a

Łupki 21-22 III 2015

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Ania Zaleska
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Paweł Kazimierczyk
  • Adam Foiński
  • Sylwia Bednarska
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Michał Żłobicki
  • Asia Tryba
  • Miłosz Staniszewski
  • Paweł Jacyk
  • Iwona Janik
  • Grzesiek Smoła
  • Ula Grochocińska
  • Iza Platis (Graba)
  • Ola Kwaśniewska
  • Ewa Mańkowska
  • Ola Lemke
  • Marta Markowicz
  • Wojtek Hedloff
  • Magda Buszka
  • Dominik Hawryluk
  • Agnieszka Kielar
  • Mateusz Kanoza
  • Teresa Sembratowicz
  • Wojtek Hebisz
  • Marta Pietrzak
  • Iza Bożek
  • Agnieszka Rucka
  • Bartek Nowak
  • Krzysiek Platis
  • Magda Łukowiak
  • Kacper Dąbek
  • Marcela Wiater
  • Grzesiek Bilka
  • Kuba Sokołowski
  • Monika Woźniak
  • Mieszko Pełczyński
  • Gabrysia Drabik
  • Kacper Laszczyński
  • Angelika Rzeźwicka
  • Kuba Wcisło
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Jelenia Góra
Siedlęcin
Pilchowice
Łupki
Wleń
Czernica
Jeżów Sudecki
Jelenia Góra
Autor: Paweł

Na przedostatni weekend marca przypadł termin pierwszego w sezonie wiosennym 2015 wyjazdu Trójkowego Klubu Turystycznego. Choć Sudety i ich przedgórze były celem dziesiątek wycieczek, udało się wybrać w okolicę nienaznaczoną jeszcze piętnem trójkowego ruchu turystycznego. Których to okolic symbolem stały się, dzięki obiektowi Polskiego Towarzystwa Schronisk Młodzieżowych, Łupki.

Szturm stojącego na czwartym peronie dworca głównego we Wrocławiu składu kolejowego przez naszą skromną grupę dokonany został jednymi drzwiami. Przy czym nie były to zwyczajowo drzwi skrajne. Co nie stanęło na przeszkodzie temu, by nieomal wszyscy zgromadzili się w końcowym segmencie pojazdu Kolei Dolnośląskich. Nieomal, gdyż mający coraz wyższe wymagania dotyczące komfortu podróży tekatowi oldboje, i jedna, oczywiście wiecznie młoda, oldbojka, rozgościli się w fotelach w innej części składu. A uściślając – zaraz obok tych drzwi, co nimi weszliśmy. Przecież nie po to jedziemy pociągiem, żeby chodzić. W pewnym wieku trzeba oszczędniej gospodarować siłami. Podróż nie przysporzyła większych emocji. Załoga konduktorska stanęła na wysokości zadania nie zajmując się takimi procedurami jak kontrola liczności grupy i posiadanych przez jej członków uprawnień do zniżek. Obraz za oknami sugerował lekkie i przyjemne warunki atmosferyczne – choć na Masywie Dzikowca widać było zalegający śnieg, nie sposób było nie stwierdzić, że oto przed nami stanęła wiosna we własnej osobie.

Przygodę z pojazdem szynowym w żółto-czarnych barwach zakończyliśmy w Jeleniej Górze. I prosto z dworca najbardziej prominentnym z jeleniogórskich staromiejskich traktów, to jest ulicą 1 Maja, udaliśmy się w kierunku centrum. Nim jednak doszliśmy do jej końca, przedsięwzięliśmy postój na placu przed Kościołem Łaski, który to plac stał się naszą bazą organizacyjno-logistyczno-turystyczno-wszelaką. Ogrom czynności, które zostały dokonane oraz spraw, które zostały poruszone podczas kilkudziesięciominutowego postoju tamże jest bowiem tak wielki, że nawet jeno wymienienie ich może zaburzyć proporcje ilości tekstu do opisywanego czasu, siejąc u czytelnika zamęt i obrzydzenie. Nie jest to jednak powód, dla którego miałbym tego nie zrobić. Wygłoszona została krótka mowa o historii miasta (okazało się, że założycielem miasta nie był żaden jeleń) oraz świątyni, przy której się znajdowaliśmy, a którą za sprawą jej architektury można by nazwać Hagią Sophią Kotliny Jeleniogórskiej. Którą odwiedziliśmy na tyle, na ile było to możliwe, czyli kończąc swoją tułaczkę po Domu Bożym na kracie oddzielającej kruchtę od nawy bocznej z piętrzącymi się ponad nią drewnianymi emporami. Uwadze nie umknęły też wmurowane w zewnętrzne ściany epitafia. Nabyte zostały drogą kupna, w znajdującym się nieopodal popularnym dyskoncie oraz sąsiadującym z nim sklepie mięsnym, zakupy na rzecz posiłków. I, już z powrotem na przykościelnym placu, rozdysponowane zostały między uczestników wycieczki. Którzy nierzadko pierwej pilnie zmniejszali własne zapasy żywieniowe. Pojawiła się między nami świeżo zawiązana frakcja tekatu z miasta miedzi, piłki ręcznej i giełdy samochodowej, czyli lubinianie. Dokonane zostało oficjalne rozpoczęcie wycieczki. Podane zostały statystyki. Rekord 11 wyjazdów z rzędu miał pozostać w annałach po wiek wieków, a okazało się, że Myśliwy niniejszym wyrównał to osiągnięcie i zapewne nie zamierza spocząć na laurach. Wyznaczeni zostali aniołowie stróżowie. Uczczona została rocznica urodzin Moniki. I jakby tego było mało – znalazło się jeszcze niemało czasu na poopierniczanie się!

