a

Wójtówka 05-07 XII 2014

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Paweł Kazimierczyk
  • Piotr Sterc
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Michał Żłobicki
  • Ola Kwaśniewska
  • Tadek Dołyk
  • Magda Buszka
  • Agnieszka Kielar
  • Kaja Drozdowska
  • Basia Martusewicz
  • Wojtek Hebisz
  • Marta Magnuszewska
  • Zuzia Gołębska
  • Maciek Hedloff
  • Marcin Beza
  • Agnieszka Stasiak
  • Andrzej Biler
  • Kasia Pękala
  • Kacper Dąbek
  • Marta Markowicz
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Lądek-Zdrój
Wójtówka
Borówkowa
Wójtówka
Lądek-Zdrój
Zobacz zdjęcia z wyjazdu
Autor: Paweł

Dni poprzedzające tegoroczny wyjazd do Chatki pozbawione były ostrych mrozów, jakie miały miejsce przed dwoma laty, kiedy to w rozpoczynający wyprawę dzień temperatura osiągnęła kilkanaście stopni poniżej zera w skali Celsjusza. Zabrakło w tym roku wiatru, który to rok temu spowodował paraliż komunikacji kolejowej w regionie i postawił na kilka godzin pod znakiem zapytania możliwość dojazdu do Kotliny Kłodzkiej. Nie było i śniegu, który podczas zimowiska ’10 tak obficie przysypał Góry Złote, że w trosce o bezpieczeństwo na dach IrChatki, by zmieść zalegający na nim śnieg, wspiął się Wojciu. Ale emocji nie brakowało – co wyjazd do Chatki, to wyjazd do Chatki. Przekonała się o tym przypadkowa podróżna, której łydka ucierpiała nieco po kolizji toru jej przemieszczania się z torem ruchu mojej nogi w ramach ekwilibrystyki witania się uściskiem, mimo stosu plecaków dzielącego radujące się na swój widok osoby. Ponadto dla dwóch trzecich uczestników był to pierwszy raz z położonym na Chłopskiej Kopie przybytkiem. Nie zabrakło też Targów Dobrej Książki i pełniącej tam, tak jak rok temu, rolę wolontariuszki Marceli, która znalazła chwilkę, by nas pożegnać.

Rozstawszy się z Marcelą, wyruszyliśmy na peron czwarty, gdzie czekał już pociąg Glacencis relacji Wrocław Główny – Ústí nad Orlicí. A w nim czekało, chyba raczej na odjazd niż na nas, całkiem niemało osób. Nie to, żeby było ciasno, ale w każdym przedziale większość miejsc była zajęta. Stąd też, gdy przed nami był już tylko jeden wagon, należący do Ceskich Drah, nadszedł czas absolutnie nieistotnej decyzji, którą jednak trzeba było podjąć. Czy po wejściu pójdziemy w lewo, czy w prawo. Szef sprowadził problem do zagadnienia „zielony, czy niebieski”, co odpowiadało kolorom malowań odpowiednio polskich i czeskich wagonów. I zadał to pytanie jednej z dziewcząt, która po krótkim namyśle odpowiedziała: zielony. Tak więc zrobiliśmy. Aż do chwili, w której powstał zator. Ostatnie sześć osób, w tym autor niniejszych słów, wybrało więc wagon czeski, gdzie na korytarzu znalazły się wygodne miejsca stojące. A gdy wracający z pracy mieszkańcy podwrocławskich miejscowości opuścili skład, rozsiedliśmy się wygodnie w przedziale. Ale to już w piątkę – Myśliwy, który dotarł na dworzec jako jeden z ostatnich, wybrał się bowiem do reszty grupy, by zobaczyć kto ją stanowi. Bo choć kilka tygodni wcześniej na liście chętnych było prawie pół setki, w ostatnich dniach doszło nieomal do łapanki i nawet skład, który był aktualny jeszcze poprzedniego wieczora nie okazał się ostatecznym. Koniec końców pojechało dwudziestu jeden uczestników.

Ekipa była rekordowo, w skali ostatnich lat, młoda. Wyłączając Szefa, pojechało zaledwie dwóch absolwentów, a i uczniów klas maturalnych było raptem dwoje, zaś nie tylko polarek stanowił wyznacznik daleko posuniętej elitarności. Nawet czerwonym odzieniem bliższym ciału mogła pochwalić się zaledwie szóstka uczestników. I Szef. Stąd też kilka zdań temu musiałem uciec się do sformułowania „jedna z dziewcząt” – mnie, staremu dziadowi, pewna część ekipy była nieznana, przez co trudniej było mi kojarzyć osoby z faktami. Ale stan ten, na szczęście, nie trwał długo.

Typowe pierwsze zdjęcie z wyjazdu. Hol dworca głównego, fragment schodków i mniej lub bardziej zwracający uwagę na aparat ludzie. Aczkolwiek rola uśmiechu Martusi w tej kompozycji – nie do przecenienia (fot. Zuzia)

Podróż koleją zakończyliśmy na stacji Kłodzko Miasto. Tam nie dokonaliśmy rozpoczęcia wyjazdu, po czym udaliśmy się w stronę dworca autobusowego. Szef zadzwonił do Blicharskiego seniora, który już drugi rok z rzędu wozi nas z Kłodzka do Lądka. Po króciutkiej rozmowie ustalili miejsce, w którym mamy czekać. Tam więc odbyło się oficjalne rozpoczęcie. W znanym wszystkim uczestnikom rycie – mimo tak młodej grupy zabrakło debiutantów. Z ust Myśliwego padły stosowne statystyki. Chciałoby się rzec jubileusze (dziesiąty wyjazd Oli i Sterca (ale nie, że razem), dwudziesty piąty i dwudziesty weekendowy niżej podpisanego), choć przecież słowo to tyczy się formalnie jeno rocznic okrągłych, nie zaś n-tych wydarzeń dla okrągłych n. Choć fakt faktem, rzecz owa stanowi niewypełnioną niszę w słowniku języka polskiego. Jako że autobusu wciąż nie było, jęliśmy rozważać sprawy żywieniowe. No bo z jednej strony, już dwa lata pod rząd Chatka znaczyło pierogi, ale z drugiej strony, pierogi znaczyło Młoda. A jej wśród nas zabrakło. Był jednak za to Andrzej, który już rok temu wyrastał na człowieka numer dwa w całym procederze. I z radością zgłosił się pełnić tym razem funkcję numeru jeden.

Zaraz po potwierdzeniu tej ważnej decyzji podjechał autobus Blicharskiego, którego kształt, szyk i blask (mowa o autobusie) wywołał falę podziwu. Samoistnie podzieliliśmy się w nim podług klucza wykształcenia. Ci, którzy maturę już zdali (pół, trzy i pół, bądź trzynaście i pół roku temu) poszli na przód, zaś cała reszta ulokowała się między środkowymi drzwiami a tyłem. I nie mogła usłyszeć, czy też wziąć udziału w rozmowie z kierowcą, który docenia szczęście, jakim jest mieszkanie w tak pięknej okolicy, a i lubi zapuścić się nieco dalej. Wypad w Bieszczady w listopadzie. Tym tegorocznym, ciepłym i słonecznym. Ale i tak w listopadzie – gdy po tych rzuconych w róg kraju szczytach, przełęczach i dolinach nie chodzi prawie nikt. Choć słuchałem tego jadąc w jedno z najwspanialszych miejsc, jakie miałem przyjemność poznać, trudno mi było nie próbować, ze szczerą zazdrością, przenieść się za pomocą wyobraźni w opisywane miejsca i czasy.

