a

Płonina 13-14 VI 2015

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Paweł Kazimierczyk
  • Piotr Sterc
  • Sylwia Bednarska
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Andrzej Biler
  • Ania Gerus
  • Ala Kołodziejska
  • Filip Marcinek
  • Paweł Jacyk
  • Grzesiek Smoła
  • Kacper Dąbek
  • Mikołaj Dzięciołowski
  • Jagoda Bogner (Suchecka)
  • Paweł Bogner
  • Ola Kwaśniewska
  • Ewa Mańkowska
  • Kinga Staniszewska
  • Kasia Miernikiewicz
  • Basia Kamińska
  • Grzesiek Bilka
  • Magda Buszka
  • Wiktoria Skarbek
  • Mikołaj Piotrowski
  • Marta Olszewska
  • Mateusz Kanoza
  • Teresa Sembratowicz
  • Wiktoria Górecka
  • Ula Mazur
  • Wojtek Hebisz
  • Benjamin Jurczok
  • Marcin Beza
  • Marysia Kuczmarz
  • Zuzia Gołębska
  • Jadzia Mercik
  • Zuzia Baran
  • Kasia Pękala
  • Gosia Mierzejewska
  • Gabrysia Drabik
  • Agata Kwaśniewska
  • Tomek Cebrat
  • Karolina Tomaszewska
  • Michał Żłobicki
  • Magda Łukowiak
  • Marysia Bogner
  • Maciek Zięba
  • Piotr Teplicki
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Marciszów
Gostków
Domanów
Płonina
Zamek Niesytno
Marciszów
Autor: Paweł

Młodzież naszych miast i wsi nieustannie pamięta o przyszłości narodu. dbając o rozwój swojego ciała, umysłu i umiłowania ojczyzny. Młodzieżowy aktyw polskiego ruchu turystycznego wiedziony po odwiecznych piastowskich ziemiach przez zasłużonych przodowników wędrówki miał okazję zbliżyć się z naturą nabierając tężyzny fizycznej, trenując wytrwałość i wchodząc w posiadanie umiejętności niezbędnych aktywnym obrońcom pokoju.

Wyprawa rozpoczęła się tradycyjnie na wrocławskim dworcu głównym. Tam owego sobotniego poranka miejsce zbiórki wyznaczone miało kilka grup zorganizowanych. Była grupka reprezentująca pewną młodzieżową organizację paramilitarną. Była grupa z liceum o sumie cyfr numeru takiej samej jak nasza. No i byliśmy my – powiew epoki minionej w odnowionym budynku. Choć jako takim z epoki miniejszej. Gromadząc się na miejscu zbiórki, od razu kierowaliśmy swoją uwagę na wyposażenie kolejno przychodzących osób. Plecaki ze stelażem, flanele, wsiowe okrycia głowy. Czyli wyjazd retro. Pomysł zrodzony w głowie Janka podczas wakacyjnego wędrowania po Bieszczadach, na Małej Rawce. Niestety sam Janek w ostatniej chwili musiał zrezygnować z uczestnictwa. A było już za późno, żeby odwoływać całą imprezę.

Wsiedliśmy więc do pociągu (niestety nie był to poczciwy EN57 z czerwonymi plastikowymi siedzeniami), zajęliśmy w nim miejsca siedzące bądź stojące i z biletami do Witkowa Śląskiego w ręku rozpoczęliśmy podróż do Marciszowa. Konduktor, choć należał do fanów miętoszenia w rękach dziesiątek legitymacji, jak i restrykcyjnie podchodził do kwestii zabezpieczenia aparatu mowy psa, którym był debiutujący na miziowycieczce czworonóg Profesora Ojca Muddy, to na tę drobną niezgodność w miejscu opuszczania składu przymknął oko. Zresztą w Witkowie pociąg ów się nie zatrzymywał. Może łatwiej było pozwolić nam pojechać trochę dalej niż zatrzymać skład na stacji spoza rozkładu. Bo pewnie najtrudniej byłoby wydać odpowiedni aneks do biletu grupowego.

