a

Bieszczady 18-31 VII 2016

Obóz Wędrowny

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Michał Żłobicki
  • Ania Zaleska
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Agata Kwaśniewska
  • Wojtek Hebisz
  • Benjamin Jurczok
  • Marta Markowicz
  • Ala Kołodziejska
  • Michał Martusewicz
  • Jan Mazur
  • Piotr Szymajda
  • Kinga Staniszewska
  • Michał Urban
  • Bartek Pruchnik
  • Ania
    Gerus
  • Magda
    Buszka
  • Filip
    Marcinek
  • Karol Knapiński
  • Weronika Wykrota
  • Narcyza Krajewska
  • Dawid Ignasiak
  • Hela Cebrat
  • Agnieszka Sawicka
  • Ania Faltyn
  • Julia Osmólska
  • Kuba Wrona
  • Marta Posadzy
  • Ola Gerszendorf
  • Monika Kisz
  • Julia Błaszczyk
  • Ania Majcher
  • Kuba Mazur
  • Sylwia Bednarska
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Ola Kwaśniewska
  • Wojtek Jacaszek
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Ustrzyki Dolne
Czarna
Chata Socjologa
Stuposiany
Mała Rawka
Rabia Skała
Kalnica
Nowy Łupków
Czystogarb
Autorzy: Ala i Myśliwy

Oto Bieszczady 2016, relacja Ali oraz Myśliwego.

1.

Zaczęło się od tego, że jechaliśmy przez noc, pociągiem do Tarnowa. Wyjątkowy był on z tego powodu, że podłoga kleiła się w nim wszędzie poza toaletą (czyż nie jawna inwersja?). Wagon bezprzedziałowy, a więc standardowy podział na przedziały śpiące i przedziały grające całą drogę w mafię albo rozmawiające trochę się upłynnił. Ostatecznie zwyciężała nas senność. Jak również chyba kierownika pociągu.

– Planowany przyjazd, godzina dwudziesta druga… ...... …pięćdziesiąt – oznajmił przez interkom.

Istotnie, mieliśmy trochę opóźnienia, ale mimo obaw szczęśliwie w Tarnowie przesiedliśmy się w pociąg do Zagórza, a stamtąd autobusem (jednym, choć przydałyby się dwa) do skrzyżowania tuż przed Ustrzykami Dolnymi, skąd ruszyliśmy pod cerkiew w Równi. Zawiązaliśmy tam inauguracyjne koło i pogratulowaliśmy Ani, Oli i Marcie udziału we wszystkich wycieczkach od początku pierwszej klasy aż do obozu. Dotychczas udało się to tylko Pająkowi. Wtedy też pierwszy raz wziąłem do ręki cyfrówkę Julki (która i tak wygląda retro, no bo przecież nie może inaczej) i po trzech latach przerwy wróciłem do fotografowania Miziowycieczek.

Do Czarnej, wsi bocianów, dotarliśmy przez błoto i mżawkę, dwukrotnie przechodząc boso przez rzekę. Lub nie boso. Hebisz za pierwszym razem stwierdził, że spróbuje nie zdejmować butów i twardo przeszedł, a jego wysokie buty stawiały opór płynącej wartko wodzie. Za drugim razem uznał, że skoro wtedy nie zdjął, to teraz też nie zdejmie. Bliska była mi ta filozofia. Niestety pod koniec trasy nadal nie przestawało padać. Krótko mówiąc – Czarna D.

Łąki otwierały nam widoki na zamglone góry i wzgórza porośnięte lasem. Nad wsią kołowały biało-czarne ptaki, a ich klekot unosił się przez cały poranek nad szkołą, na dachu której uwiły sobie gniazdo.

2.

Tuż po śniadaniu na kuchni pojawił się ogromny gar pełen obranych ziemniaków. Tak znikąd? Tak, ta najbrudniejsza robota zawsze jest pomijana… Nie żebym to ja je obierał, bo może tak to zabrzmiało. Ja oddawałem się wtedy rozrywkom sportowym. PTSM w Czarnej słynie z udostępnionej sali gimnastycznej. Część ekipy na czele z Szefem uznała, że nie ma co się oszczędzać na sam początek obozu. Dwie albo trzy godziny harataliśmy w gałę. Był czad. A potem jeszcze siatkówka, którą sędziował Pająk. Nie żeby kiedyś pojechał na obóz sędziowski. Albo żeby miał gwizdek. A i tak gwizdał!