Po niespełna pół godzinie spokojnej podróży wysiedliśmy przy Dino. Czyli zwyczajowym miejscu przedchatkowych zakupów. Choć części z nich Szef dokonał przed wyjazdem – świeczki, świeczniki i zeszyt przyjechały w jego plecaku z Wrocławia. To ostatnie nie oznaczało jednak, że to on będzie tym razem spisywał historię. Zakup ten był spowodowany zniknięciem, a dosadniejszego słowa używając, kradzieżą chatkowej księgi gości. Podobnie rzecz miała się ze świecznikami. Zdobycie ich okazało się trudne – wszyscy sprzedawcy, których Prof odwiedzał, negowali fakt posiadania takiego sprzętu w swoim punkcie handlowym. Jednak w jednym przypadku okazało się to być niezgodne z prawdą – wprawdzie odnalezione w kwiaciarni świeczniki nie miały żadnego kodu, ani ceny i żadna ze sprzedawczyń nie wiedziała ile kosztują, ale udało się dojść do konsensusu. Do kupienia były więc rzeczy spożywcze oraz chatkowe produkty pierwszej potrzeby, to jest papier toaletowy i zapałki. O tych dwu ostatnich rzeczach mieli pamiętać wszyscy, zaś część spożywcza została podzielona na dwa podzadania. Obiad, czym zgodnie z ustaleniami zajął się Andrzej oraz reszta, nad czym pieczę sprawował Szef, który jednak nie zajmował się wszystkim osobiście. I to mnie przypadło liczenie plastrów krojonego przez panią zza lady sera żółtego (tosty!), zaś Ines na przykład została oddelegowana do owoców i warzyw. I niezwłocznie została skarcona za swoją działalność. Każdy doświadczony TeKaTowiec wie, choć nie rozumie tego, ale wie, że pomidory zostają. A propomidorowe nastawienie Ines połączone z krótkim, jak na razie, stażem w naszym klubie spowodowały, że w woreczku znalazło się aż 8 kształtnych, czerwoniutkich owoców. Napomniana pokornie, choć i z niezrozumieniem, odłożyła dwa. Do kasy podjechaliśmy z dwoma wózkami pełnymi zakupów. Poza drobnym incydentem w postaci błędnego wydruku kodu paskowego na kostkach twarogu i wklepywaniu go dziewięć razy ręcznie, formalności dobijania transakcji przebiegły bezproblemowo. I już po chwili przed wejściem do supermarketu rozegrała się walka o łupy. Królem polowania okazał się niewątpliwie Kacper, który zgarnął dwuipółkilogramowy worek ziemniaków, a właściwie nie worek, a siatkę, i to nie ona ważyła 2,5 kg, a ziemniaki, oraz 6 kostek twarogu. Aczkolwiek niezwykle cenną zdobyczą mógł się też pochwalić Olek, który pochwycił papier toaletowy i niósł go w ręku aż do Chatki.

A do Chatki drogę wybraliśmy inną niż zwykle, czyli najkrótszą. Pokonanie jej zajęło mniej więcej tyle czasu, ile połączenie Szefa z Blicharskim – okazało się, że po kilkudziesięciosekundowej wymianie zdań żaden z nich nie rozłączył się. Przynajmniej przez kolejne niemal 70 minut, po których trwające wychodzące na swoim aparacie spostrzegł sam Szef. Droga inna niż zwykle oznaczała tę od Rynku. Toteż zaszliśmy na sam Rynek, gdzie tradycyjnie, ku znużeniu Kacpra, zwrócona została uwaga na piekarnię Marcela. Po krótkiej kontemplacji lądeckiego rynku, z piękniejącymi kamienicami, jak zawsze dumnym i dostojnym białym ratuszem i kolumną Świętej Trójcy autorstwa jednego z najznamienitszych śląskich rzeźbiarzy, którego nazwisko Szef polecał zapamiętać, a które zapomniałem, więc na razie napiszę nawiasy, a jak sprawdzę w Internecie, to je uzupełnię (Michael Klahr), przekroczyliśmy przeprawą niestrzeżoną przez św. Jana Nepomucena, który stoi kładkę obok, Białą Lądecką i podjęliśmy wspinaczkę. Wpierw ulicą Makową, przez tak zwane osiedle powodziowe. Dalej, pokonawszy drut, przez łąkę. U jej kresu znowu drut. Dla większych emocji nawet dwa – biały przy ziemi i czarny na wysokości klatki piersiowej. I nawet zaangażowanie dwóch osób w rozwarcie przestrzeni między nimi tak, by można było w miarę sprawnie przejść nie odstraszyło niektórych od przejścia za plecami trzymaczy i nadziania się na nie najlepiej widoczną nić metalu. Choć nie można napisać, że wcale niewidoczną. Chmury wprawdzie zasłoniły skrzętnie gwiazdy, ale majaczący w okolicach pełni księżyc, mimo że nie było go w zasięgu wzroku, dawał tyle światła, że widząc na zegarze okolice godziny dziewiątej wieczorem można by stwierdzić, że to lipiec, nie grudzień, i słońce dopiero co skryło się za widnokrąg. Zresztą i temperatura skłaniała bardziej do zdejmowania kolejnych warstw ciepłej odzieży, a Kasię pchnęła nawet do podwinięcia nogawek, miast dociągania rękawiczek i zasłaniania szalikami, bądź innymi tego typu akcesoriami, ust, by ochronić się przed zimnym powietrzem. Toteż w dobrym stanie ciała, ducha i mienia, może tylko z lekko ubłoconymi butami, bądź spodniami, dotarliśmy na polanę, na której mieści się Chatka. Bo to, że do niej dotarliśmy w świetnych nastrojach jest oczywiste – wystarczy na nią spojrzeć, by ulotniły się wszelkie troski i niepokoje.

Dotarcie do Chatki to jednak jedno – wejście to drugie. Czynności te zostały przedzielone kolejnym podbijaczem humoru, czyli pokaźną dawką chatkowych anegdotek – od tych z kluczami jako głównymi bohaterami począwszy, po tę sprzed niespełna czterech lat ze słynnymi słowami taty Sikorki w roli głównej. Następnie jeszcze wyciąg z zasad BHP (w butach tylko do przedsionka i wyłączyć budziki, a najlepiej generalnie telefony). Jednak miła pogoda i radosna gawęda nie sprawiły, że postanowiliśmy wyjazd do Chatki zamienić na wyjazd przed Chatkę. Klucz w zamku, zasuwka przesunięta, inny klucz w innym zamku, inna zasuwka przesunięta, mocne szarpnięcie – i drzwi rozwarte.

Co bardziej doświadczeni już w tak zwanym międzyczasie zmienili ogumienie. Wraz z Andrzejem, Myśliwym i Kacprem niemal prześcigaliśmy się w wykonywaniu pierwszych czynności. Okiennice zdjęte, wiadro już się napełnia (strumień wody solidny). W piecyku stał namiocik gotowy do rozpalenia. Raz dwa pięć, i ogień płonie. Odczytać temperaturę początkową wewnątrz. Trzy stopnie powyżej zera. Nieco inaczej sytuacja wyglądała zapewne z punktu widzenia pokaźnej grupy nowicjuszy. Ja wprawdzie byłem takowym, gdy najmłodsi z obecnych debiutantów nie mieli jeszcze prawa do samodzielnego poruszania się dźwigiem osobowym, ale spróbuję to nieco odtworzyć.

