a

Suwalszczyzna 16-25 I 2015

Zimowisko

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Piotr Sterc
  • Sylwia Bednarska
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Michał Żłobicki
  • Ola Kwaśniewska
  • Kinga Staniszewska
  • Dominik Hawryluk
  • Mateusz Kanoza
  • Wojtek Hebisz
  • Jadzia Mercik
  • Marta Pietrzak
  • Mira Najdek
  • Asia Smektała
  • Zuzia Baran
  • Justyna Dobras
  • Andrzej Biler
  • Kasia Pękala
  • Michał Urban
  • Iza Bożek
  • Teresa Sembratowicz
  • Jędrzej Barański
  • Patrycja Dulik
  • Karolina Tomaszewska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Autor: Marysia

Swego rodzaju tradycję na zimowiskach Trójkowego Klubu Turystycznego stanowi brak śniegu. Niektórzy twierdzą, że zieleń (zamiast wyczekiwanej bieli krajobrazu) implikują brane przez część uczestników narty. Może właśnie to było przyczyną stwierdzenia Szefa ‘nie bierzcie biegówek, przecież i tak nie będzie śniegu’. W pierwszym miesiącu roku 2015 miało być jednak zupełnie inaczej. Średnia wieku względem większości wyjazdów była niska – spory procent składu stanowiły pierwsze i drugie klasy, absolwentów nie było wcale. Powód był prosty – sesja. Zbiórka została wyznaczona na godzinę 23.30; mimo to tylko Jadzia była pod zegarem nieco przed czasem. Na chwilę zdejmujemy plecaki i zaczynamy poznawać tych, których jeszcze nie znamy, i witać tych, z którymi już trochę przeszliśmy (dosłownie i w przenośni). Odjazd pociągu, podobnie jak rok temu, minutę przed północą. Wagon dziesiąty, na samym końcu. Wsiadamy. Startujemy. Odcinek Wrocław Główny – Warszawa Centralna rozpoczęty. Główną atrakcją staje się należąca do Sterca plastikowa kula z zamkniętym w środku torem pełnym zakrętów i wiraży (w liczbie 138), który ma przebyć metalowa kuleczka, przemieszczająca się dzięki umiejętnemu obracaniu bryły. Niezbyt doświadczona w tej materii osoba wielokrotnie usłyszy dźwięk metalu spadającego na plastik i poczuje frustrację związaną z obowiązkiem powrotnego ustawienia kulki na pozycji startowej. Jako że droga była długa, a podekscytowanie wyjazdem jeszcze nie pozwalało zasnąć TKTowiczom, nadszedł czas na powoli stający się klasykiem żart o rycerzu. Wysłuchujący opowieści o stopniowo malowanym na zielono koniu (który był najlepszym przyjacielem rycerza i myślał dokładnie tak samo jak rycerz) z niecierpliwością oczekiwali puenty, a reszta (znająca już zakończenie) zaśmiewała się słuchając narracji Sterca i patrząc na twarze współpasażerów, zmęczone zarówno dniem, jak i słowami ‘ale królewna nie wyszła’. Co ciekawe, w pierwszej grupie jeszcze nieuświadomionych znalazła się Jadzia, która mimo pobytu w Orlu (gdzie ta opowieść święciła rekordy popularności) jeszcze nie słyszała go w pełnej wersji. Po usłyszeniu jeszcze żartu o złotej śrubce i trzech grach w mafię (namiętnie rozgrywanej na poprzednim zimowisku) zgasiliśmy światło i przysnęliśmy.

Warszawa Centralna. Pałac Kultury. Środek nocy, a wiewiórki wędrują do busa komunikacji zastępczej, zatrzymującego się w Małkini. Zauważyliśmy podobieństwo nazw między wsią goszczącą XII Matematyczne Marsze na Orientację (Miękinią), a miejscowością będącą celem pośrednim w naszej drodze na Suwalszczyznę, po czym wróciliśmy w objęcia Morfeusza. Nie ma się czemu dziwić – po opuszczeniu pociągu i krótkim marszu nadal byliśmy zaspani. Na stacji czekał na nas pociąg do Suwałk. Po wytłumaczeniu Teresce funkcji mogliśmy znowu usłyszeć formułki ‘zamykamy oczy’ i ‘budzi się mafia, macha nam kokieta’. Na suwalskim dworcu byliśmy nieco przed busem mającym przewieźć nas w miejsce zakwaterowania, więc Szef oficjalnie rozpoczął trzecie w historii zimowisko TKT w Sidorach. Okrąg tworzyły 23 osoby – liczba uczestników wprawdzie wzrośnie do podwojonej trzynastki, ale stanie się to dopiero w poniedziałek. Podobnie jak rok temu, zatrzymaliśmy się w miejscowym Kauflandzie, by zakupić produkty spożywcze zarówno publiczne (typu chleby, margaryny i herbaty), jak i prywatne (od napojów, kisielków po dziesięciopaki chusteczek). Zaskoczyły nas ciągnące się, kilkunastoosobowe kolejki i zapełnione po brzegi koszyki stojących przed nami osób. Słychać było język rosyjski, a nawet niemiecki. I narzekania dotyczące czasu spędzanego w wijącej się kolejce. W końcu nasza cierpliwość została nagrodzona, a zakupy zrobione. Pozostał tylko przejazd do drogi wiodącej do ośrodka i przejście pod sam budynek. Przed domkiem – zgodnie z tradycją – rozwiązaliśmy buty, a następnie rzuciliśmy się na łóżka, które miały stać się miejscami naszego wytchnienia w ciągu najbliższego tygodnia. Bliższą znajomość z poduszkami i pościelą mieliśmy jednak zawrzeć dopiero później – czekał nas przedobiedni, trwający półtorej godziny, spacerek mający zapoznać nas z przepięknym polodowcowym krajobrazem. I błotem na polach w drodze powrotnej.

