a

Poręba 08-14 II 2016

Zimowisko

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Michał Żłobicki
  • Grzesiek Smoła
  • Miłosz Staniszewski
  • Paweł Kazimierczyk
  • Agata Kwaśniewska
  • Wojtek Hebisz
  • Piotr Sterc
  • Marta Markowicz
  • Sylwia Bednarska
  • Justyna Dobras
  • Iza Bożek
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Andrzej Biler
  • Filip Marcinek
  • Ala Kołodziejska
  • Karolina Stefańska
  • Jan Mazur
  • Ania Gerus
  • Asia Tryba
  • Kacper Dąbek
  • Ula Grochocińska
  • Kinga Staniszewska
  • Michał Urban
  • Ola Kwaśniewska
  • Bartek Pruchnik
  • Piotr Szymajda
  • Mira Najdek
  • Natalia Jeszka
  • Narcyza Krajewska
  • Karol Knapiński
  • Ania Faltyn
  • Hela Cebrat
  • Marta Posadzy
  • Ola Gerszendorf
  • Julia Osmólska
  • Mikołaj Weber
  • Karolina Olech
  • Magda Buszka
  • Mikołaj Piotrowski
  • Kaja Drozdowska
  • Marta Olszewska
  • Teresa Sembratowicz
  • Ula Mazur
  • Kuba Sokołowski
  • Jadzia Mercik
  • Marysia Kuczmarz
  • Zuzia Baran
  • Kasia Pękala
  • Sebastian Nawara
  • Marcela Wiater
  • Jędrzej Barański
  • Marta Andrzejewska
  • Paweł Jacyk
  • Mateusz Kanoza
  • Weronika Wykrota
  • Agnieszka Sawicka
  • Kuba Wrona
  • Julia Ryszczyk
  • Nika Cichoszewska
  • Olga Kuśnierek
  • Igor Danielewicz
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Autorzy: Śmieszka et consortes

POBIEŻNY PROTOKÓŁ PRZEZIMOWYWANIA PONAD PORĘBĄ

Drodzy, biedni ludzie, którzy postanowiliście zagłębić się w ów przeraźliwie pobieżny protokół, przesyłamy wyrazy współczucia… które jednak radują nasze serduszka, bo oznacza to, że bolesna rezygnacja z udziału w państwach-miastach, w obliczu której zamierzałyśmy wykręcić z naszych przemokniętych jestestw kilka kropel kreatywności i zresublimować tę parę słów, nie była bezcelowa. Dla wszystkich skonfundowanych faktem, że do takiego poświęcenia miałyśmy okazję: wybija właśnie zacna godzina 21:23, równie zacnego dnia 22 lutego, najzacniejszego z nich wszystkich roku 2017. Jak kto domyślny, zorientuje się, że rzeczone przezimowywanie ponad Porębą miało miejsce zaledwie rok (i kilka dni) temu. Mamy nadzieję, że w jakimkolwiek stopniu usprawiedliwi to naszą drobną amnezję i nie uczyni tej opowieści nazbyt nużącą. A jeśli jednak… to przecież nie czytacie tego dla przyjemności.

Któregoś-tam lutego Anno Domini 2016 zebraliśmy się na dworcu. A gdy tylko obraliśmy kierunek Długopole Zdrój, nastąpił ten uroczysty moment i pełny pociąg przejechał pół pola, Psie Pole, połacie… chociaż tak niezupełnie pomykał półkola przez pół Polski, a to ze względu na fakt, iż wspomniane Długopole leży ledwie koło dwóch godzinek drogi na południe od Wrocławia.

Na stacji nie bez trudu usypaliśmy kanciasty okrąg o środku w stosie plecaków. Czekała nas klasyczna prezentacja stanu osobowego i równie klasyczna przemowa Szefa, która wprowadziła, jak zwykle, atmosferę radości, podniecenia i zupełnego braku obaw w stosunku do nadchodzących siedmiu dni.