A znalazła się i trzyosobowa grupka, która postanowiła jeszcze mocniej naciągnąć rzeczywistość i dojechać jeszcze dalej. Na szczęście niedługo później był pociąg w drugą stronę. I po zaledwie kilkudziesięciu minutach, podczas których dokonaliśmy rozpoczęcia wycieczki, zniwelowania części zapasów żywieniowych (może jajko?) i kontynuacji retrorewii, byliśmy już prawie wszyscy. Pojawiła się też bowiem reprezentująca frakcję lubińską Gabi. Brakowało tylko Filipa, który w przedwyjazdowych notowaniach stał na czele listy kandydatów do tytułu najretrowszego uczestnika, ale nie pojawił się na dworcu we Wrocławiu. I nie odbierał telefonu.

Była za to najbardziej nieretro uczestniczka, a mianowicie Marysia, czyli niespełna roczna córeczka pierwszego tekatowskiego małżeństwa, to jest Jagody i Bogusia z 9A. Zresztą oni też byli. Po 1720 dniach przerwy. Co daje czwarte miejsce na liście najdłuższych przerw między kolejnymi wyjazdami. Do rekordu dzierżonego wspólnie przez Anę, Bombę i Hanię zabrakło 112 dni.

Ruszyliśmy więc. Pierwszy cel – szczyt Krąglaka. Jednak nim opuściliśmy granice Marciszowa, na tyłach korowodu rozległ się charakterystyczny gwizd. Czoło grupy kompletnie bezrefleksyjnie minęło bowiem ulokowaną na przydrożnym wzniesieniu świątynię. Co nie mniej istotne – tuż obok kolejnego Domu Bożego. Zapoznawszy się bliżej z kościołem świętej Katarzyny, powróciliśmy na szlak. Który szybko wyprowadził nas z zabudowań na otwartą przestrzeń. I szybko okazało się, że my nie na szczyt idziemy, a do cienia. Ledwo na kilka kroków zagłębiliśmy się w leśnej gęstwinie, a już przyszedł czas na postój. I to niekrótki. W końcu skoro słońce tak świeci, to chociaż naszym potem trzeba było podlać tę całą roślinność. W sumie to całkiem ciekawy zabieg matki natury. Jak sama nie nawodni gleby, to z innych organizmów wyciśnie coś dla roślinek.

Taka mała tekatowiczka, że aż trzeba okulary założyć (fot. Sylwia)
Bagaże historii i historia bagaży (fot. Grzesiu)

Ze szczytu Krąglaka nie roztacza się żadna zapierająca dech w piersiach panorama. Ni gór, ni dolin, ni pól pozłacanych pachnącym rzepakiem i zbożem życiodajnym. Ani nawet tego samego szczytu nie było do końca widać. Dopiero po rozpoczęciu zejścia skonstatowaliśmy, że już chyba wyżej nie będzie i to był wierzchołek. Tuż pod szczytem więc, w towarzystwie mnóstwa much (takich samych jak te, które towarzyszyły przemierzającym góry piechurom przed kilkoma dekadami) przedsięwzięliśmy więc postój na drugie śniadanie. Można więc było skosztować ogóreczka kiszonego, czy też przekąsić jajko na twardo doprawione solą przyniesioną w sreberku.

Nasyciwszy się i napoiwszy, ruszyliśmy dalszą drogą schowaną w przyjaznym cieniu drzew. Aż doszliśmy do pokaźnego rozdroża. Niby to po prostu dwie przecinające się pod kątem jako tako prostym leśne dukty, ale powierzchni placu jaki owo rozdroże zajmowało nie powstydziliby się w niejednym mieście. Nawet powiatowym. Niektórzy chcieli bezzwłocznie i bezrefleksyjnie podążyć dalej przed siebie, lecz zostali wstrzymani, gdyż akurat skręcaliśmy. I to w obie strony. Na prawo skierowali się bowiem seniorzy i juniorka tekatu, którzy na tym kilkukilometrowym spacerze zamknęli swój udział w tej wycieczce. Choć jako miarę trudności trasy brać pod uwagę przelicznik w postaci ilorazu przebytych kilometrów do wzrostu, mała Marysia pobiła nas wszystkich na głowę.

