a

Mała Fatra 05-17 VII 2015

Obóz Wędrowny

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Michał Żłobicki
  • Ania Zaleska
  • Michał Kucharczyk
  • Paweł Kazimierczyk
  • Sylwia Bednarska
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Jan Mazur
  • Miłosz Staniszewski
  • Paweł Jacyk
  • Piotr Michoński
  • Wojtek Hedloff
  • Ula Grochocińska
  • Grzesiek Smoła
  • Ola Kwaśniewska
  • Ewa Mańkowska
  • Kinga Staniszewska
  • Magda Wojtal
  • Marta Markowicz
  • Magda Buszka
  • Benjamin Jurczok
  • Antoni Kamiński
  • Mikołaj Herman
  • Agata Kwaśniewska
  • Wojtek Hebisz
  • Marta Sawko
  • Michał Urban
  • Asia Ramos
  • Asia Grygosińska
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Bielsko-Biała
Wielka Czantoria
Pietraszonka
Wielka Racza
Varin
Wielki Krywań
Wielki Rozsutec
Dolný Kubín
Oravský Podzámok
Pilsko
Krawców Wierch
Milówka
Autor: Paweł

Zanim przeczytasz, zerknij na kilka pytań i odpowiedzi, czyli, jak to się zwykło określać akronimem o angielskiej proweniencji, FAQ. Wiem, że teoretycznie pytania raczej pojawiają się po zapoznaniu się z materiałem, ale pozwoliłem sobie na taki drobny zabieg wyprzedzający. Miłej lektury.

1. Dlaczego napisanie tego trwało tak długo?
Pisanie nie trwało długo. Długo trwało, zanim zacząłem pisać. A potem długo trwały przerwy w pracach.

2. Dlaczego relacja jest tak mało szczegółowa?
Bo jestem stary i pamięć już nie ta, co kiedyś. No i w ostateczności, to ja byłem jeden, a uczestników kilkadziesiąt razy więcej i nie mogłem każdego śledzić. A nawet gdybym mógł, to i tak jestem stary i pamięć już nie ta.

3. Dlaczego niektóre części tekstu są napisane kursywą?
Bo taką miałem wizję wyróżnienia tych części relacji, które zostały przeze mnie zanotowane ręcznie podczas obozu i wplecione w całość narracji powstałą później. Uprzedzając następne pytanie – te dopiski mniejszą czcionką i wyrównane do prawej wieńczące każdy taki wtręt są opisem miejsca, w których owo notowanie dokonało się.

4. Już nieważne.
Ok

5. Dlaczego ta relacja jest taka słaba?
O gustach się nie dyskutuje. Ale tak między nami, to już nie ma tej młodzieńczej werwy i błysku kreujących ciekawsze konstrukcje i pomysły.

6. Dlaczego ta relacja jest taka dobra?
O gustach się nie dyskutuje. Ale tak między nami, to nie ma już tej młodzieńczej werwy i błysku kreujących przekombinowane konstrukcje i pomysły.

7. Czy na podstawie tego utworu zostanie zrealizowany film, bądź serial telewizyjny?
Czekam na oferty z branży.

8. Czy będą spotkania autorskie, podczas których będzie można dostać autograf, bądź zrobić sobie zdjęcie z autorem?
Jak znajdzie się sponsor, to stanowcze czemu nie.

9. Dlaczego mąka jest pszenna, a piwo pszeniczne?
Historycznie przymiotniki „pszenny” i „pszeniczny” mają różne znaczenie. Słowo „pszenny” oznacza zrobiony z ziaren pszenicy, podczas gdy „pszeniczny” jest zwykłym przymiotnikiem odrzeczownikowym od słowa „pszenica”. Aczkolwiek, nie wiedzieć czemu, tylko browarnicy o tym wiedzą. Oczywiście ewolucja języka sprawiła, że słowo „pszenny” przejęło funkcję słowa „pszeniczny” i w dzisiejszym rozumieniu jest już ono uznawane za przymiotnik odrzeczownikowy od pszenicy. Niemniej jednak, gdy pomyśli się o oryginalnym znaczeniu, widząc ulicę o nazwie „Pszenna” można wpaść w lekką konfuzję.

10. Nie byłoby lepiej, ładniej, zgrabniej i powabniej, gdyby każdy dzień zaczynał się na nowej stronie?
Bardzo niewykluczone.

11. Dlaczego relacja jest podzielona na tomy?
Bo tak. I dlatego, że jak się pracuje nad czymś trochę czasu, to zaczyna się mieć tego dość. I jak się już wypuści jakiś fragment, to przychodzi taka ulga, że nie będzie się już trzeba tym zajmować. A ulgi są fajne.

12. Ale dlaczego na tomy, a nie części, akty, odcinki, księgi, rozdziały?
Bo tak.

13. Czy to jest Twoja ostateczna odpowiedź?
Tak, proszę o zaznaczenie tej odpowiedzi.

14. Mogę być winny/a grosika?
Tak

15. Miałeś jakieś zabawne historie podczas pisania, które mogą stać się fantastycznymi anegdotkami utrwalającymi Twoją legendę?
Nie przypominam sobie.

16. Dlaczego w tekście są literówki i błędy?
Z pełną świadomością konsekwencji takiego podejścia, nie dałem tego tekstu nikomu do sprawdzenia. No a jak się koryguje własny tekst, to raz, że wciąż się myśli nie tylko o aspektach technicznych, ale i o ogólnej formie i brzmieniu, a dwa, że dobrze znając tekst, intuicyjnie czyta się go trochę po łebkach i ciężej wyhaczyć jakieś drobnostki.

17. Jak rozwiązałeś problemy niejednoznaczności nazewniczych osób?
Wojtków dwóch nie było zbyt dużym problemem, bo wystarczyło spojrzeć na ich koszulki weterańskie, by jednego nazwać Wojtkiem, a drugiego Hebiszem. Dwie Magdy. To już trochę większa zmora, ale jakoś tak, może przez dłuższą znajomość, Magdę Wo dość intuicyjnie zwę Madzią, podczas gdy Magdy Bu, mimo szczerej i czysto koleżeńskiej czułości, z takim zdrobnieniem nie wiążę. Więc mamy Madzię, czyli Magdę Wo i Magdę, czyli Magdę Bu (pisanie samej pierwszej litery nazwiska jakoś za bardzo kojarzy się z osobą podejrzaną o popełnienie przestępstwa, bądź skazaną). No i w końcu dwie Asie. To dopiero problem. No bo Asia Ra, czyli po prostu Asia, i Asia Gry, czyli nie chce być inaczej niż Asia. Tutaj zastosowałem więc nieco bardziej śmiały wybieg. Asię Gry będzie można spotkać w tekście jako Asię. Natomiast Asię Ra jako Aśę.

TOM I

PROLOG, CZYLI, JAK GŁOSI TEORIA LITERATURY, FAKTY POPRZEDZAJĄCE WŁAŚCIWĄ CZĘŚĆ UTWORU

23:16 dnia przed wyjazdem. Finał Copa America zdarza się raz na cztery lata. Wprawdzie nigdy nie oglądałem, ale może najwyższy czas. Zaczęła się druga połowa, jest 0-0. Jak się nie zbiorą w sobie i będą karne, to skończą około za piętnaście pierwsza, czyli cztery godziny przed teoretycznym odjazdem pociągu i mniej więcej trzy godziny przed pobudką. Tylko że wyjeżdżając ze stacji początkowej, to jest Kołobrzegu, nasz pociąg miał 84 minuty opóźnienia. Wprawdzie ani trochę nie zmieni to godziny pobudki, bo nie czas i miejsce na wszczynanie alarmu, że można pospać trochę dłużej. Tym bardziej, że ci, którzy chcą spać dłużej pewnie już śpią. A ktoś zobowiązał się mnie podwieźć. No i wspólne czekanie na dworcu najczęściej jest fajne. Ciekawe, czy o piątej rano też. Aczkolwiek trzeba pamiętać, że opóźnienie pociągu może ulec zmianie.

Szare blokowisko na bliskich przedmieściach Wrocławia

DZIEŃ PIERWSZY, W KTÓRYM POCIĄG SIĘ SPÓŹNIŁ, POSTOJE BYŁY DŁUGIE, JEDNA DUSZA SIĘ NA CHWILĘ ZAGUBIŁA, A I TAK BYLIŚMY U CELU ZALEDWIE GODZINĘ PÓŹNIEJ NIŻ PLANOWALIŚMY

Chyba tylko ja śledziłem poprzedniego wieczora, jak tam się jedzie naszemu pociągowi. Informacja o opóźnieniu pociągu o 50 minut (a więc opóźnienie uległo zmianie) była więc zaskoczeniem. Podobnie jak informacja o tym, że za okazaniem biletu na opóźniony pociąg można było dostać darmową kawę bądź herbatę w jednym z dworcowych lokali. Jakaś możliwość zagospodarowania czasu oczekiwania pojawiła się więc. Cieszyła się ona pewnym zainteresowaniem, lecz leżenie na podłodze, bądź karimatach nieoddanych Profesorowi Ojcu, który pojawił się rano na dworcu i miał do nas dołączyć kilka dni później na wymagającą biwakowego sprzętu część obozu, tudzież siedzenie na schodkach z niezdradzającą przesadnej trzeźwości umysłu miną też miały swoich fanów. Podsumowując – niewiele się działo. Gdy czas przybycia pociągu zbliżał się, przeszliśmy z hali dworcowej do tunelu, by postać tam i poczekać na ogłoszenie peronu, z którego odjedzie nasz pociąg – nominalny był zajęty niespóźnionymi. W końcu usłyszeliśmy głos i posłuchaliśmy się go. Opóźniony pociąg TLK Pirat z Kołobrzegu do Bielsko-Białej wjedzie na tor trzeci przy peronie drugim.

Odjazd punkt 5:36. Optymistyczne były założenia, że na wrocławskim dworcu opóźnienie zostanie zredukowane. Jedziemy więc. Kierując się ku zaspokojeniu podstawowych potrzeb poprzez próby snu, bądź rozważania co i kiedy zdjąć. Albo w ostateczności zastanawianiu się nad definicją przykrywania się. Poziom małp.

TLK Pirat, okolice Brzegu

Podróżowanie w tak mocno przedpołudniowych godzinach generalnie wiąże się z mało żywą atmosferą. Kilometry jednak upływały dość sprawnie. Chwila nieuwagi i już mogliśmy podziwiać przez okna pociągu koksownię w Zdzieszowicach. Potem już tylko moment na pokontemplowanie nieczęsto używanej w dalekobieżnym ruchu kolejowym linii przez Nędzę i Żory i już, nadrobiwszy kilkanaście minut opóźnienia, byliśmy w Bielsku-Białej. Znaczące to było miejsce. Rok temu to właśnie tu zakończył się VIII Obóz Wędrowny Podróż do Źródeł 2015 zwany popularnie paraobozem. Zapoczątkowaliśmy więc nową tradycję rozpoczynania obozów w miejscu, w którym zakończył się poprzedni. Ten wspaniały zwyczaj został jednak zarzucony niedługo później. Dwa tygodnie, uściślając. Kończąc serię takich łączeń zakończeń i startów na najmniejszej spośród liczb nieparzystych.

Ponadto, wówczas również jechaliśmy Piratem. A potem było jeszcze kilka takich również, ale o tym co potem będzie potem. A teraz ociekaliśmy potem już stojąc na peronie i rozpoczynając wycieczkę. Debiutantów w tej chwili wśród nas nie było, ale za to trzeba było na nowo przeliczyć klasę w której się jest – byliśmy wszakże świeżo po czasie szkolnych promocji. A także rekrutacji, dzięki czemu Agata była w pełni uprawomocniona do przedstawienia swojej nowej tożsamości klasowej, to jest 1B, co czyniło ją oczywiście najmłodszą trójkowiczką obozu. A zarazem najmłodszą uczestniczką, aczkolwiek z zastrzeżeniem, że faktycznie rozważamy tu jedynie urodziwszą część tekatowskiej gromady. Był bowiem z nami i Michaś, dla którego, choć młodzian z niego że hej, był to już drugi obóz w karierze. Na drugim krańcu spektrum pojawili się zaś staruszkowie z klasy ósmej. No i Szef, którego licznik przeskoczył już na największą spośród wartości nastych.

Po części oficjalnej nastąpił powrót do powrotu do paraobozu. Autobus numer 8. Kierunek Szyndzielnia. Ale przystanek inny niż rok temu. Inny szlak z Bielska na szczyt. Dość więc tej nostalgii. Ósemką dojechaliśmy do samego końca. Złożenie się ze sobą takich dwu elementów jak pętla oraz początek szlaków dały całkiem dużą wiatę. Była to więc świetna okoliczność, by zatrzymać się na chwilę w cieniu. I zająć się tak ważnymi sprawami jak ustalenie aniołów stróżów, zapoznanie się z mapą, przygotowanie farmakologiczno-powierzchniowe swojego ciała na działanie promieni słonecznych oraz pieniądze. Tych ostatnich było bowiem bardzo dużo. Tak na sztuki. Bielski bankomat, w którym Szef kilkadziesiąt minut wcześniej wybierał pieniądze, posiadał w swoim zasobniku jedynie dwudziestki. Na szczęście szybko znaleźli się chętni do wymiany swoich Jagiełłów i Zygmuntów na plik poczciwych Bolków Chrobrych, czyniąc swoje portfele dużo grubszymi. I praktyczniejszymi przy drobnych wydatkach jednocześnie.

Do góry. Bliżej słońca, jakby siła jego oddziaływania jawiła nam się niewystarczającą. I żeby jeszcze mocniej poczuć głęboki sens tej wspinaczki, zafundowaliśmy sobie trasę tuż obok dolnej stacji wiodącej pod szczyt kolejki linowej. Podejście było pierwszą próbą sił. Bądź braku sił. I odporności na wpływ gorąca. Po prostu taki uczciwy kawałek wyzwania na dobry początek. Choć tak formalnie, to pierwsza góra zawsze jest wyzwaniem. Ot, takie półtoragodzinne przetarcie. Pierwszy tysięcznik. Z pięknym widokiem na Beskid Mały i Kotlinę Żywiecką. Oraz, co spotkało się z dużo, może niefortunnie to słowo zabrzmi w tym miejscu, cieplejszym przyjęciem, schroniskiem, w którym panował klimat umiarkowany chłodny. Można więc było przysiąść w znośnych warunkach, odetchnąć spokojnie i momentalnie umrzeć po opuszczeniu przybytku. Na szczęście zakończyło się zaledwie na bólu i cierpieniu. Żeby szok nasłonecznienia nie był zbyt duży, Szef po wyjściu na zewnątrz zarządził krótkie zebranie na słońcu, podczas którego pierwszy raz pojawił się temat otrzęsin – obozowym debiutantom zlecone zostało napisanie, każdy podług własnych wrażeń i sumienia, relacji z pierwszego dnia. Czyli właściwie teraz produkuję się na próżno, gdyż czas przeze mnie odtwarzany został już po parokroć opisany.

Sherlock i Watson, Simon & Garfunkel, Bolek i Lolek. Automatyka i robotyka, akcja i reakcja, sprawy wewnętrzne i administracja. Sodoma i Gomora oraz Trynidad i Tobago. Ryba i frytki. Glazura i terakota. Można by tak wymieniać i wymieniać. I gdzieś na tej liście w pewnym momencie pojawiłoby się Szyndzielnia i Klimczok. Oddalone od siebie o kilkadziesiąt minut marszu dwa wierzchołki jednej góry. Jak się idzie na szlak i zalicza jeden z nich, to drugi jest właściwie formalnością. Tak więc po, jako się rzekło, kilkudziesięciu minutach marszu szerokim kamienistym traktem byliśmy już na Klimczoku. Schronisko „Na Klimczoku” jest dla osób będących na tej górze jedynie ładnym elementem panoramy, więc tutaj na schronienie miejsca już nie było. Schroniliśmy się więc tylko na chwilkę w krzyżowym ogniu aparatów fotograficznych wracając znowu do sierpnia roku zeszłego, kiedy to również w tym miejscu stanęliśmy wespół do zdjęcia. A potem w dół. Najważniejsze szczyty dnia były już za nami, więc pozostało już tylko dojść te 15 kilometrów do miejsca noclegu.

Kolejny postój przypadł na szczyt Błatni i cień przedschroniskowego drzewa. Ochrona przed działaniami promieni słonecznych była z pewnością jedną z najbardziej pożądanych rzeczy, lecz nie jedyną. Drugą była woda – tutaj na posterunku było schronisko i kran w jego łazience. Łatwo więc się domyślić, że „krótki” nie będzie adekwatnym epitetem do opisania tego postoju. Nie wspomniawszy już nawet o tym, że w owym cieniu był całkiem przyjazny trawnik, zaś na chętnych do odpoczynku na nieco wyższym poziomie czekały ławki i stoły. W końcu Szef, nie przejawiając przesadnego zaangażowania, wyznaczył godzinę wyruszenia w dalszą wędrówkę. A potem jeszcze kilka. Samemu przegadując każdą z kolejnych. Jakby zapomniał, że nie byliśmy tam dla przyjemności. Nie było przez to później czasu na wtranżalanie darów lasu rosnących przy szlakach, wszak okazało się, ku żadnemu zaskoczeniu kogokolwiek, że istnieje ryzyko niedotarcia do ustrońskiego schroniska Wiecha o zaplanowanej porze. Niestety nie wszyscy okazali się ortodoksami w kwestii tego przykazu. Podczas przystanku na nieoczywistym skręcie (ale takiego bez powszechnego postoju) oczekiwanie na Antoniego wydłużyło się do niepokojących rozmiarów. I według raportów odbywał on niedawno prywatny postój na jagody. Wypad wsteczny do miejsca, w którym był ostatnio widziany nie przyniósł rezultatu, co było trochę niepokojące, jednak udało się nam, grupce oczekującej, skontaktować drogą telefoniczną z Szefem, z którym wcześniej, drogą telefoniczną, skontaktował się Myśliwy, który, drogą telefoniczną, skontaktował się z zaginionym. Faktycznie była tam jakaś wpadka nawigacyjna, ale zielony szlak jest odnaleziony i lada moment powinniśmy się wszyscy spotkać. Tylko że w Brennej, gdzie czekała główna część grupy, Antoni pojawił się nie spotkawszy po drodze ekipy oczekującej jeszcze w lesie. Taka magia.