Dowiedzieliśmy się, na przykład, że miejsce, do którego zmierzaliśmy, Chata na Przełęczy, znajdowało się – uwaga – na przełęczy! W związku z tym trzeba było na tę przełęcz dotrzeć, a to wiązało się z drogą pod górę. Monotonną i wyasfaltowaną…

Zimowisko to taki tam wyjazd w góry… w środku lutego. Jadąc tam, nie mogłam powiedzieć wiele na temat tego, czego się spodziewam, ale jednym z tych nielicznych konkretów była pogoda zakrawająca o zimowiskową. I myślę, że Narcyza się ze mną zgodzi. A tymczasem podczas tej pierwszej wspinaczki pewni ludzie, w tym moja nieoceniona konsultantka ds. oprawy muzycznej i redakcji wstępnej (czyt. Narcyza), zmuszeni byli zdjąć kurtki, szaliki i czapeczki, bo Poręba powitała nas temperaturami iście niezimowymi.

Szosa, którą szliśmy, początkowo milutka i przyjazna, pod schroniskiem zaczęła robić się dla niektórych z nas (w tym mnie) – mordercza. Mimo wszystko jakoś doczłapałam pod Chatę, przestając oddychać po drodze tylko kilka razy. A wtedy usłyszałam: „No, to chyba zostawimy tu plecaki i pójdziemy jeszcze na spacerek”. I miałam ochotę Szefa udusić.

Tradycyjny widoczek, po raz pierwszy w odsłonie zimowej (fot. Sylwia)

„Spacerek” to takie piękne słowo. Kojarzy mi się ze wszystkim, co radosne i niewinne (dzieciństwo, karmienie kaczek w parku, lody na rynku itepe). Cyzka jest znacznie mniej naiwna niż ja i twierdzi, że „spacerek” oznacza grubszą sprawę, którą ktoś chce zamaskować. Tak więc zapewne znacznie mniej uderzyło ją niż mnie, że „spacerek” okazał się wspinaczką na Jagodną. Opisywanie moich odczuć jej towarzyszących nie ma sensu, bo wszyscy, którzy mnie znają potrafią sobie to świetnie wyobrazić. A Narcyza powiedziała, że nie pamięta absolutnie nic. Może więc zakończę ten niezwykle rozbudowany opis poniedziałku po prostu na tym, że Jagodną zdobyliśmy (ja – z bólem i łzami). Nie ma się co rozwodzić.

Pierogi ruskie z testosteronem (fot. Sylwia)
Kobieta, pierogi i śpiew. No i gitara (fot. Grzesiu)

Wtorek byłby zapewne o wiele bardziej interesującym obiektem badań dla kogoś, komu zależałoby na literackości opisu tego dnia. A to dlatego, że mieliśmy okazję stać się częścią obrazu pt. „Złota polska jesień”. Ale ponieważ zaczyna pomału robić się późno (tak, dość długo pisałyśmy te kilka nędznych akapitów), to moja wrażliwość na piękno jest mocno wypaczona. Mogę tylko powiedzieć, że Zamek Szczerba, który jest obecnie ruinami w środku lasu, stanowiło wówczas więcej liści niż kamieni. Niemniej jednak liście te zdecydowanie dodawały uroku resztkom zamku, które spod nich wystawały. Tak przyobleczony Zamek Szczerba wyglądał znacznie bardziej królewsko.

Potem mieliśmy przyjemny przystanek w jaskini Solna Jama. Po dogłębnych konsultacjach otrzymałam polecenia, żeby napisać o niej tyle, że… była. Była chłodna, głęboka i wilgotna. Czyli zasadniczo bardzo jaskiniowa…

Potem nareszcie spłynęły na nas (to znaczy głównie na mnie) łaska i ratunek w postaci dnia stacjonarnego. Oznaczało to czas na błogie opierniczanie się w pokojach, seanse filmowe w świetlicy, rozliczne gry (od mafii, przez „Dixit” i „Tzolkina”, po państwa-miasta) gdzie tylko znalazło się miejsce, a w najmroczniejszych, najbardziej przerażających zakamarkach Chaty na Przełęczy skryli się ci nieszczęśnicy, którzy chcieli lub musieli rozpykać parę zadanek. Czekało nas jeszcze święto. Osiemnastka Uli Mazur! Było wszystko: „Sto lat”, tort i Piccolo (oczywiście świetny rocznik). Potem śpiewy, tańce, hulanki, swawole. Można by ten dzień podsumować jako zabawy przyjemne i pożyteczne… i kulinarne. Albowiem to właśnie była ta uroczysta chwila podniosłej ceremonii lepienia pierogów. Historii związanych z tym smakowitym wieczorem jest wiele i nie ośmieliłybyśmy się odbierać Szefowi radości z opowiadania ich, więc… jak kto ciekawy, wie gdzie szukać informacji.

