a

Jura 19-24 VII 2015

Obóz Wędrowny

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Michał Żłobicki
  • Agata Kwaśniewska
  • Wojtek Hebisz
  • Magda Wojtal
  • Sylwia Bednarska
  • Iza Bożek
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Ola Kwaśniewska
  • Ewa Mańkowska
  • Kinga Staniszewska
  • Michał Urban
  • Grzesiek Bilka
  • Mikołaj Piotrowski
  • Ula Mazur
  • Benjamin Jurczok
  • Jadzia Mercik
  • Marysia Kuczmarz
  • Agnieszka Rucka
  • Agnieszka Stasiak
  • Zuzia Baran
  • Jacek Faber
  • Jędrzej Barański
  • Angelika Rzeźwicka
  • Mira Najdek
  • Maciek Hedloff
  • Asia Smektała
  • Monika Fuchsig
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Kraków
Skała
Olkusz
Ogrodzieniec
Bobolice
Zrębice
Olsztyn
Częstochowa
Zobacz zdjęcia z wyjazdu
Autor: Szef

Nie wiem kto wymyślił nazwę paraobóz. Zdaje mi się, że etymologia związana jest z paraolimpiadą i faktem, że obóz ten odbywa się po tym właściwym, jest nieco krótszy, a uczestnicy to w dużej mierze ci, którzy jeszcze boją się jechać na dwa tygodnie z plecakiem w góry. Czy jest w ogóle możliwe, żeby taka impreza była udana? Ci co byli na pierwszym obozie przez cały tydzień wspominają to, co się na nim działo, ci co nie byli żałują tej decyzji, zwłaszcza jak przekonają się, że w zasadzie obawy, które spowodowały, że wybrali wersję light były zupełnie bezsensowne. A co jeśli na dodatek trasa nie wiedzie przez żadne góry, przebiega głównie po asfalcie, pogoda jest taka, że albo żar leje się z nieba okrutny albo szaleją burze, obóz rozpoczyna się na pętli tramwajowej jednego z największych polskich miast w środku blokowiska, a na końcu wędrówki typowej raczej dla pielgrzymek, jak już czeka góra, to akurat Jasna Góra? Sami przyznacie, że trudno było oczekiwać czegokolwiek pozytywnego.