Skoro tyle rzeczy już za nami, mogło wydawać się, że teraz już pójdzie z górki. Tym bardziej, że choć wyjazd był reklamowany jako wyprawa w Góry Kaczawskie, to trafniej by było nazwać ją eskapadą w Dolinę Bobru. I trasa nasza jawiła się jako marsz wzdłuż biegu tejże rzeki – czyli cały czas lekko w dół. Nie może więc dziwić zniechęcenie, jakie pojawiło się na niektórych twarzach, gdy po pokonaniu całej Jeleniej i mostku nad mającą zaraz wpaść do Bobru Kamienną okazało się, że trzeba pokonać kilkadziesiąt metrów przewyższenia – i to jeszcze w sytuacji, w której wzdłuż cieku wodnego także biegł szlak. Wykrzywione od zniechęcenia twarze wyprostowały się jednak, albo i wręcz ułożyły w uśmiech, gdy dotarliśmy na szczyt wzniesienia zwanego Wzgórzem Bolesława Krzywoustego. Za trud wspinaczki czekała na nas bowiem nagroda – jeszcze więcej wspinaczki! Ale tym razem na wieżę widokową. Wprawdzie okazała się ona jedną z tych konstrukcji widokowych, które w niemałej mierze pozwalają na obserwację z bliska koron okolicznych drzew, jednak znalazł się i nielichy prześwit pozwalający ponapawać się panoramą Jeleniej Góry, jak i objąć wzrokiem co nieco Karkonoszy i Rudaw Janowickich. A jak spojrzeć tak nieomal pionowo w dół, to widać było placyk przed wieżą. Stał się on areną statycznych wizualnych układów zbiorowych. Pojawił się koncept ułożenia z naszych ciał napisu „Wieża na Wzgórzu Bolesława Krzywoustego”, ale szybko pojawił się daleko ciekawszy pomysł. Postanowiliśmy przebić nasze dokonania spod wieży na Borówkowej, kiedy to ustawiliśmy się w serce i podążając dalej anatomicznym szlakiem stworzyć wielką, przeszło trzydziestoosobową nerkę.

Ludzka wiewiórka. Jak coś, to głowa po prawej, a ogon po lewej (fot. Sylwia)
Byle do przodu (fot. Grzesiu)
Prawie jak w kinie (fot. Grzesiu)

Czas mijał, przed nami było jeszcze wiele kilometrów, więc nie poprzestaliśmy na tym. Znana doskonale z koszulek weterańskich wiewiórka stała się projektem drugiej kompozycji. Zaś w punkcie trzecim przeszliśmy od układów statycznych do dynamicznych. Instalację przestrzenno-ruchową stanowiło bijące wokół akronimu naszej organizacji serce. I wyszło to, można śmiało przyznać, wybornie. Czyli jednak organy wewnętrzne są naszą mocną stroną.