W tym czasie dotarli do nas Ania i Kuba, absolwenci i niemal debiutanci. Pomogłem im znaleźć jakieś wolne łóżko, póki ekipa mafijna jeszcze wszystkich nie połamała (to dłuższa historia, odsyłam do Przygód Marysi…). Następnie stwierdziliśmy, że nie ma co tak siedzieć w miejscu i wybraliśmy się na deszczowy spacer do cerkwi w Bystrem. Po bezdrożach rosły maliny, a na łąkach zdarzały się nawet porzucone czerwone maluchy. To jest właśnie przedsmak Bieszczad – zamglone, niepozorne łąki i trochę inny rodzaj końca świata, niż ten na Przełęczy Bukowskiej. A o tym za kilka dni. A na razie skupiliśmy się na rzeczownikach żeńskich niekończących się na literę „-a”. Kiedy okazało się, że nie jest ich wcale mało, próbowaliśmy sklasyfikować wszystkie litery, na które się owe rzeczowniki kończą. Wyniki badań nie zostały opublikowane. Gdy i to się nam znudziło, dłużący się asfalt do Czarnej przeklepaliśmy razem z miastami na „M”. A tymczasem…

Gdy większa część ekipy poszła na spacer, sformowaliśmy grupę pierogową i wzięliśmy się do pracy. Po kilku godzinach – zapadł już zmierzch, więc mogło być około dziewiątej – zaczął kończyć się farsz. Z wyprawy po ser wróciliśmy przemoknięci do suchej nitki. Czesław ubrał Jankowy beret z gwiazdą i poszedł do pokoju nauczycielskiego, który służył nam za stołówkę i świetlicę, by zarekwirować cukier. Lud był niepocieszony, szczególnie Janek, który przecież kocha słodzić. Och, jak słodko to zabrzmiało. Każdy słodził średnio około dwóch łyżeczek, więc strata była znaczna.

A jednak, „nic nie zwarzy Twojego humoru, co, Jasiu?” (potwierdzenia tych słów szukajcie w relacji z Obozu 2014). W kuchni schroniska w Czarnej Górnej pierwszy raz pojawiły się słynne Bieszczady na Widelcu. Za kamerą – Sylwia. W roli głównej – nie Robert Makłowicz, ale sto razy lepszy od niego Jan Mazur. Najchętniej odesłałbym Was do tej właśnie relacji (co niniejszym czynię), jednak wierzę, że mogę przytoczyć poniżej parę słów. Oglądanie jest i tak jeszcze sto razy lepsze (powtarzam się?).

– O, cześć. Ja jestem Janek i pomagam w kuchni. Robimy taki świetny obiad (…) No co mam powiedzieć, no tak wygląda nasza praca, ale wyżyć się da, zasadniczo.

Znudzeni tradycyjnymi kształtami, takimi jak pierogi z falbanką, uszka czy uszka z falbanką, które wyglądały jak kwiatki, postanowiliśmy prowadzić innowację produkcji. Stworzyliśmy najpierw garść cukierków, potem jakieś koperty, pudełeczka i sakwy; wreszcie Janek ulepił koszyczek i dumny odstawił go na stół. Ania, zbierając resztki do rozwałkowania, zgarnęła także ten koszyczek i zgniotła go w dłoni. Janek był zdruzgotany (jak jego koszyczek); Gerusówna pospiesznie zaczęła naprawiać swój błąd, czym nieco go udobruchała. Ku zdziwieniu wszystkich, koszyczek nie rozpadł się w gotowaniu. Udekorowano go dżemem, przykryto talerzyk miską i zaserwowano – z pełnym profesjonalizmem – Szefowi. Na tym się nie skończyło. Szef, jak zwykle udzielający się w, jakby to ująć, rozrywkach świetlicowych, stał się głównym degustatorem wszelkich pierogowych tworów ludzkiej ręki, przechodzących jednak ludzkie rozumienie.

– Miejscowy zakład wznowił tę produkcję po latach – relacjonował Szef – i muszę Wam przyznać, naprawdę fantastyczne.

