a

Zygmuntówka 09-10 V 2015

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Ania Zaleska
  • Paweł Kazimierczyk
  • Michał Kucharczyk
  • Piotr Sterc
  • Sylwia Bednarska
  • Magda Wojtal
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Michał Żłobicki
  • Miłosz Staniszewski
  • Piotr Szymajda
  • Paweł Jacyk
  • Dawid Chmiel
  • Ula Grochocińska
  • Wojtek Hedloff
  • Grzesiek Smoła
  • Kacper Dąbek
  • Iza Platis (Graba)
  • Bartek Surma
  • Ola Kwaśniewska
  • Agata Kwaśniewska
  • Kinga Staniszewska
  • Kasia Miernikiewicz
  • Basia Kamińska
  • Michał Snella
  • Mikołaj Piotrowski
  • Mateusz Kanoza
  • Teresa Sembratowicz
  • Mateusz Wilk
  • Basia Martusewicz
  • Wiktoria Górecka
  • Michał Bolanowski
  • Kasia Dąbrowska
  • Wojtek Hebisz
  • Krzysiek Klęczek
  • Jan Sieradzki
  • Marta Pietrzak
  • Marysia Kuczmarz
  • Maciek Hedloff
  • Marcin Beza
  • Natalia Bobryk-Mauer
  • Marta Sawko
  • Mikołaj Herman
  • Andrzej Biler
  • Kasia Pękala
  • Krzysiek Platis
  • Marta Olszewska
  • Benjamin Jurczok
  • Gosia Mierzejewska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Bardo
Srebrna Góra
Zygmuntówka
Wielka Sowa
Osówka
Głuszyca Górna
Autor: Paweł

Wspomnienie świętego Pachomiusza, pięćset pięćdziesiąta rocznica urodzin i pięćset czterdziesta dziewiąta śmierci królewny Elżbiety Jagiellonki, setna rocznica ważnych wydarzeń I wojny światowej – wiktorii polskiego oddziału Legii Cudzoziemskiej w bitwie pod Arras i śmierci na froncie pierwszego wielkiego luksemburskiego kolarza Francoisa Fabera, 49. rocznica emisji pilotażowego odcinka Czterech pancernych i psa, obchodzony w wielu krajach postradzieckiech Dzień Zwycięstwa, w końcu dwieście piąta rocznica urodzin Marianny Orańskiej. Było wiele powodów, by 9 maja oddać się celebracji ważnych wydarzeń. I, jak na dzień świąteczny przystało, dobrze się wyspać. Znalazła się jednak grupa, która postanowiła uciec od tego całego zgiełku. Około wpół do ósmej rano w holu dworca głównego we Wrocławiu zebrało się około 40 osób, które za cel na dzień ów a także następny, postawiło sobie zapełnienie pustej plamy na mapie tekatowskich osiągnięć poprzez wyrypanie się przez prawie całe Góry Sowie.

Choć oferta kolejowa dotycząca interesującego nas regionu jest lepsza niż parę lat temu (choćby, ale nie tylko, przez sam fakt tego, że w ogóle istnieje), etap szynowy wyglądał bardzo klasycznie. Linia kolejowa odchodząca ze stolicy Śląska na południe i szturm na peron w Bardzie. Rozpoczęcie dokonało się jednak poza terenem kolejowym, a mianowicie na ni to placu, ni to parkingu między peronami a przebiegającą opłotkami Barda krajową ósemką. Mimo niosącego się z szosy hałasu i z przerwą na przejazd ciągnika rolniczego udało się nam przedstawić i wysłuchać przygotowanego przez Myśliwego kącika statystycznego. A o statystyki łatwiej, bo na nowo została zbudowana baza danych. I przy okazji wyszło, że rekord liczby wyjazdów z rzędu, którym to się czasem emocjonowaliśmy i który miał być na tym wyjeździe pobity przez Myśliwego, tak naprawdę należy do Alinki, która to jak pojechała na Szczeliniec we wrześniu 2009, to nie opuściła żadnej miziowycieczki do grudniowej Chatki w 2011 włącznie, co daje okrągłe 13 wypraw w serii.