Przedsionek. Wystrój trochę jak w komórce. Taki składzik i korytarzyk w jednym, bo jednak jest też na czym kurtkę powiesić. Na przykład na tym wieszaku, na którym wisi piła. Ostatni moment na zmianę butów. Zwrot w prawo. Widok na kuchnię. Pełno naczyń, zlew. Niewprawne oko może nawet nie zwrócić uwagi na to, że bez kranu. Kolejny zwrot w prawo. Dwa kroki do przodu. Po lewej ktoś grzebie w piecyku, a za piecykiem schody. Ktoś każe iść na górę i tam zostawić swoje mienie. Tak więc jeszcze jeden krok do przodu, więcej się nie da, bo stół stoi. Zwrot w lewo, trzy, cztery kroki przed siebie, znowu w lewo, krok, potem dwa schodki, znowu w lewo i schodami wzdłuż dzielącej kuchnię i główną izbę ściany, nad piecem, którego rura odprowadzająca dym skręca przed stopniami chowając się w murze. Pięterko. Skrzypnięcie deski w podłodze. Głowa nisko. Materace. Winkiel, za nim nic ciekawego. I w sumie tyle. Powrót na dół. Tam krzyczeli, że plecaki na górę, a ten stary Kazimierczyk chowa plecak między ławę, a ścianę i myśli, że pewnie nikt nie widzi. Ktoś krzyczy, że już 5 stopni. Dopiero co kazali zanieść plecaki na górę, a teraz krzyczą, żeby jedzenie znieść. Do kuchni, a jeśli wymagana jest niska temperatura przechowywania, to do przedsionko-składzika, który okazuje się być przedsionko-składziko-lodówką. Na stole świeczki, ławki raz dwa pozajmowane. Co rusz ktoś pyta, czy jest już wrzątek. Albo wprost – o herbatę. Resztki jedzenia przygotowanego w domach idą na stół. Znowu ktoś świeci na termometr. 7 stopni.

A tak do perspektywy osobistej wracając, bodaj najbardziej wstrząsającym momentem był ten, w którym nie mogłem odnaleźć klapów. Chwila przerażenia ogarnęła też Szefa, który nieomal o tej samej porze chciał opuścić Chatkę, ale udało się zachować zimną krew i odnaleźć wyjściowe obuwie w jednym z pudełek.

A w środku jak to w środku. Siedzenie nie pomaga w ogrzaniu się. Ale cóż robić. Można rozgrzać się śmiechem, której to metodzie postanowiły zahołdować Zuzia z Olą przerzucając się żartami biologicznymi. Na ocieplenie wnętrza zachwytem nad dziełem kulinarnym postawił Andrzej serwując znakomity jabłecznik. Trzecią drogą, oczywiście niekłócącą się z poprzednimi, były muzyka i śpiew. Tutaj do rzeczy wziął się Szef, który pochwycił gitarę i na dobry początek zagrał Świteziankę. We wtóry chciał mu pójść Myśliwy, tylko okazało się, że nie ma jego gitary. To znaczy jest, ale nie w Chatce.

W pośpiechu ładowania się do Chatki na zewnątrz pozostawione zostały dwie rzeczy – paczka papieru toaletowego i gitara Myśliwego. No i trzecia – mój plecak, gdyż uznałem, że wpierw obowiązki. I jak tak po niego wróciłem i spostrzegłem te pozostałe rzeczy, to swoje mienie i rolkowany aksamit higieniczny uznałem za wartościowsze. Oczywiście planowałem wrócić po instrument, ale widocznie we wnętrzu działy się tak zajmujące sprawy, że czynność ta wypadła poza listę priorytetów.

Jakże miły to widok po przyjściu do Chatki (fot. Zuzia)
W grudniu oczekiwaliśmy białej łąki, ale ważne, że przynajmniej ławka działa (fot. Zuzia)

Śpiewogranie urozmaiciliśmy sobie wyznaczaniem repertuaru poprzez skojarzenie z poprzednim utworem, na przykład na zasadzie Szczęśliwej Drogi Już Czas – Milczenie Owiec. Może nie zawsze były to najpiękniejsze wykonania w historii, ale, co najważniejsze, były naższe, niż insze. Kolejnym wzbogaceniem był nieklasyczny instrument. Myśliwy, oddawszy gitarę, jął nam przygrywać na grzebieniu. Po nim ten przyrząd codziennego użytku przejął Maciek i okazało się, że mamy między sobą wirtuoza gry na tym instrumencie z grupy dętych plastikowych estetyki osobistej. A nawet na jego braku. I w czasie, gdy Maciek grał na grzebieniu bez grzebienia, niektórzy próbowali z, co sprawiło, że stał się on pełnoprawnym dobrem substytucyjnym dla kazoo, także sprawdzić swoje zdolności. Zakończonych niepowodzeniem prób dmuchania w instrument było bowiem niemało. Coraz mniej było za to osób bezwzględnie utrzymujących stan świadomości. Termometr wskazał 22 stopnie Celsjusza i okazało się to wystarczająco komfortowymi warunkami, by oddać się nocnemu spoczynkowi. Ale nie wszystkim było spieszno do zakończenia dnia fizjologicznego.

Właściwie nie mam do przekazania żadnej myśli, czy impresji. Piszę tylko dlatego, że nigdy nie pisałem przy świetle świecy. Choć wobec tego wypadałoby to czynić nie długopisem kupionym za pewnie nie więcej jak złotówkę, i nie w, jak głosi okładka, notatniku z mikroperforacją. Ale cóż. Jest jak jest. Nie napiszę, że jest źle. Ponoć jest około drugiej w nocy. To Martunia, to Maciek brzdąkają coś na gitarze, czy też ukulele. W piecu, napakowanym już na noc, istna orgia płomyków. Ich delikatny trzask miesza się z dźwiękami instrumentów i przewracanymi co rusz przez Myśliwego kartkami zeszytu. Mniejsza z tym w jakim celu. Na pięterku słychać jakieś, nawet niepozorowane na bardzo ciche, rozmowy. Choć pewnie są i te cichsze, które do uszu siedzącego przy stole skryby nie sięgają. Pewnie że czasem są jakieś zaburzenia tej ocierającej się o harmonię sytuacji. No bo jednak jakiś głupi żart padnie. Tu u nas, na dole. Gdzie siedzimy sobie z Myśliwym machając długopisami. Gdzie Kaja się dosiadła. Ot tak, wymienić z nami kilka słów. Gdzie Olek się dosiadł i śpiewnik jął przeglądać. Ale mam nadzieję, że w końcu sobie pójdą, bo wyłożona baranimi skórami ławeczka w nocy zmienia się w legowisko pewnego, jakże skromnego, specjalisty od kunsztownej prozy użytkowej. A na materacu siedzi Martunia sprawiając swoją grą, że z Myśliwym co rusz podnosimy głowy znad naszych arkuszy. I śpią tu też na podłodze jacyś ludzie tracąc ten ubogi w słowa spektakl. Albo kontemplując go całkiem bezszelestnie schowani w swoje śpiwory. Kaja wyszła myć zęby. Wróciwszy zrobiła piękny przysiad. Po czym znów się dosiadła. I poprosiła o kartkę i długopis. We troje. Przy świecach. Ja pisząc te słowa, Myśliwy całkując, Kaja… w sumie nie wiem, chwyciła ten długopis żeby się w tłum wmieszać, bo ciągle nas zagaduje i zajmuje. Albo zajmuje się. Martunia gra. Kameralnie. Tylko ten piec parędziesiąt minut temu niby napakowany na maksa jakoś słabo. Ale naprawdę, żadna wyjątkowa impresja. Takie tutaj są, a co najmniej bywają, realia.