Jak już wspomniałem, rozpoczęło się na pętli tramwajowej Krowodrza Górka, chociaż nie ma tam chyba żadnej górki. Jak ktoś chce sobie wyobrazić jak to wszystko wyglądało, to może sobie zrobić takie kółko ze znajomymi z plecakami na Różance albo na Nowym Dworze. Myślę sobie, że każda wrocławska pętla tramwajowa jest dużo ciekawsza i bardziej sprzyja takim imprezom. Zwłaszcza, że w okolicy nie było ani pół drzewa, upał był niemiłosierny, godzina coś koło południa, nie bardzo nawet było gdzie kupić lody, czy coś takiego. Na dodatek nie wiedzieliśmy za bardzo w którą stronę iść, bo mapa Jury Krakowsko-Częstochowskiej zaczynała się w Krakowie, ale w trochę innej dzielnicy. Ostatecznie ruszyliśmy z grubsza na północ i po niecałej godzinie nieco chaotycznej wędrówki w różnych mniej lub bardziej rozsądnie wyglądających kierunkach, napotkawszy w końcu szlak czerwony, który miał nas prowadzić przez większą część obozu, opuściliśmy stolicę Małopolski. Żar z nieba lał się potworny, więc z ulgą powitaliśmy sklep w podkrakowskiej Zielonce jakieś 15 minut od tabliczki Kraków. Lody, Tymbarki i cień. A za nami już mniej więcej 10% dzisiejszej trasy. Każdy uczestnik obozu wędrownego (a przynajmniej debiutant) przeżywa traumę i chwile zwątpienia na pierwszym podejściu, pierwszego dnia. Rozważa wtedy, czy przypadkiem mama nie potrzebuje pomocy przy drylowaniu wiśni, może pies pozostawiony pod opieką młodszego brata jednak nie jest taki bezpieczny, jak się wydawało, albo po prostu dochodzi do wniosku, że igrzyska olimpijskie są raz na cztery lata i same się nie obejrzą. Mieliśmy okazję przekonać się, że do tej traumy wcale nie są potrzebne góry. Wystarczy 35 stopni Celsjusza w cieniu (którego za wiele nie było na trasie), zakurzona droga i perspektywa zwiedzania jakiś nędznych ruin zamków tudzież bunkrów albo innych mega atrakcji turystycznych, które przyciągają do Doliny Prądnika miliony turystów każdego roku. Nie chciałbym, żeby to niewłaściwie zabrzmiało, ale ukojenie przyszło na cmentarzu, a dokładnie przy cmentarnej bramie. Tam właśnie znaleźliśmy źródło wody pitnej i można było pożegnać pierwszy kryzys i przygotować się na spotkanie z następnymi. Na szczęście upał zelżał, a nawet zaczął padać deszcz – ot taka przyjemna letnia burza. Nie wszyscy uznali, że jest to dobry argument, żeby chociaż zobaczyć czy wszyscy są, tzn. poczekać na tych, którzy nie lubią biegów. Czyli tradycyjnie pierwszego dnia ktoś zapracował na ochrzan i dał okazję do wykładu na temat bezpiecznego poruszania się w grupie. Wykład odbył się przy Bramie Krakowskiej, czyli u wrót Ojcowskiego Parku Narodowego. Stamtąd jeszcze krótka wizyta w Jaskini Łokietka (chyba ostatnie wejście tego dnia) i spacer po skałkach. Na zwiedzanie zamku w Ojcowie już zabrakło czasu – był zamknięty. Okazało się później, że może to i dobrze, bowiem i tak spóźniliśmy się na obiad, a tuż po wejściu do jadalni lunęło. Takiej ulewy i burzy niektórzy jeszcze nigdy nie przeżyli. Strach było wyjść na zewnątrz, by nie dostać piorunem, albo przynajmniej piachem po oczach. Ale odważni się znaleźli. Sylwia cyknęła kilka epokowych zdjęć piorunów, dookoła grzmiało. Nie ma co ukrywać – takie widoki lepiej jest oglądać pod dachem. Nawet jeśli ten dach przecieka. A może to było przeciekające okno? W każdym razie w jednym z pokoi było trochę wody, ale generalnie Szkolne Schronisko Młodzieżowe w Skale zaliczyłbym do tych o wysokim standardzie. No bo przecież to, że nie było prądu, to akurat wyjątkowa sytuacja. I dodała tylko uroku wieczorkowi. Ten nie był jednak długi, wszyscy wstali bladym świtem, a trasa była naprawdę wyczerpująca.

Woda życia, choć płynąca ze cmentarza (fot. Sylwia)
Upał, klepanka i nawet asfalt zdaje się miękki jak łóżko. Gdzieś pośrodku niczego (fot. Sylwia)
Nadciągający armageddon (fot. Sylwia)