Tradycyjne wyjaśnienie, że to jednak sztuczka i na czym ona polegała nastąpiło już nieco za Brenną, gdzie był kawałek odpowiedniej ku powszechnej naradzie przestrzeni. Antoni wykazał pełną skruchę, a wcześniej w tej całej historii dostał pomiędzy tym wszystkim małego plusika za wiedzę na temat tego, gdzie idziemy i jaka jest najbliższa miejscowość. Mimo że w tym roku nie zanotowałem lotnych patroli starszyzny wypytującej się pozostałych uczestników o trasę. Niemniej jednak zdarzył się świetny pretekst do wygłoszenia pięknej maksymy „gdy każdy myśli tylko o sobie, jest myślany jeden raz, a gdy każdy myśli o innych, to jest myślany wiele razy” (znawcy mawiają, że n-1 razy). I przypomnienia podstawowych zasad współżycia w grupie na szlaku. Oraz postępowania w przypadku wpadki nawigacyjnej. Na pewno do tych reguł nie należy zmiana decyzji o swojej trasie po uprzednim poinformowaniu telefonicznym o swojej sytuacji i planach na wyjście z niej.

No ale, jak to mówią, najważniejsze żebyśmy zdrowi byli. A obyło się bez ofiar, jeno ze stratą czasową. Końcówka dnia to już typowa dojściówka. Nic się nie dzieje, ale kilometry zrobić trzeba. Chyba że za atrakcję uznać zamknięte już dla nienocujących schronisko Na Równicy znajdujące się, jak sama nazwa wskazuje, kilkaset metrów od Równicy. Do peteesemowskiego schroniska Wiecha doczłapaliśmy zaledwie godzinę później niż planowaliśmy. Potężny budynek o urodzie typowej dla architektury epoki pierwszych sekretarzy miał w sobie coś ciekawego. Do stołówki, która była głównym celem po dotarciu do przybytku, trzeba było od wejścia głównego wejść piętro wyżej. Tam spożyliśmy spokojnie zupkę i typowe drugie danie oraz wchłonęliśmy mnóstwo kompotu. Potem przyszedł czas na zapoznanie się z pokojami. Miały one numery powyżej czterystu, tak więc, jak się łatwo domyślić, od piętra zero dzieliły je cztery poziomy. Tylko że akurat w dół. A na tym poziomie minus cztery mieliśmy piękny, wspólny dla wszystkich pokojów, taras. Ot architektura.

Choć w pierwszy wieczór sił trochę jeszcze bywa, to jednak po nieomal ćwierćsetce kilometrów w słońcu poprzedzonych pobudką w okolicach trzeciej-czwartej rano nie wykazywaliśmy się zbytnią żywotnością. Od dobranocki już trochę minęło, ale porą jeszcze bardziej wieczorną niż nocną sporo osób udało się na nocny spoczynek. Pierwszy dzień przetrwany. Już tylko dwanaście.

Na Klimczoku. Ale nie schronisko „Na Klimczoku”, tylko że będąc na Klimczoku (fot. Sylwia)

DZIEŃ DRUGI, W KTÓRYM SZCZYTY BYŁY WIELKIE, A PRZYNAJMNIEJ TAK SIĘ NAZYWAŁY, LECZ I TAK NA KONIEC PRZEKLINALIŚMY ASFALT

Podobnie jak obiad, śniadanie w Wiesze przygotowali gospodarze. Taka okazja często się im nie zdarza. Z opowieści szefa obiektu wynika, że grup wędrownych jest obecnie małe kilka w sezonie. Co w porównaniu z grubymi dziesiątkami w czasach świetności prezentuje się mało okazale. Położony na zboczu budynek, poziomem zero, opuściliśmy około wpół do dziesiątej. Wzmocnieni Asią, która z powodu chwilowej niedyspozycji nie mogła wyjechać z nami dnia poprzedniego rano, lecz już wieczorem stawiła się w Wiesze. Zatem dzień drugi jest jej pierwszym dniem, toteż został już opisany i znowu na darmo literki stawiam.

Marsz rozpoczęliśmy od schodków wzdłuż schroniska, którymi zeszliśmy do poziomu minus cztery. A dalej szosą do doliny Wisły, nad którą położony jest Ustroń. Najdłuższą rzekę Polski pokonaliśmy mostem wiszącym. A skoro rzeka, to znaczy, że teraz będzie pod górę. Po kilku minutach stanęliśmy u podnóża Czantorii. Wielkiej Czantorii.

Dziesiąta, minut piętnaście. Bohatersko minęliśmy zacienioną polanę nad rzeką. Ale pod sklepem też się przyjemnie siedzi. To znaczy uzupełnia zapasy płynów i podejmuje decyzje taktyczne co do ataku szczytowego. Przed nami Wielka Czantoria. Prosty, szeroki szlak, łatwa nawigacja. Nie spodziewam się żadnych trudności.

Tył sklepu spożywczego przy dolnej stacji wyciągu na Wielką Czantorię

Szlak jak od linijki. Ale na szczęście w cieniu, a nie wprost wyrżniętym na potrzeby narciarzy pasem lasu. Wyrżniętym od linijki.

Są takie podejścia, po których mówi się, że były momenty. Tutaj był jeden moment. Taka chwila moment godzinka, może z kwadransem, i już schronisko i kres kolejki, którą wjeżdżają cieniasy. Przy czym cieniasy jeżdżą w pełnym słońcu, a my się ciskaliśmy cieniem. I dociskaliśmy się wszyscy poniżej czasu petetekowskiego. W nagrodę możemy kupić półlitrówkę wody za czwórkę i popodziwiać masakrycznie brzydkie okazy peerelowskiej architektury turystycznej. Albo, jak twierdzą niektórzy, kilka małych Mostów Rędzińskich. Właściwie najlepszym elementem tej panoramy są Sylwia z Madzią siedzące na ławce. Aczkolwiek nie jest to stała ekspozycja i możemy mówić o niemałym szczęściu.

Pochyła ławeczka przed górną stacją kolejki Czantoria

A to było dopiero dojście do końca kolejki, który oczywiście nie znajduje się na szczycie. Cień cieniem, ale to 400 metrów przewyższenia na mniej więcej dwóch bez ćwierci kilometra i tak sprawiły, że legliśmy tam spoceni jak podniecone tuczne świniaki w szklarni. Widok, jak już zostało wspomniane, nie powalał, choć ponad mało apetycznym Ustroniem i obok majaczących w tle zabudowań Skoczowa i dalszej równiny wyzierało trochę północnych krańców Beskidu Śląskiego. Głównie więc kontemplowaliśmy to, że jesteśmy zmęczeni. Ewentualnie podziwialiśmy sokolnika zabawiającego się ze swoim ptakiem i liczącego zapewne, że znajdą się chętni na zapłacenie pieniędzy za możliwość poobcowania z jego upierzonym kolegą.

Nie było jednak czasu na takie harce. Zresztą chęci też nie zarejestrowałem. Czas było iść dalej. Wcześniej jednak zmiana na gitarce. A nawet na dwóch. Już druga tego dnia. Taki bowiem system został zaimplementowany, że zmiany były krótkie, ale było ich dużo, choć w odwodzie jest przecież równie skuteczne powierzanie instrumentu raz a dobrze, czyli tak na pół dnia chociaż. Dlaczego akurat wybrany został ten system, który został wybrany? Nie wiem. Najprawdopodobniej dlatego, że jakoś tak wyszło.

Końcówka wejścia na Wielką Czantorię nie dostarczyła nam już tylu emocji. 130 metrów przewyższenia na nieco ponad kilometrze to już prawie jak płasko. Oczywiście nie było czasu na dłuższy postój, ale okazało się, że małe kilkanaście lat temu Czesi zbudowali na szczycie rozhlednę. Chętni, uiściwszy opłatę w wysokości czterech złotych, które na paragonie zostały opisane jako cztery euro, weszli więc na nią, żeby się rozhlednąć. Niby to kilometr z niewielkim hakiem dalej i jakieś marne sto kilkadziesiąt metrów wyżej od poprzedniego miejsca postoju (z wieżą już poważne sto kilkadziesiąt), ale nagle przetransportowaliśmy się w sam środek nieprzebranej masy pasm, krzyżujących się grzbietów, strzelistych szczytów i łagodnych stoków. Z pełną odpowiedzialnością moglibyśmy witać wchodzących na wieżę słowami „Panie i panowie, oto góry”. Wieża widokowa na szczycie, poza widokami, dawała też cień, co nie umknęło naszej uwadze. Tak samo jak liczne drobne kamyczki. I fakt, że siedzącej na ziemi osobie mającej na sobie krótkie spodenki można próbować wrzucić taki mały kamyczek do nogawki. Czyli świetna zabawa kwiatu polskiej młodzieży. Miło widzieć, że młode pokolenie potrafi się tak świetnie bawić bez alkoholu. Co najwyżej z kofolą – dotknęliśmy Czech, więc już po chwili zza każdego winkla wyskoczyli fani tego produktu, tworząc niemal sektę wielbiącą ów napitek.

Tak właściwie, to Wielka Czantoria była hitem dnia i po niej pozostało już tylko dojść do miejsca noclegu – tym razem jakieś dwadzieścia kilka kilometrów. A na zegarach godzina 13. Na termometrach podobna liczba, tylko z czeskim błędem. W cieniu. Dalej ruszyliśmy po granicy polsko-czeskiej, by po półtorej godziny marszu szerokim i w większości nieocienionym traktem doczłapać do kolejnej wielkiej góry – Wielkiego Soszowa. To znaczy do schroniska Soszów, które znajduje się kilkaset metrów przed szczytem. Generalnie postój przebiegł według znanego już scenariusza. Cień i kran. Ot i cały przepis na udaną przerwę. Aczkolwiek tutaj mieliśmy jeszcze bonus. Choć byliśmy na zewnątrz, siedzący w środku gospodarz umilał nam czas uprawianiem sztuk dźwiękowych. Miło, ale iść dalej trzeba. Chwilę po starcie byliśmy już na szczycie Soszowa Wielkiego. I przed nami pojawił się Stożek Wielki, który zgodnie z oczekiwaniami miał kształt stożka. I faktycznie był niemały. A po drodze przytrafił się jeszcze Stożek Mały. Aczkolwiek tabliczka oznajmiająca o zdobyciu tego szczytu znajdowała się na podejściu. Może gdzieś tam obok szlaku był usypany jakiś mały stożek. Bo na to, co ogólnie rozumie się pod pojęciem szczyt, miejsce owo nie wyglądało.

Skoro stożek Stożka był nieźle widoczny (przynajmniej z naszej perspektywy), to nietrudno się domyślić, że sprawne podejście wymagało nieco wigoru. Tym razem schronisko było za szczytem. Który zresztą był ominięty przez szlak i na którego zdobycie nie wszyscy się zdecydowali. Cień i woda. I mapa. Nie to, żeby były jakieś wątpliwości, ale zawsze można się trochę podbudować tym, że przeszliśmy już aż tyle, a zostało zaledwie tyle. A jak nie tym, to chociaż faktem, że już tylko w dół. Tak z grubsza. Choć uważne śledzenie mapy przyniosło spostrzeżenie pewnych atrakcji, którymi moglibyśmy sobie wzbogacić traskę. Na przykład odwiedzając Izbę Pamięci Jerzego Kukuczki. No przecież to tylko troszkę wydłużyłoby marsz. I na pewno nie zabrało nic a nic czasu. A już jutro będziemy przechodzić nieopodal Muzeum Świerka Istebniańskiego. Tyle atrakcji.

Na razie padło jednak na dojście granicą do szczytu Kiczory, a następnie zejście do Istebnej. Gdzie czekała nas atrakcja innego typu. Biedronka. Co zważywszy na konieczność przygotowania sobie wieczorem obiadu było nader korzystną okolicznością.

Lekka nutka żartu mogła spoglądać na czytelnika ze stwierdzenia, że z Wielkiej Czantorii, to już tylko taka dojściówka została do mety, czyli Chatki AKT na Pietraszonce. Teraz jednak naprawdę przeszliśmy do odcinka końcowego i to na dodatek o jednym z najgorszych możliwych obliczy. Jakkolwiek malownicze są liczne osady Istebnej porozrzucane na wzgórkach i w dolinkach, to jednak nić asfaltu szlajająca się przez te wzgórki po całym dniu ciągnięcia przez słońce już tak pozytywnych emocji nie budzi. Może przez pierwsze 10 minut jest neutralnie. Potem jeszcze można dostrzegać takie atrakcje jak ciekawy chwyt reklamowy przybytku Chichot w postaci innego koloru pierwszych czterech literek i innego pozostałych trzech. Choć w kolejnej linijce pod tym sprytnym zabiegiem znajdował się już z kolei gwałt ze szczególnym okrucieństwem na języku polskim. Potem przez jakiś czas ma się jeszcze siły poprzez świadomość, że Pietraszonka to przecież część Istebnej, w której już tak długo jesteśmy, więc na pewno za chwilę tam dojdziemy. Dalej wchodzi już odczucie, że trochę się umiera. Janek postanowił iść tyłem, by inne mięśnie i stawy zaznały trochę bólu, a nie ciągle katować te same. W końcu przychodzi rezygnacja. Postój na przystanku obok nieczynnego od kilku lat peteesemu. Żal, że nieczynnego, toż mogliśmy finiszować właśnie tu. A nie cztery kilometry szosy dalej. Ze 2 godziny tej dojściówki od Biedronki nam wyszły. Bokiem.

Godzina niedługo zmrok. Po ponad 30 kilometrach łojenia przy podobnej ilości stopni Celsjusza Sylwia robi zdjęcia przechodzących po belce płotu owadów. A niektórzy zajmują się takimi rzeczami jak herbaty, obiady, albo i nawet o zgrozo, mycie. Że niby na tym poddaszu nie ma miejsca, by każdy miał zapachową strefę buforową.

Ławka z niezłym widokiem przy Chatce na Pietraszonce

Tak, to było jedno z tych miejsc, gdzie zasadniczą część części noclegowej stanowiło wyłożone materacami poddasze.

Zdjęcia bądź jedzenie nie wyczerpywały możliwości odreagowania po trasie. Benek upodobał sobie hamak. Mi osobiście przez niekrótki czas miła była rzeczona ławka z niezłym widokiem. Pająk natomiast odreagowywał w samotności, przeżywając swoje prywatne katharsis i wyzbywając się pragnień tak mocno, że nawet na obiad się nie skusił, ograniczając swoje oczekiwania żywieniowe do paczki sucharów. A tymczasem na obiad szykowane były wyjątkowe delicje – makaron z mięsem i czerwonym sosem. Ukojenie można było też znaleźć w higienie. Przy pomocy infrastruktury łazienkowej w pomieszczeniu o nazwie czyściec, bądź przy pomocy gada ogrodowego zwanego w różnych częściach Polski szlaufem bądź szlauchem. Kolejną możliwością był upust swoich uczuć za pomocą sztuki. Typowe nam gitarogranie rozkręcało się dość powoli, ale Ola z Jarem i Myśliwym postanowili stworzyć w lokalnej księdze pamiątkowej utwór wizualny z górskim pejzażem, dwoma słońcami i latającą wiewiórką, której z… za którą ciągnie się tęcza.

Na wspólny posiłek czas przyszedł około jedenastej. No a po posiłku przecież nie można tak od razu iść spać. Co bardziej dbający o swój organizm odczekali, umilając sobie czas śpiewograniem, tak jeszcze z pięć godzin nim ułożyli się do snu. Nie tylko na poddaszu. Tak właściwie, to koniec końców spało tam niewiele osób. Na dodatek można tam było jeszcze otworzyć okna. Ale i tak nie było tam powietrza.

DZIEŃ TRZECI, W KTÓRYM GÓRY BYŁY MNIEJSZE, TRASA KRÓTSZA, ALE SŁOŃCE WCIĄŻ UTRZYMYWAŁO NARZUCONY W POPRZEDNICH DNIACH POZIOM

Kolejny dzień, w którym słońce niszczy od rana. Cóż więc zrobić? Przeczekać rano i wyjść w południe. A właściwie to popołudniu. Zresztą chatka całym swoim jestestwem kreuje atmosferę spokoju, ukojenia i braku pośpiechu. Po śniadaniu znalazł się więc jeszcze czas na skorzystanie z potężnej bazy gier znajdującej się w sali jadalno-imprezowej. Albo na wykonanie kolejnego rysunku do księgi gości. Tym razem rękami profesjonalistek. Dziwnym trafem autentyczność tylko tego dzieła została potwierdzona pieczęcią TKT.

