a

Płonina 14-15 V 2016

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Paweł Kazimierczyk
  • Grzesiek Smoła
  • Michał Żłobicki
  • Ula Grochocińska
  • Ania Zaleska
  • Paweł Jacyk
  • Benjamin Jurczok
  • Magda Buszka
  • Wojtek Hebisz
  • Justyna Dobras
  • Agata Kwaśniewska
  • Marysia Kuczmarz
  • Iza Bożek
  • Filip Marcinek
  • Dominika Wąsowska
  • Michał Urban
  • Weronika Wykrota
  • Martyna Firgolska
  • Natalia Jeszka
  • Dawid Ignasiak
  • Karol Kuczmarz
  • Agnieszka Sawicka
  • Ania Faltyn
  • Hela Cebrat
  • Ola Niedziewicz
  • Kuba Wrona
  • Julia Osmólska
  • Marta Posadzy
  • Ola Gerszendorf
  • Kuba Poprawski
  • Mikołaj Weber
  • Karolina Olech
  • Emilia Skwarska
  • Kaja Drozdowska
  • Piotr Teplicki
  • Agnieszka Zegan
  • Tomek Czyżycki
  • Julia Błaszczyk
  • Teresa Sembratowicz
  • Lilia Gejderich
  • Antoni Szymani
  • Marta Błażejewska
  • Julia Urban
  • Mateusz Grześkowiak
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Witków Śląski
Trójgarb
Domanów
Poręba Górska
Płonina
Zamek Niesytno
Marciszów
Autorka: Julka Retro

Obywatele! Młodzieży! Niechaj przykładem dla Was będą uczniowie LO III we Wrocławiu, członkowie stowarzyszenia zwanego Trójkowym Klubem Turystycznym, którzy wolne chwile z ochotą spędzają hartując ducha i ciało na łonie natury, wśród zieleni, pod błękitem nieba. Zwróćcie swe oczy w stronę szwarnych młodzieńców i nadobnych dziewcząt i tak jak oni z pieśnią na ustach ruszajcie w góry!

Z dużej chmury mali ludzie (fot. Julka Retro)

14. maja nadejszła dla nas pora, by wyruszyć na drugą w historii klubu retro wycieczkę. Cel – Góry Kaczawskie z noclegiem w Płoninie. Tak więc, w sobotni poranek wstaliśmy razem ze słońcem, przywdzialiśmy najstarsze ciuchy jakie się dało, po czym owinięci w bawełnę (tudzież len) podążyliśmy na pociąg. Na dworcu najczęstszym powitaniem było „Serwus!” oraz „Czołem!”. Wielu z nas było zaopatrzonych w co najmniej dwudziestoletnie, płócienne plecaki ze stelażem, aparaty analogowe i stare skórzane buty. Moje poszukiwania wiekowego plecaka niestety zakończyły się fiaskiem, a na dodatek mój ubiór niewiele różnił się od tego, co zwykle noszę (to akurat wskazane w tym przypadku), ale uzbroiłam się w czarno-biały film do mojego aparatu. Po ostatniej wyprawie na Okraj mogłam liczyć na dobre ujęcia, a w tak dogodnych warunkach pogodowych fotografowanie zapowiadało się bardzo obiecująco.

Pociąg ze stukotem zabrał nas w inne czasy. Wysiedliśmy na stacji w Witkowie. Stamtąd, po tradycyjnym rozpoczęciu ekspedycji ruszyliśmy na Trójgarb. Pokonaliśmy jedyne bardziej strome podejście tego dnia, a przy okazji spotkaliśmy policjanta (na potrzeby atmosfery można nazwać go milicjantem) i leśniczego. Na górze zrobiliśmy całkiem długi postój. Jakże klawo było nam leżeć na trawie w cieniu drzew, popijać wodę i częstować się sucharami (w każdym tego sformułowania znaczeniu)! Później wszyscy ubawili się, gdy Grzesiu Smoła robił wesołe baranki, by odbić fanta – pozostawioną nieopatrznie torbę. Schodząc z Trójgarbu pomyliliśmy drogę i zeszliśmy nie do tej wsi co trzeba. Jednak cóż to za przygoda, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem? Na następnym wzniesieniu zastaliśmy cudny widok: rozległe pole usiane żółtym kwieciem. Tysiące błyszczących tarcz zegarków, wskazujących jednomyślnie majową godzinę, rozciągające się dookoła pastwisko, którym karmiliśmy swój wzrok. Ustrzeliłam wtedy parę fotografii, co prawda nie ujmujących w sobie owych kolorów, ale został osiągnięty bardziej pożądany efekt – zdjęcia wyglądają jak wyjęte z pamiętnika prababci. Po przejściu przez łąki znowu znaleźliśmy się na niższym terenie, wśród niezbyt gęstych, prowincjonalnych zabudowań. W Domanowie wstąpiliśmy do wiejskiego sklepu, gdzie tamtejsi mieszkańcy, popatrując na nas nieco nieufnym, acz zaciekawionym spojrzeniem, zażywali krztyny rozrywki przy zdezelowanych automatach z grami. Rozsiedliśmy się przy zarośniętym rowie, jedząc zakupiony bądź wyjęty z własnych tobołów prowiant.