O 17 doświadczyliśmy pierwszego obiadu w Leśnej Dolinie. Na naszych talerzach zagościła mistrzowsko przyrządzona karkóweczka w towarzystwie ziemniaków i agrestowego kompotu. Po daniu nam chwili na kontemplację sufitów i rozpoczęcie trawienia został otwarty klub filmowy. Dzięki laptopowi Myśliwego i wypożyczonemu od gospodarza rzutnikowi, mogliśmy spędzać wieczory oglądając filmy wybrane w demokratycznym (zwykle niedziejącym się przy pełnym składzie grupy) głosowaniu. Pierwszego dnia padło na ‘Amelię’. Po dwugodzinnym delektowaniu się fabułą rozpoczęliśmy dyskusję, którą zakończono pytaniem ‘no dobra, kto robi jutro śniadanie?’. Do działań porannych – na godzinę dziewiątą – do wspierania mnie wyznaczono Michasia, Mateusza Kanozę.

Wstać wypadałoby pół godziny wcześniej – ogarnąć się, rozbudzić, znaleźć zaginione w akcji pięć bochenków, wstawić gar na herbatę i rozpocząć proces aplikowana margaryny na kromki, którymi zapełni się talerze. Po ogarnięciu dżemów i serków (słodkiego i słonego bez soli) plastrujemy z Michasiem szynkę i rozkładamy sery. Kanoza przychodzi dopiero o 8.40 i wyznaczamy go do robienia herbaty. Warzyw nie ma, wiec nie musimy ich kroić. Jest akurat na styk, chociaż prawdziwe śniadanie zaczyna się ponad kwadrans później – Kasia spała 13 godzin, a nie wszyscy byli szczególnie punktualni. Ale jest w porządku. Sma-cznego. Dzię-kujemy. Ludzie jedzą i chwalą posiłek, chociaż uwolniona od reglamentacji szynka praktycznie nie schodzi. Po wyzerowaniu chleba i krótkiej naradzie znamy czas przygotowania do wyjścia. A wypadałoby zdążyć na mecz w ręczną – tego dnia graliśmy z Argentyną, wiec było z góry wiadome, że po obiedzie będzie miała miejsce trwająca ponad godzinę okupacja telewizora i miejsc na kanapie i podłodze. Chociaż zawsze w grę wchodzi stanie przy drzwiach.

Rolę pierwszej atrakcji dnia stanowił okoliczny zabytkowy cmentarz ewangelicki. Obok starych, zaniedbanych grobów stały nieliczne, wypalone znicze, a my, siedząc na ustawionych w murek kamieniach słuchaliśmy (wspomaganego naszymi informacjami) wykładu Prof. Ojca o historii Suwalszczyzny. Gdy odchodziliśmy z miejsca pamięci, Olek i Stercu odnaleźli pierwszą na tym wyjeździe geoskrzynkę. Z kolei w rezerwacie przyrody ‘Głazowisko Łopuchowskie’ mogliśmy podziwiać wyniesienia będące skutkami działalności moreny czołowej na Suwalszczyźnie w okresie zlodowacenia bałtyckiego. Granit różowy, świadczący o skandynawskim pochodzeniu głazów narzutowych, subtelnie urozmaicał brązową barwę gleby. Po przypomnieniu ubiegłorocznego pytania o lodowiec zajęliśmy się dalszą eksploracją dolinki, chociaż dla nas atrakcją równie wielką, co rzeźba otaczającego nas terenu, były zamieniające się w małe ślizgawki kałuże i śnieg w dołach po co poniektórych głazach. Miała miejsce bitwa na śnieżki – większość (poza zachowującymi neutralność obserwatorami) na przedstawicielki klasy 2b i Jadzię, która z początku była przeciwko archom. Przechodząc przez pole niedaleko od domku musieliśmy pokonać nie lada zabezpieczenia. Rów o głębokości nieco mniejszej od metra z płynącym w nim potoczkiem – raz. Niemalże tuż za rowem – dwa pastuchy elektryczne. I dodatkowo drut kolczasty na około 10 cm nad ziemia. Tyle że one nas nie zatrzymały. Zrobił to (na szczycie pagórka) zachód słońca i piękna gra kolorów, którą przez moment podziwiał chyba każdy będący wtedy na powietrzu. Na samym dole sinofioletowe cienie leżących w oddali pagóreczków, przechodzące przez delikatny róż do ciemnej czerwieni i intensywnej żółci zachodzącego słońca, finalnie stających się ciemnym błękitem nocnego nieba.