Bunkry. Ledwie kupa żelastwa pod śniegiem. A tyle problemów, żeby napisać coś sensownego o tej stercie wojennego złomu! To znaczy… idzie coś napisać, ale są to zupełnie nieoddające faktycznych emocji pierdoły, które przekreślałam już kilka razy z rosnącym zażenowaniem. Dlatego postanowiłam ugryźć temat z innej strony.

Myśliwy nie dorzucił od siebie niczego interesującego, poza tym, że jego akurat tego dnia nie było. Ale potem dodał też, pewnie żeby mnie pocieszyć, że jak nie idzie, to wystarczy czasem po prostu przywołać dane wydarzenie, aby wywołać w odbiorcy pożądane emocje. Kto był, ten wie, a kto nie był, ten wie o co zapytać. Nie potrzeba wcale szczegółowego opisu. I tak też zrobię: bunkry były. Co więcej, były w Czechach i na linii Maginota. Było słonecznie (jak twierdzi Werka) i śnieżnie (jak uważam ja). Było… tak właśnie.

Bunkier. Jak podają słowniki – po czesku bunkr. Lecz Polacy nie gęsi i swój czeski mają, więc ładniej napisać „bětonovy militarný domeček” lub „obronova střelecka chatinečka” (fot. Grzesiu)
Widoki ze szczytu bywają najlepsze. Tym razem wyjątkowo szlachetny odcień szarości (fot. Grzesiu)

Słowa zaczynają się jakoś kleić w relację, którą mają być, tak od momentu zachodu słońca. Był zjawiskowy. Serio, cudo. Polecam poszukać zdjęć. Wracaliśmy już wtedy do schroniska. Szliśmy szosą. Wszystko było super aż do tego zachodu. W jego trakcie było nawet megasuper, a potem… a dopiero potem zorientowałam się, że ta szosa, którą idziemy, nie jest oświetlona, ja nie mam czołówki (ani nawet dobrze świecącej komórki) i ogólnie… czarno to widzę. Nie było łatwo, ale przy pomocy towarzyszy o lepszym wzroku i bez lęku ciemności dotarliśmy do Chaty.

Chociaż nie tak zupełnie wszyscy… Pewien podzbiór przerąbał powyższe proste przejście. Wiem, że opisałam je jako nie taki znowu banał (ze względu na egipskie ciemności), ale jednak sprowadzało się ono do ijścia prosto przed siebie. Marysia, Michaś i Naiwny Kolega Mikołaj chyba nie wzięli sobie tego do serca. Skręcili gdzie nie trzeba było. Trafili do domu jakiegoś anielskomiłego pana, który poczęstował ich herbatą z cytryną i miodem i słynnymi kanapkami ze serem! Gdzieś po drodze przydarzył się jeszcze wielokrotnie potem przez nich wspominany incydent z trzema małymi kotkami… I w ogóle świetnie się bawili, podczas gdy czekaliśmy na nich z obiadem, zmęczeni, głodni i przemarznięci.

Potem to już tylko przerysowane powiastki prawili, a my, początkowo zaciekawieni, szybko znużyliśmy się wysłuchiwaniem ich. Odporem były za to później bajki o księżniczkach i ich krabikach (twórczość Filipa) do białego rana. A kiedy najwytrwalsi chcieli iść spać, usłyszeli gdzieś niepokojący hałas. Była to pani Janeczka, która właśnie wstała zrobić nam śniadanie…