Później Janek stworzył długiego węża – bieszczadzkiego pierożnika pospolitego – i zawołał do Karola, który zmienił przy garnku Alinkę:

– Ej, ugotuj mi wonsza!

– To najdziwniejsza prośba, jaką słyszałem.

Szef otrzymał wonsza razem z trzema jajami – kulkami serowego farszu, których jednak chyba bał się tknąć.

Przez cały czas Pan Kucharczyk prowadził ewidencję pierogową. Przed wyjściem z kuchni należało ustawić się w kolejce i Pająk bardzo uprzejmie, jak na tę czynność, zaglądał wszystkim w talerz, stawiając kreski w zeszycie. Wynik: 676 ruskich, 148 sztuk produkcji dodatkowej, razem 824.

Wreszcie skończył się nawet ser. Rozważaliśmy, czy robić pierogi z ciastem, czy z miłością; ostatecznie ugotowaliśmy placki z zamiarem odsmażenia ich na śniadanie. A więc jeszcze plus 25.

3.

Nazajutrz ruszyliśmy na zachód, żegnani nieustannym klekotem. I czarną lamą, którą ktoś trzymał jako zwierzę hodowlane? To naprawdę koniec świata.

Na pierwszym postoju znowu odezwały się Bieszczady na Widelcu. I choć sam usłyszałem o tym pierwszy raz na zimowisku w Porębie, to dopiero teraz 10 paluszków w minutę zapisało się głośnym echem w historii TKT. Sam Janek nie podołał wyzwaniu, ale za to sędziował późniejszy konkurs, który wygrał Benek. Nie wiem jednak, czy bawił się tak dobrze jak Werka, która w minutę zjadła 2,5 paluszka.

Od Czarnej Dolnej podążaliśmy łąkami, mijając grobowiec przysiółka nad potokiem Cygańskim. Na słonecznym niebie cudownie rysowały się chmury, postrzępione i skłębione. Stamtąd leśnym szlakiem wspięliśmy się pod Moklik; po niekrótkim postoju ruszyliśmy w dół, ku Jaskini Jahybcie na Rosolinie. Strome zejście pokryte było błotem, więc niejednemu grunt uciekł spod stóp. Wreszcie podążanie ścieżką okazało się niemożliwością i zaczęliśmy przedzierać się bokiem. Właściwie leśne podłoże przypominało śliskością szlak, ale można było korzystać z pomocy dość gęsto rosnących drzewek. I mniej pomocnych kolczastych krzewów. Stawiając stopy ostrożnie i hacząc o gałązki i krzaki, nie bez trudu dotarliśmy do nieco bardziej płaskiej ścieżki. Szef w atmosferze tajemnicy poprowadził chętnych kilkanaście kroków w lewo, za powalone drzewo, gdzie – w miejscu, w którym wyszedł z lasu – obok odcisku jego butów widniał spory trop. Niedźwiedzi, jak twierdził.

Wtem wyszliśmy z lasu na rozległą, pofalowaną łąkę, barwną tysiącem kwiatów, na tle błękitnych gór. Przeszedłszy ją, zostawiliśmy plecaki i kilku leniwych, po czym zeszliśmy ku Czarnemu. Ścieżka, zaopatrzona w drewnianą poręcz, bynajmniej nie zachęcała stromizną i ubłoceniem. Bez większych przeszkód dotarliśmy jednak na dół, gdzie potok wymył w skale niską grotę. Jej sklepienie było u wejścia osmolone dziesiątkami ognisk. Ale i tak jestem przekonany, że to powszechnie niedoceniane przez turystów miejsce. Może i dobrze. Ważne, że my o nim wiemy.