Na obiad rosołek, kurczak (nóżki lub udka, w zależności od stołu i talerza) i ziemniaki, plus surówki – kapusta lub marchewka. Chwila ogarnięcia się, złapanie ciepłej wody i piłka ręczna. Bo gramy z Argentyną. Emocje były. Ale przecież nie jesteśmy tu dla przyjemności – nauka tez musi być. W pewnym momencie prawie połowa zakwaterowanych zajmowało się fizyką bądź szeroko pojętą matematyką – od twierdzenia sinusów i cosinusów, przez dwumian Newtona do analizy matematycznej. Dla każdego cos się znalazło – kilkanaście osób praktykowało ten rodzaj intelektualnej rozrywki. Chociaż po zrobieniu dziennej (przez nikogo nieokreślonej) porcji zadań śpiewanki trwały do rana.

Następny dyżur śniadaniowy przypadł Jadzi, Kasi i Andrzejowi. Pamiętając o tym, że około 10 miały dojechać jeszcze trzy osoby (Ola, Kinga i Jędrzej) postanowiliśmy, że wyruszymy w trasę, gdy wyżej wymienieni przybędą i odetchną przy kubku herbaty. Ogłoszenie rekrutacji do ekipy powitalnej zostało zawarte w zwięzłym pytaniu ‘kto chce iść po Kingę?’. Na wezwanie poza mną odpowiedział Michaś. Po wyjściu z domku skontaktowaliśmy się z najmłodszą z trio powracającego ze studniówek – zamiast po 10 mieliśmy odebrać ich przed 11. Wspólnie stwierdziliśmy, że nie jest zimno; a wracanie się, rozbieranie i powrotne ubieranie mija się z sensem – godzinę staliśmy przy drodze, podziwiając okolicę. Pagóreczki jeszcze poprzedniego dnia były smętnie brązowawe, miejscami zielone; tego dnia na suwalskie pola zawitała szadź. Autobus przyjechał o czasie i bez problemów oddał w nasze ramiona (celem powitalnego przytulenia) debiutanta i obie weteranki sierpniowego obozu wędrownego. Jak Szef zapowiedział, tak się stało – nowoprzybyli zapełnili sobą pokój mój i Tereski, zdjęli plecaki i wypili nalanej herbaty (po niemal szesnastu godzinach w drodze należała im się chwila wytchnienia). Po wyjściu zatrzymujemy się pięć minut od drogi, by na tle spokojnie rosnących iglaków ustawić się do pierwszego zdjęcia grupowego. Idziemy do sklepu w Smolnikach. Zaliczamy postój przy pobliskim jeziorze (przy brzegu, którego od kilkunastu lat cały czas stoi ta sama przymarznięta do tafli jeziora łódź), gdzie inaugurujemy zabawę w dzwon. Grupa grających ustawia się w miarę szczelny krąg, delikwent staje w środku, zamyka oczy i niczym serce dzwonu kieruje się ku ograniczającej go otoczce, której elementy delikatnie odpychają wybrańca w inne miejsce kręgu. Sprawdziło się przy Kindze, Michasiu i Szefie, przeciwnie stało się w przypadku Myśliwego. W dalszej drodze Stercu skorzystał z okazji (kolega Szczęsnego, jako jedyny z całego grona nie znal jeszcze żartu o rycerzu) i po chwili koń ma przednią prawą nogę zieloną, a Jędrzej zastanawia się, ile jeszcze razy królewna nie wyjdzie na balkon. Po zakupach Kanoza został obciążony dwoma kartonami jajek, a kilku odważnych spróbowało połączyć smak kiełbasy jałowcowej i czekolady. W drodze powrotnej zaczęło się ściemniać, co nie czyniło klepania asfaltu ani trochę przyjemniejszym. Po spojrzeniu na zegarek było wiadomo, że to nie my będziemy czekać na obiad, tylko obiad będzie czekać na nas. Ogórkowa, zraziki z ziemniaczkami i zachwalanymi przez Tereskę buraczkami. Plus parujący jeszcze kompocik. Tego dnia zrodziła się idea pokoju księżniczek, mająca źródła w kolorach ścian (liliowo-wrzosowym i fioletu bazowanego na niebieskiej barwie). Na zakończenie dnia fizjologicznego – a rozpoczęcie godzinowego – obchodziliśmy 17. urodziny Patrycji (debiutantki z ramienia Profesora Ojca). Udziałem między innymi Jadzi powstał alternatywny tort – na planie koła zostały ułożone piętrowo złożone na cztery naleśniki z serem, dżemem i Nutellą; które następnie znalazły się w naszych żołądkach. Pyszności. Coś delicyjnego.