Zasadnicza część grupy skręciła zaś w lewo. I to takie lewo, co najmocniej naginało to domniemanie prostości kątów na tym rozdrożu. Właściwie to dokonaliśmy nawrotu przez lewe ramię. I w niedługim czasie wyszliśmy na słońce. Choć jako zadośćuczynienie mieliśmy imponującą panoramę majaczących na granicy Gór Wałbrzyskich i Kaczawskich wzniesień z mieniącymi się pod nogami łąkami i położoną urokliwie w dolinie potężną fermą kur w Gostkowie. Nie ona była jednak obiektem naszego zainteresowania w owej osadzie (przecież jaja mieliśmy ze sobą). Z racji uciążliwych warunków atmosferycznych dobrem pożądanym były płyny. A miejscem ich nabycia miał być punkt handlowy, którego lokalizację znał Profesor Ojciec. Była to jednak wiedza z czasów niegdysiejszych. Taka retrowiedza. Nawiązał on jednak interakcję z mieszkańcami Gostkowa, którzy na uprzejmą prośbę przynieśli wypełniony wodą pitną sześciolitrowy baniaczek. I jedną szklankę. Spragnieni mogli więc się spokojnie napoić w towarzystwie miłych gostkowian. Następnie wykonaliśmy nawrót, gdyż w poszukiwaniach sklepu odbiliśmy z trasy, i wróciwszy na kraniec Gostkowa skierowaliśmy się ku północy.

Dalej wędrowaliśmy po otwartej przestrzeni. Delikatnie podchodząc wśród pasących się krów i pracujących rolników, wspięliśmy się na Przełęcz Pojednania. Która miała takie atrybuty, jak urocza panorama z Bolkowem w oddali i cień wiekowych lip. Innymi słowy – dobre kilkadziesiąt minut wyjęte ot tak. Na przekąskę, na wyciągnięcie kleszcza, na pogranie na flecie. I przede wszystkim na mnóstwo szeroko pojętej bezczynności.

Gdy w końcu wyruszyliśmy w drogę, w końcu znaleźliśmy sklep. W Domanowie. Kolejne kilkadziesiąt minut minęło nam więc upojnie. Tak samo jak lokalnym mieszkańcom odpoczywającym nieopodal sklepu. Aczkolwiek oni pewnie upajają się tam całymi dniami.

W Domanowie zrezygnowaliśmy ze szlaków pieszych. Zgodnie z decyzją podjętą na stacji w Marciszowie zdecydowaliśmy się wejść na szlak drogi żelaznej i dojść do stacji Poręba Górska. Już po kilku minutach marszu od sklepu spostrzegliśmy plac o charakterystycznej nawierzchni i stojący obok niego charakterystyczny budynek. Rozpoznawanie stacji kolejowych na Ziemiach Odzyskanych nigdy nie należało do trudnych zadań. Zostawiając po swojej lewej ręce dworzec i peron, z którego ostatni pociąg osobowy odjechał, kiedy większości spośród uczestników wyjazdu nie było jeszcze na świecie, ruszyliśmy po znajdujących się w różnych stadiach rozkładu torach. Daleko lepiej aniżeli trakt szynowy miała się roślinność. Jeśli czyjeś nogi nie zaczerwieniły się pod wpływem operującego agresywnie słońca, pokrzywy spieszyły z odsieczą.

Ostrożnie krocząc po podkładach i klucząc między gęstwiną, dotarliśmy do przepustu kolejowego będącego dobrym odzwierciedleniem obecnego stanu linii kolejowej numer 302. Otóż nie było go. Choć jeszcze dwa lata temu można było przejść po stalowej konstrukcji, teraz między oddalonymi o kilka metrów kamiennymi przyczółkami przeprawy rozpościerała się tylko pusta przestrzeń. Nie pozostało więc nic innego, aniżeli zejść z nasypu, by zaraz wejść z powrotem. Chyba że ktoś i tak wcześniej wymiękł i jął iść równoległą drogą. Bądź zrobił tak za przepustem.