Drugi dzień obozu przewidywał jeszcze dłuższą trasę. Upał był nie mniejszy niż poprzedniego dnia, ale tym razem nie padało. Na szlaku były jedne z najbardziej rozpoznawalnych punktów Jury – Zamek Pieskowa Skała i Maczuga Herkulesa. Zamek był remontowany, więc nie było nam dane go zwiedzić, a Maczuga nie zrobiła chyba na nikim większego wrażenia. Mi osobiście najbardziej podobała się sama wędrówka malowniczymi wąwozami. Upał był coraz większy i w końcu gdzieś pośrodku niczego, na skrzyżowaniu dróg nieprowadzących do niczego, w pełnym słońcu, no bo po co odpoczywać w cieniu, rozłożyliśmy obóz w TKT-owskim Środku Polski. Okazało się, że leżenie na asfaltowej drodze może nie jest całkiem bezpieczne, bo Myśliwy prawie został przejechany przez samochód, ale na pewno zostanie zapamiętane jako jedno z przyjemniejszych zdarzeń jurajskiego paraobozu. Tym bardziej, że skonsumowaliśmy najbardziej legendarną przekąskę TKT, czyli ciasteczka od Babci Sylwii. Pokrzepiliśmy się trochę, ale do Olkusza było wciąż daleko. Sam nocleg w Schronisku PTSM w Olkuszu był w mojej ocenie najgorszym w historii TKT. Schronisko wyglądało raczej jak internat. Położone w środku blokowiska, zero klimatu, za mała kuchnia i panie straszące nas karą 200 zł od osoby wlepianą ponoć przez lokalny sanepid za nieużywanie bielizny pościelowej. Jedynym plusem była bliskość sklepów wielkopowierzchniowych i obiad, który co prawda po wielu godzinach walki, ale jednak udało się ugotować. Oczywiście o klimatycznym wieczorze nie mogło być mowy, bo nie było gdzie, a poza tym w schronisku było sporo innych gości no i obiad odbył się już sporo po 22. Być może ciągłe bliskie sąsiedztwo wrocławskiego sanepidu i naszej szkoły ośmieliło uczestników, bo zdaje się, że większość z nich nie przejęła się wymogami pościelowymi i zaległa na nocleg we własnych śpiworach albo w ogóle bez niczego. To poranne odkrycie poskutkowało pewnym kacem moralnym i rozważaniami, czy należy pięknie poskładane i nieruszone prześcieradła choćby odrobinę, dla przyzwoitości, pomiąć.

Cel następnego dnia (Zamek w Ogrodzieńcu) był bardzo okazały, ale też dość odległy. Po niezwykle, nawet jak na warunki TKT, męczącej trasie poprzedniego dnia postanowiłem przejechać do Ogrodzieńca (omijając Pustynię Błędowską, choć na nią i tak ledwo starczyłoby czasu) i dopiero na miejscu zrobić jakiś spacerek. Po drodze napotkaliśmy targ z żywymi zwierzętami, który dla nas mieszczuchów był jednak czymś niezwykłym, a później Olkusz zarobił parę kolejnych minusów, bo niełatwo było opuścić to królewskie miasto w żądanym przez nas kierunku. Ani PKSem, ani pociągiem, ani busem. Tylko niesamowitemu talentowi organizatorsko-logistycznemu kierownika obozu oraz kilku nietrywialnym zbiegom okoliczności zawdzięczaliśmy opuszczenie Olkusza wynajętym busem i dotarcie do Bzowa, który formalnie jest dzielnicą Zawiercia, ale jest położony raptem kilka kroków od perły jurajskiej architektury, czyli Zamku w Ogrodzieńcu. Każdy, kto widział ruiny zamku przyzna, że określenie, którego użyłem w poprzednim zdaniu nie jest ani trochę przesadzone. Na dodatek mieliśmy okazję oglądać zamek od każdej strony i w każdej pogodzie, bo po słonecznym przywitaniu oczywiście nawiedziła nas burza, by później znowu ustąpić miejsca słoneczku. Na dziedzińcu zamkowym odbyła się ceremonia koszulkowa Mireczki, Asi i Maćka, a samo zwiedzanie opóźniała nie tylko pogoda, ale także typowe dla takich popularnych turystycznie miejsc atrakcje jak lody, frytki, wata cukrowa, trupie czachy, wszelkie rodzaje gumowej i drewnianej broni. Po dłuższej chwili opuściliśmy zamek i udaliśmy się w kierunku następnego, czyli gdzie skowyczy hiena nad Pilicą, ale mniej więcej w połowie drogi zrezygnowaliśmy i zawróciliśmy do domu. Ostatni odcinek trasy wiódł przez lasy i bezdroża – zdaje się, że przewodnikiem z całkiem niezłym skutkiem postanowiła zostać Madziulka. Do Magdalenki, bo tak nazywał się nasz punkt noclegowo-żywieniowy dotarliśmy i tak już po zachodzie słońca, który zresztą przyprawił okoliczne pola, skałki i lasy takimi kolorami, że nie da się tego cenzuralnie opisać. Po obiadokolacji przyszedł czas na pierwsze w czasie tego obozu ognisko. Trochę martwiliśmy się, że gospodyni przygotowała mało drewna, ale okazało się, że miała chyba wiedzę na temat pogody, bowiem dość szybko musieliśmy się przenieść do wnętrza z powodu deszczu. Wieczór śpiewankowy odbywał się w jednym z pokoi – klitce z dwoma czy trzema łóżkami, na których rozlokowanych było kilkanaście ciał w różnym stanie rozkładu, czy może raczej w różnym stanie świadomości.