Za drugim zimowym pobytem na Śnieżniku z TKT Jaro dostał już trochę cieplejsze wdzianko (fot. Sylwia)
Pociąg pełen emerytów (fot. Sylwia)
Widoki jak to na podejściu na Śnieżnik. Choć jak jest lepsza pogoda, to widać też chmury nad rowem Nysy, a nawet Górami Bystrzyckimi (fot. Sylwia)
Kiedy tradycyjne śnieżki stają się zbyt nudne, formuje się np. kostki do gry. I pozostaje tylko strach co będzie, gdy kości zostaną rzucone (fot. Grzesiu)

Nadal nie mam pojęcia, jak im się to udało, ale po tej nieprzespanej nocy weszli na sam szczyt Śnieżnika. A to dopiero była wyprawa… Najpierw było słodko i rozkosznie, poza tym, że droga, którą przechodziliśmy do autokaru, okazała się połączeniem lodowiska i stoku narciarskiego i trzeba było się bardzo postarać, żeby pokonać ją bez uszczerbku na zdrowiu. Gdy ta misja się powiodła, drogę do Międzygórza mieliśmy ułatwioną. A gdy tylko wysiedliśmy z autobusu, od razu weszliśmy w las. Szlak wiódł najpierw spokojnie, powoli łagodnie pod górę… ale ostatecznie robiło się coraz stromiej, więcej śniegu i bardziej męcząco. I gdyby nie Karolinka popychająca mnie do przodu, kiedy ciągnęłam się godzinę drogi za resztą, chyba nigdy bym tam nie wlazła…

Ale wlazłam! I nawet teraz ogarnia mnie dzika euforia, jak sobie przypomnę tamten moment. Przeżycie to było niezwykłe nie tylko dla mnie… Kanoza dostał wtedy, tam, na samym szczycie, wśród śniegu i mrozu, koszulkę weterańską, a Jarowi przypadł emerycki polarek. Potem odprawiliśmy jakieś pedalskie pląsy, a pozostali ludzie pokazywali nas sobie palcami. Ktoś nawet uwiecznił tamtą szaloną chwilę nieokiełznanej radości na filmie i tak podbiliśmy YouTube’a. No, dobra, tak naprawdę nie podbiliśmy, bo wszystkie wyświetlenia to nasze własne…

Droga po śniegu na dół ma tę znaczną przewagę nad drogą pod górę, że nie zawsze trzeba iść. Można, na przykład, przejechać plecami po puszystej pokrywie. Można zjeżdżać też na brzuchu czy jak tam kto woli. A ze śniegu trzeba było korzystać, póki był. Bo już kawałek niżej, na Szczycie Jara biała polska zima była jedynie pięknym wspomnieniem.

Wędrując sobie beztrosko do Międzygórza, sklepów i naszego autokaru, graliśmy w „p”. Dlaczego akurat w „p”? Może dlatego, że nie znaliśmy jeszcze wtedy Kontaktu? Nie wiem… W każdym razie graliśmy. Graliśmy w sumie cały czas. I tak tym przesiąkliśmy, że po powrocie do schroniska, nie wiadomo skąd, pojawił się pomysł napisania piosenki składającej się z samych słów na „p”.

Usiedliśmy na środku zatłoczonej świetlicy i zaczęliśmy po prostu rzucać randomowe słowa, zwroty a nawet całe zdania na „p”. Narcyza spisywała to na jakimś wymiętym skrawku i tak powstała prawdziwa poezja. Niestety, poza pewnymi priorytetami prawdziwa poezja potrzebuje jeszcze odpowiedniej kolejności poszczególnych jej elementów. I nad poskładaniem jej we właściwy sposób siedzieliśmy już w sypialni. A trwało to tak długo, że w końcu posnęliśmy dokładnie w tych samych miejscach, w których leżeliśmy pisząc. Muzykę zostawiliśmy już na następny dzień.

I pracowaliśmy nad nią całe popołudnie. Jeszcze rano nieodzowne okazało się wtajemniczenie w przedsięwzięcie brodacza w alladyńskich spodniach… Efekt końcowy, jaki w szóstkę uzyskaliśmy po prawie dwóch dniach wytężonej pracy, to p-piosenka-patchwork. Filipowi kojarzy się ona z Bohemian Rapsody. Jest zszywana z różnych fragmentów różnych melodii i z często zupełnie niewspółgrających słów. Ale w swojej różnorodności idealnie oddawała klimat całego zimowiska.