Następna stacja – Poręba Górska (fot. Sylwia)
Ostatnio gdy tędy szli ludzie z takimi plecakami, górą jeździły tu pociągi (fot. Grzesiu)
O nie, pada deszcz. I grad. Jak okropnie (fot. Grzesiu)

Niedaleko za tym nieistniejącym obiektem inżynierskim przyszedł czas na opuszczenie drogi żelaznej. Jakkolwiek spacer nią był wprost przecudowny, w ostateczności szliśmy do Płoniny, a przez nią tory tej linii nie prowadziły. Jednak nie dalej jak dwie minuty marszu od tego miejsca znajdowała się stacja Poręba Górska, której nawiedzenie wymarzyliśmy sobie rano. Toteż chętni i nieświadomi nieobligatoryjności nadłożyli nieco drogi. Stacja Poręba Górska jest o tyle ciekawa, że nie ma w okolicy żadnej osady ludzkiej o nazwie Poręba. A w promieniu kilometra nie ma żadnego budynku oprócz stacyjnego. W pierwotnym zamyśle miał on służyć turystom chcącym zdobyć Porębę – szczyt, z którego rozciąga się podobno przepiękna panorama Karkonoszy. W wieloletniej praktyce okazał się być krawędzią peronową z budynkiem obok w środku lasu. A dziś jest tak samo typowym jak wiele innych na Dolnym Śląsku zamieszkanym budynkiem poststacyjnym. I peronem pokrytym zadbaną, równo skoszoną trawką. Jak na najlepszych terenach rekreacyjnych. Grill na peronie? Proszę bardzo. Piknik? Oczywiście!

Tylko czasu nie było. Wyruszyliśmy więc dalej. Szczęśliwie słońce schowało się za chmury. A co lepsze – z tych chmur uderzyła w nas ściana ciepłej letniej burzy. Z elementami gradu. Wprawdzie same wyładowania atmosferyczne przeszły kilka kilometrów obok, ale moc orzeźwienia i energii i tak dotknęła nas bardzo mocno. Aż mogłoby zaboleć, gdybyśmy byli normalnymi ludźmi. Po kilkudziesięciu sekundach co miało przemoknąć już przemokło, więc pozostała nam sama kontemplacja tych pięknych chwil.

Ostatnie kilometry pokonaliśmy zatem doposażeni w trochę bonusowych kilogramów wody wsiąkniętej w nasze mienie. Zresztą ciągle padało, ale po zakończonej przed chwilą meteorologicznej orgietce można było tego opadu właściwie nie zauważyć. Do Płoniny dotarliśmy o czasie, to jest niecałą godzinę później aniżeli w pierwotnym planie. Gospodarze nie byli jednak ani trochę zaskoczeni, czy też zdenerwowani. Przybytek w Płoninie jest bowiem współwłasnością pana Stanisława Kornafla, znanego też jako Stachu z Orla, który wie już co nieco o naszym podejściu do czasu. Wśród witających nas był także Filip, który pomyliwszy godzinę zbiórki nie zjawił się na dworcu o czasie. Nie miał też oczywiście, wszak wyjazd retro, telefonu komórkowego. Nie wiedział też, gdzie dokładnie jedziemy. Ale kierunek znał. Kupił więc bilet na następny pociąg do Jeleniej, po czym usiadł na peronie dworca głównego we Wrocławiu, z plecaka ze stelażem wyjął piętrową menażkę, a z niej jajka na twardo. No bo co miał robić. Czas drugiego śniadania.

Koniec końców jednak do nas dotarł. Wprawdzie wysiadłszy w Janowicach Wielkich, poszedł dokładnie w drugą stronę niż powinien i po jakimś czasie skorzystał jednak z pomocy, za pośrednictwem przygodnie spotkanej osoby, łącza internetowego, by poznać chociaż nazwę miejscowości, w której mieliśmy nocleg. Poza tym pomocą byli mu napotkani ludzie. Choć częściej brakiem pomocy. Jego droga do Płoniny, a przede wszystkim już w niej samej, była w pełni zgodna z duchem wyjazdu retro. Koniec języka za przewodnika.

Płoniński przybytek obejmował dwa budynki. W jednym miało być jedzenie i nocna impreza, drugi miał większą nominalną pojemność i wysokiej jakości wodę w kranie. Po okrągłych, co określono pomiarem za pomocą kurwimetru, 20 kilometrach marszu większym zainteresowaniem cieszył się lokal z jedzeniem. I to nie byle jakim jedzeniem. Gar bigosu. Przy czym był to król wśród garów. Obwód miał taki, że można by go podgrzewać na czterech palnikach standardowej kuchenki jednocześnie, a i wysokością niewiele jej ustępował. Pokrywka śmiało mogłaby służyć jako tarcza rzymskim żołnierzom.