Kolejny dzień był już znowu pełnoprawnym dniem wędrownym, a trasa do Bobolic była długa i usiana atrakcjami. Pierwszą atrakcją geograficzną było źródło Warty – okazało się, że to taka kapliczka, spod której wypływa strumyczek. Bez jakiegoś szału. W końcu trudno tu znaleźć górę, z której takie źródło miałoby bić. Ogarnął nas za to szał zakupów, bo wyglądało na to (i przyszłość pokazała, że tak było istotnie), że dziś już nie będzie po drodze żadnego sklepu. Dla zaoszczędzenia czasu wyszliśmy z (od) Magdalenki bez śniadania, więc trzeba było je spożyć na trasie. Długo szukaliśmy odpowiedniego miejsca, lecz w końcu znaleźliśmy wręcz modelowe. Była to całkiem świeżo zbudowana i całkiem nowocześnie wyglądająca wiata turystyczna, którą ktoś postawił w tym miejscu właśnie po to, by tacy ludzie jak my mogli w niej coś zjeść, napić się i odpocząć nieco. Czyli jak zwykle wszystko zgodnie z planem. A dalej było tylko lepiej. Raptem dwa kilometry dalej napotkaliśmy piękną skałę, czy raczej kompleks skał, o wdzięcznej nazwie Okiennik Wielki i wdrapawszy się na jego szczyt mogliśmy oglądać piękną panoramę okolicy, same skały oraz, niestety, świadectwo bytności w tym miejscu innych turystów, bowiem Andzia i Czarny, bo o nich mowa, zostawili po sobie grafitti na skale oraz butelki i puszki po napojach wyskokowych. Mimo to miejsce miało jednak w sobie dużo uroku. Trasa wiodła nas dalej przez malownicze wzgórza i dolinki do zamku Morsko, który nie był zbyt ciekawy, ale za to niedaleko była restauracja z drogim wprawdzie wyszynkiem, ale za to bezpłatną wodą w kranie i, co może nawet ważniejsze, toaletą. Dalej było jeszcze piękniej i ukoronowaniem dnia była Góra Zborów najeżona wapiennymi skałkami (jakżeby inaczej). Odbyły się tam sesje wspinaczki, sesje zdjęciowe, koncert wokalny i inne atrakcje, które jak zwykle ominęły parę osób, które nie uznały za stosowne zatrzymać się nawet w tak atrakcyjnym punkcie trasy i czekały u podnóża góry, ale akurat po drugiej stronie. Pod koniec dnia nasze zmęczone oczy zadziwił jeszcze widok płonącego cmentarza niby kadr z Pokłosia i w końcu doszliśmy do schroniska w Bobolicach. O ile Olkusz miał najgorsze schronisko jakie widziałem, to Bobolice mogą spokojnie walczyć o miejsce wśród najlepszych. Położone na uboczu wsi, w dawnej szkole, z przestronnymi pokojami, szerokimi łóżkami, bardzo dużą i świetnie wyposażoną kuchnio-jadalnią, łazienkami z ciepłą wodą, z huśtawkami i zielenią dookoła, boiskiem i miejscem na ognisko i przede wszystkim kierowniczką, która była uosobieniem spokoju, życzliwości, a natura obdarzyła ją głosem, dzięki któremu mogłaby zrobić światową karierę w call center albo przynajmniej byłaby najlepsza na świecie w czytaniu bajek na dobranoc. To nie był głos jak anioł. Myślę, że raczej niektóre anioły mogłyby co najwyżej aspirować do posiadania głosu prawie jak pani Basia. Pani na dodatek miała ujemną asertywność (bardzo cenione w TKT) i zawiozła dziewczyny na zakupy do sąsiedniej wsi i dzięki temu zjedliśmy naprawdę wypasiony, super smaczny i pożywny obiad. I to nawet przed północą! Dzień był tak długi i intensywny, że nie mieliśmy już siły nawet na pośpiewanie, czy to przy ognisku, czy w jednej z ogromnych, jak już wspomniałem, schroniskowych sal.