Środa, 21. stycznia. Na śniadanie jajecznica (po talerzu na dwie osoby). Zuzia, Sylwia i Asia w idealnie przyrządzone białka i żółtka wkomponowały skwareczki i pomidorki. Trzeba było się najeść – mieliśmy dokonać czegoś, czemu w ubiegłym roku nie podołaliśmy. Wyzwaniem tamtego dnia była wyprawa nad jezioro Hańcza, która okazała się być najdłuższym spacerkiem mającym miejscem na naszym zimowisku. 25 kilometrów zimą w grupie to nie byle co. Po zrobieniu zdjęcia całej grupy utworzyła się kolejka po zdjęcia kilkuosobowe. Ale zanim Sylwia sfotografowała nas w mniejszych grupkach (w różnych pozach, a niekiedy w ułożeniu równoległym do podłoża), kilkunastu chętnych uformowało linię zwróconą ku jezioru, delikatnie ugięło kolana i wypchnęło przed siebie biodra, stwarzając dość charakterystyczny obraz.

Zdjęcie z trzema twarzami (fot. Sylwia)
I don't think so (fot. Sylwia)

Następnie rozpoczęliśmy proces obchodzenia jeziora. Po krótkich przerwach na podziwianie wygryzanych na żeremia drzew nastąpił dłuższy postój z elementem rozrywkowym. Na środku zamarzniętego jeziora czyjeś spostrzegawcze oczy zauważyły przerębel. Rozpoczął się konkurs – jak najwięcej razy dorzucić do rozlanej na lodzie wody kamienie, zmarznięte grudy ziemi czy patyki. Te ostatnie przy wielokrotnym odbijaniu się na lód wydawały dźwięki uznane przez grupę za przezabawne. Po wyrzuceniu ostatnich kamyków zdecydowaliśmy, że czas wracać na obiad. Tego dnia podniebienia obecnych delektowały się zupą jarzynową i blinami żmudzkimi w ilości dwóch na głowę. Po posiłku zajęcia mniej lub bardziej tradycyjne – nauka matematyki i fizyki, kącik krzyżówkowy, ‘List miłosny’, ‘Cluedo’ i mafia. W tej ostatniej ze względu na śladową ilość zainteresowanych zaszły modyfikacje (na przykład dama kier nie mogła ujawnić osoby, a jedynie funkcję osoby, z która spędziła zerową noc, a fuzja Sklepu z bronią, Murzyna i Żyda przestała istnieć na rzecz pejoratywnie ocenianego ‘ssiepałkierza’ (Murzyn, Żyd i Sędzia aktywny). Wzięcie miał tez Dixit – palmę pierwszeństwa dzierżyła klasa architektoniczna. W międzyczasie Kasia i Tereska wyszły na śnieg celem robienia aniołków, a w tym samym czasie przy stawiku powstały dwa bałwany. Następnego dnia miała odbyć się wycieczka jednodniowa do Wilna, na którą jechała większość zimujących w Leśnej Dolinie. Wstawanie przebiegło sprawnie, w autokarze byliśmy nieco po ustalonej odgórnie 5.30. Nikt nie zaspał – niektórzy w tym celu musieli ustawiać sobie budziki co minutę. Wychodząc, niektórzy z nas zauważyli na ścianie nad kanapą wiadomość od zostających w domku Zuzi i Sylwii (przekaz był prosty – ,,Miłego wyjazdu, dziady’’). W związku z porannym zamieszaniem nikt nie wziął od drugiej z dziewcząt aparatu, przez co liczba zdjęć z tego dnia – a już tym bardziej tych przedstawiających miasto nad Wilią – jest bliska zeru. Od razu po zajęciu miejsc rozdana została jedna z czterech kolejek bułek. Do wyboru szynka lub ser. Wędlina zeszła najszybciej. W stolicy Litwy byliśmy po równo czterech godzinach. Padający śnieg, wiatr i temperatura zbliżająca się do 10 kresek poniżej zera. A co jakiś czas z reklam na przystankach autobusowych zerka na nas liczący na poparcie w wyborach samorządowych kandydat przypominający prof. Romanowskiego.