Bardo jest miastem pełnym atrakcji. Spojrzeliśmy w kierunku obrywu skalnego, przeszliśmy XVI-wiecznym kamiennym mostem, postaliśmy obok Sanktuarium Matki Boskiej Bardzkiej (wewnątrz trwała Msza), ale takie właściwe aktywności ograniczyły się do zrobienia zakupów. Następnie skierowaliśmy swoje kroki ku Wzgórzu Różańcowemu, lecz podziwianie kilkunastu stojących tam kapliczek także nie zmieściło się w naszym programie. Ciesząc się przebijającym się chwilami słońcem i złorzecząc na silniejsze ruchy powietrza, ruszyliśmy na wzniesienia Grzbietu Zachodniego Gór Bardzkich. Góry niewysokie, podejścia lekkie, trakty zaś szerokie i komfortowe. No i momentami niezłe widoki. Piętrzące się lasy wraz ze światłem operującego słońca sumowały się w piękną mozaikę barw, cieni, odcieni i odbarwień zieleni.

Na Przełęczy Wilczej zamieniliśmy drogę leśną na pokrytą masą bitumiczną, lecz nie na długo. Powrót na nawierzchnię nieutwardzoną nie oznaczał jednak zanurzenia się w leśnej gęstwinie. Jęliśmy bowiem schodzić do wsi Żdanów, rozsławionej na cały kraj unikatowym amfiteatralnym układem niw. Nasyciwszy się tym zapierającym dech w piersiach widokiem, powróciliśmy na ścieżkę tonącą wśród drzew. Przyszedł też czas na, wydawałoby się, bardzo trudne podejście. Oznakowanie szlaku widoczne na stromym zboczu okazało się jednak być częścią wskazówek dotyczących ścieżki serpentynującej – dopiero końcówka okazała się nieco mocniejsza. Ale z nagrodą. Półmetek pokrytego lasem podejścia na nienazwany szczyt o wysokości 584 m n.p.m. nie brzmi wprawdzie emocjonująco, ale właśnie w tym miejscu natrafiliśmy na ślad Kolei Sowiogórskiej, która przez pierwsze trzy dekady XX wieku dzielnie służyła turystom i spedytorom węgla oraz drewna. Potem Niemcy, zapewne przeczuwając klęskę zbliżającej się wojny, rozebrali linię, pozbawiając Polskkę szansy na posiadanie na swoim terenie kolei zębatej (tak samo jak Rosjanie, którzy w 1915 zabrali ze sobą na wschód szynę zębatą z trasy Warszawa-Wilanów).

Przeprawa zbudowana już za czasów polskich (fot. Grzesiu)
Na szczęście żaden pociąg akurat nie jechał i nie było potrzeby szybkiego odsuwania się bliżej skraju (fot. Sylwia)

Szlak kolei żelaznej wiódł przez wydrążony specjalnie na tę okazję wąwóz. Z czasem jednak otulające dawną linię kamienne ściany jęły się zniżać, by w końcu całkowicie zniknąć, a w pewnej chwili dać się zastąpić przepaścią. Przy czym nie wynikało to z tego, że cesarscy inżynierowie postanowili z wyrwanej ze zbocza góry ziemi usypać nasyp na kolejnym fragmencie. Dotarliśmy bowiem do Wiaduktu Srebrnogórskiego – długiej na 90 i wysokiej na 27 metrów ceglanej przeprawy przez dolinę. W dostarczającej odrobinę dreszczyku emocji atmosferze przepaści zabezpieczonej jedynie napisami „nie wychylać się” i „uwaga miejsce niebezpieczne” przyszedł czas na ceremonię koszulkową. Wiadukt Srebrnogórski stał się więc kolejnym po Zaporze Pilchowickiej epickim obiektem inżynieryjnym, na którym członkowie naszego stowarzyszenia po raz pierwszy przywdziali weterańską czerwień. Z racji małokilkumetrowej szerokości mostu nie utworzyliśmy okręgu. Powstał za to szpaler, przez który po koszulki zmierzali sami zainteresowani. Czyli Kasia, wszak wiadukt jest też zwany Mostem Katarzyny, Biler oraz w końcu, jako pierwszy i najprawdopodobniej ostatni przedstawiciel obecnych klas szóstych, znany również jako najlepszy gitarzysta w historii TKT, Platon.