TKT w ruinie (fot. Sylwia)
Na szczęście Asia od paru tygodni już pełnoletnia. Z Andzią nie ma pewności (fot. Sylwia)
O, skała. A tam kolejna. I jeszcze kilkanaście. Co ta Jura… (fot. Sylwia)
Szefie! Monia chyba oberwała… (fot. Sylwia)

Piąty dzień obozu to był dzień podziałów. Najpierw pani Basia w dobroci serca zawiozła samochodem do naszego następnego miejsca noclegowego Ines i Jadzię, które odczuły skutki wcześniejszych upałów (oraz tajemniczej choroby zakaźnej – asfaltówki), w Niegowej Kinga i Michaś odłączyli się z powodu kontuzji kończyn dolnych (każdy swoich) i podążyli do Zrębic autobusami, a Izulka i Madziulka opuściły nas na dobre i wróciły do Wrocławia. Tradycyjnie dokonał się także podział na grupę gnającą do przodu oraz grupę, które wie co to znaczy prawdziwe krajoznawstwo, przez co tą pierwszą ominęła największa chyba, a w każdym razie najbardziej niespodziewana atrakcja obozu, czyli pustynia. Ale po kolei. Najpierw był zamek w Bobolicach, odbudowany od zera przez lokalnego senatora. Głosy były podzielone – niektórzy uważali kupkę kamieni za coś bardziej romantycznego, a na pewno bardziej autentycznego niż zrekonstruowany zamek, ale mi to osobiście zaimponowało. Nasz pan przewodnik, który sam pracował jako murarz przy odbudowie czy właściwie rekonstrukcji zamku wychwalał pana Laseckiego pod niebiosa i na tym zakończmy temat. Ostatecznie to chyba lepiej, że jakiś bogaty człowiek odbudował zamek zamiast na przykład kupić sobie stumetrowy jacht na Kanarach albo jakiś klub piłkarski… Jak ktoś chciał oglądać ruiny, to oczywiście pół godziny drogi z Bobolic był zamek w Mirowie i on już był tradycyjną ruinką. W Niegowej miał miejsce postój zaopatrzeniowy oraz wspomniane pożegnanie naszych zacnych towarzyszek i ruszyliśmy dalej. Kolejną atrakcją były, a jakże, ruiny zamku Ostrężnik, ale może ciekawsze od ruin, które w istocie reprezentowało dosłownie kilka kamieni, były jaskinie o tej samej nazwie. Eksplorowaliśmy je przy całkiem lichym oświetleniu, a niektórzy nawet całkiem po ciemku. Ciekawą właściwością, nie zawsze spotykaną, była możliwość opuszczenia jaskini zupełnie innym otworem niż się wchodziło. Niektórzy w przypływie entuzjazmu pokonali jaskiniową trasę kilka razy. Największa atrakcja była jednak, jako się rzekło, dopiero przed nami. Na mapie opatrzona była napisem Pustynia Siedlecka. Ja sam osobiście nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać. Skręcamy zatem z asfaltowej drogi w lewo, między drzewami, mijamy jakiś płot i … rzeczywiście jesteśmy na pustyni! Wydmy piaszczyste jak nad morzem, ale jakoś morza nie widać! Ależ była dzika radość, zabawy jak na plaży, czołganie się, zakopywanie w piachu i tak dalej. Nawet zrobiliśmy sobie karawanę niewolniczą jak w Django (D is silent). No czad po prostu. Czegoś takiego jeszcze nie grali.