Późnonocna dysputa potrafi dojść do różnych kwestii. Jakkolwiek luźne rozważania nad finezyjnymi skojarzeniami dotyczącymi podobieństw wyglądu człowieka do różnorakich elementów otaczającej nas rzeczywistości można jeszcze uznać za zabawne rozmówki, podobnie jak temat internetowego kursu chrapania z egzaminem w postaci testu z pytaniami zamkniętymi, to w pewnym momencie Martunia, która ku naszemu, eufemizując, mocno umiarkowanemu zadowoleniu, zaprzestała czułego trącania strun, postawiła problem, który w mgnieniu oka rozłożył nas na łopatki i doprowadził mózgi słyszących jej słowa do wrzenia. No bo niby takie proste wydaje się być zmarnowanie i zniszczenie sobie życia poprzez związanie się z nieodpowiednim człowiekiem. Ale skąd mieć pewność, że to jest ten niejedyny?

Mogło się wydawać, że w takiej chwili można było już tylko poddać się i pójść spać. Ale nie. Ba, wzmocniliśmy się posiłkiem z, w sensie w towarzystwie, camemberta delikatnego. I trwało to dalej. Wybranie sobie za łóżko ławeczki ma tę zaletę, że nie ma innych chętnych do spania na niej. Ale na inne aktywności, jak widać na załączonym obrazku, tak. Ma to też jednak wyjaśnienie – mój słaby sen sprawiłby niechybnie, że i tak co rusz bym się budził. A forsując się niniejszym do pozostawania do końca unikam takich nieprzyjemnych sytuacji. A jakoś przez długi czas nikt nie zgłaszał niezadowolenia z trwającego stanu rzeczy. Aż do, jak usłyszałem rano, piątej późnym wieczorem. Po której chwilkę, świece zostały zdmuchnięte. Dzień dobiegł końca.

W nocy nie zadzwonił żaden budzik. Tak po prostu nie.

Pobudka przypadła na porę adekwatną rozpoczynającemu się powoli dniowi tygodnia. Metoda budzenia wyrwała się dotychczasowym schematom reprezentowanym przez grę na rozstrojonej gitarze, czy też na namiętnym deptaniem skrzypiącej deski na pięterku. No dobry początek dnia wybrzmiało bowiem Starless rozbudzając całkowicie pozytywną emocją. Miny mogły za to nieco zrzednąć po zorientowaniu się jaka na zewnątrz panuje aura. Kilka stopni powyżej zera. Niewiele jaśniej niż w środku nocy. Deszcz niby trochę pada, ale nie na tyle, by na drodze do wychodka trzeba było przekraczać wylewający się z rury spustowej strumień. Właściwie nawet trudno stwierdzić, czy to siąpi, czy krople wody ot tak latają sobie w tę i nazad jak pijane ćmy podczas disco party w stylu lat 90-tych. Takie paskudne nie wiadomo co.

Jednak jaka by pogoda nie była, śniadanie trzeba zjeść. Umiarkowany zapał do rozpalenia piekła w piecyku spowodował, że nie było możliwości zrobienia sobie tostów, toteż posiłek ograniczył się do zimnego talerza. A nawet kilku – właściwie był to zimny stół. Albo zimna cerata. Plus tradycyjnie ciepła, albo i gorąca, herbata. Po posiłku powrócił temat mało ciekawej aury. Łącząc ten fakt z tak małymi, że aż sugerującymi kradzież, zasobami obrobionego drewna, długotrwałością przygotowania obiadu grożącą nieprzyjemnie długim oczekiwaniem nań po spacerze oraz panującą w nocy jasnością i dobrą znajomością trasy pozwalająca na zdobycie Borówkowej nawet po zmroku – wszak rzeczona pogoda sprawiała, że i tak nie było szans na widok – Szef podjął decyzję o odłożeniu spaceru na później. Na zaraz wyznaczył prace drwalskie i przeprowadzenie czynności przedwstępnych na rzecz obiadu, zaś sam pochwycił gitarę i zagrał na rozpoczęcie Hear Me Calling zajmując na kilka godzin moją głowę hipnotyzującym refrenem tejże piosenki zespołu Ten Years After. Grupa obierająca ziemniaki zawiązała się błyskawicznie i już po chwili dało się posłyszeć rozmowy o kształcie obierek. A w tak zwanym międzyczasie, za sprawą Kacpra, przygotowany został sprzęt i stanowiska do piłowania i rąbania. Nie pozostało więc nic innego, jak wyruszyć do lasu. Szybko okazało się, że jest w czym przebierać. Nieomal każde spostrzeżenie co ciekawiej zapowiadającego się kawałka powalonego drzewa ciągnęło za sobą odnalezienie wzrokiem, podczas zbliżania się do tego pierwszego, kolejnych. Aczkolwiek nierzadko towarzyszyła temu konstatacja, że, jak głosi stare TeKaTowskie powiedzenie, próchno. Niemniej jednak, w sumie znalazło się sporo dobrego materiału, który pozostało obrobić do stanu pozwalającego na przeniesienie na stanowiska robocze. Na których praca rozpoczęła się oczywiście w międzyczasie, mimo że ta lepsza piła była akurat użytkowana w terenie. Jej pojawienie się przy koźle przyspieszyło tempo piłowania, jednak nie oznaczało to końca problemów. Pracując, w różnych konfiguracjach, z Tadkiem, Wojtkiem, Myśliwym i Maćkiem zanotowaliśmy tendencję do skręcania piły, zawsze w tę samą stronę, czemu nie potrafiliśmy zaradzić. Ani wyjaśnić. Nie wynikało to z pewnością z działalności sił magnetycznych, gdyż piła odbijała w kierunku wschodnim. Może ruch obrotowy ziemi, albo rozszerzanie się wszechświata? Nie wiadomo, ale przez to miast płaskich przekrojów, tworzyliśmy profile dopasowane swoim kształtem do łuku twarzy i mogące służyć za, nieco twardsze od puchowych, poduszki. Mogło to stanowić problem dla obsługujących siekiery, ale nie stanowiło. Maciek utrzymał, zbudowaną podczas tegorocznego wędrownego, markę Hedloff w dziedzinie drwalstwa. Bez najmniejszych skrupułów z Bogu ducha winnymi drwami radziła też sobie Ola. Bezwzględność, z jaką rozbijała kolejne pieńki byłą tak bezwzględnie bezwzględna, że aż obserwując ją można było pomyśleć, iż ma krew na rękach. Były to jednak tylko pomalowane na czerwono paznokietki – awangarda w drwalskiej modzie. Równie skutecznie i sprawnie, i wprawiając obserwujący tłumik w niemniejszą ekstazę, z siekierą radziły sobie Marta, Martunia i Ines, nie bojąc się ciepać ostro znad głowy nabite na siekierę drwa. Przynajmniej do czasu.