Z wiaduktu do znajdującej się pod nim doliny zeszliśmy najkrótszą bezpieczną drogą, by po paru minutach znaleźć się na Małej Przełęczy Srebrnej. Na której to po raz kolejny legliśmy na dłużej. Bo jedni zapuścili się w okolice fortu Ostróg, drudzy namierzyli jakiś punkt handlowy… pozostałym pozostało odpocząć przy przebiegającej przez przełęcz szosie z poprzeczną białą linią, która dzień wcześniej była linią pokonywanej trzykrotnie premii górskiej, na której czołowi polscy kolarze szosowi, a także zawodnicy z innych państw, walczyli podczas 3. etapu 50. edycji wyścigu Szlakiem Grodów Piastowskich. Po ponownym zwarciu szyków nastąpiło przejście około dwa razy dłuższe od poprzedniego. Po kilkusetmetrowym (na długości, nie przewyższeniu) podejściu, wijącą się serpentynami szosą bądź niecertolącą się ścieżynką, dotarliśmy do bramy fortu Donjon – najbardziej prominentnej części całego srebrnogórskiego kompleksu. Po niedługiej mowie przewodnickiej Szefa, tak o samej twierdzy, jak i przy okazji o efektownej panoramie, poszliśmy jednak dalej. Miejsce niewątpliwie ciekawe, ale pozostałe ponad 15, a może i wręcz nieomal 20, kilometrów samo się przejść nie mogło. A małe wskazówki zegarków zakreśliły już od południa kąt ponad dziewięćdziesięciostopniowy.

Obeszliśmy więc fort, mijając go po swojej prawej stronie i jęliśmy zagłębiać się w już sowiogórski las. I polować na prześwity po swojej lewej ręce, gdzie dało się złapać niebrzydkie widoki z wciśniętymi pomiędzy troskliwe ramiona górskich grzbietów zabudowaniami Nowej Wsi Kłodzkiej i majaczącymi w tle szczytami Gór Stołowych i Bystrzyckich. I tak, pokonując szczyty o nieznanych szerszej publiczności nazwach, dotarliśmy na Przełęcz Woliborską – również będącą dobę wcześniej obiektem westchnień kolarskiego peletonu. Tym razem już nikt się nigdzie nie rozłaził. Wręcz przeciwnie – przyszła Natalia, która nie wyruszyła z nami rano, a która przyniosła z sobą pozdrowienia od Profesora Ojca, który niezależnie od nas także odwiedził Góry Sowie, lecz jeszcze tego samego dnia wracając do Wrocławia. Nie oznaczało to jednak, że postój ten będzie krótki. Zarządzony bowiem został pewien turniej. Pojedynek, można by napisać. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, ochotnikami biorącymi w nim udział zostali Grzesiu i Ola. Mieli oni się zmierzyć w trzech rundach, zaś po każdej z nich zostać ocenieni przez tak zwaną niezależną komisję w postaci Szefa, Jara i Myśliwego. Moderująca całe przedsięwzięcie Zalesia ogłosiła pierwszą kategorię. Wybory prezydenckie. Oboje kandydaci mieli w dwuminutowych wystąpieniach przekonać wyborców, a tak właściwie to komisję, które z nich bardziej zasługuje na tę funkcję. Tak Ola, jak i Grzesiu zachowali realizm znacznie przekraczając przeznaczony czas. Ona receptę na wszystko widziała w taczce. On w swoim wystąpieniu najczęściej powtarzał słowo „fikcyjny” i wyrazy temu pokrewne. Komisja niesamowitym zrządzeniem losu po równo oceniła oba wystąpienia. Tak samo jak efekty rundy drugiej i trzeciej. Które jednak nie zostały rozegrane, gdyż choć kilometrów do mety było już mniej niż 10, to i czas nie próżnował w tak zwanym międzyczasie i trzeba było już iść. Pozostało więc wręczyć zwycięzcom nagrodę w postaci tortu (jak się sensacyjnie okazało podczas przedstawiania się uczestników, oboje obchodzili tego dnia urodziny), zjeść im niemałą część owego i ruszyć w dalszą drogę.