Nasz debiut estradowy nastąpił dopiero w sobotę wieczorem. Usiedliśmy w tym samym miejscu, gdzie wcześniej ze strzępków głupich, bezsensownych i absolutnie niesamowitych pomysłów powstawały zalążki arcydzieła, które właśnie miało opuścić nasze gardła w pełnej krasie. Nawet jeżeli „arcydzieło” było przesadzone, to „totalny gniot” też chyba nie jest najlepszym określeniem… W końcu doczekaliśmy się bisu, a potem nawet wydania drukiem. (I w tym miejscu chciałabym wyrazić głębokie ubolewanie, że we wspomnianej wersji papierowej pominięto ostatnią zwrotkę; byłam z nią związana emocjonalnie!).

ALE WŁAŚCIWIE TO CO SIĘ DZIAŁO TAMTEGO DNIA?

Kalendarz zwykł podpowiadać, że po sobocie najczęściej następuje niedziela. Tak się zdarzyło i tym razem. A niedziela była dla nas dniem wstąpienia do żałobnego konduktu prosto do domu. Czasu starczyło na spacerek, rzewne i długie pożegnanie ze świetlicą Chaty na Przełęczy i ostatnią sesję zdjęciową.

W pociągu relacji Międzylesie-Wrocław huczało tego dnia jak rzadko. W powietrzu unosił się lekki aromat dżemów: czerwonego, żółtego, czarnego i mięsnego. W ten sposób próbowaliśmy zagłuszyć jęczącą w naszych sercach rozpacz. Ale na Dworcu Głównym na chwilę doszła ona do głosu.

Dowiedziałam się ostatnio, że klasycy mawiają, iż chodzenie po górach to drapanie się tam, gdzie nie swędzi. I mam wrażenie, że gdy już śpiewaliśmy ceremonialną piosenkę o morzu, to większość z nas trochę zaswędziało…

Protokół popełnili: Śmieszka Orzeszka, Fantyna Kutlubasi, reszta pokoju nr 8, pozostali nieliczni zainteresowani.
Kadr wcale nie jest taki ciasny, ale zbliżyć się nigdy nie zaszkodzi (fot. Sylwia)
Pewien pan popatrzył przeciwnie. Choć stopami jest z pozostałymi (fot. Sylwia)
Balkonowe harce (fot. Sylwia)
Autorka: Marysia

Zgubić można się poprzez zbytnie zaufanie swojej znajomości otoczenia i błędne ocenienie swojej lokalizacji. Czynnikami niesprzyjającymi może być nieodpowiednie podejście do sytuacji, daleka od trafnej ocena czasu powrotu i związane z tym kwestie, a także rozbieżne motywacje grupy. Nic nie zapowiadało, że w spokojny czwartek chyba najmniej dynamicznego wyjazdu w corocznym kalendarzu TKT mogło dojść do tragedii. Tego dnia mieliśmy zamówiony autokar – jechaliśmy do Czech. Poza zwiedzaniem bunkrów miała zaistnieć możliwość zakupienia w przygranicznym sklepie znanych i cenionych dóbr tego kraju – Studenckiej i Kofoli. Jako że kolejka złożona z czterdziestki Trójkowiczów nie ma szans na zaspokojenie swoich czeskich pragnień, a skoro jeżeli w jedną stronę autokar cały czas jechał po asfalcie, to logiczne będzie, że wracałby tymże asfaltem, Szef zezwolił na samodzielne kierowanie się drogą w stronę Chaty na Przełęczy.