Powróciwszy na brzmiącą owadami łąkę, przecięliśmy ją i weszliśmy w las; szlak doprowadził nas wkrótce do drogi z betonowych płyt. Wtem po lewej pojawił się drogowskaz twierdzący uparcie, że szlak skręca w prawo, w wysokie zarośla. Zignorowanie go i pozostanie na drodze wiązało się z przekroczeniem szerokiej rzeczki, w jaką zmieniał się w tym miejscu Czarny. Czesław zagłębił się w zarośla, przeskoczywszy ukryty w nich strumyk, i szukając szlaku, wszedł w pokrzywy wysokie jak on sam. Nie bez powodu jednak pisał klasyk „Pająk – weteran, nie zgubi nigdy szlaku”. Zbadał on ścieżynkę wiodącą w przeciwną stronę i zaraz zawołał nas, ogłaszając znalezienie drogi. Ledwo widoczna, prowadziła w poprzek stromego zbocza, by w kilka śliskich kroków wywieść na jego szczyt. Tam rozciągała się słoneczna łąka; trzymając się krawędzi lasu, przedarliśmy się ku miejscu, gdzie wyrwa w drzewach wypuściła nas z powrotem na betonową drogę. Tuż za nami pluskał, przelewając się przez nią, Czarny – w ten sposób szlak omijał jego zakole, pozwalając uniknąć zamoczenia stóp, za to zapewniając atrakcje w postaci śliskiego i stromego zbocza. W międzyczasie zawiązała się szeroko zakrojona kampania namawiania Madziulki na następujący po obozie paraobóz. Zainteresowana (a przynajmniej wierzyliśmy, że będzie zainteresowana) miała otrzymać z nieznanego sobie numeru szereg promocyjnych smsów, między innymi talon na zupę w Ośrodku Rekolekcyjnym na Śnieżnicy albo miejsce na ławce od zawietrznej przy ognisku na Lubaniu w dniu koncertu Mizia&Mizia feat. Platon. Wystarczyło wysłać smsa o treści JADĘ, ZUPA lub BEZ DYMU na podany numer. Koszt wysłania smsa zgodny z taryfą operatora.

Droga ta zaprowadziła nas do Polany, gdzie stoi dzwonnica parawanowa, której zapomnieliśmy obejrzeć. Stamtąd szutrówką, przy której rosły słodkie maliny, ruszyliśmy pnąc się nieustannie pod górę i grając w Pe. Po dłuższej, niż się spodziewaliśmy, wędrówce zalesionym grzbietem Otrytu wyszliśmy na polanę, z której otwierał się widok na odległy grzbiet Caryńskiej. Na owej polanie stoi Chata Socjologa: przed transformacją dom pracy twórczej, azyl wolnej myśli i wymiany poglądów, obecnie cel ucieczek przed gwarem miasta – jak można było przeczytać na wiszącej w sali głównej karcie.

Chatar był lekko zły na człowieka, który przyjmował rezerwacje i zgodził się, by do Chaty, w której miejsc było w sam raz dla naszej grupy, przyjechały w tym samym czasie Wiewiórki i Rajd Socjologa. Ścieśniliśmy się więc w szesnastoosobowym pokoju, co po prawdzie nie było dla nas dużym problemem. Przynajmniej dopóki do pokoju nie dotarł ostatni kładący się na spoczynek, czyli Szef, który musiał położyć się na podłodze między łóżkami. Ale zanim to:

Przed obiadem, który Ola i Ania przygotowały na kuchni opalanej drewnem, część ludzi oddała się rozrywce, jaką jest kąpiel w strumieniu. Jej popularność, o dziwo, okazała się tak duża, że powstało nawet coś w rodzaju kolejki do prysznica. Tymczasem zapadł zmrok; wody potoku mieniły się lekko, odbijając nikłe światło gwiazd.

– Jak rusałki! – zawołała Julka.

Pyszny obiad został rozdany, herbata uzupełniona, zaczęły się wspólne śpiewy. Znalazły się nawet grzechotki i bębenki. Aż w końcu nadszedł czas na niespodziewaną, jak zwykle, ceremonię. Akurat nikt nie został weteranem, ale za to aż cztery osoby przeszły na emeryturę. Ola, Sylwia, Marysia i Olek, przy czym tych dwoje wciąż niepełnoletni. Coś tu chyba jest nie po kolei.

Noc trwała długo w noc, kolejne osoby udawały się na spoczynek, a pozostałe przybliżały do kominka. W końcu w sali zapadła cisza, która otuliła najwytrwalszych. O czym się myśli w takiej ciszy? Łatwiej powiedzieć, o czym się nie myśli, a nie myśli się o mieście, o pracy, szkole, pieniądzach… Ja, leżąc na bujanej ławce, sięgając co parę minut po kubek zimnej herbaty i słuchając tej ciszy, miałem wrażenie, że tak można zdobyć górską noc na własność, wypełnić się nią, by została już na zawsze gdzieś wewnątrz.