Stamtąd do Zrębic to już tylko parę kilometrów. Robi się późno, ale już tuż tuż. Tabliczka Zrębice. Pytamy panią w sklepie, czy folwark to już blisko. Ona na to, że godzina drogi. Popatrzyliśmy po sobie – pomyśleliśmy, że pani nie bierze pod uwagę, że jesteśmy wytrawnymi piechurami i podała nam czas dla średnio wysportowanej, ciężarnej mieszkanki Jury pchającej wózek i przystającej na pogawędkę z każdą sąsiadką po drodze. Otóż nie. Szliśmy dłużej niż godzinę. Okazało się, że te Zrębice to jedna z najdłuższych chyba wsi na świecie, a tego dnia mógłbym przysiąc, że najdłuższa i to przewyższająca tą drugą w kolejności o jakieś kilkanaście kilometrów. Domy były numerowane od 300 bodajże, a nasz adres – Zrębice 17. I nie było, że coś przeskoczy, któryś numer się nie pojawi czy coś. WSZYSTKIE PO KOLEI. To było gorsze niż wspinaczka na Pietraszonkę. Pewnie dlatego, że po płaskim. Za to miejsce noclegowe wydawało się bardzo przyjazne. Kolorowo, tak folklorystycznie, fajne miejsce na otrzęsiny i w ogóle. Kolacja była spoko. Smacznie i do syta. Ale niestety na tym skończyły się miłe akcenty ze strony gospodarzy. Okazało się, że nawet rozmowy prowadzone przez obozowiczów na ganku to hałas, a co dopiero śpiewanie, nawet jak jest specjalne miejsce do tego przygotowane. Trochę byliśmy rozżaleni, ale trudno. Trzeba sobie jakoś radzić. Tradycyjnie zatem zebraliśmy się wszyscy w jednym z pokojów (czyli norma 30 osób na 8 łóżkach) i zrobiliśmy sobie bardzo przyjemne otrzęsiny z bardzo przyjemnym wieczorkiem śpiewankowym (w zasadzie pierwszym takim porządnym – skoro to ostatni nocleg, to już czas najwyższy), łącznie z wszystkimi nocnymi smętami i chyba nawet Czarnym Bluesem o Czwartej nad Ranem. Oczywiście wiele osób pozostało już w tych łóżkach, pozostawiając gdzieś w innych pokojach i budynkach ich łóżka samotne, pełne niepewności, no po prostu nieszczęśliwe. Jeszcze o piątej ci o słabszym śnie słyszeli Michasia, który opuścił nas i podążył znów zdobywać Małą Fatrę, a o ósmej ruszyliśmy do Olsztyna, by tam na ogromnych ruinach zamku skonsumować śniadanie. Niektórzy uważają, że było to najbardziej epickie śniadanie w historii. Nie było złe. To trzeba przyznać. Jeszcze piosenka obozowa, do której melodia nasunęła się sama – skoro para, to może statek. Na olsztyńskim zamku skończyła się niestety nasza wędrówka. Autobusem dojechaliśmy do Częstochowy, by tam zdobyć ostatnią, Jasną tym razem, Górę, najeść się frytek na Frytenstrasse, odwiedzić wystawę Beksińskiego i zakończyć paraobóz.

Po napisaniu tej relacji, tak jak w zasadzie już wtedy, po obozie, ciśnie mi się na klawisze jedno stwierdzenie: trzeba zmienić tą niefortunną nazwę. Czyż to nie był wspaniały, cudowny, niesamowicie barwny obóz? Taki pełnoprawny? Wędrówek było sporo, okolice może nawet bardziej urozmaicone niż w niejednym paśmie górskim, atrakcji turystycznych co niemiara. Ludzie – fantastyczni – uśmiechnięci, szaleni, wytrwali, kolorowi.

Końcówka wyszła mi jak w najtandetniejszym romansidle. Wszyscy rozchodzą się do domów szczęśliwi, zadowoleni, czekający kiedy znowu coś takiego przeżyją. Ale tak było.

Szef
Przy wspólnym stole. Na szczycie siedzą Marysia i Marysia (fot. Sylwia)
Jedyne siostry-weteranki w TKT (fot. Sylwia)
Dobre jedzenie w dobrych rękach (fot. Sylwia)
Okrutnie nieszczęśliwi i zniewoleni (fot. Sylwia)