Dla odmiany okraszoną odrobiną deszczu. Pomrukująca ponętnie burza przeszła jednak bokiem i w spokoju mogliśmy pokonywać ostatnie kilometry trasy do Zygmuntówki. Z punktem kulminacyjnym w postaci Kalenicy i górującej nad nią wieży, którą odwiedzić zdecydowali się jednak tylko nieliczni. A widok był niezwykle imponujący – szaro, ponuro i ze znakomitą widocznością pozwalającą dostrzec najważniejsze szczyty w bliskiej i dalszej okolicy ze Śnieżką, Ślężą i Sky Tower na czele.

Nowi weterani i Szef w ujęciu, w którym nie widać dobrze ani napisów, ani twarzy (fot. Sylwia)
Wiadukt Srebnogórski w niepełnej krasie (fot. Grzesiu)

Do mety dotarliśmy w kilku grupach. I różnymi trasami. Niektórzy ominęli Kalenicę. Inni, podążając do schroniska czerwonym szlakiem, wiedzieli, że można z niego zboczyć i zafiniszować schodząc stokiem narciarskim. Inni nie. Nie był to jednak koniec atrakcji co do końcówki trasy. Nie dla każdego bowiem ostatecznym punktem marszu był obiekt PTTKowski. Jego pojemność i zdolność produkcyjna obiadu nie spełniały naszych oczekiwań. Na szczęście w odległości małych kilku minut (w dół) znajduje się letnia rezydencja familii dwu niedawnych trójkowiczów, którzy w swojej karierze byli łącznie na jednej wycieczce TKT (choć fakt faktem był to trzytygodniowy obóz), to jest Heimrathów. Tam byli już rzeczony obozowicz wędrowny sprzed kilku lat Jaś oraz Wojciu z Grochem. Podział był mniej więcej taki, że obecni uczniowie i goście z innych placówek szkolnych podlegających Ministerstwu Edukacji Narodowej jedzą i śpią w schronisku, zaś stare dziady, które maturę pisały co najmniej rok temu, w bodaj najwyżej położonym zabudowaniu mieszkalnym Jugowa, czyli u Jasia.

Choć co bardziej zapóźnieni w przejściu do Jugowa absolwenci załapali się jeszcze na resztki zupy, kilka ostatnich schabowych, kopek ziemniaków i łyżek surówki w Zygmuntówce. I na kompot. Pozostali zaś raczyli się przygotowanymi przez wspomnianych wyżej wcześniej przybyłych naleśnikami z jakimś mielonomięsno-warzywnym, zanurzonym w sosie ciemnopieczeniowo-bolońskim, nadzieniem.

Strawa w lokalu absolwenckim zakończyła się po dziesiątej wieczorem. A władze schroniska uznały, że imprezę należy skończyć o północy. Wobec tego niewielu spośród absolwentów zdecydowało się na udział w owej. A o której się ona tak naprawdę skończyła? Nie wiem, niedaleko przed drugą w nocy udałem się do Jugowa. Wiem za to, że wieczorem była jeszcze bonusowa strawa, choć starczyło jej, zdaje się, i na rano. Tuż po obiedzie jedna z pań gospodarzących w schronisku jęła wypytywać się o Agatę Kwaśniewską. Była akurat taka na stanie. Z kosmetyczką i ręcznikiem w ręku u bram łazienki. Zeszła jednak na chwilę ze szlaku ku odświeżeniu i podjęła przesyłkę, którą okazały się dwa wyśmienite wprost wypieki przygotowane na okazję olowych urodzin.