Na szlak wyruszyliśmy więc punkt trochę po w pół do drugiej. Mimo że grupa dość szybko rozciągnęła się, właściwym zachowaniem udało się nikogo nie zgubić. Zgubione zostało za to coś, ale Grzesiu szybko wrócił się do Pietraszonki po swoje mienie i sprawę można uznać za niebyłą. Tylko droga jakaś taka inna wyszła niż planowaliśmy wcześniej. Po kilku kilometrach trafiliśmy na skrzyżowanie oddalone od dawnego schroniska, przy którym wczoraj umieraliśmy, o nie więcej jak 500 metrów. Wchodząc niniejszym na kolejną biegnącą przez Istebną szosę. Ta również nie przypadła nam do gustu. Była równie interwałowa i jeszcze bardziej rozpalona słońcem. No ale trasa dzisiaj króciutka, więc spokojnie sobie można zatrzymać się raz, czy pięć. Kolejna przerwa przypadła na pierwszy spotkany tego dnia sklep. Czy raczej płot przed nim oraz przestrzenie pod drzewem oraz pod parasolem. Jakoś tak sobie wybraliśmy miejsca. Choć oczywiście i w sklepie wielu się schroniło choć na chwilkę. Czasem grzebiąc w portfelu za drobniakami, o które prosiła ekspedientka mająca w swojej kasie półeczki pełne nieposortowanych monet. A przed sklepem nie odpoczywaliśmy tylko my. Pewien kierowca stanął sobie na ulicy tuż obok punktu handlowego. Na kwadrans. Trzymając cały czas nogę na pedale hamulca. Bo tak.

Zachodzące słońce, góry, wijąca się szosa… Cudownie (fot. Sylwia)

Kolejny etap marszu czasem nie przekraczał długości postoju. No ale czekała nas atrakcja regionu numer jeden. Koronki Koniakowskie. Podeszliśmy więc pod adekwatne muzeum. A właściwie to dom, którego mieszkańcy prowadzą wystawę. Choć z wnętrza dało się posłyszeć różne dźwięki, na ten dzwonka odpowiedzi nie było. Ale po drugiej stronie ulicy, z lekkim przesunięciem i nieco w głębi, stoi sobie karczma Kopyrtołka, która zaprasza przejeżdżających przez wieś kierowców hasłami koronki, malarstwo, rzeźba. To podeszliśmy badawczo.

Do karczmy są dwoje drzwi. Tak przy rogu, na sąsiadujących ścianach. Naciśnięcie pierwszej klamki bezskuteczne. Naciśnięcie drugiej zaowocowało już otwarciem wrót, ale ze środka wydobył się niezidentyfikowany dźwięk. Po zawahaniu wchodzimy, a gospodarz widząc sporą grupę proponuje półgodzinny wykładzik. No to raz dwa pięć zebraliśmy wszystkich i usiedliśmy w przyjemnie chłodnej (a przynajmniej mniej ciepłej) sali. Wykładzik faktycznie trwał pół godziny. I objął takie tematy jak gender, polityka, antykoncepcja, blondynki, a także przemycił informacje o tym, że Koniaków leży na grani dzielącej zlewiska Morza Czarnego i Bałtyckiego i że przebiegała po niej droga cesarska Wiedeń-Kraków. Dwóch złotych na głowę może nie żal (Szef stawiał), ale pół godziny życia można było spędzić dużo lepiej.

Skrzyżowanie głównej drogi z odnogą do przysiółka Węglarze, Myto

Dodatkowo można jeszcze było dmuchnąć w kilkumetrową trąbę, popodziwiać trochę sztuki na ścianach w salce już wspomnianej i w końcu te słynne koronki w takiej trochę mniejszej. Opuściwszy przybytek pierwszego stand-upera Trójwsi Beskidzkiej ruszyliśmy do Zwardonia. Dzielił nas od niego jeden grzbiecik, a podejście nań i zdobycie Sołowego Wierchu było wyzwaniem porównywalnym ze zdobywaniem szczytów Gór Kaczawskich, bądź Bardzkich. A na dodatek trasa ta była fragmentami zalesiona, a więc i zacieniona. Pokonawszy tę, nazwijmy to z uprzejmości, trudność, doszliśmy do Myta. I niby tylko jakieś niespełna 15 kilometrów było za nami, a wskazówki zegarka od południa zakreśliły kąt już przeszło dwustudwudziestostopniowy. Oczekiwanie na całość grupy miało więc niższy priorytet niż dotarcie do osady, w której może być jeszcze otwarty sklep. Chyżsi udali się zatem już ku Zwardoniowi. Tam faktycznie znalazł się sklep, który wciąż był otwarty. Była przeto szansa na nabycie czegokolwiek, co można by zjeść na obiad i śniadanie. A także ponoszenie sklepowych koszyków. Gdy zakupy zostały dokonane, pozostali czekali już na placu przed łączącym w sobie gładkie tynki, cegłę i blachę oraz ogrodzonym drucianym płotem kościołem. I bez zbędnej zwłoki, aczkolwiek z odrobiną niezbędnej, wyruszyliśmy na dzielący Polskę i Słowację grzbiet, by przy wyraźnie zamiarującym lada moment uciec z nieboskłonu słońcu, dotrzeć do Chatki Skalanki. Przekazanym drogą telefoniczną słowem Zalesi, która wraz z Wojtkiem z pewnych względów trasę z Koniakowa pokonała nieco szybciej i wspomagając się mechanicznymi środkami transportu, dowiedzieliśmy się, że nie da się nie zauważyć stojącego nieopodal szlaku przybytku. Okazało się za to, że da się zauważyć ich więcej – pierwsza Chata Skalanka okazała się jednak Chatą pod Skalanką. Chata Skalanka znajdująca się pod Skalanką, ale bliżej szczytu niż Chata pod Skalanką, była 5 minut dalej. Faktycznie chyba nie dało jej się przegapić, aczkolwiek miejsce, z którego nie dało się jej przegapić było trochę dalej niż miejsce, w którym ją zauważyliśmy. Choć może za jasnego już stąd rzucała się w oczy. Niby marne 20 kilometrów, a u celu byliśmy po dziewiątej.

Chata Skalanka. Na budynku jest napisane Chatka, ale intuicyjnie nazywając ten przybytek budynkiem nieopatrznie wyjaśniłem tę kwestię. Gabaryt wręcz schroniskowy. A może tak tylko wydaje się, gdy widzi się ten las dookoła. Niewielką polankę z wiatą gospodarczą, kilkoma ławkami i stoliczkiem, na którym piszę. Latryny nieco w głąb lasu, drogę do nich wiodącą wyznaczają kartki z biegnącą panią. Tylko ten słup sieci energetycznej doprowadzający prąd tak trochę niefortunnie wygląda między tym wszystkim. Ale i tak za pierwsze wrażenie gruby plus. Czerwonym długopisem, jakby to dodała nauczycielka ze szkoły podstawowej.

Stolik z ławeczkami na polanie przed Chatką Skalanką

Po naszym wejściu zarządca przybytku, zgodnie z bijącą z etymologii tego słowa funkcją, zarządził, że na razie mamy się zakwaterować w dwu pełnych łóżek piętrowych izbach, a jak nie starczy, to zobaczy się później. Tak więc i my podzieliliśmy się na tych, co postanowili zająć sobie łóżko i tych, co uznali, że zobaczy się później. Zawiązała się oczywiście ekipa obiadowa. Już ostatnia na tym obozie. Tak to się jakoś poukładało, że liczne kulinarne talenty błąkające się na obozie między bandą fanów przede wszystkim konsumpcji szanse na wykazanie się miały mieć już tylko podczas śniadań. A na obiad ponownie delicje w stylu klasycznym – ryż z mięsem i czerwonym sosem. Tym razem Pająk w obiedzie uczestniczył. W roli zerującego swój stan wewnętrzny zastąpił go Szef.

Wieczór jak to wieczór, tylko śpiewogranie było bez grania. Można było wziąć prysznic w piwnicy, przy czym nie tylko chodzi tu o położenie sanitariatu w budynku – sama „kabina” wyglądała jak składzik, w którym ktoś położył kilka kafelków i domontował baterię łazienkową z wężem i słuchawką. Była też opcja posłuchania rozmowy gospodarza, który wbił sobie tego dnia rano gwoździa w nogę, z obeznanym w medycznym fachu znajomym, a która, siłą rzeczy, kręciła się wokół nierzadko drastycznych wypadków przy pracy. A koniec końców – można było pójść spać. Tam, gdzie początkowo nas skierowano, bądź do wyłożonej materacami sali na pięterku, która okazała się wyżej wspominanym później zobaczeniem. Kilka osób w nieciasnej sali, okno, na pewno nie będzie za duszno i gorąco.

Audycja nie zawiera lokowania produktu. Audycja jest lokowaniem produktu (fot. Sylwia)
Nie dość Wysoka jak widać (fot. Sylwia)
Niezasłużona pomoc (fot. Sylwia)

DZIEŃ CZWARTY, GDZIE NAM DROGI NIE ZASTĄPIĄ POKONANI, A JEŚLI TEN TYTUŁ JEST ZBYT HERMETYCZNY, TO NIECH BĘDZIE, ŻE PIERWSZE WODY POD NOGI

A jednak było duszno i gorąco. Ale za to niekrótko. Bo trasa w dniu czwartym niedługa. A równowaga musi być. Po niewczesnej pobudce nastał czas rannej strawy obejmującej takie rarytasy jak ryż z dżemem, sokiem z cytryny i cukrem. Sprawa okazała się jednak kontrowersyjną, gdyż okazało się, że niektórzy miast z chlebem jedli owo danie z talerzyka, co generowało dodatkowe zużycie naczyń. Na trasę ku Wielkiej Raczy wyruszyliśmy około południa. Nie wiedząc jeszcze, jak ta trasa będzie przebiegała i pozostawiając decyzje o tym na adekwatne rozstaje. A właściwie na adekwatny rozstaj, do którego doszliśmy zaraz po starcie. Na przestrzeni dziejów rozważane były trzy opcje. Zejście do Rycerki-Kolonii, nostalgiczne zakupy w sklepie, w którym nabywaliśmy dobra podczas zeszłorocznego krótszego obozu, nostalgiczne minięcie schroniska, w którym spaliśmy i nostalgiczne wtyranie się na Wielką Raczę szlakiem, którym podówczas schodziliśmy. To opcja pierwsza. Druga była taka sama, ale tylko częściowo. Albo raczej dla części taka sama. Opiewała ona bowiem wydzielenie pododdziału zakupowego, który miał zejść do doliny na zakupy, podczas gdy pozostali mieli po grani i granicy zarazem przejść do petetekowskiego obiektu, w którym następny nocleg był zaplanowany. I w końcu trzecia opcja – olanie takich konwenansów jak jedzenie i udanie się na Wielką Raczę praktycznie bez zapasów. Zwyciężyła ostatnia możliwość. No bo jakieś jedzenie na Raczy będzie, więc obiad się zje. A śniadanie można przecież spożyć w trasie – ze schroniska do najbliższej wioski będziemy mieli jutro jakieś 2-3 godzinki.

Przed nami było więc marne naście kilometrów pozbawionym większych atrakcji szlakiem po grani wiodącej dalekimi opłotkami zainteresowań masowego turysty. Żeby było jeszcze łatwiej, słońce nie paliło dziś tak jak w poprzednich dniach – noc przyniosła nawet co nieco opadu atmosferycznego. Który miejscami zamienił się w błoto. I to nawet głębokie. Generalnie motocross to nie jest to, co chce się widzieć w górach, ale silnikowy jednoślad z tylnym kołem nieomal w pełni ukrytym pod warstwą błota do zestawu z siedzącym obok wczesno nastoletnim słowackim chłopakiem z bezradnością bijącą z twarzy z siłą wielowiekowego dzwonu poderwały nas do pomocy. Gdzie spryt i mądrość, siły nie potrzeba, ale skoro była nas masa, to przedsięwzięliśmy rozwiązanie siłowe. A potem, bo cóż było robić, zaczęliśmy trochę myśleć. A nawet wspomagać się takim atrybutami jak sznurek i kije. Wszak niejeden przyszły inżynier zaangażowan był w tę sprawę. Wspólną pracą, sabotowaną nieco przez Myśliwego, który zamiast podać rękę robił zdjęcia, a potem Grzesia, który wspomagał Jara ciągnąc go w złym kierunku i nie trafiając w powszechny rytm wyszarpywania maszyny z szarej czeluści, udało się wygramolić maszynę. Zaś młody Słowak zdołał odpalić. I odjechał. Nie da się ukryć – hałaśliwie.

Po trwającej około 10 minut akcji zaraz po przerwie na naradę mającej miejsce jakieś pół godziny po starcie przyszedł w końcu czas na dłuższy odcinek. Prawie godzina. No, może bardziej trzy kwadranse. Po tym czasie znaleźliśmy się na Kikuli – nieznanym szerszej publiczności szczycie z niewielką polanką. Akurat taką, żeby się położyć na godzinkę. Może trochę ponad. Jakoś trzeba było regulować to tempo marszu. Zaprawieni w boju poprzednimi dniami maszerowaliśmy już bardzo wartko, więc bez rozciągłych postojów ani rusz. Na Kikuli, jakby samo leżenie na trawce bez towarzystwa palącego słońca nie było wystarczająco kojące i przyjemne, pierwszy raz przed wszystkimi swoimi umiejętnościami obsługi gitary pochwalił się Antoni. I od razu ci, którzy go nie znali wcześniej mogli go znienawidzić. Jak będąc tak dobrym gitarzystą można tak rzadko pojawiać się na tekatowskich wyjazdach?

Dalsza część trasy była podobnie niewymagająca jak poprzednia. Wprawdzie pierwszy raz deszcz objawił się nie tylko w postaci pamiątki na podłożu, bądź nocnego stukotu, ale był to taki deszcz, jak ze Wzgórza Partyzantów górski szczyt. Choć niektórzy wykorzystali okazję i przeprowadzili testy swojego mienia ochronnego.

W schronisku byliśmy około 16:30. 13 kilometrów, czyli, zaokrąglając do więcej mówiących wartości, nic. Ale obiad zjeść zawsze warto. W sumie nawet taka pora jeszcze jako tako obiadowa. Bardziej obiadowa niż jedenasta wieczorem. Posiłek każdy mógł mieć jaki chce. Z zastrzeżeniem, że był on w ofercie schroniskowego bufetu i jego łączny koszt nie przekraczał określonej przez Szefa kwoty, to jest ćwierć stówki. Chyba że ktoś był gotowy dorzucić trochę grosza z własnej kielni. Spożywanie w bufecie ma jednak tę wadę, że jedni dostają jedzenie wcześniej, a inni później. W oparciu mniej więcej o kolejność zamawiania, ale bez przesady. Szczęśliwcem, który jako pierwszy otrzymał choć część swojego posiłku okazał się niżej podpisany, który na czele kolejki ustawion nie był, podczas gdy niektórych oczekiwanie wydłużało się do czasów niepokojąco długich. Jakby samo skonfrontowanie swoich oczekiwań z menu i kwotą 25 złotych nie trwało wystarczająco długo. A jakby tego było mało, niektórzy nierozważnie po zamówieniu oddalili się od bufetu zająć się innymi sprawami, przez co ich dania były przygotowane wcześniej aniżeli tych, którzy cierpliwie, acz nie bezemocjonalnie wyczekiwali ich na miejscu licząc na wydanie ich lada moment.

Czasami bywa tak, że jacyś tekatowicze będący na prywatnej wycieczce zupełnie przypadkowo krzyżują swoje trasy z tymi obozowymi, albo i czasem (cóż za koincydencja!) nocują w tych samych miejscach. Na Wielkiej Raczy spotkanymi znienacka turystami okazali się Ala z Czesławem. Ich wizyta długo jednak trwać nie miała. Rano nasze drogi miały się rozejść. Ale na ten wieczór byli oni z nami. I mieli nawet trochę jedzenia, co nie umknęło naszej uwadze, lecz negocjatorskie zacięcie Czesława zostało utemperowane zdecydowanym ucięciem handlu przez Alę. Mogło być ciekawie, a wyszło rozsądnie.

Wieczór był długi, ale raczej ze względu na wczesne przybycie aniżeli późny koniec. W każdym razie wystarczyło na przelecenie całej ścieżki dźwiękowej z The Blues Brothers (a także na jeden utwór spoza oficjalnego wydawnictwa), zapoznanie się z wyłożoną prasą, czy też przygotowanie do spożycia noszonych od Zwardonia wafli, poprzez przełożenie ich dżemem, kajmakiem oraz, gdy zabrakło rzeczonych wiktuałów, bohatersko poświęconym przez Myśliwego prywatnym mlekiem skondensowanym. Które wbrew oczekiwaniom miało nie najwyższe zdolności spajające, ale silny nacisk Madzi wystarczył. Starczyło też czasu na jeszcze jedną rzecz – niezwykle istotną przy pobycie na Wielkiej Raczy. Z biegiem wieczora pogoda nieco poprawiła się, dzięki czemu można było podejść na podest i kontemplować bajeczną panoramę niezliczonej ilości gór wśród hasających pomiędzy nimi chmur podświetlanych przez mające się już ku zachodowi słońce. Szalenie wyśmienity widok. Jak to na Wielkiej Raczy.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Zmierzch na Wielkiej Raczy (fot. Sylwia)

TOM II

DZIEŃ PIĄTY, KTÓRY MIAŁ SIĘ NIE UDAĆ, ALE DZIĘKI WCZESNEMU STARTOWI BEZ PROBLEMÓW WESZLIŚMY W GŁĄB SŁOWACJI Z VIVA ESPANA NA USTACH

Okolice wpół do siódmej rano. Słońce wprawdzie świeciło już od kilku godzin, jednak niektórzy o tej porze jeszcze spali. Luźnym przybliżeniem – wszyscy. No ale przecież ile można spać. Aż trudno spać, gdy przed nami piękna, około czterdziestokilometrowa trasa. I to jeszcze słoneczko tak ładnie świeci. I nie tak ostro, ale to może dlatego, że jest jakoś za dziesięć siódma i, jak to na szczycie bywa, da się wyczuć ruchy powietrza.