Krajobraz otwarty na oścież (fot. Julka Retro)
Mruganie zenitowym okiem (fot. Dominiczka)

Dalsza trasa wiodła przez chaszcze i zagubione w nich tory kolejowe. Idąc po nich doszliśmy do zapomnianej stacji. Przyszła chwila na wręczenie koszulki weterańskiej - tym razem czerwień z dumą przywdziała Teresa Sembratowicz. Później z owocnym skutkiem szukaliśmy masztu z białą kulą. Z czasem słońce zaczęło chylić się do horyzontu i zrobiło się naprawdę chłodno, trochę dopadało nas zmęczenie. Mimo to szliśmy dalej, przez łagodne wzgórza, aż ukazał nam się niesamowity obraz. Po marszu poprzez szarzejące łąki oślepił nas złoty blask – zachodzące słońce wychyliło się spod chmur i rozlało grubą smugą na całą okolicę, nasze włosy i twarze, a także klisze w aparatach. Wkrótce doszliśmy do domków w Płoninie. Czekał na nas gar bigosu, więc połowa pobiegła czym prędzej na pierwszą turę obiadową. Nie oznacza to, że pozostali mieli mniej szczęścia! Zatroskana gospodyni, pani Magda, zajęła się resztą głodnych częstując nas wyborną, domową zupą z młodych pokrzyw, smażonymi naprędce naleśnikami z dżemem jagodowym i pysznym ciastem marchewkowym. Uwijała się cały wieczór przy niewielkiej kuchni tuż przy pokoju zajmowanym m.in. przeze mnie i inne dziewczyny z ówczesnej 1F. Z satysfakcją wypełniała misję karmienia zmęczonych wędrowców, za co byliśmy jej bezgranicznie wdzięczni. Gospodarz natomiast był zadziwiony faktem, że nikt nie pyta o dostęp do Internetu. Do czego? Czym jest „Internet”? Zupełnie nie wiedzieliśmy o czym on mówi, chyba naczytał się za dużo literatury futurystycznej!

Po umyciu się wybuchły gwarne rozmowy i śmiechy. Tak samo jak niektórzy, nie miałam siły zejść później na śpiewanie do drugiego budynku, więc pozostałyśmy z Martą i Emilką zakopane w śpiworach i szybko odpłynęłyśmy w sny. Jak się rano okazało, nie wyszłyśmy na tym najgorzej, albowiem gospodarz na noc zamknął nasz budynek i zniknęła możliwość powrotu ze śpiewanek. Z tego powodu Szef zmuszony był przenocować w drugim domku, poza swoim śpiworem.

Zwycięska Madzia – dumna przodowniczka pracy i jej suchary (fot. Julka Retro)
Konkurs na retroekwipunek kolejny raz okazał się sukcesem, ale Stachu i tak bije nas na głowę w byciu retro – budowanie średniowiecznego zamku trudno przebić (fot. Grzesiu)
„Wystukaj po torach do mnie list…” (fot. Grzesiu)

Na drugi dzień rano, po śniadaniu zawierającym smaki przeszłości takie jak paprykarz szczeciński zwiedziliśmy stojący nieopodal, remontowany zamek. Pogoda nie była tak dobra jak wcześniejszego dnia, więc wszyscy wymarzli trochę w chłodnych murach. Tym większą przyjemność sprawiło nam ognisko i urządzenie festiwalu retro, czyli konkursu na najbardziej stosownie ubraną i wyekwipowaną osobę. W jury znalazł się m.in. zwycięzca zeszłorocznej edycji, czyli Filip. Rywalizacja była zacięta, w ruch szły stare koszule, kapelusze, obuwie, pojemniki na picie, wiktuały i wiele innych zapomnianych reliktów dawnych lat. Ostatecznie pierwsze miejsce zajęła Madzia Buszka, która podbiła serce jury paczką wybitnie archaicznych sucharów (tym razem chodzi o artykuł spożywczy, nie należy odczytywać tego jako tzw. „żart z brodą”). Drugie miejsce przypadło Grzesiowi, a trzecie… zdaje się, że mi! Klawo! Wzruszony do głębi pan Stach przyznał nam nagrody.

Niedługo potem ruszyliśmy w drogę powrotną. Nasz szlak znowu stanowiły tory. Można było wybrać sobie technikę chodzenia: środkiem bądź balansując na metalowej szynie. Czasem mijaliśmy zwierzęta gospodarskie. Konie pasły się spokojnie przy trakcie, a pokaźne stado łaciatych krów wprawiliśmy w takie osłupienie, że w bezruchu gapiły się na nas, a po chwili biegły przez moment wzdłuż linii kolejowej niczym w westernie. W ten sposób dotarliśmy na stację w Marciszowie i również po torach, ale już z pomocą pociągu, podążyliśmy do Wrocławia. Retro wycieczka dobiegła końca, a my powróciliśmy (jedni bardziej, drudzy mniej) do XXI wieku.

Julia, zwana Retro


Zeszliśmy na właściwy tor (fot. Julka Retro)