Wieczorne mgły w sowiogórskich dolinach (fot. Sylwia)
Byli już zmęczeni (fot. Grzesiu)

Na niedzielne śniadanie w Zygmuntówce zebrali się już, luźno przybliżając, wszyscy. Czyli wraz ze śpiącymi w Jugowie, którzy mogli się niniejszym pochwalić ponad 50 metrami przewyższenia zrobionymi przed śniadaniem. Po uzupełnieniu niezbędnych substancji odżywczych nadszedł czas na zbieranie się. Czyli na przykład kilkadziesiąt minut pitolenia przy gitarce. I wstępne ustalenia co do trasy. Idea pokonania odcinka o podobnej długości, co w sobotę, która opiewała 33 kilometry, została porzucona. Na tapetę weszły pomysły dystansów o połowę krótszych. Z czasem jęło się okazywać, że niektórzy na poważnie wzięli zawezwanie do rychłego wyjścia. Niektóre osoby zaczęły znosić plecaki z pokoi, kwestią czasu wydawało się też, że od drugiej strony zygmuntówkowych drzwi lada moment zaczną uderzać ci, którzy zaraz po śniadaniu zeszli do Jugowa. Padło więc hasło: wychodzimy. Gawiedź zygmuntówkowa jęła więc sznurować założone na stopy buty i opuszczać schronisko. Jugowska, która była w Zygmuntówce, schodzić, by zaraz wejść z powrotem. A jugowska, która była w Jugowie wciąż była w rozsypce. Jednak nikt przecież nie miał zamiaru na nich czekać. Przynajmniej z tych, co byli w schronisku.

Wszyscy razem (abstrahując od Marty i Mikołaja, którzy opuścili nas bladym świtem, Bartka, którego kontuzja nie pozwoliła na drugi z rzędu dzień marszu oraz Jasia, Wojcia i Grocha, którzy zajęli się zamykaniem Jugowa) spotkaliśmy się dopiero na Wielkiej Sowie. Niektórzy zdecydowali się nawet uiścić odpowiednią opłatę i wejść na wieżę. Z której widok jest mniej więcej taki, jak z tej na Kalenicy. Właściwie różni się tym, że w panoramie rozpościerającej się z Kalenicy widać Wielką Sowę, zaś z Wielkiej Sowy dostrzec można w niedalekiej oddali Kalenicę. Choć oczywiście różne pory dnia dają inne światło, a i pogoda zawsze inna. Ale w tym przypadku tylko trochę inna.

Z najwyższego szczytu Gór Sowich skierowaliśmy się na Przełęcz Sokolą, mijając po drodze dwa PTTKowskie przybytki noclegowo-gastronomiczne oraz dwoje przedstawicieli absolwenckiej frakcji tekatowiczów – Długiego i Zosię. Na przełęczy przyszedł czas na ustalenie z grubsza ścisłego i precyzyjnego planu na resztę dnia. Choć przez chwilę zanęciliśmy się górującym nad nami gołym stokiem Niczyjej służącym w okresie zimowym narciarzom i snowboardzistom, zdecydowaliśmy się jednakowoż na dalsze podążanie szlakiem czerwonym, zostawiając Niczyją po swojej lewej ręce. Dalej zaplanowane było przełożone z wieczora i nocy dnia poprzedniego ognisko, które miało mieć miejsce w okolicy kompleksu miasta podziemnego Osówka i finisz w Głuszycy Górnej. Szlak mógł budzić ambiwalentne uczucia. Istotnie umiarkowaną radość budziła zapewne asfaltowa nawierzchnia. Jakby tego było mało – korzystali z niej użytkownicy pojazdów mechanicznych. Z drugiej jednak strony, spozierając przez prawie ramię dało się dostrzec idylliczną wręcz panoramę z zacienionymi na butelkową zieleń świerkami, zbierającymi przyjazne promyki słońca jakby płatami świeżych, trawiastych i zgniłozielonych liści w koronach sowiogórskich drzew i tonące w oddali panoramy iglaki w klasycznej ciemnej zieleni łaskoczące mieniące się od bieli po delikatną szarość chmury hasające po błękitnym firmamencie.