Stolik z ławeczką przed schroniskiem Wielka Racza

Mobilizacja generalnie udana. Śniadanie, w postaci przygotowanych dnia poprzedniego wafli, o godzinie kwadrans i kilka minut po siódmej. Potem ostatnia szansa na wejście na podest widokowy na szczycie. Pożegnanie Czesława i Ali. I w drogę. 7:40. Godny czas. Bo i przed nami godna trasa. 38 kilometrów, o których rozmowy trwają od kilku dni. Opiewające umieranie w słońcu, koncepty podjeżdżania pociągami, bądź autobusami, płacz, jęk, pot, znój, łzy i drobnoustroje. Aczkolwiek były to raczej oddolne inicjatywy, nie zaś oficjalna linia władz. Od pierwszych chwil trasy było bowiem widać, że nie taki diabeł straszny. Ruszyli my przed siebie jak po swoje, niczym nabuzowane mustangi po prerii. Tylko, że akurat szlak nie prowadził przed siebie, tylko odbijał łukiem w prawo, co zostało zauważone dopiero wtedy, gdy jedna trzecia grupy już znikała gdzieś hen daleko. Trochę szkoda takich chwil, szczególnie, gdy jest jeszcze tak rano. Wtedy taką każdą straconą chwilkę boleśnie przelicza się na czas, który można było spędzić w łóżku.

Odbicie w prawo oznaczało również pożegnanie się z Polską i początek kilkudniowego romansu z Republiką Słowacką. Pierwsze zbliżenie miało nastąpić w Starej Bystrzycy (nazwy geograficzne będę w miarę możliwości spolszczał), gdzie zaplanowane zostało śniadanie. Droga do tej górskiej osady wiodła generalnie w dół, co pozwoliło na dosyć swobodne pokonanie pierwszego odcinka mimo braku rannej strawy. I dziesięciu kilometrów, które dzielą najwyższy punkt Worka Raczańskiego i starobystrzycki sklep. Dyszka przed śniadaniem, to jakichś marnych czterdziestu mamy nie dać rady?

Centrum Starej Bystrzycy przywitało nas cieniem, sklepem z tanimi rohlikami, ładnie wykończonym brukiem placem oraz mającym zapewne coś przedstawiać, bądź symbolizować swoim nietypowym kształtem fasady, budynkiem pełniącym funkcję centrum turystycznego. I jeszcze bijącym po dziesięćkroć dzwonem w wieżyczce owego budynku. Po zakończeniu opartego na owych rohlikach śniadania, dźwięk dzwonuwybrzmiał jedenaście razy, ale byliśmy już wówczas najedzeni, zwarci i gotowi na dalszą podróż, a przecież przed nami pozostawała już jakaś marna nawet nie trzydziestka. Z której pierwsze kilometry stanowią łojenie asfaltem przez wieś, która po kilkunastu minutach ze Starej Bystrzycy zmieniła się w Radostkę. Cicha i spokojna osada ludzka po chwili przestała być cicha. Porozwieszane na słupach szczekaczki służące transmitowaniu przemówień sekretarzy podczas świąt państwowych w poprzedniej epoce politycznej oraz ponoć ostrzeganiu przed lawinami dziś, ożyły. I to ani nie siejąc żadnej propagandy, ani sugerując schowanie się w schronach, bądź podjęcie innych środków bezpieczeństwa (język słowacki jest na tyle podobny do naszego, że dało się zrozumieć, iż nie były to ogłoszenia o grupie polskich turystów idących przez wieś). Głos z głośników informował za to o mającym się niedługo odbyć turnieju sportowym z udziałem drużyn z pobliskich wsi. Zaś pomiędzy powtarzaną po kilkakroć informacją były przerywniki muzyczne. Sztuk trzy. Jeden, choć okolica górska, przeszedł bez echa. Dwa pozostałe zaś niosły się jeszcze długimi dniami. Były to niezwykle barwne melodie pamietające epokę komitetów centralnych, choć skażone współczesnym bitem, jak i stworzone w świecie kapitalistycznym, to jest Y Viva Espana oraz Na Na Hey Hey Kiss Him Goodbye znane też jako, co dokładnie odpowiada warstwie lirycznej utworu, Na Na Na Na Hey Hey-ey Goodbye.

Nucąc, gwiżdżąc i podśpiewując, pomimo ucichnięcia szczekaczek, dotarliśmy do przystanku autobusowego, przy którym porzucaliśmy szosę, by skręcić w prawo na szlak. Tylko że tam też była szosa. Ale były też czasówki na znakach rozstajnych, dzięki czemu nie tylko intuicyjnie, ale i dowodowo mieliśmy potwierdzenie tego, jak dobrze idziemy. Obok wczesnego wyjścia była jeszcze jedna tajemnica sukcesu – chmury. Słońce tylko okazjonalnie wyglądało zza nich, by spojrzeć co się dzieje, pozostawiając przez większość czasu w miarę komfortowe warunki do marszu. Temat jakiegoś podjeżdżania, czy innych oszustw zniknął. Zaczęły się za to rozmowy o kolejnych dniach. W dniu szóstym za cel wyznaczony mieliśmy autocamping w Varinie, gdzie czekać mieli na nas Profesor Ojciec, Aśa oraz namioty. Czyli przed nami część obozu, podczas której noclegi nie są zaklepane i można sobie pozwolić na nieco elastyczności. Pojawił się nieplanowany wcześniej koncept wybrania się nad Jezioro Orawskie, a nawet spędzenia tam całego przedostatniego dnia obozu i odbycia tam otrzęsin. Bo czemu nie. Nawet kosztem zdobycia Wielkiego Chocza – góry bardzo efektownej, ale jednak nieco oddalonej od pozostałych nas interesujących. Albo i nie kosztem zdobycia Chocza. Możliwości jest dużo. I skoro komfort braku planów jest, to trzeba kombinować.

W Radostce weszliśmy na szlak żółty, zaś wyżej wspomniany postój miał miejsce przy skręcie w czerwony. Tym maszerowaliśmy po niewysokim grzbiecie, dość swobodnie zdobywając ulokowane na nim szczyciki takie jak Biały Wierch, czy też Zlień. Jak i przełęcze, czyli siodła. Na przykład Siodło pod Zlieniem. Na którym pojawił się znak szlaku informujący, że do Varina 4 godziny. Tylko, że to nie był znak dotyczący naszego szlaku – my planowaliśmy pójść trasą krótszą. Z przełęczy rozpoczęliśmy wspinaczkę, która skończyła się na przełęczy pod Magurą, która znajduje się między Magurą a Zlieniem. Ale innym niż ten wcześniejszy. Zaś Siodło pod Zlieniem jest właściwie siodłem między dwoma Zlieniami. Na owej przełęczy wieńczącej podejście uczyniliśmy postój. Na drugie śniadanie, czyli wykończenie rohlików. Jeden na trzy osoby. Czyli w sumie taka leciutka przekąska raczej. O piętnastej. A przed nami były, według mapy, 3 godziny marszu. A tempo mapowe rozwalamy na mięciutko. I gdzie ta mordercza trasa?

Przy wyruszaniu w dalszą drogę okazało się, że przodownicy korowodu nieopatrznie zatrzymali się na nieoczywistym skręcie. Ot, turystyczna intuicja. Czerwony szlak poprowadził nas trasą bardzo widokową. Pierwszy raz z dość niedaleka zobaczyliśmy Małą Fatrę, mogąc zaznajomić się już trochę ze szczytami, które lada dzień mieliśmy zdobyć. Zaraz po fenomenalnym punkcie widokowym w ciągu kilkudziesięciu sekund przeszliśmy na drugą krawędź wąskiego pasa lasu i znowu trzeba było się zatrzymać. Bo oto przed nami Kysuckie Beskidy w pełnej krasie. A po chwili znowu wróciliśmy na drugą stronę drzew. I jaka piękna Fatra.

Disco na powietrzu. A nawet można powiedzieć, że w nigdziu (fot. Grzesiu)

Bardzo długo to na szczęście nie trwało i można było przez jakiś czas skupić się chodzeniu. Jednym szło to sprawniej, innym trochę wolniej. Ale to nic. A nawet coś. Gdy tyły dość ślamazarnie wydobywały się z lasu na polankę, czub miał czas na poszukanie co dalej. I na uwierzenie, że to naprawdę tam trzeba iść. Wyznaczoną i będącą obiektem pielęgnacji przez słowacką organizację ruchu turystycznego okazała się bowiem ścieżka, na której gałęzie drzew znajdujących się po lewej stronie sięgały za jej prawy kraniec. I na odwrót. Choć na powierzchni ziemi faktycznie dało się dostrzec wąski pasek pozbawiony flory. Przed siebie więc. Uważnie stawiając każdy krok, bądź prąc nie zważając na nic.

Po pokonaniu tego fragmentu przed nami ukazała się już dolina, a w niej Varin. I ukazała się też słowacka rodzina – pierwsi spotkani na szlaku. Przy czym byli oni tam przy okazji prac polowych, nie zaś w celach turystycznych. Przekonawszy się, że na pewno nie chcemy się ochłodzić piwkiem (słońce akurat wyszło), odjechali w swoją stronę. A my poszliśmy w naszą. Już na luźno, widząc interesujące nas zabudowania, w dół. Słońce znowu się schowało za chmurami. Dość ciemnymi. Towarzyszyły zaś temu kojące dźwięki grzmotów i rozświetlające panoramę pioruny. Baczny obserwator mógł więc skonstatować, że zanosi się na deszcz. A jeśli ktoś jeszcze nie spostrzegł takiego zagrożenia, dostał jeszcze jeden sygnał – zachowanie się fauny. Na pewno któryś z ludów świata ma przysłowie brzmiące mniej więcej „jeśli krowy spieprzają z pastwiska, to wiedz, że coś się dzieje”. Tym czymś, zgodnie z intuicją, była sążnista ulewa. Nieomal wszyscy czym prędzej jęli wyciągać kurtki, peleryny i kondomki. Nieomal, bowiem po kilku osobach ta cała ulewa spłynęła jak po kaczce. A rzeczone krowy, których marszruta krzyżowała się z naszą, mimo trwającego już opadu uszanowały zasady ruchu ustępując nadchodzącym z ich prawej strony nam.

Doszliśmy do miejscowości. Nie do Varina, ale do sąsiadującej z nim niemal ściana w ścianę. Podczas naszego schodzenia się tam deszcz ustał. I gdy wszyscy już dotarli, zarzuciliśmy rozrywkę patrzenia się na kierowców i pasażerów samochodów patrzących się na nas i ruszyliśmy wzdłuż mokrej szosy. Po dosłownie kilku minutach doszliśmy do obwodnicy Varina, którą po chwili oczekiwania pokonaliśmy kilkoma zwinnymi krokami. Zaraz za rogatkami ujrzeliśmy Tesco, ale nie było to to, czego teraz szukaliśmy. Interesował nas bowiem obiekt, w którym moglibyśmy zjeść obiad. Ruszyliśmy więc w miasteczko. Fakt obecności turystów nie czyni miejsca turystycznym. Varin okazał się malutkim, spokojnym, skromnym miasteczkiem. Jednym słowem – dziura. Wraz z Jankiem, Olkiem i Benym oderwaliśmy się nieco od głównej grupy w poszukiwaniu jakiegoś lokalu, lecz kręcenie się po varińskich ulicach nie dawało rezultatów i już powoli przestawałoby być gdzie iść. Ale przynajmniej było do kogo. Pośród pustych ulic odnaleźliśmy kilka osób rozmawiających przy samochodzie stojącym obok domku jednorodzinnego. Podchodzę, mówię dzień dobry, albo dobry den, bo kto by się tam przejmował. Nie po to mamy prawie takie same języki, żeby przesadnie kombinować. Mieszając język polski z domniemaniem, jak to może być po słowacku, opartym o obcowanie z kilkoma różnymi językami słowiańskimi, zapytuję się o lokal. Właściwie to coś tam mówię, kończąc wypowiedź słowami pizzeria oraz ristorant – nie wiedzieć czemu, bo po słowacku restauracja to restauracja. Inicjatywę wśród rozmówców przejął pan, który postanowił wmieszać w naszą rozmowę trochę angielskiego. Nie wiem czemu, przecież gdy jest dobra wola, to Słowianin ze Słowianinem zawsze się dogadają. Ale najważniejsze, że tłumaczy, że jest pizzeria. Mam się wrócić na drogę, z której zboczyłem, iść prosto do końca i potem w lewo. Dziękuję, wracam do kompanów i idziemy obadać. Po chwili samochód, przy którym przed chwilą prowadziłem rozmowę wyprzedza nas. Potem zatrzymuje się. Szybka w dół. Jeszcze raz słyszymy, że tam i w lewo. Zdążyłem nie zapomnieć, ale miło, że jeszcze przypomnieli. Więc idziemy tam. A potem w lewo. Restauracia a pizzeria U Babky. Dużo miejsca, i na zewnątrz i w środku. W menu jest dużo jedzenia. Dzwonimy po resztę grupy. Czas zjeść.

Okolice siódmej wieczorem. Prawie czterdzieści kilometrów w nogach, mamy co zjeść, a po chwili przychodzi jeszcze sygnał od Profa Ojca i Aśi, że już są na kempingu. Żyć nie umierać. Sześć euro na głowę, zarządził Szef. A najmniejsze pizze zaczynają się od trzech. Czy też najlżejsze – rozmiary były bowiem podane w gramach. Była więc i przestrzeń pieniężna na wciśnięcie jakiejś zupy. Albo po prostu zamówienie jakiegoś typowego dania obiadowego. Albo napoju. Na przykład herbaty. Czyli czaju. O którym Słowacy mają takie pojęcie, że zamawiając czaj dostawało się losową torebkę herbaty owocowej. Choć były one całkiem niezłe. Aczkolwiek generalnie po takiej trasie i niedawnej ulewie ciepły napój po prostu jest niezły.

Posiłek przeciągnął się na tyle, że z okolic siódmej zrobiły się okolice zmroku. Ale na kemping było już tylko może z 10 minut marszu. A ze skrótem, który zrobiliśmy, to ze 13. Na miejscu faktycznie byli już Prof Ojciec z Aśą oraz namioty. Tylko trzeba było je jeszcze rozłożyć. Po ciemku. Na ziemi nadającej się do tego jak pole minowe na plac zabaw. Choć kamienie wyciągane z ziemi miały takie gabaryty, że mogły posłużyć za młotki do wbijania szpilek. No i, co również nie ułatwiało sprawy, namioty nie były wszystkim dobrze znane, choć przecież rozłożyliśmy je wszystkie podczas próby generalnej w Parku Popowickim kilka dni przed obozem. W okolicach dziesiątej w końcu wszystko było już gotowe. I niedługo później zarządzony został koniec dnia. Skoro taka decyzja zapadła, to czas był zasnąć. Aczkolwiek wobec pobudki przed siódmą i 38 kilometrów, czyli dokładnie tylu, ile było szacowane, w nogach, jakoś dało się usnąć o tak wczesnej porze.

DZIEŃ SZÓSTY, CZYLI HISTORIA KRÓTKA I BEZ SKOMPLIKOWANEJ I ROZBUDOWANEJ FABUŁY, CZY TEŻ NIEPRZEWIDZIANYCH ZWROTÓW AKCJI

Dzień przerwy. Poranek niespieszny. Śniadanie około dziesiątej. Na dwa szwedzkie stoły. Jeden usłany serwetkami, na których rzędami wyłożone były półkromki chleba. Na drugim dodatki i detale. Na popitkę mleko. Skoro półkromki, to jadło się szybko, więc w sumie tak wolnym krokiem idąc i okrążając te dwa stoły można było cały czas być w akcji – wziąć półkromkę, dojść do drugiego stołu, podjąć akcesoria zamieniające kromkę w kanapkę i w drodze powrotnej zjeść. Herbatka była dopiero po posiłku, gdyż w pomieszczeniu kuchennym nie było odpowiadającego nam gara. Bądź garnka. Nawet rondelka jakiegoś nie było. Trzeba więc było wodę ugotować na patelniach.

Po posiłku kolejny raz spojrzeliśmy na mapy. Tym razem tak bardziej kompleksowo, składając z kilku arkuszy całą interesującą nas słowacką część. Bardziej doświadczona połowa nowoprzybyłych nie wyraziła aprobaty dla Orawskiego Jeziora zwróciwszy uwagę, że pominięcie Zamku Orawskiego byłoby ogromną niestosownością i że na pobyt tam trzeba śmiało policzyć kilka godzin. Wizyta na Choczu została zaplanowana jako atak w stylu alpejskim z Dolnego Kubina, który miał być naszą bazą po dwu dniach w koronie Małej Fatry. A na trasie powrotnej do Polski wyrosło nam Pilsko. Czyli nowy plan ustalony. Tak samo jak dzień wcześniej.

Po śniadaniu i herbacie był jeszcze deser – przywieziony przez Aśę wypiek. Podzielon on został na liczbę kawałków równą liczbie osób na obozie. Zainteresowani, czasem lekko popędzeni przez siedzących przy strawie, spożyli swoje kawałki. Zaś o pozostałe rozgrywane były zażarte walki na śmierć i życie w kamień-papier-nożyce. Zawodowo – do trzech wygranych. W duże kilka osób. Spragnieni kolejnych emocji sportowych udali się na boisko do siatkówki. Plażowej, czyli dwa metry krótsze i dwa metry węższe od normalnego. Ale nie przeszkodziło to w graniu sześć na sześć. Czyli dwanaście osób plus kilka kręcących się obok, bądź czekających na zmianę. A pozostali? Różnie. Nicnierobienie zawsze modne. Choć pranie też było akurat na czasie. Znaleźli się i amatorzy wycieczek do miasta. Te ostatnie szczególnie interesowały Asię, Miłosza, Jara i Grzesia, dla których obóz nie był kresem wakacyjnych przygód związanych ze Słowacją. Korzystając z decyzji populistycznego rządu w Bratysławie mieli oni zamiar zwiedzić ten kraj jeżdżąc za darmo pociągami w tym kraju, ale żeby uzyskać to prawo, trzeba było załatwić trochę formalności. Przy czym po wyprawie stan ten nie zmienił się.