Program wyjazdu był podobny do ubiegłorocznego. Najpierw cmentarz na Rossie, znowu przysypany śniegiem. Matka i serce syna – napis na płycie pierwszego nagrobka może brzmieć enigmatycznie, ale nie dla nas. Wirujący w powietrzu biały puch tworzył niezwykły kontrast z ciemnymi plamami nagrobków majaczącej w oddali części nekropolii. Jako drugi kościół św. Piotra i Pawła, ufundowany przez Michała Kazimierza Paca. Wizja oglądania blisko 2040 rzeźb i ornamentów była przytłaczająca, ale dzięki zastosowaniu stiuków i proszku marmurowego osiągnięto niezwykłą lekkość estetyki. Następnie starówka – Katedra Wileńska z kaplica św. Kazimierza, domy Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego, a także kościół św. Anny.

Świeczki jeszcze nie płoną, ale dziewczyny… (fot. Sylwia)
Kiedy znudzi się makaron z jakimś mięsem i czerwonym sosem (fot. Sylwia)
No to ostro (fot. Hebisz)

Gdy przyszedł czas na Republikę Zarzecza (i przeczytanie niezwykłej, liczącej 38 punktów, konstytucji), odbyła się ceremonia koszulkowa Izy. Szef swój niecodzienny wybór wytłumaczył faktem, iż zwykle miejscem przyjęcia w poczet weteranów jest GÓRA, a jako że Wilno leży na północy, czyli (jakby nie patrzeć), na GÓRZE mapy, to wszystko się zgadza. Wdzianiu czerwonego elementu garderoby i wspólnemu zdjęciu z Szefem towarzyszyły przytłumione brawa – z uwagi na mniejszą od zera temperaturę prawie każdy pozostał w rękawicach. Po gratulacjach dla czwartej z kolei weteranki drugiego archu przeszliśmy do największej litewskiej cerkwi, a następnie zaliczyliśmy przystanek pod ratuszem, gdzie zdobyliśmy mapki największego pod względem powierzchni miasta krajów bałtyckich. Pod klasycystycznym budynkiem uzgodniliśmy kwestie obiadowe – abyśmy wszyscy razem mogli delektować się smakiem tradycyjnych litewskich cepelinów, Szef musiał złożyć zamówienie nieco wcześniej. Naszą sześciokilometrową trasę po miejscu chrztu Litwy zakończyliśmy w kościele św. Teresy, skąd schodami w górę przeszliśmy przed obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej. Dostaliśmy pół godziny czasu wolnego (w Sidorach mieliśmy być miedzy 20 a 21), ale cepeliny skutecznie sprowadziły nas do stołu. Pozytywnych recenzji udzielał każdy, kto spróbował potrawy. Talerze stopniowo robiły się puste, żołądki zaś pełne. W drodze powrotnej padła propozycja obejrzenia filmu. Hasło ‘film o Wilnie z zeszłego roku’ zostało zagłuszone przez glosowanie nad ‘Vinci’ lub ‘Ratatuj’. Ostatecznie padło na pierwszy tytuł. Po powrocie Ola i Michaś postanowili powiększyć liczbę bałwanów o 1, ale zamiast klasycznego śnieżnego tworu z białego puchu uformowali wiewiórkę osiągająca niemalże ludzkie rozmiary. Wprawdzie nastąpił obiad, ale nie wszyscy delektowali się pierogami (znaczną większość stanowiły te z mięsem) czy też uzupełniali poziom płynów kompotem agrestowym. Pod wieczór do inicjatywy poprzedzającej śniadanie dnia następnego przystąpili Olek i Myśliwy. Bułki, które nie zostały skonsumowane, miały znaleźć się na stole do rana. Zrzutkę można opisać jako sukces – kilkanaście już przygotowanych kanapek rano wystarczyło przekroić na pół. Zamiast stającej się tradycją godziny dziewiątej przystąpiliśmy do stołu pół godziny później, by do 14 oddawać się grom planszowym (wyjście przeciągały ‘Kolejka’ i ‘Agricola’).

Góra Cisowa (zwana suwalską Fudżijamą) zdobyta. Grupowe zdjęcie, sztandar rozwieszony. Odśpiewanie – a raczej wywrzeszczenie – Krystyny Czyczy. Śnieżki fruwają na wysokości 256 metrów nad poziomem morza. Ale obiad obiadem, trzeba do niego zejść. Na asfaltowym odcinku drogi powrotnej miały miejsce wyścigi (charakteryzujące się tym, że jedna osoba pod stopami ma asfalt, a druga około metr powietrza). Bigos i kiełbaski z ogniska były wyśmienite. Przy jedzeniu nie odbywały się bitwy na śnieżki, ale kilkoro z nas stoczyło potyczki z Krzysiem, synem naszego gospodarza. Jako że o 19 miał się zacząć mecz z Danią, niektórzy zrezygnowali z oglądania iskier lecących ku niebu na rzecz emocji związanych ze szczypiorniakiem. I gorącej czekolady Tereski. Dalszą część wieczoru spędziliśmy pod znakiem polskiej kinematografii. Na ścianie wyświetlone zostało ‘Pokłosie’, a seans został zwieńczony dyskusją o wydarzeniach w filmie, tolerancji i Unii Europejskiej.