Strawa złożona z bigosu i chleba naturalnie przerodziła się, z trwającym w tle osiąganiem satysfakcji higienicznej i sprowadzaniem osób, które na przedpołudnie miały inne plany, w wieczorno-nocne śpiewogranie. A u jego zarania nadszedł czas na ceremonię. Nieco nietypowo, bo nie na szczycie górskim, czy też jakimś monumentalnym dziele rąk ludzkich. Ale były ku temu powody. Grono weterańskie zasiliła Łosiu, zaś czarny jak węgiel polar z charakterystyczną metką przywdział pierwszy raz Myśliwy.

Myśliwy już na emeryturze, więc Łosiu mogła być spokojna (fot. Sylwia)

Po sesji zdjęciowej, z wyjątkowo zaawansowaną pracą oświetleniowców, przeszliśmy do zasadniczej części wieczora, która przebiegała w sposób dość standardowy. Choć z pewnym urozmaiceniem w postaci wspomnianego już pracującego w dłoniach i przy ustach Ali fletu poprzecznego. Wprawdzie nie zawsze był on zdolny do osiągnięcia pożądanych dźwięków, ale i tak przypomniał istnienie partii fletu w niektórych kompozycjach, jak również dodał jeszcze więcej liryki do utworów Ziomy. Śpiewogranie dobiegło kresu gdzieś między czwartą i piątą. Przy czym, właściwie już tradycyjnie, dla niejednej osoby nie oznaczało to udania się w miejsce spoczynku, lecz spoczęcie na miejscu.

Na poranną strawę czas przyszedł około godziny dziewiątej rano. Na wyniesionym na zewnątrz stole, przy wyniesionych w sposób magiczny na zewnątrz butach i w intensywnych promieniach słońca. Tylko Jaro i Filip miast spożywać jęli robić sobie z twarzy pupkę niemowlęcia przy pomocy przywiezionych przez Filipa retroartefaktów. Zajmując przy tym jedyną w budynku, przy którym trwał posiłek, łazienkę na nieco ponad godzinę.

Na niedzielę nie mieliśmy zaplanowanej pokaźnej trasy. Ale nie oznaczało to, że nie było żadnych poważnych planów. Zaraz po śniadaniu, nieraz jeszcze w nocnej odzieży i klapkach, udaliśmy się na zamek Niesytno – również, czy raczej przede wszystkim, pod zarządem między innymi pana Stacha. Służący od XV wieku jako zamek, a później sukcesywnie prze- i rozbudowywana rezydencja wielu rodzin z von przed nazwiskiem i w końcu w czasach powojennych jako dom kolonijny dotrwał w stanie częściowej używalności do roku 1992, kiedy to strawił go pożar. Obecnie, od trzech lat, trwają prace archeologiczne i odbudowa. Jednak dzięki uprzejmości pana Stacha mieliśmy okazję wejść na teren prac. Jakby tego było mało, w towarzystwie całego zespołu przewodnickiego. Prócz Szefa i Profa Ojca i rzeczonego miłego nam współwłaściciela, był jeszcze z nami pan Artur Kwaśniewski, przedstawiony jako historyk architektury, a prywatnie ojciec Oli (sami skojarzyliśmy, że Agaty też) oraz pan Tomasz Olszacki – szef zespołu archeologicznego prowadzącego prace na terenie zamku. Ładunek wiedzy był więc potężny. A i prace archeologiczne na żywo okazały się być ciekawą historią. Gdy zatrzymaliśmy się na chwilkę obok pracujących właśnie kolegów pana Tomka, co rusz wyciągali oni różnorakie znaleziska, które lada moment lądowały w naszych rękach. A potem były oczywiście zabezpieczane w woreczkach strunowych i z zachowaniem wszelkiej ostrożności wkładane do kieszeni. Kieszeni pana Tomka oczywiście.