Niedaleko za wieżą widokową, podążając wzdłuż Bobru, natrafiliśmy na dawne schronisko, dziś obiekt schroniskopodobny, Perła Zachodu, przy którym także mieści się wieża widokowa. No, może wieżyczka. A właściwie stylizowany na wieżę podest. Taki taras, na który można wejść z poziomu zero. W tak zwanym międzyczasie jęły pojawiać się pierwsze dzieła hydrotechniki. Choć znowu raczej można je nazwać dziełkami w porównaniu z tym, do czego mieliśmy dziś dojść. Nim jednak na dobre mogliśmy skupić się na bobrzańskim szlaku retencji i ekoenergetyki, trzeba było jeszcze dokończyć temat wież. W pierwszej wsi za Jelenią Górą, a mianowicie w Siedlęcinie, przekroczyliśmy po raz pierwszy tego dnia Bóbr i dotarliśmy do jednego z najznamienitszych zabytków noszonych przez dolnośląską ziemię – książęcej wieży mieszkalnej.

Już przed budynkiem mieliśmy okazję przeżyć niesamowite emocje, oglądając na żywo prace archeologiczne. Potem jednak wrażenia były jeszcze bardziej przytłaczające. Ubrawszy się ciepło, wszak grube kamienne mury trzymają zimno dużo lepiej aniżeli narażona na aktywne tego dnia promienie słoneczne otwarta przestrzeń, jęliśmy, przy pomocy opowieści przewodnika, piętro po piętrze eksplorować wnętrze i poznawać historię tego miejsca oraz średniowieczne problemy codziennej egzystencji – od potrzeb podstawowych po te najwyższe. Czyli sztukę reprezentowaną przez wykonane techniką al secco malowidła, zawierające, obok programu obowiązkowego w postaci obrazów o charakterze religijnym, historię dzielnego wojaka z dworu króla Artura, Lancelota z Jeziora.

Nie było jednak czasu na zapoznanie się z każdym szczegółem siedlęcińskiego zabytku. Była już druga po południu, a przed nami było jeszcze około 20 kilometrów drogi. Opuściwszy Siedlęcin, zakończyliśmy wieżową część spaceru. Dalej ruszyliśmy niezwykle malowniczym szlakiem wzdłuż Bobru. A skoro jest Bóbr, to muszą być i tamy. Po niespełna godzince marszu po raz drugi przekroczyliśmy wypływający z Bobrowego Stoku w Karkonoszach ciek. Tym razem koroną zapory we Wrzeszczynie i w towarzystwie wykorzystującej zróżnicowanie poziomów wody elektrowni. I dalej z biegiem Bobru. Aż do chwili, w której okazało się, że rzeka płynie w przeciwnym kierunku. Była to jednak Kamienica, która tuż obok wpadała do Bobru, zaś my, przekroczywszy ją, ponownie jakby zbliżaliśmy się do koryta. Nie było nam jednak dane dochapać się w tej chwili, gdyż szlak wiódł w górę, by zaprowadzić nas na Stanek. Albo bardziej przyjaznej nazwy używając – Kapitański Mostek. Czyli formację skalną o pewnym potencjale widokowym. I skałkowym. Choć nieoszałamiającym w żadnym z tych dwu atrybutów. Oszałamiający był za to kolejny ważny punkt na naszej trasie. Zapora Pilchowicka.

XIX wiek nie był gorszy niż wiek XX. Też w ’97 miał swoją powódź stulecia. Stąd na początku wieku XX Niemcy podjęli się ogromnego przedsięwzięcia. Zbudowali zaporę. Po co? By zbudować drugą, jeszcze większą. Gdy w wyniku pierwszej rzeka została skierowana do kanału, który zresztą działa do dziś, z kruszcu pochodzącego ze stworzonego nieopodal specjalnie na tę okazję kamieniołomu i materiałów dowiezionych zbudowaną również właśnie na tę okazję linią kolejową, która działa do dziś, podjęto ogromną budowę – przeszło 60 metrów wysokości, 300 metrów szerokości i aż 50 metrów grubości przy podstawie. Czyli druga po Solinie największa zapora w dzisiejszej Polsce. Jednocześnie powstały zbiornik retencyjny, Jezioro Pilchowickie, jest z kolei największym zbiornikiem wodnym w Sudetach Zachodnich. Później jeszcze rozbudowano system o kolejne obiekty jak choćby ten, którym poprzednio przekraczaliśmy rzekę, czy też wcześniejsze mniejsze zaporki, czy też stopieńki wodne z drobnymi elektrowinkami. Ale to w Pilchowicach stoi najdumniejszy okaz sudeckiej hydrotechniki. Stoi twardo, choć żywioł kilka razy dawał się we znaki tak mocno, że kanałem upustowym woda lała się bez kontroli, zaś po koronie trzeba było chodzić w kaloszach.