Po powrocie do wnętrza okazało się, że ziemniaki są już nie tylko obrane, ale i rozrobione, zaś działalność znajdujących się we wnętrzu osób ograniczała się do aktywności rekreacyjno-społecznych, bądź naukowych. Może to kwestia tego, że w przybytku na Chłopskiej Kopie nie ma jak się z tym kryć, ale to przygotowywanie się do kartkówek, sprawdzianów i kolokwiów przez niektóre osoby jest już pewną tradycją. Nie oznaczało to jednak, że trzeba jakoś bardzo szanować taki stan rzeczy. W okolicach trzeciej po południu w pełnym składzie wyruszyliśmy na Borówkową. Doszliśmy więc do Wrzosówki, skąd przy pięknej pogodzie, czyli nie w opisywanym czasie, roztacza się niesamowita panorama Jeseników. Ale w kwestii faktu bytności na terenie opuszczonej wioski aura nie miała nic do powiedzenia. Mówił więc Szef, przeprowadzając tradycyjny krótki wykład o opuszczeniu tego miejsca przez ludność niemiecką zaraz po drugiej wojnie światowej i niechęci Polaków do zasiedlenia – zarówno tych rządzących, którzy nie życzyli sobie cywilów tak blisko granicy Ojczyzny Ludowej, jak i samych prostych ludzi, którzy przyjeżdżając tu z Kresów, bądź Polski centralnej nie znali wysokogórskiego stylu życia i uprawy. Zbliżanie się do bardziej namacalnych śladów życia we Wrzosówce odłożyliśmy jednak na powrót ze szczytu. Podążaliśmy bowiem szlakiem krajoznawczym, który zaledwie zahacza o będącą pamiątką po Wrzosówce polanę. Do szczytu jedyną atrakcją były więc już tylko pojedyncze grudki śniegu leżące gdzieś nieopodal turystycznego traktu.

Chceš-li být štasný jeden den – najez se! Chceš-li být štasný jeden rok – ožeň se! Chceš-li být štasný celý život – dej se na turistiku! Czyli Borówkowa. 900 metrów nad poziomem morza. A dodając wieżę widokową, 925 emenpeemów. Wejście na nią nie było jednak zbyt wiele warte. Drzewa wokół szczytowej polanki widać było z góry, a nie z boku. No i dało się dostrzec, że są ich co najmniej ze trzy rzędy. Chętni dowiedzenia się czego nie widać mogli zadrzeć głowy i odczytać to na znajdującej się po wewnętrznej stronie daszku punktu widokowego graficznej rozpiski. Nie zabrakło szczytowych czekolad i krówek. Jednak to wszystko to nic. W końcu padły słowa, które padają w tym miejscu bodaj co roku. „Nie jesteśmy tu dla przyjemności”. Wybrzmiała więc Krystyna Czycza, zaś chwilę potem ustawiliśmy się w okrąg. Wyjazd małoliczny, to i nowych weteranów niewiele. Choć jakościowo, jak zawsze, prima sort. Czerwoną koszulkę z wiewiórką otrzymała, nazywana przeze mnie w tej relacji na potrzeby jednoznaczności Martunią, Marta. Uhonorowana z radością przyjęła odzienie i gratulacje. Poddała się wraz z Szefem przeprowadzonej przez pełniącą na tym wyjeździe rolę fotografki Zuzię sesji zdjęciowej i jęła dalej dzielić się radością wpadając w ramiona Marysi. Która generalnie, na przestrzeni całego wyjazdu, zajmowała się ściskaniem innych.

Po tym wydawało się, że to już wszystko. Wówczas jednak wybrzmiało zadające kłam owemu twierdzeniu hasło „ale to jeszcze nie wszystko”. Andrzej z Myśliwym jeszcze w Chatce głośno mówili, żeby nie zapomnieć „tego”. Mieliśmy się więc przekonać czym owo „to” jest. Owi panowie przedstawili krótki zarys historyczny powstawania „tego”, jako główną autorkę dzieła wskazali Zuzię – i pokazali. Od tej chwili zdobywać szczyt będziemy mogli pod czerwonym sztandarem. Z wyszytymi akronimem naszej organizacji i złotą wiewiórką.

Tradycyjnie z tyłu chatki zebrali się miłośnicy dobrej piły, a także ci, którzy lubią się nieźle narąbać (fot. Zuzia)
Zdjęcie tej tabliczki już było, ale w żadnym razie nie zaszkodzi, jeśli pojawi się kolejny raz (fot. Zuzia)

Po prezentacji i oficjalnym ucałowaniu sztandaru zeszliśmy na dół i po kolejnej dawce szczytowego jedzenia, ruszyliśmy szlakiem granicznym, niczym jeszcze niedawno złote liście, w dół. Podejmując po raz kolejny temat wskrzeszenia strony internetowej TeKaTu. Oby w końcu coś z tych rozmów wynikło. Zgodnie z zapowiedziami doszliśmy do Wrzosówki, gdzie z bliska widać szczątki po domostwach i gdzie moglibyśmy obejrzeć piękny zachód słońca, dokładnie nie za Jesenikami, gdyby aura była nieco lepsza. Bardzo nieco lepsza. Ostatni fragment pokonaliśmy więc w ciemności, dość wartko zbliżając się do Chatki. I do obiadu. Tylko Szef zwolnił nieco po dotarciu na przychatkową polanę chcąc przeprowadzić rozmowę telefoniczną. I światłem aparatu ułatwiając dotarcie do celu zagubionemu w przestrzeni Stercowi.

A tymczasem we wnętrzu rozpoczęła się akcja pierogi – niektórzy jeszcze nie usadowili się wygodnie, podczas gdy ekipa obiadowa już rzewnym łzami płakała nad cebulą. A już chwilę później Zuzia z Olą pozowały do zdjęcia z miską farszu. Fotografię wykonał Olek, który przez chwilę zajął się uwiecznianiem historii. Długo tego nie robił, ale poprzedził to wypowiedzeniem na głos słów „ja mogę robić zdjęcia”, co zaowocowało tym, że nieomal do końca dnia po zapytaniu „gdzie jest aparat?” rozbrzmiewało głośne „Olek!”.

Równolegle do prac kucharskich trwały zabawy muzyczne. Szefowi Maciejowe ukulele wybitnie przypadło do gustu i choć jeszcze poprzedniego wieczora gra jego była dosyć rwana (nie piszę tu o agresywnym stylu szarpania strun), to przygotowującym obiad wybrzmiewały w uszach nawet niepodejrzewane o bycie możliwymi do zagrania na tak radośnie brzmiącym instrumencie Child in Time, I Put a Spell On You, czy Co Się Stało Kwiatom. A główną osobą przygotowującą obiad był Andrzej, który po uprzątnięciu, z istotną pomocą podwykonawców, stołu, poopieprzaniu tych, którzy korzystając z tego że jest on wolny coś na nim postawili (na przykład bardzo dobry, mimo, że kupny, wypiek) zabrał się za ciasto. A gdy pierwsza partia była już gotowa, zgromadzony wokół stołu wianuszek osób w postaci Agnieszki, Zuzi, Oli, Basi i Kasi zabrał się za lepienie. Zresztą Zuzia (spełniajmy swoje marzenia!) i Kasia dostały i szansę pracy z wałkiem. Za który w tym roku służyła butelka niemarkowego napoju owocowego.