Wbrew wcześniejszym ustaleniom, za miejsce godne postoju uznany został pokryty obecnie trawą oraz skąpany w słońcu i wietrze użytek rolny. Jakkolwiek podstawowe atrybuty fajnej polanki były spełnione, to jednak w kontekście paleniska była to nader nierozsądna lokalizacja. Głos rozsądku został jednak zduszony. Po gorącej dyskusji między frakcją leżących, którym ten stan chyba odpowiadał, a stojących, którzy nie mieli spójnych postulatów, ale generalnie kręciły się one w okolicach takich spraw jak „nie powinniśmy tu palić ogniska”, „jak tu legniemy, to potem nie będzie czasu na ognisko w sensownym do tego miejscu” i jeszcze „a może by coś zjeść jak człowiek w jakimś lokalu”. A w tak zwanym międzyczasie ludzie czynu już próbowali zająć zniesione z okolicy drewno. Cała rzecz zakończyła się podziałem. 9-osobowa grupa ruszyła w dalszą drogę. Do Osówki, gdzie było podręcznikowe miejsce na ognisko i nietani lokal gastronomiczny, z którego usług większość tej podgrupki jednakowoż skorzystała. Pozostali zaś uskutecznili wypalanie ziemi rolnej, spożycie kiełbasek i podziwianie nielichej panoramy Gór Wałbrzyskich.

Po około dwóch godzinach od rozstania drugi raz tego dnia zebraliśmy się do tak zwanej kupy – tym razem przy infrastrukturze turystycznej przy rzeczonym kompleksie historycznym. Droga do stacji w Głuszycy Górnej daleka już nie była – po ok. połowie czasu, jaki mieliśmy przeznaczony na ten fragment, byliśmy już w rzeczonej wsi i widzieliśmy wiadukt kolejowy nad drogą, w pobliżu którego znajduje się stacja. A tuż obok siebie mieliśmy sklep. Punkt handlowy miał licznych fanów – ogon kolejki ciągnął się po chodniku. Dla części z nas sklep nie wyczerpywał jednak potrzeb cywilizacyjnych. Na celowniku był jeszcze lokal wyborczy. Metodą wywiadu bezpośredniego uzyskaliśmy od jednej z mieszkanek informację o jego lokalizacji. Trafić nietrudno – Głuszyca Górna składa się generalnie z jednej ulicy, więc wystarczył kierunek. Lekką zagwozdką był dystans. Nie wiadomo, co dokładnie znaczyło „kawałek” wybrzmiałe z ust kobiety w wieku przedśrednim z wózkiem dziecięcym. Okazało się jednak, że ten kawałek, to był niezły kawałek. W połączeniu z powtórzoną po sześćkroć nie najkrótszą procedurą dopisywania do listy wyborców i wrzucenia kart do urny stojącej wprost pod wielką kryształową kulą królującą nad salą zabaw wiejskiej świetlicy, dało to niekrótką chwilę. Na stacji pojawiliśmy się jednak z bezpiecznym, trzyminutowym zapasem. Reszta grupy oczywiście też już tam była. A po chwili jeszcze więcej reszty – w szynobusie byli bowiem ci, których zostawiliśmy rano w Jugowie.

Choć nabyte przez Szefa bilety wykorzystały 89 centymetrów rolki blankietów, sama podróż była dość krótka. 3 przystanki, 2 tunele, w tym ten najdłuższy w Polsce, mający tyle metrów długości, co Śnieżka wysokości, i już wjechaliśmy na dworzec Wałbrzych Główny. Przeszliśmy w poprzek peronu i jęliśmy wchodzić do kolejnego składu Kolei Dolnośląskich. O ile w szynobusie jeżdżącym na trasie Kłodzko-Wałbrzych zgromadziliśmy się razem, gdyż w tyle osób będąc ciężko się rozdzielić w tak krótkim pojeździe, to w Newagu 31WE, czyli popularnym Impulsie rozpierzchnęliśmy się w różne partie wehikułu. I zpierzchnęliśmy się powrotnie dopiero na peronie Wrocławia Głównego. Tam przyszedł czas i miejsce (choć miejsce już właściwie czekało wcześniej) na lapidarną mowę pożegnalną, zwrotkę, refren i w końcu pożegnanie systemem, co dawno nie było podkreślane, hokejowym. To i ja się żegnam. No, może piszę do zobaczenia. Czy tam innego napisania bądź przeczytania.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Już trochę wyjedzone, ale jeszcze wiele zielonego do przeżucia (fot. Grzesiu)
Banda samców, mięso i ogień. Jak za starych dobrych czasów (fot. Sylwia)
Kurtki, polary i okulary przeciwsłoneczne. Maj w pełni (fot. Grzesiu)