Kilka lat wcześniej była wizyta w Stolcu, to teraz przyszedł czas na… (fot. Sylwia)
Wąż pierożnik i jego jaja (fot. Sylwia)

4.

Właściwie obecna Chata Socjologa jest dość nowa, zbudowana przez studentów na początku tego tysiąclecia. Poprzednia, mniejsza, postawiona za komuny, spłonęła. Jaka część jej księgozbioru ocalała? Dziś można znaleźć na półkach stare wydania Tatarkiewicza, większość dzieł Nietzschego, Norwida, ale też wiele nowszych książek. Wybrawszy, powiedzmy, wydanie Klubu Pickwicka z 1951 roku, można nalać sobie herbaty z ogromnego termosu stojącego na kuchennej ladzie i siąść na bujanej, podwieszonej pod sufitem ławce w sali kominkowej, póki większość TKT-owiczów śpi jeszcze na piętrze.

I wcale nie oznacza to, że Ala wstała jakoś wcześnie. Spaliśmy nieprzyzwoicie długo, jak na dzień, w którym należało jeszcze spakować się i przenieść w nowe miejsce. Uznano jednak, że podejście na Otryt było dość męczące, a od Stuposian dzieli nas tylko jedno zejście i kawałek wzdłuż Sanu. Śniadanie zjedliśmy w południe. Później część z nas, szczególnie najmłodszych (nieskromnie się zaliczyłem, ale w końcu prawdę ustala ten, kto włada słowami) spędziła przynajmniej 1,5 godziny na wspólnym leżeniu na łóżkach w rozmaitych konfiguracjach, dokumentując to wszystko nieprzyzwoicie bliskimi ujęciami z Julkowej cyfrówki. Ale lenistwo to zazwyczaj nie tylko leżenie, ale i jedzenie. Na przeciwnym skupisku łóżek zebrała się inna grupka, rozkładając się promieniście, głowami do siebie, niczym hieny nad padliną. Ich kontakt ze światem zewnętrznym ograniczał się do komunikatu „wpisowe to jedzenie”. Z czasem jednak jedzenie to się kończyło, więc zgromadzenie miało dla potencjalnego nowicjusza coraz mniej do zaoferowania. Nieuchronna implozja żywnościowa spowodowała w końcu atak na naszą Bogu ducha winną grupkę. Ale wszystko zakończyło się happy endem.

W międzyczasie chyba ze trzy drużyny harcerskie zatrzymały się pod Chatą na odpoczynek.

– Byłem kiedyś harcerzem – powiedział jeden z gości Chaty. – Ale potem spaliliśmy las i nas rozwiązali.

Szef i kilka innych osób wybrali się do lasu po drewno. Gdy znieśli je na jedno miejsce, stanęli wokół i stali tak, patrząc w gałęzie, dobry kwadrans. Kilkoro TKT-owiczów obserwowało ich z zaniepokojeniem. Wreszcie Ola postanowiła zaspokoić ich ciekawość, ale przepadła. Dołączyła do nieruchomego kręgu patrzących w drewno.

Podszedłszy w tamtym kierunku, można było usłyszeć:

– A jakby tamten spróbować?

– Nie, bo tamten wygięty na nim leży.

– A ten? Ten chyba pójdzie.

Grali w bierki.

Później Czesław, Pająk i garstka gapiów zeszli nad potok po północnej stronie grzbietu. W odróżnieniu od kąpielowego potoku południowego, przy którym ponoć rozmnażały się salamandry, służył on do czerpania wody. Część wód zbierała szara rura, którą należało odchylić, by napełnić podstawiony baniak. Chłopaki przygotowali podeń podstawkę ze starej metalowej misy i kawałka deski, a następnie zamocowali między drzewem a rurą kawałek sznurka z dwiema pętelkami i kijaszkiem na końcu. Włożony w jedną z pętli, pozostawiał rurę w początkowej pozycji, pozwalając wodzie spływać do dziurawego wiadra, a stamtąd w las; druga pętla przesuwała rurę nad otwór baniaka.