Tradycyjnie był jeszcze jeden typ aktywności. Siedzenie na górze i zajmowanie się sprawami powodującymi krzyk, hałas i śmiech budzący wśród pozostałych niejednoznaczne skojarzenia. Z czasem do lepienia włączyli się też inni. Swoich sił próbowali też Madzia, Kasia, Myśliwy i Stercu – ten ostatni szczególnie wsławił się dość karkołomnymi tworami wzbudzającymi wśród niektórych obserwatorów zachwyt i jednoznaczne niezadowolenie gotujących. Czyli Bezy oraz Ines. Która jednocześnie była twarzą całego procesu bezpośrednio rozdając gotowe sztuki. Wpierw po jednym, jakby nęcąc jeno, a nie dając się nasycić. Z czasem jednak coraz racjonalniej pozwalając na systematyczne zapychanie żołądków i powolne rozwalnianie się atmosfery. Zmierzającą powoli do bezgłośnego spoczynku na materacach, skórach, ławeczce.

Ale to w głównej izbie. Osobiście czas powolnego, acz skutecznego spadku wigoru spędziłem w kuchni, gdzie wraz z Maćkiem i Kacprem korzystaliśmy z jej walorów. To znaczy tego, że są tam najlepsze imprezy i dużo jedzenia. Zresztą i tak w głównej izbie pierogi schodziły coraz wolniej. A materiału nie brakowało. I do wielkiego gara wciąż wpadały kolejne pierogi. Które były potem wyciągane wielkim, adekwatnym sitkiem. A kiedyś było tylko takie małe i trzeba było wyciągać pojedynczo…

Ale to w głównej izbie. Osobiście czas powolnego, acz skutecznego spadku wigoru spędziłem w kuchni, gdzie wraz z Maćkiem i Kacprem korzystaliśmy z jej walorów. To znaczy tego, że są tam najlepsze imprezy i dużo jedzenia. Zresztą i tak w głównej izbie pierogi schodziły coraz wolniej. A materiału nie brakowało. I do wielkiego gara wciąż wpadały kolejne pierogi. Które były potem wyciągane wielkim, adekwatnym sitkiem. A kiedyś było tylko takie małe i trzeba było wyciągać pojedynczo…

Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi – z czasem w tym nicnierobieniu nastąpiło rozprężenie. Niektórzy zbierali się do snu, innych sytuacja życiowa sprowokowała do przedsięwzięcia spaceru. Zaś Kacper jął pytać ludzi, czy czują się pominięci przez Świętego Mikołaja – wszak właśnie dobiegał końca dzień wspomnienia owego. Rozmowę z tymi, którzy odpowiedzieli „nie”, kończył jednym, żołnierskim słowem. Pierwszym dwóm osobom, które odpowiedziały twierdząco, a którymi były Ines i Kasia, wręczył magiczne pałeczki, które pod wpływem złamania, takiego bez utraty ciągłości materiału, jęły świecić. Obie dziewczęta, zachwycone prezentem od świętego biskupa, uczyniły z owych pałeczek bransoletki, dzięki którym nawet w nocy można było po jednym tylko rzucie oka zlokalizować obie niewiasty.

Kolejnym atrybutem wychodzenia z letargu był powrót muzykowania. Choć mnie akurat wówczas złapało zmęczenie w wyniku którego zdrzemnąłem się. Przesypiając, jak się potem dowiedziałem, Czarnego Bluesa o Czwartej nad Ranem. Nie przejąłem się tym jednak zbytnio i niedługo po tym, około drugiej wieczorem zdmuchnąłem ostatnie świece zamykając niniejszym historię drugiego dnia tegorocznej Chatki.

Niedzielę rozpoczęliśmy około dziesiątej rano. W piecu się oczywiście nie paliło. Nikt przed pójściem spać nawet go nie napakował. Co na nic zresztą by się nie zdało, gdyż i wówczas nawet się w nim nie tliło. Jakoś tak to było na tym wyjeździe. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że częściej było rozpalane niż dokładane. Magda postanowiła pozmywać z rana, ale wstrzymaliśmy ją, mimo podziwu dla podjętej inicjatywy, gdyż na razie wszystkie siły należało skierować na przygotowanie śniadania. Choć rozgrzać piec, żeby można było robić tosty, nikomu się nie chciało. Tostów więc nie było. Były za to pomidory, ogórki i cebula ułożone artystycznie przez Ines i Kacpra. Na dodatek w sposób pozwalający na pomylenie cebuli z ogórkiem. Głównymi bohaterami były jednak pomidory – już w sobotni poranek trzeba ich było dokrawać, w niedzielę zaś zeszły błyskawicznie. Ines odniosła więc, niestety tylko moralne, zwycięstwo. Zaś my, i nie mam tu na myśli nas jako ogółu, ale wąskiego grona osób, które w piątkowy wieczór strofowało ją, gdy chciała wziąć ich więcej, z pokorą musieliśmy, i nie omieszkaliśmy tego uczynić, przyznać się do błędu. Choć szczerze napisawszy, nie wiem, czy ten precedens sprawi, że następnym razem nie postąpimy tak samo.

Po porannej strawie nadszedł czas na prace porządkowe. Na odcinek zmywania, decyzją Szefa, posłane zostały Kaja z Martą. Zawiązana została też Załoga G. Jej skład wskazała już osobiście tradycja. Za pośrednictwem Kacpra na ochotników wezwani zostali wszyscy debiutujący panowie – Tadek, Wojtek, Beza, Maciek oraz Olek. Pozostali zaś zostali ogólnie pouczeni o konieczności ogarnięcia izby i pięterka. Najwięcej emocji budziła jednak, jak zwykle, tak zwana robota główna. Choćby za sprawą pewnej tajemniczości, wszak dopiero w ostatniej chwili pada jasna komenda. Pełniący kolejny już raz rolę mistrza ceremonii Kacper wręczył kilof oraz szpadle rzeczonej piątce i powiódł ścieżką, którą wszyscy zdążyli już dobrze poznać. Kopanie szło dość łatwo. Ziemia nie była ani trochę zmarznięta, więc wnęka w ziemi rozrosła się dość szybko, mimo że jeden ze szpadli odmawiał współpracy. Niebo płakało nad pracującymi (i innymi, którzy stali pod drzewem wprawianym w wibracje zdecydowanymi ruchami nóg Kacpra), ale obowiązek jest obowiązkiem. Dziura jest. Beza podnosi wrota piekieł. Brak trudności podczas wgłębiania się został zrekompensowany pokaźną zawartością zbiornika – nasi poprzednicy nie raczyli bowiem go opróżnić. Nader dramatyczną, a zarazem przerażającą hiperbolizacją byłoby stwierdzenie, że na powierzchni treści powstał menisk, niemniej jednak, jak by to ujęli w komunikacie o stanach wód w Pierwszym Programie Polskiego Radia, stan wysoki. Ale bezpiecznie poniżej alarmowego. Albo po prostu, jak by to powiedział przeciętny Polak, nie przelewa się. Z godną trudności zadania atencją, Olek obraca miskę, aby dało się ją wyciągnąć. Aż w końcu nadszedł moment, w którym wszyscy wstrzymują oddech. Dorobek ciężkiej pracy organizmów naszych i naszych poprzedników opuszcza swój doczesny przybytek. Od wieczności dzieli go jednak jeszcze kilka krótkich, acz trudnych kroków. Pierwsze wykonują Olek z Wojtkiem, ale już po chwili w sukurs przychodzi Maciek. Dzięki czemu Wojtek może puścić wanienkę i nie musi iść tyłem w kierunku świeżo wykopanej dziury. Przy której czeka już Tadek, z którego pomocą korytko znajduje swoje miejsce na usypanym przy okazji kopania kopczyku. Pozostało już tylko przechylić. Jak prawdziwi mężczyźni. Na raz. Bowiem nazwanie owej piątki mężczyznami było już tylko formalnością.

