z Kłodzka do Wrocławia było dość karkołomnym wyzwaniem, którego nawet nie próbowaliśmy się podejmować. Zresztą sam czas operacyjny takiej akcji mógłby być niewspółmiernie duży do czasu jazdy. Aczkolwiek widziałem podczas podróży przechodzący z rąk do rąk śpiewnik, toteż może jakiś instrument został uruchomiony – osobiście po wejściu do pociągu podszedłem do przeciwległych drzwi przedsionka, by trzy kwadranse później przebyć tę trasę w odwrotnym kierunku i znaleźć się na peronie Dworca Głównego we Wrocławiu.

Lokalizacją okręgu pożegnań był koniec peronu. Lecz nie sam koniec. Okrążyliśmy bowiem wiodące do tunelu bocznego ruchome schody, które ruchome były tylko w dół. Tak jak rano, po pierwszym zdaniu Szefa rozległy się oklaski, znacznie dłuższe od samej wypowiedzi. Mowa, żeby nie przedłużać, była więc króciutka. Wybrzmiał refren Pożegnalnego tonu, po czym, w towarzystwie odśpiewywanej z okazji niedawnego mistrzostwa świata reprezentacji Polski w siatkówce mężczyzn Ballady o Małym Rycerzu rozpoczął się 12-minutowy czas pożegnań. Około sześciu tysięcy pożegnań.

I rozeszliśmy się. Po wyjeździe z rekordową, po raz kolejny już chyba nie do pobicia, liczbą 111 uczestników. Trwającym, licząc od godziny zbiórki do końca pożegnań, czternaście i pół godziny. Z czego półtorej spędziliśmy w pociągu, a około trzy i pół godziny na, bądź tuż przy, dworcach. Na którym moglibyśmy, gdyby wszyscy o tym pamiętali, zobaczyć 24 koszulki weterańskie. I na którym był obecny prawie co trzeci spośród uczestników wyjazdów Trójkowego Klubu Turystycznego w całej jego historii. Prawie co trzeci.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Na widok takich tłumów wędkarze zaniemówili, a ryby z trudem powstrzymały się od komentarza (fot. Iza)
Czarna noc w Białym Kościele. Zamiast przy ognisku grzaliśmy nadzieję na szybki przyjazd pociągu w blasku latarni (fot. Grzesiu)