Zaporę w 1912 roku otworzył osobiście cesarz Wilhelm II. A 113 lat później zawitały na nią kolejne wspaniałe osobistości. Należy tu szczególnie wyróżnić Marcelę i Kacpra, którzy na samym środku zapory, niczym największe perły w cesarskim nakryciu głowy, dołączyli do grona weteranów Trójkowego Klubu Turystycznego. Dając swojej klasie, czwartej „megaturboliczni” ef, awans na najniższy stopień podium w klasowej rywalizacji wszechczasów o największą liczbę weteranów, spychając na czwartą lokatę starych dziadków z siódmej A. Marcela przyjmując weterańskie odzienie także miała coś w zanadrzu – parę skarpetek w wiewiórki, które zasiliły niniejszym szafę Szefa.

Nie ciałem, lecz mocą drgań naszych strun, na zaporze pojawiła się też Krystyna Czycza. A potem w drogę. Tym razem mając Bóbr po lewej stronie, ale już po małych kilkudziesięciu minutach spaceru szosą, mostem w centrum Pilchowic, przekroczyliśmy rzekę dnia po raz czwarty. I już po chwili ponownie weszliśmy na szlak terenowy. Obiad był już coraz bliżej – wszystkie cele poboczne zostały osiągnięte i nie pozostało nam już nic innego, jak szparko podążyć do Łupek. Podobne plany miało też kilka innych osób. W pewien sposób byliśmy to także my, ale ci my, których nie było z nami, lecz byli gdzieś indziej. A już za kilka godzin mieli być w tym samym miejscu. Pokierowanie ich przy pomocy łączy telefonicznych, jak się później okazało, zakończyło się sukcesem. My zaś w wyniku narady nad mapą stwierdziliśmy, że do najbliższego rozstaju pójdziemy, tak jak do tej pory planowaliśmy, do kaplicy w Nielestnie, a potem znowu podeliberujemy.

Do dojścia do owego obiektu sakralnego jednak nie doszło – skierowaliśmy się na taką sobie dróżkę, którą mieliśmy dojść do krzyża pokutnego nieopodal Kleczy, dalej zielonym do szosy Klecza-Wleń i potem jakąś ścieżynką, czy czymś takim do samych Łupek. Pierwszy etap okazał się nieprzesadnie skomplikowany. Wyraźna leśna droga pnąca się lekko pod górę, mimo ciemności, która podczas marszu nią wzięła w swe ramiona nadbobrzańskie wzgórza, bezproblemowo zawiodła nas na rozstaje przy kamiennej pamiątce dawnej przewiny. Zielony szlak okazał się nieszeroką, w sporych fragmentach jednoosobową, ścieżką. Budzącą nieco więcej emocji, co niektórych sprowokowało do sięgania po sztuczne oświetlenie. Które z kolei wzbudzało emocje u innych osób. Częste postoje na zebranie się grupy pozwalały kontrolować sytuację, choć niestety nie zawsze po takich postojach wszyscy ruszali jednocześnie, przez co w proch obracały się szanse na realizację w pełni uporządkowanego i podręcznikowego modelu.

Zapora Pilchowicka (fot. Grzesiu)
Piękny widok na Bóbr. Jeden z tysiąca takowych tego dnia (fot. Sylwia)

Ostatni odcinek, to jest zejście jakoś tak, a może i nawet jakąś ścieżką, do Łupek, przyniósł podział. Na tych co byli bardziej z przodu i tych, których frontowy przedstawiciel stwierdził w pewnym momencie, że nikogo nie widzi i nie wie gdzie iść. Tak w szczególe nie wie, bo światła wsi były już widoczne. Właściwie wystarczyło pójść przed siebie. Gdyby nie to, że przed nami była gęstwina. Na szczęście tuż obok było niezarośnięte przed siebie, więc ruszyliśmy nim. I poszło już z górki. A wręcz poszliśmy z górki. I znów wszyscy byliśmy razem.

A chwilę później byliśmy razem jeszcze bardziej, bo po dwu minutkach spaceru byliśmy już w schronisku, w którym czekała na nas od kilku godzin Asia, która w międzyczasie zdążyła się zapoznać z gospodarzem schroniska i jego defetystycznym podejściem w kwestii naszych możliwości. Niedługo potem dotarli kolejni dojazdowicze, dzięki którym dobiliśmy do liczby 42 osób, w której wytrzymaliśmy do rana.