Wspólną, prawie powszechną, aktywność podjęliśmy dopiero około trzeciej popołudniu. Na spacer wyruszyliśmy drogą wzdłuż rzeki Wag i niezabezpieczonej w żaden sposób oddalonej od szosy o kilka metrów ruchliwej linii kolejowej. Opuściwszy Varin, dotarliśmy do zarzecznego przysiółka wsi Streczno. Do właściwej części osady przeszliśmy równoległym do promowej przeprawy samochodowej wąskim mostem, skąd doskonale było już widać dumnie górujący nad okolicą zamek – cel naszej wyprawy. Nim jednak wspięliśmy się na samą ruinę warowni, zatrzymaliśmy się przy ekspozycji typu skansenowego, lecz tylko na chwilkę – godzina zamknięcia zamku (na zamek?) była już dość niedaleka, przeto rychło trzeba było pójść dalej. I wyżej. I zapłacić po 3 euro od głowy. Ruiny są w pełni zaadaptowane dla ruchu turystycznego. Opieka przewodnicka, informatory w języku polskim. Ekspozycje w zamkowych salach – archeologiczne, tradycyjna dla takich miejsc makieta wyglądu z czasów świetności. Także sala kuchenna z wypisanymi na planszy informacyjnej przepisami kulinarnymi sprzed kilku wieków – ciekawa oferta na obiad na kolejny wyjazd retro. Ale i tak podstawową atrakcją zamku była właściwie tradycyjnie wieża. Kolejny raz, znowuż z trochę mniejszej odległości, mogliśmy popodziwiać Małą Fatrę z wyzierającymi zza bliższego grzbietu wznoszącym się ponad pozostałe szczytem Wielkiego Krywania i poszarpanym wierzchołkiem Wielkiego Rozsutca.

Emocje widokowe nie wieńczyły jednak zamkowych atrakcji. Na końcu trasy turystycznej usadowiony bowiem został kącik muzyczny. W zamkowej kaplicy dwoje młodych instrumentalistów zapraszało na krótkie spotkanie z muzyką skrzypcową. Nie odmówiliśmy.

Z zamku poszliśmy do znanego już lokalu U Babky. Rozwinąwszy swoje umiejętności w liczeniu do sześciu euro (włączając w to oczywiście wspólne wykorzystywanie swoich zasobów w podgrupach), a także zjadłszy co nieco wróciliśmy na kemping, by pouprawiać trochę śpiewogrania. Ale tylko trochę. Zważywszy na niemałą grupę ludzi obozujących dookoła, darcie mordy do późnych godzin nocnych nie wchodziło w grę. W okolicach jedenastej byliśmy już pochowani. W trumnie, bądź innych namiotach. Tak minął dzień szósty. Który wbrew biblijnemu wzorcowi był czasem odpoczynku. Choć nie był bardziej dniem odpoczynku, niż dniem odpoczynku miał nie być dzień siódmy.

DZIEŃ SIÓDMY, DO OPISU KTÓREGO MOGŁYBY WŁAŚCIWIE WYSTARCZYĆ DWA SŁOWA

Z dniem siódmym i ósmym wiązało się pewne zadanie logistyczne. No bo dnia siódmego rano obudziliśmy się w namiotach w Varinie, a dnia ósmego wieczorem planowaliśmy zasnąć w namiotach w Dolnym Kubinie. No i w Varinie stał samochód Profa Ojca, który również był oczekiwany dnia następnego w Dolnym Kubinie, podczas gdy jego właściciel miał chrapkę na kilka niezłych górek. Na pomoc przyszedł rozbity tuż obok zmotoryzowany rodak. Tylko rano trzeba było sprawnie spakować mienie, które chcieliśmy nadać. A innymi słowy – szybko złożyć i spakować. Wobec powyższego jeszcze przed ósmą rano na nieosłoniętej od słońca części kampingu zorganizowaliśmy wystawę „Nowe spojrzenie na stare rzeczy” z prezentacją namiotów ustawionych podłogą do góry. A wręcz ku słońcu, co jeszcze dodawało symboliki zwracając uwagę na kierowanie się ku źródłom i szacunek nieprzebranej potęgi, którą trudno pojąć prostemu człowiekowi. Była to jednak ekspozycja bardzo tymczasowa. I zastąpiona niedługo wystawą/zawodami buldogów. Jednak nawet tak fantastyczna impreza nie zdołała nas powstrzymać przed wyjściem w góry. Wstrzymała nas za to nieco rzeczona operacja logistyczna. Wycieczka, podczas której Prof Ojciec oraz kolega rodak pojechali do Dolnego Kubina zawożąc tam namioty, karimaty oraz Kinię i Asię, które z racji swoich niedyspozycji zrezygnowały z dwu dni marszu, sprawiła, że wyszliśmy dopiero w okolicach jedenastej. Korzystając z niemałej ilości czasu zdążyliśmy za to odbyć wystawne śniadanie z herbatą ze skołowanego w międzyczasie czajnika elektrycznego. A potem poczekać na spożycie porannej strawy przez Profa Ojca.

Z kempingu wyszliśmy znaną już drogą w kierunku Streczna, jednak jeszcze na opłotkach Varina opuściliśmy dolinę Wagu skręcając w szlak zielony, którego ścieżką mieliśmy z poziomicy 350 wejść na poziom 1150 metrów nad poziomem morza. A dalej już Mała Fatra. Ale czym wobec Wielkiej Czantorii, Wielkiego Stożka, czy Wielkiej Raczy może być jakaś Mała Fatra. Słońce znowu mocno dawało się we znaki, ale niedaleko po przejściu szlaku z asfaltu na typową górskim traktom nawierzchnię, uraczeni zostaliśmy dwoma strumieniami z możliwością przyjaznej turystom aplikacji doustnej i dobutelkowej. Czego trochę brakowało podczas wcześniejszych dni. Po wejściu do lasu przytrafił się stromawy wąski odcinek, jednak po pokonaniu go wyszliśmy na szeroki żwirowy trakt. Aż za szeroki i za żwirowy jak na turystyczną ścieżkę. Na nieco bardziej górską ścieżkę swoją marszrutę zmienił Pająk. Przy okazji tego wydarzenia wywiązał się dialog między nim a Profem Ojcem, w którym ten pierwszy potwierdził, że idzie tam, bo tam jest szlak oraz wysnuł teorię, że te drogi się pewnie schodzą. Zarejestrowana została jednak tylko ta druga informacja. Nikt też nie wykazał się taką chyżością oka, żeby dostrzec na zboczu zejście szlaku z szerokiej, trawersowej arterii. Poszliśmy więc dalej. Aż do chwili w której nasza droga skończyła się. Tak dość drastycznie. Tylko oczami wyobraźni, i to o mocy niełatwej do osiągnięcia bez używania środków wpływających na psychikę, wynaleźliśmy coś, co można było roboczo uznać za kontynuację tej szerokiej na kilka metrów wyłożonej białym kruszcem drogi. Choć raczej z góry zakładając, że po prostu jakoś się tu przebijemy. No bo po co wracać te kilkaset metrów do miejsca, w którym szlak odbijał. Las był na tyle niegęsty, niekrzaczasty, że poruszanie się nie było nazbyt kłopotliwe. Abstrahując od stromizny. Po kilkunastu, może trochę więcej, minutach nastąpił postój, podczas którego jeszcze trochę skorygowaliśmy kierunek, w którym wyobrażaliśmy sobie, że jest ścieżka twierdząc, że już dość tego pod górę i możemy poudawać, że wiedzie tędy trasa trawersująca. Mocniejszego myślenia abstrakcyjnego wymagało tym razem nie tyleż wmawianie sobie przebiegu, co samego faktu istnienia jakiegoś jakkolwiek przyjaznego piechurowi wytyczonego duktu. Opuściliśmy las, ale niska flora pokrywała dość szczelnie całą powierzchnię. Nie do końca było więc widać, gdzie stawiamy stopy, ale uzyskaliśmy w zamian szerszy plan, na którym z daleka można było dostrzec kilka szlaków. I jedno domniemanie szlaku, które szybko potwierdziło się dźwiękiem koparki, nazwijmy to, pielęgnującej przestrzeń przy leśnej drodze. I ta właśnie droga przykuła naszą uwagę. Trzeba było tylko do niej zejść. I ewentualnie dojść, ale generalnie było bardziej w dół niż przed siebie. Szczególnie w końcówce – szeroka droga na zboczu oznacza wszak nic innego, jak zrobienie w zboczu schodka. Tylko że o wysokości piętra.

A teraz przez sekundkę spójrzmy na to z drugiej strony. Wyobraźmy sobie, że siedzimy sobie w kopareczce wyrównując pobocze górskiej drogi nieutwardzonej. I z lasu zaczynają wysypywać się ludzie. Jedna po drugiej, w sumie ponad dwadzieścia. A potem popijają wodą i idą dalej. Ot tak.

Okazało się, że powróciliśmy na zielony szlak. Który chwilę potem, nierzucającym się w oczy oznaczeniem, skierował nas z powrotem na grzbiet, z którego zeszliśmy. Wytyczona trasa generalnie prowadziła serpentynami, acz była sprytnie oznaczona poprzez wymalowanie znaków na drzewach na linii środków poszczególnych prostych. W taki oto sposób dostaliśmy się na Siodło Brestov, skąd po krótkim postoju doszliśmy do ni to szczytu, ni to przełęczy Jaworzyna. Gdzie czekał na nas Pająk. Solowe pójście dobrą trasą z jednoczesnym zgubieniem się około dwudziestu sześciu osób jest ciekawym wynikiem, choć rekord Jara, który onegdaj poszedł sam, podczas gdy złą ścieżkę wybrało sto dziesięć osób nadal pozostaje legendarny i nieosiągalny.

Jaworzyna, czyli wspomniane kilkadziesiąt linii temu 1150 metrów nad poziomem morza. Godzinne, jak oszacowaliśmy, opóźnienie dała nam ta wycieczka bezszlaczami. Była godzina piętnasta, czyli 800 metrów różnicy wysokości, choć suma podejść była większa, pokonaliśmy w około 4 godziny. Na pokonanie kolejnych 300 metrów w pionie znak szlakowy wróżył nam nieco ponad godzinkę. Czyli tak właściwie, biorąc korektę na nas, to miało to zająć nieco poniżej godzinki.

Przyjmując standardy gór polskich i okolicznych: kosodrzewina równa się jesteśmy wysoko. Po wykazującym pewne znamiona trudności podejściu, na którym co lepsi bez problemu zeszli poniżej czasu słowackopetetekowskiego, zjawiliśmy się na Suchym. 1468 metrów nad poziomem morza. To kolejny znak tego, że jak na warunki polskie i okołopolskie jesteśmy nienisko. Ale tak wracając do kosodrzewiny – niski poziom roślinności oznacza wysoki poziom widokowości. Godnie wszystkich znanych mi wulgaryzmów wysoki. Gdybym chciał tu zamieścić listę gór, dolin i przełęczy widocznych ze szczytu, musiałbym zredagować tutaj dodatkowy tom. Ale najdumniej prezentowały się tereny najbliższe, które lada moment mieliśmy przejść. Potężny i łysy Mały Krywań i wąska, jasna nić ścieżki prowadzącej nań po wąskiej, momentami skalistej i poszarpanej, grani.

Wpatrywanie się w to dzieło natury było niezwykle zajmującą sprawą, ale przed nami była rzecz jeszcze wspanialsza – pokonanie tej trasy. Zostawiwszy w szczytowej skrzynce stosowną pamiątkę, wyruszyliśmy dalej. Wpierw część skalista. Wszystkie kończyny pracują. W pewnym miejscu tabliczka słowackopetetekowska głosząca, że oto jesteśmy na Białych Skałach. Nie da się zaprzeczyć.

Pokonawszy poszczerbiony, pełny krótkich podejść, zejść, wspięć i spięć kamienny grzbiet, skręciliśmy w prawo, gdzie czekała nas grań niewyobrażalnie klasyczna. Z podręcznikowymi dolinami po obu stronach, tuż obok wąskiej ścieżki i dumnym Małym Krywaniem przed nami. Przepastne, rozzielenione hale, jakieś połacie kosodrzewin. I bardzo rozciągnięty korowód turystów. Właściwie niemal pojedyncze kropki przesuwające się po wznoszącym się grzbiecie na tle przyozdobionego pojedynczymi obłokami nieba.

Chyba opłaci się przyjść do tych gór piechotą (fot. Sylwia)
Królowa Margot pośrodku mrowiska (fot. Sylwia)
Na bardzo zabawnym, jak widać, zamku (fot. Sylwia)
Co tam Tatry! (fot. Sylwia)

Mały Krywań. 1671 metrów nad poziomem morza. Na szczycie obelisk, kilkanaście metrów obok owalny kamienny murek stanowiący schronienie od wiatru. A wiatr wiał. To był ten moment, kiedy wyciskający swoim ciężarem kolejne krople potu na gorących odcinkach ekwipunek okazał się niezwykle przydatny. Generalnie, opatulaliśmy się czym się da. Tym bardziej, że dla niektórych czas oczekiwania na szczycie rozciągnął się na ładne dziesiątki minut.

Nie byliśmy na szczycie sami. W otulinie kamieni odpoczywał także pewien samotny turysta, który generalnie tylko przyglądał się wydarzeniom popalając papierosa. Zapytał się tylko gdzie śpimy. Gdy po naszej odpowiedzi usłyszał analogiczne pytanie, odpowiedział, że tu. Twardy zawodnik. I jeszcze dał się skusić na poczęstunek. Ale co mu się dziwić, że nie wkręcił się w nasze towarzystwo. Trochę mógł być zaskoczony. Jakaś grupa dzieciaków – choć Słowianie, to jednak zagraniczni. Zdobywają sobie szczyt w środku gór o siódmej wieczorem. A potem jeszcze niektórzy z nich wstają, rozbierają się i nakładają na siebie jakąś czerwoną koszulkę.

Ceremonia zatem. Cztery koszulki. Wpierw Agata. Najmłodsza weteranka w historii. I oczerwieniona trójkowiczka z najkrótszym stażem. Wszak to ledwo tydzień, jak została przyjęta. Potem Aśa. Czyli koszulka z napisem „Asia”. I żołędziem w łapkach wiewiórki. A jeśli chodzi o rekordy, to koszulka najdłużej zdobywana – od lipca 2009 do lipca 2015. Kawał życia. Trzeci z nowych weteranów to Hebisz. Tutaj mieliśmy rekord w zdobywaniu koszulki w stylu klasycznym, czyli przez trójkowicza oraz z debiutem jako trójkowicz. Od września do lipca. I na sam koniec Michaś, który to odebrał dzierżony od kilku minut rekord najmłodszego weteraństwa Agacie.

Wieje, późno, zimno – są to znaki sugerujące, że trzeba iść. Do Chaty pod Chlebem, gdzie mieliśmy spać, zostaliśmy puszczeni wolno. Kto chce zejść na chwilę z zasadniczego szlaku i wejść na Wielki Krywań – proszę bardzo. Ale to tylko jak ktoś szalony, no bo kto normalny po takich podejściach, bez obiadu, o takiej godzinie, będzie jeszcze doginał te 80 bonusowych metrów przewyższenia, żeby zobaczyć prawie dokładnie to samo, co widać z góry na której byliśmy przed chwilą? Pewnie nikt. Jak więc się łatwo domyślić, mało kto poskąpił sobie ataku szczytowego i tym samym dotarcia na najwyższy punkt Małej Fatry, patrzący na morze z wysokości 1709 metrów. Aczkolwiek ów atak szczytowy można było wykonać na lekko, zostawiwszy plecak na przełęczy, więc też nie ma co z tym szaleństwem przesadzać. A jak się jeszcze szło odpowiednim tempem, to ze szczytu można było zobaczyć jednak coś innego niż z wierzchołka mniejszego brata. Zachód słońca.

Skoro zachód słońca, to znaczy, że finiszowaliśmy po ciemku. Choć pierwsi byli jeszcze za jasnego – wszak z Małego Krywania do Chaty było ze sześć kilometrów, co dawało spore pole do rozciągnięcia się. Niniejszym rozciągnął się też obiad. W głośnej i dusznej, przypominającej trochę bardziej karczmę aniżeli schronisko, atmosferze jadalni Chaty pod Chlebem kolejne przychodzące osoby, opierając się o prywatne środki finansowe Madzi i Pająka, zamawiały sobie posiłek mieszczący się w kwocie 6 euro. I łapczywie spożywały. Już niekoniecznie w środku.

Niby to było tylko 20 kilometrów, ale późne wyjście, jak i harde szlaki i bezszlacza, i w końcu przeszło półtora kilometra sumy podejść sprawiły, że trasa trochę, a niektórym trochę więcej niż trochę, dała się we znaki. Ale byli tacy, co tego dnia przebyli dużo więcej. Marta z Mikołajem przebyli pół Polski i pół Słowacji (czyli w sumie cały kraj), by zasilić szeregi naszej wędrownej gawiedzi. Od kilku dni z drobnym zaniepokojeniem rozważaliśmy to, jak oni się tu dostaną, tudzież jak masakryczną trasę będą musieli przebyć pieszo, ruszając o porze popołudniowej, ale koniec końców odnaleźli oni połączenie do najbliższej ludzkiej osady i bez problemów, przed nami, zameldowali się u celu.

