a

Okraj 02-03 IV 2016

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Michał Żłobicki
  • Ania Zaleska
  • Paweł Jacyk
  • Grzesiek Smoła
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Paweł Kazimierczyk
  • Wojtek Hebisz
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Agata Kwaśniewska
  • Ola Kwaśniewska
  • Filip Marcinek
  • Piotr Szymajda
  • Michał Urban
  • Iza Bożek
  • Marta Markowicz
  • Mira Najdek
  • Narcyza Krajewska
  • Weronika Wykrota
  • Gosia Maciejewska
  • Karol Kuczmarz
  • Dawid Ignasiak
  • Ania Faltyn
  • Weronika Zielińska
  • Hela Cebrat
  • Agnieszka Sawicka
  • Marta Posadzy
  • Ola Gerszendorf
  • Julia Osmólska
  • Kuba Wrona
  • Julia Ryszczyk
  • Ewa Załupka
  • Kuba Poprawski
  • Karolina Olech
  • Marta Olszewska
  • Ola Chlabicz
  • Piotr Teplicki
  • Agnieszka Rucka
  • Kinga Staniszewska
  • Jędrzej Barański
  • Mikołaj Piotrowski
  • Justyna Dobras
  • Ola Balasińska
  • Monika Kisz
  • Kamil Maćków
  • Krzysiek Ragan
  • Julia Koronczok
  • Julia Błaszczyk
  • Emilia Skwarska
  • Ala Kamińska
  • Emilia Lebiedowska
  • Agnieszka Zegan
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Karpacz
Samotnia
Śnieżka
Okraj
Kolorowe Jeziorka
Ciechanowice
Autorka: Julka Retro

Kwietniowa wycieczka na Okraj jest dla mnie w pewnym sensie szczególnie ważna, ponieważ była moim pierwszym wyjazdem z TKT. Jak wszystkie kolejne bardzo wyraźnie odbiła się w mojej pamięci, albowiem każdy z miziotripów jest niepowtarzalny, niesie ze sobą całą plejadę niezwykłych i jakże pozytywnych doświadczeń. Przed Okrajem nasz Klub zdawał mi się jakiś niedostępny, tajemniczy, ukryty i pełen rytuałów. Nie wiadomo jakim sposobem się do niego dostać. Dać dowód swojej górskiej naturze serią dzikich okrzyków? Zaczaić się na peronie i niespostrzeżenie podczepić się pod grupę? Nawiązać kontakty z gangsterami, by potem pojawić się w czarnym smokingu, z głową w kłębach dymu z cygara i z rewolwerem w dłoni stanowczo zażądać informacji? Okazało się, że wystarczy się zgłosić do profesora Mizi, co też uczyniłam wraz z Julią i Emilką z naszej klasy. Mimo że limit uczestników został już dawno przekroczony, przyjęto nas z otwartymi ramionami.

3 kwietnia o godzinie wczesnoporannej zebraliśmy się tradycyjnie w hali głównej dworca. Celem początkowym podróży była Jelenia Góra. Pociąg ruszył, unosząc nas gładko na południe, ku Karkonoszom, a ja, wsłuchując się w rytmiczny stukot na torach, nabierałam coraz lepszych przeczuć. Spróbowałam zagrać w mafię prowadzoną przez Bożydara, ale szybko zrozumiałam, że nic nie rozumiem i lepiej dla mnie oraz wszystkich wkoło będzie, jeśli pogapię się przez szybę na krajobraz z każdą chwilą stający się bardziej nieokiełznany, pełen wzniesień. Zdawało się, że ten śpiący twardym, odwiecznym snem garbaty stwór oddycha głębiej i głębiej, łagodnie falując. Przedwiośnie. Pola zmieniały się co chwilę z nieopierzonym jeszcze, zmierzwionym lasem podobnym do czupryny ledwo zbudzonego w sobotę studenta. Sfotografowałam przepysznie lukrowane śniegiem, piętrzące się w oddali błękitne szczyty. Wysiedliśmy w Jeleniej Górze, dalej – do Karpacza – podwiozły nas dwa busy. Z buta podeszliśmy pod wejście na szlak. Tam odbyło się oficjalne rozpoczęcie wyprawy – utworzenie koła ze stertą plecaków pośrodku, przedstawienie się każdego z ponad 60 uczestników, krótka przemowa Szefa. I zaczęło się! Ruszyliśmy z werwą na Samotnię.

Pierwsze zdjęcie Julii Retro dla TKT. Przedstawia zapowiedź czegoś wielkiego (fot. Julka Retro)