Specyfiką poruszania się po asfalcie (przynajmniej w Trójkowym Klubie Turystycznym) jest graniczące z niemożliwym rozwleczenie grupy. I tak znalazłam się pośrodku niczego z Michasiem i Mikołajem, którzy bardziej byli przejęci (faktycznie ładnym) zachodem słońca niż perspektywą szybkiego powrotu na obiad. A z głodem i zimnem szybko przychodzi osłabienie organizmu z postępującym ogólnym rozdrażnieniem i malejącymi zdolnościami do współpracy z innymi. Gdy więc dochodząc do rozdroża Michaś zobaczył dwie jednostki ludzkie, które zamiast jednymi z nas okazały się parą miejscowych na spacerze w blasku księżyca, trochę się zaniepokoiliśmy. Biorąc pod uwagę fakt, że idącego za nami Jędrzeja widzieliśmy ostatnio pół godziny temu, mieliśmy prawo. Ogólne zmieszanie zostało jednak szybko przerwane przez pojawienie się trzech czarnych kotków, które skutecznie odwróciły uwagę Michasia i Mikołaja od sytuacji, w jakiej się wtedy znaleźliśmy. Postępując zgodnie ze śladowymi ilościami zdrowego rozsądku, powinniśmy jak najszybciej zostawić (nie ma znaczenia czy i jak bardzo słodkie) kociaki i kierować się w stronę szeroko pojętego obiadu. Zamiast tego chłopcy podnieśli się z kolan dopiero po kilku wyraźnych napomnieniach i skutecznej próbie użycia siły. Mogliśmy przewidzieć, że pójdą za nami.

Po jakimś czasie dalszego podążania drogą asfaltową stanęliśmy przed kolejnym dylematem. Znaleźliśmy się niewielki kawałek przed scenerią niemal do złudzenia przypominającą nam krajobraz z mającego miejsce zaledwie dwa dni wcześniej spaceru – mieliśmy przed oczami ten sam łagodny, szeroki zakręt z tymi samymi domkami (a w każdym razie układem świateł w oknach) i z tym samym skrótem, którym zbiegaliśmy przedwczoraj. Zgodnie stwierdziliśmy, że musimy być w bliskim otoczeniu Poręby i we trójkę zaczęliśmy schodzić dość ostrym zboczem.

W tym momencie zauważyliśmy pewne rozbieżności w krajobrazie – zamiast przez łagodną, dobrze wydeptaną i często uczęszczaną ścieżkę biegnącą przez pole przedzieraliśmy się przez w połowie zamarznięty strumień oraz trawę tonącą w błocie i ledwo widoczną spod zeszłorocznych liści. Zamiast podjąć rozpaczliwe próby wrócenia na asfalt, stwierdziliśmy, że zejdziemy na sam dół – z naszej pozycji była widoczna druga droga, zmierzająca w tym samym kierunku jak ta, z której zeszliśmy. W tym momencie okazało się, jak bardzo NIE jesteśmy przygotowani do samotnych eskapad – nie mieliśmy ani jednej latarki, a tylko jeden na trzy telefony miał zasięg. Jakimś cudem (telefon Michasia dawał najwięcej światła) udało nam się odczytać, iż stodoła, koło której zeszliśmy, była opatrzona numerem 6. W tym momencie zorientowaliśmy się, że gdy zaledwie w poniedziałek szliśmy do Poręby, żadne z nas nie zauważyło takiej stodoły. Byliśmy zgubieni – mogliśmy się tego domyślić, przewidując konsekwencje naszej decyzji zejścia z drogi i skorzystania ze skrótu. Na szczęście na czerniejącym niebie wybijało się kilka punktów – jasno oświetlone okna domu leżącego na wzgórzu. Jeżeli świecą się światła, to znaczy że jest tam człowiek, a jeśli jest tam człowiek, to może zaoferować nam pomoc. Niewiele myśląc, skierowaliśmy się w tamtą stronę. Po krótkiej chwili znaleźliśmy się przed względnie niskim drewnianym płotkiem – chłopcy z początku mieli opory przed wtargnięciem na prywatną posesję, ale szybko podążyli za mną. Pokonaliśmy kilka małych zasp, pokryte grubą warstwą lodu schody i byliśmy przed domem. Ciarki przeszły mi po plecach – ściany były po prostu maźnięte cementem, bez żadnych śladów tynku, grube drewniane drzwi nadgryzione zarówno przez ząb czasu, jak i korniki, a szyby z mlecznego szkła zasłonięte tak, że przez cienką szparę między roletami a oknem przedzierało się światło. Pukanie do drzwi nie przynosiło efektu – drewno musiało tłumić dźwięk, więc zaczęliśmy delikatnie, lecz stanowczo stukać w szyby. W tym momencie usłyszeliśmy kroki. Podbiegliśmy pod drzwi, zbiliśmy się w grupkę zmoczonych i zmarzniętych dzieciaków. Drzwi się otworzyły.