W pewnej chwili zarządzeniem gospodarzy sala jadalna w kilka minut opróżniła się. Bar zamknięty, czas na noc. To udaliśmy się w nasze miejsce spoczynku. Nominalnie w Chacie pod Chlebem są 23 miejsca. Ale jest jeszcze dwuizbowy strych, na którym jest jeszcze trochę wolnej podłogi. Tak na 100 osób. Choć akurat jak przyszliśmy, to było może około 50. Które już spały, więc nam pozostało tylko błyskawicznie wyjąć z plecaków śpiwory, położyć się na nich, a co bardziej nieczuli na gorąc w nich, i spać. O żadnym myciu się nie było nawet mowy. Brak tego elementu jakoś wszyscy przełknęli, ale poszeleszczenia workami niektórzy nie mogli sobie odmówić. Tak przez pół godziny. W końcu jednak ten jakże nieprzyjazny dźwięk ustał. I jak się ktoś wstrzelił, to mógł nawet zasnąć pomiędzy tym, jak zapadła cisza, a chwilą, kiedy już kompletnie nie było czym oddychać. No ale na wysokości zawsze mniej powietrza. A my nie dość, że spaliśmy w schronisku położonym 1423 metry nad poziomem morza, to jeszcze na strychu. Brakuje przeszło 150 metrów choćby do połonin między Wielką a Małą Kurtiaską w Masywie Świdowca, ale jest to bardzo wysokie miejsce w rankingu najwyżej położonych tekatowskich noclegów.

Fotografów też trzeba czasem sfotografować (fot. Sylwia)
Przy tej temperaturze dodatkowa sztuka odzieży na pewno się przyda (fot. Sylwia)
Idziemy nie wierzyć własnym oczom (fot. Sylwia)

DZIEŃ ÓSMY, CZYLI ZEJŚCIE

Tak jak wieczorem nagle trzeba było opuścić bufet, tak i rano była ściśle określona godzina, o której strych musiał być pozbawiony osób i mienia. Usadowiliśmy się więc na zewnątrz, na typowych dla takich miejsc ławeczkach. Tam też spożyliśmy śniadanie oparte na przyniesionych z Varina rohlikach. I popite herbatą uzyskaną z gara wrzątku. Wpierw gospodarze przybytku byli przeciwni takiemu rozwiązaniu, ale jak usłyszeli, ile w takim razie chcemy kubków dopiero co gotującej się wody, zmienili zdanie. Po posiłku przyszedł jeszcze czas na uzupełnienie zapasów płynów, którego można było dokonać przy ledwo ciurkającym źródle wody. Wyszło więc na to, że wyszliśmy około dziesiątej. Żółtym szlakiem, tuż przy którym, zaraz po starcie, wodą tryskało całkiem wartkie źródełko. Chleb zostawiliśmy po swojej lewej ręce wspinając się prowadzącą na grzbiet ścieżką do umiejscowionego na owym Siodła za Hromowym. Tam też nastąpiła pierwsza przerwa, choć w nogach mieliśmy może pół godzinki trasy i nawet nie 200 metrów przewyższenia. Był to jednak kolejny nagi i szpiczasty grzbiet, z którego rozciągała się nielicha panorama. No i trzeba było poczekać na Wojtka, który wyszedł troszkę później. I w troszkę inną stronę.

Zebrawszy się w całość, przeszliśmy nieco dalej, by tym razem popatrzeć na okoliczne góry z północnego wierzchołka grzbietu Steny. Tym razem mieliśmy na wprost przed sobą Stoha, a nieco po lewej Wielkiego Rozsutca. Choć należałoby może pisać Rozsudźca – wszak tak brzmi może niepopularna, ale jednak polska nazwa tego szczytu. Dwie wielkie i zupełnie inne góry. Stoh jak z dziecięcych rysunków. A więc i pewnie po trosze jak z dziecięcych marzeń. Łysa, szpiczasta góra. Rozsutec zaś skalisty, poszarpany. Aż w nazwie słychać ten brak łagodności i delikatności, to twarde „r” poprawione zbitką „zs”, potem ścięcie słowa krótką sylabą zakończoną spółgłoską zwarto-szczelinową. A zastępując analizę fonetyczną etymologią, można przekalkować tę nazwę na język polski i powstanie wówczas Wielki Rozsypaniec. Tak, to właśnie on.

I to on był naszym celem wieńczącym wielką przygodąę z Małą Fatrą – potem pozostawało nam już tylko zejście do doliny rzeki Orawy i dotarcie do Dolnego Kubina. Po kolejnym odcinku fatrzańskiej wąskiej grani musnęliśmy więc tylko zbocze Stoha, po czym zameldowaliśmy się na Siodle Medziholie. Czyli między halami – okolica faktycznie wygląda na dość pasterską. Oprócz tej szalonej, rozoranej, ale i strzelistej skalistej góry.

Bazę wypadową założyliśmy trochę powyżej przełęczy od strony Stoha, kierując się oczywistym kryterium w postaci cienia. Nie wszyscy zdecydowali się na atak szczytowy. Bo trzeba przyznać, że był to kawałek niezłego podejścia. A wręcz wspinaczki. 425 metrów przewyższenia na kilometrze z hakiem. Oczywiście po szlaku licząc, w prostej linii trochę ponad 800 metrów. To była jedna z takich tras, przy okazji których okazuje się, że w górach ręce przydają się nie tylko do odgarniania zachodzących na ścieżkę gałęzi i aplikowania do ust pokarmu podczas postojów. Wpierw, zaraz powyżej przełęczy trochę lasu, cienia, ale potem już tylko pełne słońce, białe skały, niska roślinność, wysuszony na wiór pas ścieżki, o ile akurat szlak nie wiedzie wprost po skałach, w kilku miejscach schody, zaś bliżej szczytu coraz częściej łańcuchy. Patrząc przed siebie, patrzyło się sobie pod nogi, zadzierając głowę wyżej, przed oczami pojawiały się buty osoby przed sobą.

Szczyt. Dalekim nieporozumieniem byłoby określenie tej przestrzeni sformułowaniem „polana szczytowa”. Równie poszarpany jak zbocze skalisty czub. Tabliczka szczytowa z puszką. Krzyż. I panorama. Mniej więcej taka sama jak z innych okolicznych szczytów. Gdzie nie spojrzeć góry, ostre granie, zalesione zbocza i nagie zielone szczyty. Ale jest jedna rzecz, która wyróżnia widok z Rozsutca. Nie widać Rozsutca. Zawsze gdzieś majaczył, trochę nie pasując do otoczenia, psując tę optyczną idyllę, ale i ściągając spojrzenia swoim charakterem i epickością.

Zejście. Szybsze lub wolniejsze. Szaleńczym tempem po stromej trasie, bądź zastanawiając się przed postawieniem każdego kroku na zdradliwej, skalnej tkance. Z zadumą nad widokiem. Choćby i tym pod sobą, czyli siodłem Medziholie, zieloną polaną porozcinaną kilkoma wąskimi, prostymi i białymi ścieżkami spotykającymi się w jednym punkcie. A gdy najszybsi zejściowcy wrócili już do bazy, odpoczywający tam, pod przewodnictwem Profa Ojca, wyruszyli w dalszą drogę. Peleton rozpoczął dalszą wędrówkę ładne kilkadziesiąt minut później. Zejście do doliny rzeki Orawy rozpoczęło się krótkim podejściem przez halę do lasu. A potem krótkim podejściem przez las. A potem, troszkę dłuższym niż poprzednie, podejściem na szczyt, na który nikt nie zwrócił uwagi patrząc się uprzednio na mapę. Jak i nikt chyba nie zadał sobie trudu zapamiętania jego nazwy po zdobyciu. Choć bystry wędrowiec mógł skojarzyć, że jest to szczyt oddalony od poziomu morza tak samo, jak nasza poczciwa, sudecka Szrenica. Na szczycie urządziliśmy sobie niekrótką przerwę. Pokonanie prawie dwustu metrów przewyższenia nie było czymś na co byliśmy fizycznie i, może nawet bardziej, mentalnie przygotowani w tym momencie. Przerwę umilił nam jednak Antoni wykonując jedną, przepiękną i niezwykle adekwatną do sytuacji, w której byliśmy, pieśń. Nadając jednocześnie sens temu, że przez te dwa dni nosiliśmy ze sobą gitarę. Ale jakoś ją przenieśliśmy. Mieliśmy wszak świeży zastrzyk w postaci Mikołaja, który, jak sam później relacjonował, z zaskoczeniem skonstatował, że gdy rano padło pytanie „kto jeszcze nie nosił gitary trzy razy?” jako jedyny się zgłosił. A później relacjonował, bo był to jego pierwszy dzień, a miał być otrząsany. Czyli znowu piszę o wydarzeniach, które już ktoś opisywał.

Za Osnicą, taką bowiem nazwę nosi ów szczyt, rozpoczęło się już właściwe zejście. Był wprawdzie jeszcze jeden szczyt na szlaku, ale minęliśmy go trawersem. Ulga płynąca z kierującej się w dół ścieżki w wielu przypadkach szybko ustąpiła bólowi i cierpieniu steranych kolan, bądź nieuodpornionych jeszcze wystarczającymi setkami kilometrów stóp wymieszanym z łaknieniem i pragnieniem. Tak się szło, bo się szło, choć opcja położenia się obok szlaku i powolnego konania wydawała się niewiele gorszą. Do pierwszej osady ludzkiej dotarliśmy około szóstej wieczorem. A była to niedziela. No i ta osada też taka, że trudno o jakieś większe słowo niż to powtórzone przed chwilą po dwakroć. Choć też nie jakieś byle co – asfaltówka jak się patrzy. Takie sobie wytchnienie. Podobnie jak w przypadku Osnicy – nie sądzę, żeby wiele osób zaprzątało sobie głowę nazwami. Ale gwoli ścisłości dodam, że była to Parnica. I, w skrócie rzecz ujmując, niczego tam nie było. Dopiero u jej kresu znalazł się jakiś lokalik, przy którym kilka osób zatrzymało się ze względu na to, że było tam cokolwiek. Bardzo cokolwiek. Sytuacja była tak kuriozalna, że Pająk wypił ze smakiem Kofolę, choć na co dzień należy do zdeklarowanych akofolików. Dalej, rozciągnięci na wiele minut, przeczłapaliśmy szosą do Velicznej. Tam znaleźliśmy kolejne cokolwiek. Budkę z lodami w ostatnich chwilach przed zamknięciem oraz lokal, którego grupą docelową są fani niewyszukanych napojów alkoholowych i w którym znalazła się miła pani, która pobierała od nas puste butelki (plastikowe, wbrew profilowi przybytku) i oddawała wypełnione kranówką. Było to pewne wytchnienie, ale nieprzesadne. No bo jeszcze chodziło po głowie takie hasło jak obiad. A nawet kilka lodów po dwie czy trzy gałki trudno było poczytać jako główny posiłek dnia. Widoki były takie sobie. Pozytywnym było, że kemping w Dolnym Kubinie jest na przedmieściach od strony, którą idziemy, ale lokalu, czy też sklepu trudno było w tej okolicy szukać. Tak twierdziły Kinia z Asią, które wyszły nam naprzeciw, po czym pokonywały ostatnie kilometry z nami. Wspominały one również o lokalu gastronomicznym na samym kempingu, wnosząc jednocześnie obawy o jego ofertę. Wyglądało na to, że być może po dotarciu szefostwo będzie jeszcze musiało wsiąść w samochód i pojechać do właściwego miasta zapolować na jedzenie. Co akurat wyglądało na realny plan, bo Dolny Kubin to nie jest jakaś licha mieścina, a miasto okresowe.

Na kemping dotarliśmy w okolicach dziewiątej wieczorem. Trzecia na tym obozie przeszło trzydziestokilometrowa trasa za nami. Na polu przywitały nas rozłożone przez dwie miłe niewiasty, w ramach możliwości i wiedzy na temat ich anatomii, namioty oraz mała czarna kotka kręcąca się między nimi i która szybko została ochrzczona przez nas Andrzejem. Oferta przykempingowej restauracyjki faktycznie nie była bardzo bogata, ale trzydzieści jeden smażonych syrów z hranolkami się znalazło. I trochę czaju i kofoli. Pająk wyszedł ze stanu śmierci klinicznej i ten reprezentacyjny napój czeskiego przemysłu spożywczego ponownie powodował mimowolne skrzywienie ust. No a czaj, jak to czaj. Jakaś losowa torebka i wrzątek.

Kemping Tilia jest miejscem wypoczynku niskobudżetowego nowej generacji. Do skorzystania z urządzeń luksusowych, takich jak prysznic, czy też pralka, bądź kuchenka niezbędne było wykupienie żetonu. Za 1 euro. W biurze czynnym do dziewiątej wieczorem. Ale taki problem to nie problem. Tym bardziej, że przy przybytkach sanitarnych znaleźliśmy miskę oraz skrzynkę nazwaną przez nas pieszczotliwie wanienką. Same kabiny prysznicowe dostępne były, więc nic przecież nie stało na przeszkodzie, by pójść pod prysznic z miską wody. Ciepłej, nalanej z łazienkowego kranu. Choć nie tak ciepłej jak z tego w kuchni. Tam z kranu lał się wrzątek. Podstawić kubek, wrzucić torebkę, odkręcić kran i herbatka gotowa. Świetny wywar na odbywany właśnie tamże wieczór dowcipu i anegdoty absurdalnej.

Nie trwał on jednak długo. Wszak dzień był nielekki i choć nawet tak bardzo nielekki, że, używając kolokwializmu, mógł się trochę rzucić na mózg, to jednak nie na tyle, żeby nie położyć się spać w namiotach. Lub na podłodze w kuchni. No bo jakoś tak zabrakło mocy.

DZIEŃ DZIEWIĄTY, W KTÓRYM LICZBA ISTOTNYCH DLA FABUŁY WYJAZDU WYDARZEŃ, JAK I CIEKAWYCH WĄTKÓW POBOCZNYCH, BYŁA TAK SKROMNA, ŻE WŁAŚCIWIE OPIS WSPOMINAJĄCY WYDARZENIA Z OWEGO MÓGŁBY BYĆ NAWET KRÓTSZY OD TYTUŁU, A I TAK SZCZEGÓŁOWOŚĆ RELACJI NIE ZANOTOWAŁABY ISTOTNEGO USZCZERBKU

Nocą i porankiem aura była mało korzystna. Pochmurno, trochę deszczowo. Tak, żeby jeszcze bardziej nic nam się nie chciało robić. Spokojne, niewczesne śniadanko pod ochroną typowej wiaty znanej z imprez plenerowych, rozstawianej raczej tymczasowo. I tak generalnie, to jakoś miał nam ten dzień minąć. Postulatem Profa Ojca jakieś, częściowe, zapełnienie dnia zostało jednakowoż zaordynowane. Gry i zabawy intelektualne.

Dzień zabaw i uciech umysłowych. Kalambury na papierze. Motyla noga, pęto, orgia, oszczerstwo, mowa trawa. Pytanka. Czemu niedźwiedzie ryją w śniegu, ciemna strona księżyca i oszczep lekkoatletyczny. Chwila nieuwagi i już trzeba iść na obiad. W sensie, że za kwadrans czwarta jest, więc może gdzieś między szóstą a siódmą może coś zjemy.

Wiata, Kemping Tilia, Dolny Kubin

Udawszy się na miasto i przeszedłszy całą część reprezentacyjną, nie znaleźliśmy żadnego odpowiedniego lokalu. Czy raczej znaleźliśmy trochę za późno – włoski ristorant na samym końcu głównego placu okazał się miejscem niezłym, lecz zanim zostało to ustalone, prawie cała grupa poszła sobie gdzieś dalej. Po skontaktowaniu się telefonicznym okazało się, że odnaleziona została jakaś pizzeria i już się tam rozgaszczają. Poszliśmy tam więc naszą kilkuosobową grupką, co się ostała. I znaleźliśmy ten lokal. Po czym zgarnęliśmy kilka osób i poszliśmy do knajpy Hlandny Vlk, którą wcześniej obadaliśmy konstatując, że troszkę może być za mała. A znaleźli się i chętni na udanie się do tego rzeczonego lokalu z kuchnią z Półwyspu Apenińskiego. No i faktycznie skończyło się tak, że jedliśmy mniej więcej między szóstą a siódmą. Choć tak właściwie, to w Hladnym Vlku jeszcze przed szóstą, ale za to w pizzerii niektórzy dojadali już po siódmej.

Mniej lub bardziej zorganizowaną grupą powróciliśmy na kemping. Na przestrzeni dnia pojawiły się żetony. Można więc było wziąć kulturalnie prysznic. Ale i można było kulturalnie wziąć miskę, nalać wody i się umyć. Można i było zrobić pranie, co akurat spotkało się z większym zainteresowaniem, bo jeśli chodzi o pranie, to woda w misce jest z kolei rozwiązaniem pozbawionym większej ilości popleczników. Zainteresowaniem cieszyły się również inne odnalezione na terenie kempingu rozrywki niewymagające żetonów takie jak tak zwana siłownia pod chmurką, czy też trampolina pobudzająca zwinność, zmysł orientacji, a w skrajnym przypadku oddziałująca nawet nieco na węch. Tylko jakoś tor do kajakarstwa górskiego na rzece na tyłach kempingu nie znalazł swoich fanów.