– Wydział Podstawowych Problemów Techniki i Wydział Mechaniczny wprowadziły ci usprawnienia gospodarki wodno-kanalizacyjnej – zameldował chatarowi Szef.

– Świetnie, dzięki. Za tydzień przyjeżdżają harcerze…

– … więc pewnie to zepsują.

A przed chatą Bieszczady na widelcu, odcinek kolejny.

– O, hej! Chodź, zapraszam. Mamy tutaj taki bardzo dobry sos, on wcale nie jest ostry, to wystarczy wziąć tak… tak tyle… no i w sumie… on jest taki… bardzo dobry, tu wszyscy inni spróbowali, proszę bardzo… [podaje do Czesława] Nasz główny tester sosów. On jest słaby, bo wziął tak mało… (…) Ogólnie co obóz wypuszczamy nowe smaki i są coraz ostrzejsze, ale ten, ten niestety nie wyszedł, jest całkiem… całkiem słaby… ekh, khem, cięcie! (…)

– Babka lancetowata pomaga – powiedział Czesław, gdy już podniósł się z ziemi.

Wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej, zrobiliśmy sobie zdjęcie pod Chatą i przed czwartą ruszyliśmy w dół. Dotarłszy do Dwernika, usiedliśmy na szutrowym parkingu, czekając na Magdę, która wróciła do Chaty po polar. Zaraz podbiegł do nas piękny, zadbany owczarek i przydreptał jasnoszary kot. Kotem szybko zaopiekował się Czesław.

– KOTY. KOTY SĄ MIŁE – cytował.

Dziewczyny uplotły sobie wianki, a jeden z nich założyły psu na szyję. Dumny z siebie, szczekał na kota, a gdy Madzia wróciła i ruszyliśmy, podreptał za nami. Gdy przekraczaliśmy szosę, ktoś zawołał go po imieniu, więc opuścił nas, z kwiatami zawadiacko wiszącymi u szyi.

Przekroczyliśmy San i ruszyliśmy do Stuposian szeroką, leśną drogą przecinającą trawersem opadające ku rzece zbocze. Ostatni, asfaltowy odcinek ukazał nam którąś z połonin, być może Szeroki Wierch. W schronisku czekał nas ogromny gar zupy jarzynowej i pyszne drugie danie. I oczywiście sok z czarnego bzu.

– Przepraszam, bo wie pan – zagadnął Szef gospodarza – bez dowcipu obiad jest nieważny.

Ten wyprostował się, uniósł przymknięte oczy i rzekł:

– Co ma wspólnego firma Nike i Ku-Klux-Klan? Obie sprawiają, że czarni biegają szybciej.

Zjedzono wszystko, a przynajmniej tak się wydawało. W kuchni trwało już zmywanie, kiedy wychynął z niej Karol.

– Mam wam przekazać, że jesteście cieniasy, bo nie wyjedliście sosu z chlebem.

Efekt był natychmiastowy. Pozostali przy stołach chłopcy zażądali wyżej wymienionego sosu. Karol przyniósł im brytfankę i zabrali się do pracy.

– To nie sztuka jeść, gdy się jest głodnym – motywował Pająk.

Sosik był już odrobinę przyjemnie stężały. Po paru minutach wyłowiliśmy z niego niedostrzegalną wcześniej łyżkę. Zeszło na to z pół bochenka.

– Cześć, to znowu my. Założyliśmy teraz nową spółkę, jak widać zmywamy naczynia. Organizacja pracy na najwyższym poziomie. Zakupiliśmy specjalny płyn… L… Lucek…? (…) Robimy myju-myju, teraz przechodzimy do dalszej części, nasz pracownik wyciera…

– Umyj go z drugiej strony… – śmieje się Gerusówna.

– Niestety, zdarzają się wypadki. (…) Trzeba zrobić teraz test suchego palca.

– Niemal suche – zawyrokowała Faltynówna.

– Ale czy czyste?

– Czyste, jak najbardziej.

(…) – Janek, to ja, twój ziemniak, zjedz mnie, proszę!

– Mogę Wam opowiedzieć kawał – zaproponował Janek. – Siedzą sobie dwie świnie przy korycie…

To był syty wieczór.