Znajdź 10 różnic (fot. Jaro x 2)

Zwiedzanie terenu zamku i pałacu w Płoninie nie wyczerpywało planów przedwyjściowych. Czekało nas jeszcze ognisko z kaszaneczką. Przy okazji jego rozpoczęcia Stachu, który nie mógł być obecny na koncercie z okazji 15-lecia Mizia & Mizia Blues Band, którego jest przyjacielem, złożył na ręce Szefa i Profa Ojca płyty, niekoniecznie bluesowe, dla wszystkich członków zespołu. Zaś po tym miłym wydarzeniu nastąpiło kolejne – konkurs na najretrowszego uczestnika. W szranki stanęło dziesięcioro uczestników, ale zwycięzców mogło być tylko dwoje. To znaczy jeden, ale przyznano też drugie miejsce. Decyzją jury, zgodnie z oczekiwaniami bezkonkurencyjny był Filip, który opróżnił przy nas cały plecak i każda jedna rzecz z niego wyciągnięta pasowała do motywu wyjazdu. Z wyciągniętym na sam koniec telefonem na czele. Stacjonarnym. W nagrodę, którą ufundowało Towarzystwo Izerskie, wygrał on weekend w Schronisku Orle dla dwóch osób. Drugą wyróżnioną osobą była Mała Ania, która w nagrodę otrzyma specjalną koszulkę. Jak się ją zrobi. Zważywszy na to, że wśród uczestników był też na przykład Grzesiu, trudno było przygotować wcześniej na tyle elastyczną sztukę odzienia. Grzesiu, a także Tesia, Zuzia, Sylwia, Ewa, Maciek, Beza i Jaro musieli zadowolić się satysfakcją, sławą, chwałą i burzą niemych braw.

Po niekrótkim postoju przed sklepem i trochę krótszym, ale wciąż też nie jakimś bardzo krótkim, oczekiwaniu na peronie marciszowskiej stacji wsiedliśmy do pociągu. Jak to czasem bywa w niedzielę wieczorem, skład był wypełniony dość solidnie. Choć porozrzucanych wolnych miejsc siedzących trochę się znalazło. Spokojna podróż sunącym po dolnośląskich torach szynobusem nie była jednak spokojną do przesady. Z racji niedyspozycji układu oddechowego, czy też raczej jego nadaktywności w niepożądanej formie za sprawą nieprzychylności organizmu późnej wiośnie, na wałbrzyski dworzec główny w celu pomocy Małej Ani zawezwane zostały służby medyczne, których przedstawiciele podjęli decyzję o niedopuszczeniu jej do dalszej podróży pociągiem i zaproponowali miejsce w przestronnym pojeździe typu furgon. Wraz z nią w postgórniczym mieście został Szef, który szybko potem miał przyjemność wcielić się w rolę posłańca dobrych wieści donosząc drogą telefoniczną, że, tu cytat, „pochodna dodatnia”. Niedługo później, nasycona w Wałbrzychu czystym powietrzem i życiodajnymi płynami, Mała Ania wraz z Szefem jęli kontynuować podróż i niewiele później niż my zawitali na powrót do Wrocławia.

W Wałbrzychu zostali za to przedstawiciele Służby Ochrony Kolei, którzy zgodnie ze swoimi ustawowymi zadaniami byli obecni przy interwencji innych służb na terenie kolejowym. I którzy z pouczeniem zostawili Andrzeja, który pozwolił sobie na przekroczenie torów w niedozwolonym miejscu.

Po jakimś czasie przyszła kolejna wiadomość od Szefa, która do wiadomości publicznej została przekazana już podczas pożegnania, któremu przewodniczył Profesor Ojciec. „Powiedz dziewczynom ze wysciskam je podwojnie przy nastepnej okazji.” głosiła część jego treści. Ale na razie wyściskaliśmy się sami.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Zamek w Płoninie w oczekiwaniu na kolejne czasy świetności (fot. Grzesiu)
Absolutny zwycięzca Filip prezentując zupełnie zwyczajną część swojego ekwipunku (fot. Sylwia)
Na całą historię TKT spojrzywszy, ujęcie jakich setki. Ale fotografia jakich mało (fot. Jaro)