Ale przyjemności to jedno, obowiązki zaś drugie. W dniu, w którym wspinaliśmy się na Krywanie swoje piętnaste urodziny obchodził Michaś. A raczej miał. Obchody zostały bowiem przesunięte na opisywany właśnie dzień. Wieczorem, gdy ciemność nocy zakryła już słowacką ziemię, a i sztuczne oświetlenie w kuchni zostało wyłączone, jubilat, bez zaskoczenia dla samego siebie, został wprowadzony do owego pomieszczenia wypełnionego dźwiękami często wspominanego od Radostki zaśpiewu i tak przyjazną atmosferą, że na tlen już miejsca zabrakło. I jeszcze, niewypełniającego już całego pomieszczenia, lecz nader ważnego, tortu w postaci podobnych do tych z Raczy wafli zespojonych różnymi rarytasami półpłynnymi i opatrzonych na zewnątrz stosownym napisem i grafiką stworzonymi przez posiadające niemały zmysł estetyki wizualnej obozowiczki.

Celebracja rocznicy urodzin naturalnie przerodziła się w śpiewogranie, które wraz ze swoją śmiercią naturalną zaprowadziło nas do snu. I koniec dnia.

Mały bonus. Nic nie ujmując dokumentacji fotograficznej Grzesia i Sylwii, podrzucam jeszcze jedno fenomenalne ujęcie. Z lotu ptaka. Czy tam innego satelity. Tak uczestnicy, jak i bystrzy czytelnicy zapewne rozpoznają, co to za miejsce.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
Nieprzyzwoicie mało, jak na weterana (fot. Sylwia)
Żeby liczba kończyn się zgadzała należy chyba przyjąć, że warkocze Madzi trzyma Hebisz (fot. Sylwia)

TOM III

DZIEŃ DZIESIĄTY, OT TAKI SOBIE

Kolejny dzień raczej niespieszny. Wielki Chocz zdobędziemy innym razem. Dziś spotkanie z historią i architekturą ziemi, którą pokonujemy swoim wartkim krokiem. A na bliższe spotkanie z którą dojechaliśmy jednakowoż autobusem. W którym dostaliśmy plik trzydziestu jeden pojedynczych, acz połączonych ze sobą narożnikami, biletów wartych 3 euro każdy. Chwila w podróży i już byliśmy w miejscowości Orawski Podzamok. A nad Podzamokiem góruje zamek. Orawski.

Orawskie Podzamcze, bo tak nakazuje nazywać to miejsce obrana przeze mnie linia używania polskich nazw geograficznych, jest miejscem tłumnie nawiedzanym przez turystów. Na ziemi orawskiej zamków bowiem wiele, ale drugiego takiego, to nie ma ani jednego. Jest to więc świątynia przemysłu turystycznego z obowiązkowym przewodnikiem, określonymi odgórnie godzinami wejścia na obiekt i dopłatą za możliwość robienia zdjęć. Ostatnia z tych rzeczy nieco umknęła naszej uwadze, więc, gdy nadeszła odpowiednia pora i pani przewodnik swoją śpiewną słowacczyzną jęła opowiadać nam o miejscu, w którym byliśmy, nie mieliśmy możliwości prowadzenia dokumentacji obrazowej. Sam zamek, oprócz tego, że jest zamkiem i jest w nim przedstawiona historia zamku, jest również siedzibą Muzeum Ziemi Orawskiej. Czyli przy okazji są tam też ekspozycje na przykład botaniczne. Jak i, taka widać lokalna moda, sala z muzyką skrzypcową na żywo. Ale jest i pomieszczenie poświęcone karierze kinematograficznej zamku. Generalnie – wszystko. Taki wielki miszmasz. Pośród którego znalazły się też dwie naklejki przyznawane osobom, które wykupiły prawo do fotografowania. I nagle okazało się, że i Sylwia i Grzesiu mają prawo do wykorzystania swoich aparatów. Było też w zamku całe mnóstwo schodów. Tylko niestety nie prowadziły one do żadnego miejsca, z którego byłby jakiś ciekawy widok.

Po właściwym zwiedzaniu przyszedł jeszcze czas na odwiedzenie kaplicy zamkowej. Z trwającą mniej niż minutę opowieścią w języku polskim, na którą czekaliśmy po wielokroć dłużej.

Opuściwszy teren zamku, rozpoczęliśmy temat jedzenia. Morze możliwości. Możemy tutaj poszukać jakiegoś lokalu na obiad. Możemy tutaj poszukać jakiegoś lokalu na lekką przekąskę i zjeść po powrocie do Dolnego Kubina. Przy czym w Dolnym Kubinie możemy zjeść na mieście, jak i w restauracji na kempingu. Trudno określić, która opcja cieszyła się największą sympatią. Znaleźli się jednakowoż ludzie czynu, którzy poszli badać lokale. I znikali bez wieści, jeden za drugim. A potem odnajdowali się w różnych miejscach. By koniec końców odnaleźć się w komplecie w lokalu, który nie był pierwotnym celem żadnej grupy poszukiwawczej. No ale jakieś jedzenie było. No to coś się zjadło – no bo cóż innego można było w danej sytuacji uczynić. Po posiłku niespiesznie, jak i przez cały dzień, przegrupowaliśmy się na przystanek. Jeszcze jedno spojrzenie na zamek, potem jeszcze jedno i jeszcze kilka, aż w końcu pojawił się bus lokalnego przewoźnika. Tak więc znowu małe kilkadziesiąt minut oglądania świata przez szybę, potem znowu Dolny Kubin. Jeszcze chwila na zakupy się wcisnęła i na kemping dotarliśmy około siódmej wieczorem.

W ten oto sposób udało się z niespełna dwugodzinnego zwiedzania zamku zrobić całodzienną atrakcję. Powrót na kemping przyniósł konstatację, że suszące się od wieczora dnia poprzedniego pranie wciąż potrzebuje luźnego zwisu na powietrzu o niskim poziomie wilgotności. Co w kontekście prognoz meteorologicznych nie rokuje najlepiej. Niektórzy, być może licząc na równowagę w przyrodzie i jakieś magiczne oddziaływanie na pranie, postanowili się zmoczyć w basenie krytym. Nie na żetony. Wprawdzie w dolnokubińskim aquaparku jest jedyny na Słowacji 25-metrowy basen ze stali nierdzewnej, ale ten był za to na miejscu. No i przy nim jest darmowy prysznic. Zimny, ale jest. Choć pojawiły się żetony, więc można się i było pokusić o klasyczny. Ale, kolejny przeciwstawny pogląd wnosząc, po co się stresować czterema minutami wody, którą pewnie trzeba jeszcze wyregulować, skoro nadal można nalać do miski tak gorącą wodę, że potem i tak trzeba odczekać, aż będzie można włożyć do niej stopę, a jednocześnie uczynić to w optymalnej chwili?

Oprócz dodatkowych możliwości higienicznych pojawiła się również dodatkowa grupa zorganizowana. Pod namioty, ale z walizeczkami na kółkach. I autobusem z przyczepą pełną kajaków. Trzyosobowych, więc pewnie nie będą korzystać z toru do kajakarstwa górskiego zlokalizowanego na rzece na tyłach kempingu. Rozbili się tuż obok nas. Chwilami bliżej nas, niż my siebie. I z jednym namiotem wciśniętym między nasze obozowisko a róg pola namiotowego. Przy którym (rogu) stoi autobus – może tu jest zlokalizowana tajemnica tego zjawiska.

Jako że z dzisiejszego karkołomnego odcinka naszej wędrówki dotarliśmy ździebko wcześniej, zostało nam trochę więcej czasu i powstał zamysł dłuższego niż w ostatnich dniach śpiewogrania. Nie minęło więc kilkadziesiąt minut, a już w centralnym punkcie naszego obozowiska stały ławeczki, Szef pochwycił gitarę i zaczęło padać. Tak szczać-kapać, ale coś tam mokrego na głowy, namioty i instrument spadło. A więc permanentny namiot-wiata służący dotychczas za miejsce śniadania. Mały pododdział kajakarzy gitaruje w kuchni. Ciekawe, czy też piją herbatę na wrzątku prosto z kranu. Choć to chyba Słowacy, a oni do herbaciarzy nie należą. A chwilami, to jej chyba nie ogarniają.

Zbliża się jedenasta wieczorem. Przy śpiewograniu około pół obozu. Niby zawsze jak Szef odchodzi na chwilę od sprzętu, to jakoś się rozmywa, ale tutaj, to aż jedzie agonią. Tak, wiem, jeszcze się odwróci. No ale już dziesiąty wieczór obozu, jutro o siódmej trzeba wstać, na autobus pójść podjechać na północ, do ojczyzny wrócić. Albo, jak to ładnie mówią, reemigrować.

Znowu pada. To znaczy kropiło, nie kropiło, padało, padało bardziej, potem wcale, potem mniej niż bardziej, ale więcej niż wcale i tak w koło macieju. Ten deszcz właściwie może przeciągnąć imprezę, no bo komu będzie się chciało przechodzić stąd do namiotu przez deszcz. I może burzę. Nie rozpoznaję stąd kierunku ruchu powietrza, ale błysk się pojawił i przy dobrych wiatrach może będziemy mieli jakieś bonusowe atrakcje pogodowe.

Wiata, Kemping Tilia, Dolny Kubin

Na jednym błysku się skończyło. Ale wieczór trwał dalej. Choć rozwijał się w nieco niepokojącą stronę.

Niebo, niebo, nie, bo nie, bo nie, bo nie, bo niebo, niebo, niebo, niebo, niebo… – Madzia

Wiata, Kemping Tilia, Dolny Kubin

A potem jeszcze bardziej niepokojącą.

Jest kwadrans po północy i już jest, nazwijmy to, inaczej niż zwykle. Nieczęsto można usłyszeć podczas naszych śpiewograń „Życie jest nowelą”, bądź hity Krzysia Krawczyka. Choć mowa tu o utworze opartym na dziele jugosłowiańskiej kapeli Bajaga i Instruktori.

D

Choć tak właściwie, to bałkańska nowa fala lat końcówki poprzedniego systemu politycznego też nie jest charakterystyczna naszym wieczornym. Niedługo potem doszliśmy do piosenek z dobranocek i innych bajek. A po dobranocce, jak to po dobranocce – czas spać.

Łysa góra chciałoby się rzec. No ale to jednak trochę wyższe wzniesienia, niż na Ziemi Świętokrzyskiej (fot. Sylwia)
Antoni w koszuli. Dzień jak codzień (fot. Sylwia)
Porozsiewane dookoła szczyty. Rażące zielenią gęste lasy. Przestronne łąki. Meandrujące między wzniesieniami i wspinające się na przełęcze doliny. Strome, acz delikatne swoją gładkością zbocza. Wąskie pasy ścieżek. I rozstaj dróg pokazujący nie taki oczywisty fakt, że rozstaj dróg może być piękny i majestatyczny. W sumie ładnie (fot. Grzesiu)

DZIEŃ JEDENASTY, CZYLI NA OJCZYZNY ŁONO

Pobudka, jako się rzekło, wczesna. Znowuż sprawne zwijanie namiotów, bo Prof Ojciec, wraz ze swoim wehikułem oraz płytami odjeżdżał do Wrocławia i generalnie na rękę nam było, by zabrały się w tym zestawie jeszcze nasze namioty. Na podwózkę załapał się też Michaś, który zmuszony został do ścięcia końcówki obozu. Obu panom powiedzieliśmy do zobaczenia za kilka dni na dworcu i wybraliśmy większy wehikuł. Wspomniany już autobus kajakarzy. Jego kierowca zgodził się podrzucić nas za odpowiednią opłatą. Zjadłszy śniadanie, spakowawszy się, zebrawszy wciąż niewysuszone pranie i pożegnawszy Andrzeja, zapakowaliśmy się. Szef oddał niezużyte żetony i ruszyliśmy na północ.

Dojechaliśmy do deszczowego Orawskiego Wesela. Kierowca uznał, że skoro licznik nabił więcej niż sugerowała mapa, to my powinniśmy zapłacić, więc zatrzymawszy się u celu zaśpiewał sobie sporo więcej niż przed startem – tak, że właściwie taniej by było jechać normalnie rejsowym. Choć z drugiej strony, na ów trzeba by wcześniej iść przez kilkadziesiąt minut.

Ale dość o transporcie motoryzacyjnym. Wróciliśmy wszak na szlak szlaków pieszych. Przed nami Pilsko. 750 metrów przewyższenia. I deszcz. Żadna burza, po prostu jakiś czas temu się zaciągnęło i tak padało. Aż do chwili, w której poubierawszy się w co się da i pozabezpieczawszy mienie, ruszyliśmy w drogę. Początkowo szerokim wygodnym traktem, który wiódł wprost przed siebie. Tylko szlak jakoś tak cichaczem odbijał w lewo. Ale udało nam się to wychwycić. Wylądowaliśmy na stromym podejściu, które później okazało się jedynym podczas ataku. Potem już były tylko długie, łagodnie wznoszące się ścieżki powodujące konfuzję u wielu osób, które już zapomniały, że bazę przewyższeniową zrobiliśmy na samym początku i ciągle spodziewały się jakiegoś hardszego odcinka. A tu nic, jeno połamane drzewa utrudniały nieco wędrówkę. Nagła kosodrzewina i zaraz potem szczyt sprawił więc, że niektórzy byli mile zaskoczeni, iż już koniec wspinaczki i można spokojnie posiedzieć na wietrze, zimnie i dżdżu. Obok przyjemności przyszedł jednak jeszcze czas na obowiązek. Dogrywka ceremonii koszulkowej. Do grona weterańskiego dołączyła Marta.

I zakończyła się nasza przygoda ze Słowacją. Z niezapomnianymi szczekaczkami na słupach (choć tylko raz je słyszeliśmy, to widzieliśmy wszędzie) i epicką Małą Fatrą. Rohlikami i zamkami. Kofolą i cesnakovą polievką. Dovidenia.

Opuściwszy szczyt, doszliśmy do tak zwanego polskiego szczytu Pilska, który, jak się łatwo domyślić leży na granicy polsko-słowackiej i na zboczu. Potem wpadliśmy na chwilę do schroniska Na Hali Miziowej, po czym została nam tylko dojściówka do celu. Czyli kolejny długi, kilkunastokilometrowy marsz wzdłuż słupków granicznych. Choć nie dla wszystkich tak bardzo długi. Czoło grupy poradziło sobie nader sprawnie. Gdzie leży tajemnica tego sukcesu? Brak postojów. Zamykający korowód zaś nie oszczędzali sobie takich atrakcji. Na przykład 150 metrów od schroniska. Przy krzyżu towarzyszącym ostatniej stacji drogi krzyżowej i z widokiem na schronisko. A także Małą Fatrę, Worek Raczański. Tak właściwie, to moglibyśmy rozpostrzeć ramiona i powiedzieć „tam byliśmy”.

Wytworzył się więc podział na tych, co czekają przy schronisku (nazwijmy ich „oni”) oraz tych kontemplujących scenerię („my”). Po kilku minutach od nich do nas przetransferowała się jedna osoba. Im bliżej była nas, tym bardziej wyglądała zupełnie jak Marcela. A gdy do nas doszła, to już całkowicie. Okazało się, że była to Marcela. Kilkanaście minut później przyszła kolejna osoba. Z informacją, że pan gospodarz się niecierpliwi, że chce nas ogarnąć i obiad dać, a tu nas (a wśród nas był Szef) nie ma. No to pokonaliśmy te 150 metrów. I wszyscy już byliśmy przy schronisku, a tak formalnie to bacówce Krawców Wierch. A tak najwłaściwiej to przy schronisku PTTK Bacówka na Krawcowym Wierchu.

Gdy dotarliśmy, gospodarz przekazał nam supertajny anonimowy list. Czyli pamiątkę od Ali i Czesława, którzy zanim trafili na Wielką Raczę, byli i tu. Faktycznie pojawił się też obiad. Na dwie tury, bowiem na tyle pozwalał gabaryt sali jadalnej. A obiad nielichy. Fasolka po bretońsku i bigos. Choć tak właściwie, to nie aż tak fajnie, bo precyzując, to albo fasolka albo bigos. Po posiłku, korzystając z tego, że wszyscy byli w jednym miejscu (pomimo jedzenia na tury) przyszła chwilka na drobną uroczystość. Dzień 15 lipca, jak to czujnie skontrolowała Aśa, jest bowiem dniem imienin Włodzimierza. A akurat mieliśmy jednego na stanie. Solenizant otrzymał bukiet świeżych, polnych kwiatów oraz czekoladę pitną.

Po chwili okazało się, że już nastał wieczór. No to gitara.

Przyjemna scenka. Choć nie wiem, czy mogę napisać, że scenka. Zasłyszane. Właściciel schroniska zachodzi do pokoju osób spoza naszej grupy. Czy nie przeszkadzamy, pyta się. Swoim śpiewograniem. Mówią, że nie. Właściciel, czy może raczej gospodarz, ponawia pytanie. Tłumaczy, że są tylko oni i ta grupa, że jak będą jakieś szaleństwa, to on przerwie. Współmieszkańcy konsekwentnie twierdzą, że im nie przeszkadzamy. No to o łzę uderza łza i nie przeszkadzamy.

Jadalnia Bacówki Na Krawców Wierchu

Choć tak właściwie, to jesteśmy my, oni i jeszcze jedni oni. Może ci oni i oni tworzą jednych onych, ale jedni są tam w pokoju, a drudzy tu z nami, gitarą i naszym śpiewnikiem. A teraz jeszcze pan gospodarz zagląda przez okienko. Ciekawe, czy z reprymendą czeka. Ale musi poczekać na koniec Nieba. Doczekał się i nic nie powiedział. A współtowarzysze wyszli. Więc szoł chyba musi iść.