Miał być bałwan, a wyszło jak zwykle (fot. Sylwia)
Góra Cisowa i tłum ludzi zasłaniający niechybnie zapierającą dech w piersiach panoramę (fot. Sylwia)
Zdjęcie, które mogłoby znaleźć się w encyklopedii pod hasłem „Zimowa wędrówka piesza” (fot. Sylwia)

Już piątek. Idziemy do Jeleniewa, zahaczymy o sklep. Przed domkiem przekonaliśmy się, że napadało śniegu (według uniwersalnej miary – do kostek) i możemy rozpocząć związane z nim działania wojenne. Po ogarnięciu się całej grupy, wysłuchaniu ubolewań Szefa na temat zależności miedzy śniegiem na Suwalszczyźnie a zabieraniem przez TKTowiczów biegówek i kwadransie drogi w pełnym tego słowa znaczeniu zatrzymaliśmy się celem gry w słonia. Warto wspomnieć skok Andrzeja, który dokonał natychmiastowej destrukcji słonia drużyny przeciwnej. Oraz małą lożę szyderców, rzucającą śnieżki w skaczących na ludzkie konstrukcje. A to był dopiero początek. Biały puch padał przez cały czas, by zdobyć materiał na budowę śnieżki idealnej wystarczyło po prostu się schylić. Droga do wsi nie była jednakże jedną wielką batalią – część z nas podziwiała ośnieżone pola i drzewa, inni pozostawali neutralni. Następnemu postojowi można było nadać podtytuł ‘pif paf’. Znaną i lubianą grę rozegrano dwa razy, a pierwszą triumfującą osoba była Kasia (drugie zwycięstwo przypadło mnie). Formacja koła jeszcze się nie rozpadała – nadszedł czas na tak zwane gejowskie pląsy. Sporemu odsetkowi TKTowiczów musiały być objaśnione zasady i choreografia, ale pomyłki i chwile zamuły zdarzały się często i gęsto. Na Hawajach surferzy zamieniali się w tancerki, ludzki element w centrum Tostera zamiast wyskakiwać zaczynał obracać się jak w mikserze; lecz nie przeszkadzało to nikomu, a osoby stojące w środku kręgu szybko zamieniały się z kimś z obwodu.

Widok sklepu zaaplikował myślenie spożywcze i logistyczne (szczególnie, jeśli chodziło o gospodarkę płynami). Ku pamięci zeszłego roku Kinga zakupiła kawał piernika, a podczas gdy grupa kończyła zapakowywać zakupione wiktuały do plecaków i reklamówek, z nią i Tereską udałyśmy się pod położony w pobliżu kościół, by jeszcze raz odnaleźć odkrytą rok temu geoskrzynke. Wpis w załączonym logbooku pozostał, a w zamian za bransoletkę w schowku znalazł się bilet Wrocławskiego MPK i serduszko Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Co wyjazd, to kanapka. Nie ta spożywcza. Sytuacja, gdzie delikwent zostaje przygwożdżony do ziemi przez kilka(naście) osób, tym razem nie została zakończona powodzeniem. Kanoza nie tylko nie chciał powalić się na ziemię, co wytoczył działa. To rozpoczęło kanonadę. W początkowej fazie bitwa przebiegała jak typowe ‘każdy na każdego’, a dopiero po jakimś czasie do batalii dołączyło jeszcze kilka osób. Nie od razu zorientowaliśmy się, że Szef nas opuścił, a niesiona przez Dominika siatka z kartonem jajek została uszkodzona mechanicznie (i tak zamiast dziesięciu, nieuszkodzone do kuchni dotarły zaledwie cztery).

Słoń? Zimą? Na wolności? (fot. Sylwia)
Bobbobbidibidibob (fot. Sylwia)
Mikser (fot. Sylwia)