Wieża na Borówkowej – debiut sztandaru TKT wyszytego przez Zuzię (fot. Zuzia)
Magia pierożnictwa (fot. Zuzia)
Przy całkowitym oddaniu się pracy stajesz się tylko parą rąk (fot. Zuzia)

A tymczasem przed Chatką działy się daleko bardziej estetyczne rzeczy. Należało bowiem wykonać stronę tytułową wspomnianej kilka tysięcy słów temu księgi gości. Zadania podjęła się Martunia, co dało kumulację estetycznych wrażeń – tak efekt jej pracy, jak i widok rysującej Martuni stojącej przy huśtawce i opierającej o nią zeszyt były wprost olśniewające. Daleko bardziej niż zakopująca w dziurze skarby Załoga G. Już nie wspominając o uprzednim pozowaniu ze swoim dziełem. Aczkolwiek nie da się ukryć, że wykonana została kupa dobrej roboty. I chwilę potem, już w Chatce, Kacper mógł ogłosić wszem i wobec, że grono mężczyzn powiększyło się o mężczyznę Wojciecha, mężczyznę Tadeusza, mężczyznę Aleksandra, mężczyznę Bezę i Maćka. A uroczystość ta odbyła się w dość komfortowych warunkach – wnętrze było już zgrubnie ogarnięte. Wciąż trwało zmywanie, lecz nieustające śmiechy Kai i Marty kazały sugerować, że praca nie jest ciężka. Okazało się zresztą, że umycie garów to wręcz żaden problem przy ich opróżnianiu. Po sobocie pozostał bowiem garnek rozrobionego twarogu i garnek rozrobionych ziemniaków. Postawiono je na stole, lecz nie rzuciły się na nie wygłodniałe hordy. Wręcz przeciwnie. Nie rzuciły się. Posunęliśmy się więc do podstępu. Korzystając z przyniesionych na stół przez różne osoby łakoci, nęciliśmy nimi przechodzące osoby, by potem zaszantażować je, każąc im zjeść wpierw łyżkę twarogu. Dało to pewne efekty. Ponadto, korzystając z usadowienia w okręgu z okazji śpiewania, puściliśmy w obieg serek pokoju. A właściwie gar pokoju, precyzyjniej paralelizując z fajką. Nie zaowocowało to jednak wyzerowaniem. A Kaja z Martą, wspomagane pod koniec, nie wiem, czy obecnością, czy czynem, już zakończyły swoje prace.

W końcu nastąpiła komenda: wyjść. Schowane więc zostały śpiewniki, w tym jedyne dwa spośród tych z najnowszego wydania należące do Marysi i Olka i które oboje rozpoznawali w taki sposób, że każde uważało za swój ten mniej sfatygowany. Można już było zabrać z kuchni swoje kubki. Każdy inny. Ale poprzedniego wieczora napoczęta została dyskusja nad kolejną serią TeKaTowskich kubków. Zaproponowane zostały cztery typy. Ciężki porcelanowy, którego funkcją było tylko rozszerzenie palety możliwości, lekki termiczny, klasyczny cienkościenny blaszak oraz, poniekąd jeszcze bardziej klasyczny, kubek emaliowany. Dyskusja była głośna, ale dotyczyła chyba wszystkich innych tematów. Udało się poznać opinie zaledwie kilku osób i dysputa zakończyła się bez wniosków.

Systematyczne opuszczanie Chatki przez kolejne osoby pozwoliło na właściwe doprowadzenie jej do porządku. Wszak tylko kilka osób jest w stanie wykonywać ostateczne prace. Serek udało się w końcu zjeść, więc i dogrywkowe prace w kuchni, to jest ostatnie zmywanie i sprzątnięcie, można było rozpocząć. A nawet w końcu pozmywać po ziemniakach – po prostu w pewnym momencie gar został wyniesiony na zewnątrz, gdzie była już większość grupy, z przykazaniem, że ma wrócić pusty. Zatem naczynia pozmywane. Gaz zakręcony, kuchenka wyszorowana. Rzeczy zabrane, choć nie zabrakło wesołych baranków w wykonaniu Tadka. Stół czysty, podłoga zmieciona. W piecyku na następnych czeka rozstawiony do rozpalenia namiocik. Materace oczywiście na górze, stołki stoją przy ścianach do góry nogami. Okiennice założone. Pierwszy wpis do chatkowej księgi poczyniony – nie zdecydowaliśmy się jednak na sformułowanie „Na tym wyjeździe pięciu chłopców stało się mężczyznami”. Drewno się suszy. Śmieci zabrane, nowy worek założony. Okiennice założone. Papier toaletowy założony. Podłoga w przedsionku umyta. Drzwi zakluczone. Chatka przygotowana tak pięknie, że aż chciałoby znowu otworzyć jem wejść, i spędzić kolejne dni. Ale nie. Plecak na plecy i w drogę.

Jako ostatni spod Chatki mieliśmy ruszyć ja z Kacprem i Myśliwym. Oprócz naszych plecaków leżał jeszcze worek ze śmieciami – nie było to dziwne, gdyż miał go wziąć bliżej nieokreślony „ktoś”. Bardziej konfundujące było, że obok owego worka leżał jeszcze jeden plecak. Wyglądał jak plecak Ines. I faktycznie nim był. Mój osobisty pierwszy strzał brzmiał: zapomniała zabrać. Jednak Kacper szybko obalił moją teorię powołując się na własne dane. W chwili wyruszania policzył nas i brakowało mu jednej osoby. I, co podał już z mniejszą, ale tylko trochę, pewnością siebie, że jest nią właśnie owa dziewoja. Uznaliśmy, że pewnie oddaliła się na chwilę w wiadomym celu, a my, jako dobrzy koledzy, poczekamy. Po chwili naszło mnie jednak, żeby spojrzeć w kierunku wychodka. Jego drzwi były otwarte. W tak zwanym międzyczasie Myśliwy dotarł do głównej grupy, która zatrzymała się przy ławeczkach na krańcu polany. Tam też była nieobecna. W Chatce też jej na pewno nie było – sam osobiście podawałem jej plecak, gdy ta już była obuta. Myśliwy jeszcze raz poszedł do głównej grupy, by zaangażować w akcję poszukiwawczą najwyższe władze, zaś ja z Kacprem, z okrzykiem na ustach, rozeszliśmy się w różnych kierunkach. Bezskutecznie. No to jeszcze raz, z tym, że wybraliśmy inne kierunki. Nasze krzyki. I nic. Nasze krzyki. Ines. Kacper jest bliżej, zgarnia ją. Po chwili jesteśmy w trójkę przy Chatce – i ruszamy za resztą. Ale i bez naszych poszukiwań Ines odnalazłaby się. Ba, gdybyśmy zbierali się te 15-20 minut dłużej, nikt by się nawet nie dowiedział o całej historii. Bowiem zachowanie zgubionej było zgodne ze wszystkimi prawidłami. Wpierw próby kontaktu telefonicznego. Bezskuteczne – wszyscy byli w lub przed Chatką. Zatem w dół. Bo w dole jest cywilizacja. Pod postacią Wójtówki sensu stricte, czyli samej wsi. W jednym z pierwszych zabudowań znalazła mężczyznę (nie był to sołtys), który z chęcią podjął się odprowadzenia Ines do Chatki wyprowadzając swoje psy. I prowadził aż do chwili, w której dobiegły ich nasze krzyki. Cała akcja trwała ok. 30 minut. Tak swoją drogą, to pokonanie w tym czasie trasy Chatka-Wójtówka-Chatka jest dość imponujące.