Jadalnia Bacówki Na Krawców Wierchu

A jednak. Cwaniak przyszedł przez drzwi i ogłosił ciszę i ciemność nocną na północ. Mamy więc 40 minut i zabraliśmy się do roboty. I shall be released.

Jadalnia Bacówki Na Krawców Wierchu

A zaraz po północy cisza i ciemność – wedle życzenia.

DZIEŃ DWUNASTY, CZYLI PROGRAM ARTYSTYCZNY

Śniadanko na zewnątrz. Na zieloniutkej trawce, w słoneczku, z widokiem i, co chyba jednakowoż najważniejsze, z kopcem kromek. Po posiłku rozpoczął się czas intensywnej pracy i nicnierobienia jednocześnie. Szóstka obozowych nowicjuszy zajęła się tworzeniem programów na otrzęsiny. To znaczy doszlifowaniem ich po wielu dniach ciężkiej pracy, czy jakoś tak. Niektórzy do czasu wolnego podeszli bardzo poważnie i spędzali go bardzo wolno. Ale znalazła się i grupa szaleńców, co uznali, że jeszcze trochę kilometrów można zrobić. Tak właściwie, to bez bagażu po górach jeszcze ani razu nie chodziliśmy. Ruszyliśmy więc dziesięcioosobowym oddziałem wracając do granicy, od której bacówka jest oddalona o kilka minut marszu, i poszliśmy zacienionym szlakiem na przełęcz Glinka, skąd wymarzoną na rower, przyjemnie opadającą, równą, szeroką i mało ruchliwą szosą zeszliśmy do wsi o tej samej nazwie. I jeszcze, o czym już niekoniecznie marzą zarówno cykliści, jak i piechurzy, skąpaną w słońcu. Zatrzymaliśmy się więc w pierwszym napotkanym sklepie na lody, płyny i cień. Tak właściwie, to sklep był celem formalnym całego spaceru. Ale nie ten. Wszak jest to ponownie okolica znana z VIII Obozu Wędrownego. Czyli zeszłorocznego paraobozu. I wiedzieliśmy, że troszkę niżej, jakieś 200 metrów od skrzyżowania, przy którym staliśmy wówczas grube dziesiątki minut czekając na jednego jegomościa, który mimo najmniejszego plecaka na całym obozie nie osiągał wysokich prędkości, jest nieźle wyposażony sklep. I faktycznie było tam wszystko, czego chcieliśmy. Tylko cień przed tym punktem handlowym był tak mikry, że trzeba było stać przy samej ścianie, by skorzystać z jego dobrodziejstwa.

Na Krawców Wierch wróciliśmy żółtym szlakiem, który to odbija od szosy w samym centrum wsi – między szkołą a kościołem. I którym podczas zeszłorocznego obozu schodziliśmy. Ten odcinek szlaku jest jednocześnie drogą krzyżową kończącą się przy bacówce – mieliśmy więc bieżącą kontrolę nad tym, jaką część dystansu przebyliśmy. Czy raczej zagmatwanie w głowach w wyniku niesłuszności założenia o jako takiej proporcjonalności między odcinkami dzielącymi kolejne stacje. Wpierw wspomnienie asfaltu, potem strome podejście po betonowych płytach ażurowych. A dalej wygodna, przyjemna ścieżka. Którą podążaliśmy niespiesznie, odpoczywając po drodze, czy też parając się innymi zajęciami, jak plecenie kwietnych wianków, czym zajęła swoje zwinne ręce Ola, czy też zbieraniem jagód i malin, którymi Ewa z Ulą wypełniły cały stan posiadanych pojemników. Czyli w sumie niestety nie tak bardzo wiele. Mijaliśmy też, bądź byliśmy mijani, przez innych turystów. Na przykład zestaw ojciec plus na oko ledwo nastoletni syn, którego tempo poruszania się po szlaku mogło zrobić wrażenie. Albo dwójkę w nieco bardziej równym sobie i zaawansowanym wieku powolutku pokonującą przewyższenie w swoich długich spodniach i koszulach z długimi rękawami.

Skończywszy swój 12-kilometrowy spacer zastaliśmy błogą atmosferę bezczynności. Nawet przygotowujący się do otrzęsin robili to dyskretnie, bądź gdzieś schowani. Obraz ten zaburzył nieco Szef siadając na ławce tuż przy wejściu (na zewnątrz oczywiście) i rozpoczynając prace nad piosenką obozową, ale i tak dominowało pokładanie się na trawce, ewentualnie na ławeczkach. Taka sjesta przedobiednia. A obiad ponownie nielichy. Klasyka – schabowy z ziemniakami i kapustą. Suróweczka schodziła aż miło. Co schabowy, to schabowy i z tym też nie było problemu. Więc gdy nad ostatnimi talerzami zebrali się najtwardsi, były na nich ziemniaki. Pełno ziemniaków. No to siedzieliśmy i żarliśmy ziemniaki. W końcu kawałek konkretnego jedzenia.

Po posiłku znalazła się chwilka na jeszcze trochę nicnierobienia. Dzień, jak to zwykle z nimi bywa, taka już dni natura, jął się chylić ku końcowi. A końcem wieńczącym dzieło dwunastego dnia obozu miały być otrzęsiny. Przy ognisku. Takim płonącym, więc trzeba było skołować trochę drewna. Fakt, że byliśmy na polance otoczonej lasem istotnie ułatwiał sprawę. Nastał więc czas rytuału.

Stroje oficjalne, czyli koszulki weterańskie. Nie jest to oczywiście żaden uregulowany paragrafami przepis, ale niezałożenie jej przez weterana mogłoby być odebrane jako brutalne pogwałcenie reguł tekatowskiego savoir-vivre’u i skończyć się dla delikwenta, bądź delikwentki druzgocącym zmiażdżeniem mentalnym i wykluczeniem społecznym. Szczególną elegancją w ubiorze wykazali się Jaro wraz z niżej podpisanym, którzyśmy dodatkowo mieli głowy udekorowane wspomnianymi uprzednio olowymi wiankami. Rzecz ułożyła się tak, że wszyscy onegdaj otrząsani koszulki mają. A nieotrząsani nie, poza będącym niniejszym w awangardzie Hebiszem. Czyli tradycyjne zdjęcie weterańskie objęło 25 osób.

Otrzęsiny. Dwie ekipy. Asia, Antoni i Hebisz oraz Magda, Mikołaj i Beny. Jak to już po parokroć było wspomniane w relacji, oprócz tradycyjnych zadań pojawiło się indywidualne – relacja z pierwszego dnia.

Różne podejście mają nowicjusze do pierwszego dnia. Hebisz narzekał, że Szef mu docinał, gdy ten się skontuzjował. Beny, że Szef śmiał się z jego sandałów. Ale Mikołaj za to odnalazł same plusy. Lekką trasę przez Rozsutec, syte posiłki. Asia wróciła już do klasycznych spraw, jak wielki głód i marzenie o Biedronce oraz towarzyszącego jej słowa „Au”. Trzeba też docenić metodę radzenia sobie z problemami w postaci obrażania się na cały świat. Magda od pierwszego dnia już jęła narzekać na długie postoje i czekania. A Antoniemu po prostu było pierwszego dnia wstyd.

Jadalnia Bacówki Na Krawców Wierchu

A potem, choć tak właściwie, to relacje były przeplatane z pozostałymi formami artystycznymi, to co zawsze. Piosenki (obie ekipy miały własnych gitarzystów), scenki, czy też instalacje przestrzenno-ruchowe, legendy i smsy. Czyli przypomnieliśmy sobie jak ważne jest liczenie do sześciu (euro), rozsądne gospodarowanie żetonami (scenka z rekwizytem), jak i odświeżyliśmy jak to czasem bywa na szlaku, albo bezszlaczu. Po zasadniczej części otrzęsin swoje utwory zaprezentowali jeszcze Myśliwy, Jaro i Szef. A dalej już jak to przy ognisku. Przegląd pieśni wszelakiej, kiełbasa. Czasem coś dorzucić do ognia trzeba, można wykonać TNT na dwie gitary i dwie siekiery. I tak przez prawie całą noc.

DZIEŃ TRZYNASTY, CZYLI PECHOWY, BO OSTATNI

Kolejny dzień drogi, a więc śniadanie tym razem o barbarzyńskiej porze. W pół do dziewiątej. Po posiłku zostawiliśmy ślad na belce gości w sali jadalnej i wyruszyliśmy w naszą ostatnią drogę. Niebieskim szlakiem zeszliśmy do Złatni, w której przetestowaliśmy dla pracującej tam ekipy budowlanej pieszy most tymczasowy. Inżynier budowlaniec nie stał pod nim podczas próby tak jak mówi protokół, ale przynajmniej wykonawcy byli na nim, gdy przez niego przechodziliśmy. Po krótkim marszu główną, choć absolutnie nieruchliwą drogą o nawierzchni bitumicznej, skręciliśmy w lewo na nić szosy, którą rozpoczynaliśmy jedyny tego dnia odcinek z przewagą podejść. A chwilę później szosą ową zjeżdżał pojazd ciężarowy wypełniony ładunkiem sunący wąską drogą jadąc jak po swoje. Gdybyśmy byli bliżej zakrętu, z którego dziarsko przed nas wyskoczył, obóz mógłby się zakończyć kilkanaście godzin wcześniej niż było to w planach. Z szosy odbiliśmy na szlak rowerowy, którym przetransferowaliśmy się na żółty pieszy. I dalej pod górę. Gdzieś za plecami było widać i słychać oznaki burzy, ale poszła na Słowację. Bo i przez cały obóz deszcz spotykał nas tylko na Słowacji. No, i jeszcze raz na szlaku granicznym. Opady w nocy się nie liczą.

Redykalny Wierch. A tak właściwie, to Redykalna Hala na zboczu owego szczytu. Finisz ostatniego podejścia. I początek ostatecznego zejścia.

PTTK Na Hali Boraczej. Miejsce skomunikowane ze światem dość dobrze jak na górskie schronisko, więc ludzi rzesze nieprzebrane. Niektórzy z nas skorzystali ze schroniskowego bufetu, ale pomyśleliśmy też o przyszłości. Mikołaj, przed zamówieniem pizzy, zadał zasadnicze pytanie: „Kto chce pizzę bez mięsa?”, po czym dodał informację uzupełniającą „przypominam, że jesteśmy w podróży i post nie obowiązuje” (zagubionemu w przebiegu historii czytelnikowi podpowiadam, że rzecz się dzieje w piątek). Kilka minut później owe słowa cytowała siostra zakonna relacjonująca swojej koleżance po fachu swój spacer przez okolice schroniska. Robiąc to z zaskoczeniem, jak i niemałym uznaniem.

Podczas siedmiokilometrowego odcinka zejścia z Hali Boraczej do Milówki, skąd mieliśmy zaczynać kolejową część powrotu, znowu zrobił się z nas obóz dwóch prędkości. Choć tutaj szybkościowców można próbować tłumaczyć chęcią towarzyszenia w drodze Mazurowi, który chciał być w Milówce nieco wcześniej, by zdążyć odwiedzić zamieszkałego tam krewnego. W końcu, na różne sposoby pokonując końcówkę trasy już w samej wsi, dotarliśmy do stacji destynacji. Części pieszej. Tam jeszcze trochę się porozpierzchaliśmy po punktach handlowych, ale w końcu wszyscy byliśmy razem na peronie. I zostało już tylko czekać.

Milówka. Jakieś małe kilkadziesiąt kilometrów od Bielska-Białej. Za chwilę, w jakieś pół godzinki, czy tam trzy kwadranse, pokonamy całe nasze przemieszczenie. Tylko trochę krótszą drogą. Pogoda podobna jak w Bielsku-Białej przed dwoma tygodniami. Trochę mniej praży, trochę więcej chmur, ale i tak wszyscy rozglądają się za lodami. Przed chwilą na stacji zatrzymał się pociąg Kolei Śląskich Pesa Elf (Koleje Dolnośląskie takich nie mają) do Zwardonia. Tam maszynista przejdzie na drugi koniec składu i ruszy przed siebie, by zabrać nas do Katowic. Tam wsiądziemy w pociąg do Gliwic i potem już do Wrocławia. Wszystkie te pociągi, tradycyjnych określeń używając, osobowe. Czeka nas dużo przystanków.

Stacja kolejowa Milówka

Rzut oka na rozkład jazdy tłumaczy, że to będzie jednak inny pociąg i maszynista. Ale mówi też, że na drodze do Katowic przez dwie i pół godziny czeka nas 30 przystanków, a wśród nich Radziechowy Wieprz, czy Tychy Żwaków.

Stacja kolejowa Milówka

Ale zanim Tychy Żwaków i Radziechowy Wieprz, a tak właściwie, to nawet zanim Milówka – obiad. Tak właściwie, to chyba bardziej czekaliśmy na to aniżeli na pociąg. Dostawca pizzy na szczęście wygrał wyścig z Kolejami Śląskimi, dzięki czemu do składu wsiedliśmy syci. A także zmęczeni. Pociąg był bardzo inny niż Pesa Elf. Był to klasyczny trójczłon, w którym było może mniej słonecznie niż na zewnątrz, ale na pewno nie mniej gorąco. Otwarcie okien pozwalało na drobny przewiew podczas jazdy, tylko że akurat po niecałym kwadransie jazdy, w Węgierskiej Górce, trafił nam się postój wykraczający nieco ponad ten przewidziany w rozkładzie. O jakieś pół godzinki. Co nie rokowało najlepiej w kontekście naszej 22-minutowej przesiadki w Katowicach. Po ponad półtorej godziny, nazwijmy to, jazdy dotarliśmy do stacji Bielsko-Biała Główna. Skąd zaczynaliśmy. I gdzie swoją przygodę z obozem zakończyli Grzesiu, Jaro i Marcela. Bez okręgu. Wystarczy, że wiele osób wstało z siedzeń, by ich pożegnać.

W Katowicach nie byliśmy o czasie. Ale jadący z Częstochowy przez Masłońskie Natalin, Myszków-Mrzygłód, Chruszczobród i Dąbrowę Górniczą Sikorkę pociąg też złapał trochę opóźnienia, przez co spokojnie na niego czekaliśmy, zaś niepokój przeniósł się na 15-minutową przesiadkę w Gliwicach.

Przed nami Katowice Załęże, Ruda Chybie. Ruszamy w kolejny etap. Tym razem jest już Pesa Elf, czyli klima i tyle miejsca na nogi, że aż jąłem się rozglądać, czy to jest miejsce dla inwalidów, czy kobiet w ciąży. Ale to na szczęście tylko pół godzinki.

Pociąg Kolei Śląskich relacji Częstochowa – Gliwice, odcinek Katowice – Katowice Załęże

A po pół godzinki sprawnie pokonaliśmy wszerz prawie całą remontowaną „halę” peronową dworca w Gliwicach i po raz kolejny wylądowaliśmy w EN57, czyli klasycznym trójczłonie. Ta wycieczka, z krótkimi odwiedzinami w Rudzińcu Gliwickim, Przyworach Opolskich, a nawet w Świętej Katarzynie, miała już trwać uczciwe ponad dwie i pół godziny, więc w ruch poszły gitara i śpiewniki. I inni pasażerowie. Ale znalazły się dwie fanki, które nie zraziły się naszą działalnością. Pani w wieku dawno i mocno ustabilizowanej młodości siedząca z książką w ręku w rogu „przedziału” oraz druga, wpadająca do nas z doskoku, jak i śpiewająca. Solowo, utwór o który sama poprosiła. Dźwigając ciężar wykonania bez zarzutu.

Po odwiedzeniu 66 stacji i przystanków kolejowych na całej trasie z Milówki, dotarliśmy do Wrocławia punktualnie. Zgodnie z obietnicą na dworcu pojawili się Profesor Ojciec oraz Michaś. A także, zupełnie niespodziewanie, Kacper. Pożegnalny okrąg. Pożegnalny Ton. Pożegnalne uściski. I w końcu pożegnalne zejście do parkingu podziemnego po nadane Profowi Ojcowi fanty. Choć to już nieobligatoryjnie. I koniec. Tak po prostu. Jak również koniec relacji. Za dziesięć, dziewięć, osiem…

EPILOG, CZYLI JESZCZE TAKIE PRZECIĄGNIĘCIE KOŃCA

Dzień drugi po powrocie. Poranek, okolice siódmej. Hol dworca głównego we Wrocławiu. Początek kolejnego wyjazdu Trójkowego Klubu Turystycznego. X Obóz Wędrowny. Niektórzy dopiero co dwa dni temu pożegnali się kilkadziesiąt, może sto, metrów stąd. Inni swoje dotychczasowe wojaże wakacyjne wiedli gdzieś indziej i pewnie będą troszkę o tym opowiadać w ciągu najbliższych dni. Nie wiem – jestem wśród zbierających się rano na dworcu, ale teraz to ja, wraz z Pająkiem, wiodę swoją turystyczną marszrutę w inną stronę niż TKT i idę na inny pociąg, odjeżdżający nieco wcześniej. Choć potem, ruszając, widzę przez okno mojego składu wchodzących na peron tekatowców, którzy zaraz wsiądą do pociągu ustawionego przy drugiej krawędzi. Rozpoczynając pisanie kolejnych akt historii Trójkowego Klubu Turystycznego. Zabawa trwa dalej.

Pozdrawiam
Paweł Kazimierczyk
A może byśmy tak haratnęli? (fot. Sylwia)
Rozpiętość ramion: jakieś 85 kilometrów (fot. Grzesiu)
Na Krawców Wierchu można było spodziewać się większej różnorodności odzieżowej (fot. Sylwia)