Naszym oczom ukazał się widok, który w innych okolicznościach uznalibyśmy za śmieszny. Klapki Kubota, białe skarpetki zaciągnięte niemal do połowy łydek, bokserki, rozwleczona koszulka, kubek herbaty, wąs godny typowego Janusza i wzrok mówiący mniej więcej “co wy tu robicie” – tak prezentował się nasz wybawiciel. Z Michasiem w jednym momencie odzyskaliśmy mowę, przedstawiliśmy naszą sytuację (że jesteśmy od pani Janeczki, że śpimy w Chacie na Przełęczy, w tym momencie szczęśliwie pamiętałam numer domu, że wracaliśmy z Czech i że się zgubiliśmy, i czy mógłby nam Pan powiedzieć jak mamy wrócić). Facet zaczął się śmiać. Rubasznym, szczerym śmiechem. Po chwili oznajmił nam, że jesteśmy w Poniatowie – wiosce leżącej wzgórze dalej. To wszystko wyjaśniało – jedynym błędem, jaki popełniliśmy było zejście w dół rzekomym skrótem. Widząc, że jest nam średnio do śmiechu i że zaczynają nam szczękać zęby, zaprosił nas do środka na herbatę. Chłopcy weszli od razu, ja miałam moment zawahania, ale kiedy oni zdejmowali kurtki, ja nie miałam już nic do gadania – byłam za nich odpowiedzialna. Usiedliśmy przy stole i rozejrzeliśmy się po domu. Kafelki były ułożone tylko w połowie pokoju, po podłodze walały się narzędzia i materiały budowlane. Moją uwagę zwrócił jednak stojący w kącie piękny piec kaflowy. Dziękując za herbatę (zrobioną na naszych oczach) pochwaliłam piec, a gospodarz opowiedział nam fragment swojej historii (również był z Wrocławia, kupił ten dom parę lat temu, remontuje, żeby mieć na wakacje, a z komina wywiózł 5kg sadzy) i zaproponował nam kanapki. Mikołaj odpowiedział z nas najszybciej – później mogliśmy tylko dziękować za przyniesiony chleb i ser.

W tym momencie okazało się, że Michaś próbował dzwonić do Szefa (bez odbioru), więc puścił smsa zarówno do niego, jak i do Kingi (naszym priorytetem nie było stricte rozpowszechnienie informacji, a dotarcie jej do Szefa). Po jakimś czasie Michaś oznajmił nam, że ktoś z grupy (na tym zimowisku było co najmniej kilka osób dojeżdżających samochodami) może po nas podjechać, ale dopiero za 40 minut. Tymczasem nasz gospodarz szacował czas naszej drogi na pół godziny! Podziękowaliśmy za potencjalną podwózkę, szybko pożegnaliśmy się z gospodarzem i żwawo ruszyliśmy w dalszą drogę. Po powróceniu na właściwą trasę mogliśmy tylko przyspieszyć kroku – a ja mieć nadzieję, że Mikołaj i Michaś nie zauważą trzech czarnych kotków idących za nami, których małe ślepia błyskały w ciemności. Po jakimś czasie zorientowali się, że dalej nas śledzą, ale przeszło to bez echa. Najważniejszy był powrót do Poręby i zjedzenie ciepłego obiadu.

Gdy weszliśmy do domu mieliśmy nadzieję chociaż na przebranie się w suche rzeczy – niestety (a może i stety) szybko zostaliśmy jej pozbawieni. Zza zasłony wychyliła się ekipa kuchennych, która wysłuchała tej opowieści po przekupieniu nas obiadem bez kolejki (którego oczywiście poza ogonkiem nie otrzymaliśmy, szuje). Po chwili zostaliśmy zaproszeni do pokoju z kominkiem na swego rodzaju konferencję prasową, na której (oczywiście) śmiechom nie było końca.

Następnego dnia na tarasie Chaty na Przełęczy czekały na nas trzy czarne kotki.

Marysia
Najliczniejsze zdjęcie grupowe w historii zimowisk (fot. Grzesiu)