A chwilę później byliśmy razem jeszcze bardziej, bo po dwu minutkach spaceru byliśmy już w schronisku, w którym czekała na nas od kilku godzin Asia, która w międzyczasie zdążyła się zapoznać z gospodarzem schroniska i jego defetystycznym podejściem w kwestii naszych możliwości. Niedługo potem dotarli kolejni dojazdowicze, dzięki którym dobiliśmy do liczby 42 osób, w której wytrzymaliśmy do rana.

Do podrzucania naleśników byłaby może mało poręczna, ale na szybkie podsmażenie kilku kilogramów mięsa i odrobiny dodatków – jak znalazł (fot. Sylwia)
Chcecie pustą miskę, czy pełny talerz? Miska jest większa (fot. Sylwia u góry, Grzesiu na dole)

Po posiłku przyszedł oczywiście czas na zmywanie, lecz przecież nie pojechaliśmy tam dla przyjemności. Nadszedł czas na darcie mordy. Nie była to jednak jedyna atrakcja na wieczór. Miały się bowiem odbyć dwie dysputy – planowana od dawna na temat terminu obozu wędrownego i, wynikająca z bieżących wydarzeń, o prezentacji TKT podczas dni otwartych. Żadna z dyskusji nie przybrała jednak spodziewanego obrotu wydarzeń. Głosowanie w kwestii obozu nie dość, że było jednogłośne, a głos ten należał do Szefa, to zostało przeprowadzone wcześniej, przeto odbyło się jeno przedstawienie wyników. Temat dni otwartych zaś rozpoczął i zakończył się na przedstawieniu tego, jakie są koncepty – decyzje wykonawcze nie padły.

Po tym dzień nieuchronnie jął chylić się ku końcowi. Nadszedł czas na zasłużony odpoczynek w otulinie mroków nocy i projekcji naszych umysłów, które w myśl teorii psychoanalizy podświadomie i w sposób metaforyczny opowiadają o naszych niejawnych potrzebach i pragnieniach. Nie było nam jednak dane rychło doznać tego zjawiska, gdyż jeszcze po czwartej w nocy jakaś grupa ignorantów bez poszanowania dla pozostałych mieszkańców schroniska grała na gitarach i śpiewała w głos.

Niedzielne śniadanie rozpoczęło się punktualnie nieco po godzinie dziewiątej. Rano. Brak kolacji, która była planowana podczas zakupów, sprawił, że dóbr na stole nie brakowało. Podobnie jak chęci do jedzenia. Zeszło 14 chlebów, czyli jeden na trzy osoby – imponujący wynik. Niedługo po śniadaniu przyszedł czas na opuszczenie lokalu. Tak się złożyło, że wypadł dokładnie zaraz po zakończeniu pierwszej serii wieńczącego Puchar Świata w Skokach Narciarskich konkursu na słynnej Letalnicy w słoweńskiej Planicy. Nie spodziewając się, że zerkając na włączony w świetlicy telewizor staniemy się świadkami fragmentów jednego z najbardziej niesamowitych zakończeń sezonu w historii tych zawodów, wyruszyliśmy na szlak. Żółty. Który zawiódł nas na górujące nad Łupkami i Wleniem ruiny położonego na Górze Zamkowej Zamku Lenno.

Najstarszy kamienny zamek w Polsce – nielicha sprawa. Ale nie tylko dawno powstał, ale jest i dawno nieczynny. Po wojnie trzydziestoletniej już nie został odbudowany. Powstał wówczas zespół pałacowy, który mijaliśmy tuż przed atakiem szczytowym. Niemniej jednak ruiny są w całkiem niezłym stanie. Wyraźnie rysują się zamkowe izby, zaś wieża ma się tak dobrze, że można na nią wejść i popodziwiać Góry Kaczawskie, w które to poniekąd jechaliśmy, a które jeno musnęliśmy. Nie obyło się też bez kolejnej sesyjki zdjęć grupowych z lotu ptaka. Ale już bez większych fantazji.

Zszedłszy do Wlenia, minęliśmy Kościół św. Mikołaja Biskupa i strzeżoną przez św. Jana Nepomucena plebanię, po czym nie zrobiliśmy zaplanowanych zakupów. Zatrzymaliśmy się za to na Placu Bohaterów Nysy, czyli, z urbanistycznego punktu widzenia patrząc, rynku. Długo jednak tam nie zabawiliśmy – pomnik gołębiarki stoi tam już 101 lat, więc nie podjęliśmy rywalizacji i opuściliśmy miasteczko przekraczając po raz piąty podczas tego wyjazdu Bóbr. Pieszo – dodając do licznika przekroczenia dokonane podczas podróży koleją na odcinku Witków Śląski-Jelenia Góra, była to przeprawa numer dwanaście. I ruszyliśmy czarnym szlakiem pieszym, a później rowerowym o tym samym (nie)kolorze, co to przez ładne pagórki prowadzi, ale właściwie wystarczy wspomnieć krótkie zakupy w Czernicy i standardy przewodnickie „dwa kościoły w każdej wsi” (na przykładzie Czernicy właśnie) oraz „krzyże pokutne” (przy okazji postoju wokół takiego jednego przy szosie między Czernicą a Płoszczyną) i już z opowieścią można przeskoczyć kilka godzin i kilkanaście kilometrów dalej.