Drugie podejście do kanapki na Mateuszu również było nieudane – nie dość, że cel wyślizgnął się z masy ludzkiej, to konstrukcja skoncentrowała się na Kasi, która nie popełniła żadnych przewinień. Do domku doszliśmy kwadrans po 16. Po chwili ogarnięcia się i rozwieszeniu mokrych od śniegu ubrań miały miejsce małe śpiewanki trwające do punkt 17. Po takim dniu każdy chciał zjeść obiad – do pomidorowej i babki ziemniaczanej zapijanej syropem z czarnego bzu nie trzeba było nikogo zachęcać. W trakcie części śpiewanej uformował się kącik szachowy, w którym nad Jędrzejem triumfował Michaś, a ja rozbiłam wcześniej wspomnianego pełnoletniego w wersji pięciominutowej. Miał miejsce chwilowy nieogar na tle mafijnym – bo co robić, gdy w jednej chwili deklaruje się 9 osób, a po chwili w pokoju zostaje sam prowadzący? Nadszedł czas na grę pojawiającą się na większości dłuższych wyjazdów Trójkowego Klubu Turystycznego. Państwa miasta. Po zgłoszeniu się chętnych i zgrupowaniu w pary (jedynym samotnym na intelektualnym placu boju został Prof. Ojciec) rozpoczęła się najzabawniejsza, zdaniem Szefa, cześć rozgrywki, a raczej jej preludium – wybieranie kategorii. Mając w pamięci ubiegły rok i oblężenie Niemczy proponuję miejsca bitew. Szef wnosi pojęcia matematyczne, Stercu – rzeki na idealnie trzy sylaby, pojawiają się członkowie TKT (ksywa lub nazwisko). Gdzieś w tym momencie Teresa postulowała kategorię ‘gry’, co spotkało się ze sprzeciwem Zuzi – bo ktoś może stwierdzić, że jest jakaś gra KANAPA, na której robi się to, to i to. Na te słowa większość zebranych ryknęła śmiechem, a literki występujące w tym słowie stały się czterema wybranymi. Adaptacje filmowe, napoje, (tradycyjnie już) obelgi, polscy sportowcy gier zespołowych. Dopełniając do dwunastu – stolice państw z dostępem do morza, góry – pasma i szczyty, ulice Wrocławia (4 lub więcej sylab) i wyraz z trzykrotnie występująca dana literką i na nią się zaczynający. Pół godziny i każda para odchodzi na stronę, by zapełnić pustą (jeszcze) tabelkę. Nie obyło się bez zabawnych akcentów. Stercu wymyślił bitwę pod Kluczborkiem, ale zgłoszona przez niego ‘koniunkcja’ zdobyła 9 punktów. Rzeki płynęły w Rosji lub w Polsce, a najczęściej wybieraną osobą w TKT na K był Kanoza. W adaptacjach pojawiły się filmy oparte nie tylko na książkach, ale i komiksach (w jednym przypadku bazowane na literaturze inspirowanej scenariuszem danego filmu). Mimo głośnego sprzeciwu Szefa potwierdzono informacje, że małe kakao to kakałko, a jeżeli nanointeligent ma cztery literki N, to nie ma trzech (nie tak jak nanizywanie koralików na nitkę). Nadszedł czas na punkty – ich przeliczenie i wybranie maksimum. Niekwestionowanym zwycięzcą został Prof. Ojciec, którego od stu procent dzieliło 39 punktów (ale każdy przyzna, że niemal 92% to wynik godny respektu), za którym 20 punktów dalej uplasowali się Szef z Sylwią. Brązowy krążek należałby się, gdybyśmy przyznawali medale, Oli i Myśliwemu z 366 punktami na koncie. Następnie Olek z Dominikiem (340), a 13 oczek za nimi ulokowałam się ja z Michasiem – trzy punkty za nami znalazły się Asia i Zuzia. 9 punktów poniżej 300 znaleźli się Stercu z Kanozą, a przed przedostatnią lokatę objęli Kinga z Wojciem, triumfując jednym punktem nad Martą i Justyną. Na szarym końcu Tesia z Jadzią, których liczbą niniejszym stało się 240.