Zebrawszy się w komplecie i wyznaczywszy na ktosia niosącego śmieci Wojtka, ruszyliśmy trasą przez Geovitę do Lądka. Wprost do Albrechtshalle. Na ciastko. I to nie byle jakie. I dalej w drogę. W imię równouprawnienia gitarę w rękę wzięła Zuzia. Dwie minuty marszu chodnikiem później byliśmy już przy autobusie Blicharskiego. Tym razem podział my-oni prezentował się trochę inaczej. Tylko ja z Szefem towarzyszyliśmy kierowcy, podczas gdy wszyscy inni siedzieli za środkowymi drzwiami. A kierowca kontynuował swoje turystyczne opowieści – choćby i tego dnia rano spacerował on po złotogórskich lasach i wzgórzach.

Gdy dotarliśmy na dworzec Kłodzko Główne, nasz skład już czekał przy peronie. Mały, rzec by wręcz można, że mikry, gabaryt grupy sprawił, że mogliśmy jak za dawnych, choć też nie jakichś bardzo dawnych, czasów wszyscy razem usadowić się w jednym przedziale dla podróżnych z większym bagażem. Aczkolwiek z racji unowocześniania taboru, nie był to ostatni moduł składu dostępny dla pasażerów – owy jest dedykowany rowerzystom i narciarzom, a jednocześnie posiada klasyczne siedziska – toteż przedział nasz był przechodni. Przechodziła przez niego na przykład pani konduktor, której niezwykłą trudność sprawiło odczytanie naszych biletów. Umknęły jej uwadze dwa darmowe zawarte na jednym z blankietów, toteż, przeliczywszy legitymacje, stwierdziła, że jakiś uczeń jedzie na bilecie studenckim. I obstawała przy swoim aż do chwili, w której stwierdziwszy, że wypisze nam dopłatę po parokroć stuknęła w dedykowane jej pracy mobilne urządzenie. Nie wiem czy to odruch ludzki (zresztą będąc precyzyjnym, to jednocześnie z dopłatą powinna nastąpić anulacja części przejazdówki, co koniec końców skończyłoby się zwrotem dla nas), czy też wyzwanie techniczne jakim było wykonanie całej operacji było decydujące, ale wówczas z ust pani konduktorki wybrzmiały słowa „a, dobra” i przygoda dobiegła kresu. Przynajmniej z nami. Niemniej kłopotliwa okazała się dla owej pracowniczki przewoźnika kolejowego grupa harcerzy, która dosiadła się kilka stacji dalej. I której przewodniczący, nie znam się na harcerskiej hierarchii i stopniach, widząc nas zakrzyknął „Cześć (bądź użył tu powitania charakterystycznego ruchowi skautowemu), skąd jesteście?”. A chwilę później rzucił w kierunku swoich podopiecznych, wiek na przełomie wartości jedno- i dwucyfrowych, „zdejmujemy kurteczki i śpiewamy z nimi (przy czym użył tu, zdaję się, sformułowania bardziej poufałego, aniżeli ten beznamiętny zaimek)”. Po naszej chwilowej konsternacji zaczęły padać różne propozycje. Ona, Piła, Piosenka Kontrowersyjna. Postanowiliśmy jednak nie zmieniać normalnego stanu rzeczy. Drzwi dzielące nas od harcerzy zamknęliśmy, zaś jedyną osobą wśród nas, której nie było w Wójtówce był Filip, który spędził weekend w Bardzie i akurat również wracał tym pociągiem. Ony, ani Piły nie odśpiewaliśmy, ale i tak hitów nie zabrakło. Skonstatowaliśmy, że wciąż niezaśpiewane na tym wyjeździe zostały Golonka, Baleron, czy Niech Żyje Bal. Spuszczony ze smyczy został także słoń. Który zakończon został zwrotką Marty skierowaną do Kai. Której nikt nie zrozumiał, a która spowodowała niepohamowany, absolutnie niezrozumiany przez pozostałych śmiech tak jednej, jak i drugiej. Ale do wspólnego śmiechu tych dziewcząt zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

Po nieco ponad godzinie jazdy przyszedł czas rozstań. Jeszcze w pociągu pożegnała się ze wszystkimi Basia, która, nie bez problemów, kupiła u owej konduktorki bilet do Świętej Katarzyny i zaraz po zatrzymaniu się składu pobiegła na pociąg do Raciborza. Wygłoszenie minimalistycznej i ubogiej w środki artystycznego wyrazu mowy kończącej i odśpiewanie refrenu Pożegnalnego Tonu przez okna wagonu stojącego na sąsiednim peronie obserwowali Kacper z Martunią. Ich trójczłon ruszył jednak z opóźnieniem i już po błyskawicznym, bo z udziałem ledwo około 20 osób, pożegnaniu, zdążyłem jeszcze zobaczyć się z nimi z bliska. I pewnie nawet wsiadłbym był, gdyby wyświetlacze peronowe pokazywały, że jest to pociąg do Poznania Głównego. Nie pokazywały jednak, więc udałem się na peron piąty, gdzie z kolei ujrzałem, także nieuczestniczącą w pożegnaniu, Ines w ruszającym właśnie, takoż z opóźnieniem, pociągu do Węglińca. Kilka minut później, wraz z Szefem, Filipem i jego towarzyszami, wsiadłem do pociągu do Głogowa. I tak się jakoś rozjechaliśmy. Do mamy. Brata. Sąsiada. Kolegi z pokoju w internacie.

I się zakończyła ta Chatka. Dwunasta w historii TKT. Grudniowa, ale bez śniegu i mrozu na zewnątrz i bez ukropu wewnątrz – najwyższą zanotowaną przeze mnie temperaturą było 27°C. Znowu z pierogami, ale wyjątkowo bez tostów. Z Wrzosówką i Borówkową. Rąbaniem i Załogą G. Po raz siódmy z relacją. Po raz trzeci autorstwa niżej (już niedługo) podpisanego. Pisanie kolejny raz o tych samych miejscach i wydarzeniach, choć zawsze innych i unikatowych, ale jednak opierających się na podobnym scenariuszu, do najłatwiejszych zadań nie należy. Jak i napisanie, po raz piętnasty, zakończenia. No to niech będzie, że starczy. I tak żaden wyjazd weekendowy jeszcze nigdy nie miał tak długiej relacji.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Ostatni krok przed korytem (fot. Zuzia)
Pierwsze przymiarki do drugiej edycji kubków z wiewiórką (fot. Zuzia)
Chwila, w której jeszcze się wydaje, że oto czeka jakieś zwykłe proste, fizolskie zadanie (fot. Zuzia)