Zatrzymajmy się z tym zawrotnym tempem na rozstaju na północnych rubieżach Jeżowa Sudeckiego. Choć właściwie sęk w tym, że niektórzy się nie zatrzymali. Pięć pierwszych osób bez chwili zawahania skręciło w lewo, rozpoczynając marsz pod górę. Dopiero kolejna podgrupa, której miałem zaszczyt i przyjemność być członkiem, stwierdziła „Ale jak to pod górę? Na pewno nie, to bez sensu.”. Nasze intuicyjne odczucia zostały potwierdzone przez mapę. Może i Góra Szybowcowa jest ciekawym celem, ale akurat nie naszym. Tym bardziej, że padły pomysły zjedzenia w Jeleniej obiadu. Choćby z mego opisu widać, że emocji w tym niedzielnym spacerze nie było tylu, ile dnia poprzedniego. Ale cóż się dziwić – już na pierwszy rzut oka widać, że cel w postaci obiadu jest daleko bardziej interesujący aniżeli, mimo całej sympatii dla kolejnictwa, pociąg. Może na tym polega magia obozów wędrownych, że tam na obiad chodzi się nawet po kilkanaście razy, a na pociąg tylko raz.

W każdym razie piątka poszła na Górę Szybowcową, zaś pozostali… legli. No bo polanka, słoneczko i takie tam. I resztki jedzenia do wykończenia. Przez chwilę mogło się nawet wydawać, że szansy na poważny posiłek w dawnym (choć właściwie, to całkiem niedawnym) mieście wojewódzkim nie będzie, jednak dzięki wysublimowanej dyplomacji najbardziej zdeterminowanych udało się dokonać mobilizacji i po kilkudziesięciu minutach marszu z miastem pod stopami i Karkonoszami, z zaśnieżoną Śnieżką na czele, na horyzoncie, byliśmy już w centrum Jeleniej i mieliśmy jeszcze godzinkę do odjazdu pociągu. Sposób jej spędzenia zależał już od każdego osobiście. Ale na pewno każdy przekroczył raz (albo inną nieparzystą liczbę razy) Bóbr.

Na dworcu wszyscy byli o czasie – tam też pojawili się fani Góry Szybowcowej. W holu pożegnaliśmy frakcję lubińską, po czym nastąpił tradycyjny atak na ostatnie metry składu kolejowego w kierunku stolicy Śląska. Tym razem, za sprawą uprzejmości załogi konduktorskiej, obejmujący także przedział służbowy. Aczkolwiek w nim, jak można wnioskować po zachowaniu Grzesia, padał deszcz. Zaraz po zajęciu miejsc w szynobusie nastąpiło dokończenie powiększonych o kilka bochenków chleba zasobów jedzeniowych pozostałych ze śniadania oraz kolejne ponapawanie się najwyższym szczytem Sudetów. A potem konkret. Czyli darcie mordy. Tudzież śpiewanie, jak to określiła jedna ze współpasażerek, która wysiadła niedaleko przed Wrocławiem. I na dodatek uznała ów proceder w naszym wykonaniu za ładny. No i jeszcze kolejne siedem przekroczeń Bobru. W sumie dwadzieścia.

Podróż zakończyliśmy na peronie piątym wrocławskiego dworca. Architektura tegoż nie sprzyja formowaniu przeszło trzydziestoosobowego okręgu, ale wieloletnie doświadczenie pozwoliło podołać wyzwaniu. Podziękowanie powszechne, odśpiewanie, podziękowania indywidualne. I do domu. Przecież nie byliśmy tam dla przyjemności.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
W żaden sposób niezwiązane z fabułą wyjazdu ładne zdjęcie biegnących koni (fot. Grzesiu)
Aż chcie się iść przed siebie, gdy taka piękna panorama gór przed oczami. A najbliższą z nich jest Jelenia (fot. Grzesiu)
Fascynujące (fot. Sylwia)