Sobota. Dzień przedostatni. Zaglądam do kuchni. Dzisiaj to królestwo Izy, Marty i Justyny. Robią racuszki. Po znalezieniu drożdży w plecaku Tereski udaję się na poszukiwania swoich klapek. Poranny posiłek wygląda tak samo jak te z poprzednich dni, ale spojrzenia większości przykuwa talerz wypełniony małymi cudami prosto z patelni. Ciasto magicznie się rozmnożyło, więc do 11 jeszcze ciepłe placuszki przekładano na mający wędrować na stół talerz. Racuszki były jednak tak bardzo pożądane, że zamiast czekać na pełny talerz, kilka osób kręciło się przy drzwiach do kuchni i co jakiś czas podkradało to, na co wszyscy czekali z niecierpliwością. W międzyczasie trwały małe śpiewanki, które potem przeistoczyły się w koncert AC/DC wspomagany bębenkami i marakasami. Ustaliliśmy cele na ten dzień – Wodziłki i Góra Zamkowa. Jako że niewydeptanego śniegu (nie tylko na podejściu) było nieco więcej niż do kostek, ktoś wysunął pomysł zdobycia wzniesienia na czterech kończynach i nie korzystania z wydeptanych, wyślizganych ścieżek. Pod warstwą śniegu czaił się bowiem zgubny lód. Na Górze poza podziwianiem ośnieżonej panoramy okolicy dobraliśmy się do obu ukrytych tam geoskrzynek – w ciągu niespełna roku (licząc od oficjalnych wpisów TKT z lutego 2014) w zawartości skarbów zaszło zaledwie kilkanaście zmian. Ofiarowany przez Sylwię bilet z paryskiego metra, żeton z mińskiego metra od Prof. Ojca i bransoletkę z Jeleniewa wymieniliśmy na bezpiecznik samochodowy, w ocenie Jędrzeja najprawdopodobniej do świateł długich. Działania bojowe odbywały się na mniejszą skale – śnieg był świeży, sypki i niezbyt klejący się w kule. Droga powrotna wiodła przez położoną w dolinie Szeszupy wieś – mogliśmy zatem podziwiać drewnianą, pochodząca z 1921 roku molennę. Po przeczytaniu przez Myśliwego treści tablicy informacyjnej, przyswojeniu wiedzy o starowiercach i zachwyceniu się (tylko od zewnątrz) architekturą świątyni mogliśmy opuścić siedzibę jednej z czterech parafii Wschodniego Kościoła Staroobrzędowego i udać się na ostatni w Leśnej Dolinie obiad – tym razem pierwsze skrzypce grał schabowy. I ziemniaczki. A także surówki, których pełne miski krążyły po obu stołach, zatrzymując się na dłużej przy talerzu Asi. Po zjedzeniu oklaski. Brawa. Owacje. Podziękowania. Za te wszystkie obiady na 17. Sjesta zamieniła się w śpiewanki, które zostały urozmaicone dzięki wyświetleniu na ścianie zdjęć Sylwii z całego wyjazdu. Ostatni poranek w Sidorach. Śniadaniem zajmują się Wojciu, Dominik i Stercu. Służąc pomocą pokroiłam trochę za dużo ogórka na trochę za grube plastry. Asia wyraziła aprobatę. Szef przeciwnie. Autokarem o 9.20 mieliśmy jechać do Białegostoku, gdzie mieliśmy godzinę przerwy. W tym czasie większość z nas udała się do Żabki, na zapiekankę, lub w miejsca związane z dystrybucją produktów spożywczych. Trzeba było zaopatrzyć się na trasę do Małkini, a następnie do busa opatrzonego kartką ‘Warszawa Centralna’. Na trasie do stolicy doszło do wielu zaśnięć i przebudzeń. Przejeżdżając obok Warszawy Wileńskiej wspomnieliśmy ubiegły rok, kiedy odcinek dzielący ten i główny dworzec stolicy musieliśmy pokonać naprawdę szybkim krokiem. Teraz zaś mieliśmy 30 minut do pociągu do Wrocławia, które spędziliśmy w kolejkach dążących (również) do produktów spożywczych. Rozłożyliśmy się w kilku przedziałach. Po jakimś czasie uformował się przedział sypialny (z Kanozą w roli pana i władcy kanapy) i śpiewankowy – Szef z gitarą, Sylwia już niemal tradycyjnie ułożyła się na półce. Utworów, tak zwanych, kontrowersyjnych, było mniej niż zwykle – przy kontroli biletów dowiedzieliśmy się, że jesteśmy z chóru kościelnego. Ale mieliśmy powód by siedzieć kilkunastoma osobami w przedziale. A dwóch sympatycznych panów ze Straży Ochrony Kolei przechodząc koło nas tylko uśmiechało się w naszą stronę, nie zauważając podsypiającej pod sufitem Sylwii. A gdy piosenki zawsze śpiewane się skończą, prosi się o te rzadziej wykonywane – czasami w niezbyt konwencjonalny sposób. Pierwszym skojarzeniem po słowach „Szefie, bo Jędrzejowi chodzą ‘Dzieci’ po głowie” raczej nie jest piosenka Elektrycznych Gitar. Po drugiej stronie wagonu w tym czasie powstała inicjatywa spożywcza – mając ser, paprykarz, pasztet, dżemy i czekoladopodobne smarowidło przedział zajmowany przez archy, Sterca, Wojcia i Olka wziął sprawy (a raczej noże) w swoje ręce. Ostatni z wymienionych zajmował się roznoszeniem kanapek i zbieraniem podziękowań. Przed Głównym kilka osób usiłowało wrobić niektórych, że wysiadamy na Nadodrzu, ale obyło się bez ofiar. Na właściwą stacje końcową dotarliśmy na czas. Odśpiewać ‘Pożegnalny ton’, wyściskać się i żegnać się serdecznie. A potem wrócić do ciepłej wody, grzejącego kaloryfera i pościeli, na której nikt nie siadał. Chciałabym bardzo podziękować wszystkim obecnym na tym zimowisku – za to, że byliście, śpiewaliście, mocno przytulaliście – po prostu sprawiliście, że atmosfera była niezapomniana. Szefowi – za sam wyjazd i przyjęcie mojej propozycji na stanowisko kronikarskie. Adresatkom czterech listów – za motywacje do opisywania wszystkich tych zdarzeń i potrzebną inspirację

Pozdrawiam Serdecznie
Marysia Milach
Pomocna dłoń (fot. Sylwia)
Droga w zapomnienie (fot. Sylwia)