Od razu kamienista ścieżka zmieniła się w pasmo nierozmarzniętego jeszcze śniegu. Na pierwszym postoju wysłuchaliśmy opowieści profesora Mizi o początkach przepraw przez Sudety. Dalej nie zatrzymywaliśmy się na długo. Pod Samotnią zrobiliśmy zdjęcie grupowe, po czym pięliśmy się wyżej, na Strzechę Akademicką. Dalej wszystko było pokryte grubą czapą twardego śniegu, gdzieniegdzie wystawały tylko zahartowane gałązki kosodrzewiny. Krajobraz dookoła zaczął przypominać biegun polarny. Mocny, zimny wiatr siekł w nas co chwilę bryzą śnieżnych odłamków, oślepiała nas wszechobecna biel i ostre słońce (efekty tych czynników uwidoczniły się następnego dnia na naszych twarzach pięknym, malinowym kolorem, a łysina Szefa przybrała barwy narodowe). Wyjątkowo czyste, jak na wiosnę przystało, niebo zapewniało świetną widoczność, więc można było podziwiać roztaczające się w dole widoki. Grupa bardzo się rozciągnęła. W małych stadkach lub nawet na własną rękę każdy z nas dotarł na szczyt Śnieżki. Nie było to wcale takie proste zadanie – wejście utrudniał lód, a trasa była bardzo uczęszczana, więc trzeba było raz po raz przepuszczać innych turystów. Na górze zrzuciliśmy z siebie ciężar plecaków oraz wspólnie uszczupliliśmy swoje zapasy prowiantu. Nadszedł również czas na ceremonię wręczenia koszulek weterańskich. Tego zaszczytu dostąpili Justyna, Jędrzej i Mikołaj. Czarny polarek i tytuł emeryta został przyznany Kindze.

W wyglądzie i smaku przypomina lody straciatella (fot. Julka Retro)
Przynajmniej mgły nie ma i widać gdzie się idzie. Do horyzontu (fot. Grzesiu)

Po odpoczynku poderwaliśmy się do kontynuacji wyprawy. Schodziliśmy w dół Drogą Przyjaźni Polsko-Czeskiej. Właściwie należałoby powiedzieć, że z góry zbiegaliśmy lub ześlizgiwaliśmy się z niej, a niektórzy poprawili sobie nawet krążenie, zjeżdżając na zadku po szorstkim lodzie. Zapadając się w śniegu wśród wyższej już kosodrzewiny, doszliśmy do czeskiego schroniska Jelenka – kolejny krótki przystanek. Stamtąd nie było daleko do naszego ostatecznego celu. Na Przełęczy Okraj zjawiliśmy się około 17:00. Przed obiadokolacją, podzieloną na dwie tury, był czas na ulokowanie się w pokojach, zmianę przemoczonych skarpetek i spodni, lizanie ran i rozładowywanie niekończących się zapasów dobrego humoru.

Wieczorem, wziąwszy prysznic (oczywiście każdy osobno), zebraliśmy się na dole. W ruch poszły blaszane kubki, piernik i inne wiktuały, herbata lała się z gara obfitym strumieniem.

Pojedyncza nuta w białej przestrzeni podzielonej na takty (fot. Julka Retro)

Z tak rozgrzanymi gardłami i w równie rozgrzanej atmosferze rozpoczęło się śpiewanie. Byłam w owym czasie jeszcze zupełnie zielona w TKTowskich piosenkach.

Nieco skonfundowana siedziałam na podłodze wciśnięta między innych. Szybko trafił w pobliże czyjś śpiewnik, co pozwoliło mi i innym nowicjuszom brać czynny udział w śpiewankach. Muzykowanie niosło się aż do godziny 2:00 w nocy. Do tego czasu wiele osób poszło już spać (ja wykruszyłam się w przerwie od piosenek, kiedy na sile przybierała dyskusja, czy szklankę z uchem zaliczyć można do szklanek, czy raczej do kubków). Spaliśmy do 8:30. Obudziło nas „Kakao”, co prawda nie przyniesione w filiżance do łóżka, ale wyśpiewane z mocą przez Szefa przy akompaniamencie gitary – czyli równie dobre (a może nawet i lepsze!).

Różne aparaty, różni fotografowie, różna strona, różne światło – tylko szczyt ten sam (fot. Julka Retro, Grzesiu poniżej)

Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę w pełnym uzbrojeniu zostawiając za sobą śnieg i wstępując na wypłowiałe wzgórza. Na jednej z łąk podczas postoju grono chętnych zagrało w pająka. Nie był to jednak koniec wyzwań – na tej wycieczce czekała nas jeszcze jedna góra do zdobycia, a mianowicie Wielka Kopa. Nie wszyscy dali radę stromemu podejściu przez las. Na domiar złego każdemu skończyła się woda, więc pragnienie mogliśmy gasić co najwyżej rozpuszczając w ustach śnieg leżący jeszcze płatami bliżej szczytu.

Można powiedzieć, że dalej było już tylko z górki. Przechodziliśmy przez coraz bardziej płaskie tereny, mijaliśmy wiejskie gospodarstwa i ludzi, który przerywali na chwilę swoje zajęcia i wpatrywali się w idących wędrowców. Zachwyciły nas feerią barw kolorowe jeziorka w Rudawach Janowickich. Późnym popołudniem dotarliśmy do stacji w Ciechanowicach. Czekając na pociąg przy torach, zostaliśmy poczęstowani serią wybornych TKTowskich sucharów – Pająk mówił kawał o kondorze, Szef o orle, a Grzegorz Smoła rozbroił publikę żartem o grzybiarzu. Tak optymistycznie zaprawieni przypuściliśmy szturm na pociąg. W czasie podróży ruszyła produkcja taśmowa kanapek z tym, co się ostało.

Kiedy dojechaliśmy na Dworzec Główny we Wrocławiu, tradycyjnie pożegnaliśmy się na peronie. Wkoło same uśmiechy na spalonych słońcem twarzach. Długo czułam falę euforii, zmęczenie trochę dawało o sobie znać, ale z drugiej strony miałam wrażenie, że z TKT mogę przejść jeszcze wiele kilometrów, chciałam chwytać z nimi kolejne przygody – i tak też się stało.

Julia, zwana Retro