Podręcznikowe oznakowanie szlaku (fot. Marchewa)
Pierwszy dzień Zalesi na obozie i od razu Bukowe Berdo (fot. Myśliwy)

5.

Nazajutrz wstaliśmy wcześnie i siedliśmy w jadalni, czekając na przyjazd chleba. Kiedy ten jednak nie następował, a zbliżała się godzina, na którą zamówiliśmy busy, Ania i Mazur pobiegli do sklepu. Zniesiona została – niebywałe – zasada „jedna kanapka naraz” i udało nam się wyjechać punktualnie.

Z Wołosatego, podzieliwszy się na trzy zupełnie nieznajome sobie grupy, ruszyliśmy drogą, gdzieniegdzie noszącą jeszcze asfalt z czasów, gdy wysiedlano wsie i obstawiano granice. Po lewej górowała przepięknie Tarnica, dopóki nie zagłębiliśmy się w las. Tak doszliśmy do miejsca, z którego nie da się już iść dalej na wprost. Przy Przełęczy Bukowskiej stała sprowadzona ze Szwajcarii ekologiczna toaleta wykorzystująca dżdżownice kompostujące, niebywała atrakcja turystyczna.

Wyszliśmy z lasu i wtem znaleźliśmy się na dachu świata. Za nami rozpościerała się jasna kotlina, a ponad nią, jak okiem sięgnąć, ukraińskie grzbiety pokryte lasem, złote, zalane słońcem połoniny, aż po błękitne, mgliste masywy na horyzoncie. Trudno porównać ten widok do któregokolwiek innego. Niezwykłego smaku dodawał idący dalej pas graniczny, który musieliśmy opuścić. To, na co patrzyliśmy, było w pewien sposób dla nas niedostępne; dzikość Bieszczad, jaką znamy, wydaje się oswojona w porównaniu z tamtą dzikością. Intrygujące cudo, o którego poznaniu mogliśmy tylko marzyć, sprawiało, że niejeden wielokrotnie odwracał się, wzruszony. Przed nami piął się Rozsypaniec, kryjący jeszcze za sobą Halicz; po lewej kąpała się w słońcu Tarnica. A wokół, poniżej, wszędzie, zieleniły się lasy, jaśniały łąki i połoniny, wznosiły się wzgórza i szczyty. Powyżej rozciągał się głęboki lazur nieba, białe baranki przepływały nad grzbietami, z brzuchami niemal na wyciągnięcie ręki. Wiatr pochylał trawy, niosąc zapach tysiąca barwnych kwiatów.

– Wiecie, udzielam zezwolenia na rzucanie mięsem z zachwytu, bo tu jest po prostu za… – rzekł Szef.

– Wunderbar! – podchwycił ktoś.

Ruszyliśmy połoniną, poprzez skały Rozsypańca i dalej na Halicz. Trawers wzdłuż Krzemienia potwierdzał – na chwilę taką jak ta czeka się cały TKT-owski rok. Kuba zrobił wtedy wiele przecudownych zdjęć. Zszedłszy na Przełęcz Goprowców, zaatakowaliśmy Tarnicę, przeklinając wybudowane w ciągu ostatnich dwóch lat schody. Było warto. Na szczycie czekała na nas Zalesia. Niestety, w towarzystwie tłumów. Nie było już miejsca, więc niezbyt chętnie nagięliśmy prawa Parku Narodowego i przeskoczywszy barierki, rozłożyliśmy się na trawiastym zboczu i wyjęliśmy zapasy. Odpoczynek był zaiste królewski i nawet nie przeszkadzały nam te tłumy. Przyszedł czas nawet na kolejny odcinek Bieszczad na Widelcu.

– Witam Państwa, jesteśmy dziś w południowo-wschodniej Polsce, i jemy tutejszy specjał, to jest tak zwany pumpernikiel, czarny chleb. Uwaga, spróbujmy… Mmm, bueno, magnifico! (…) Akurat tak się stało, że potomek tych pierwszych górali, co je wynaleźli, jest tutaj z nami. Oto Włodzimierz M.

– No tak – przytaknął Szef. – W naszej rodzinie tradycja robienia pumpernikla jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Dlatego ma on zupełnie unikatowy smak, no, właśnie taki!

Magnifico mogliśmy krzyczeć również, gdy pojawiły się ukochane ciastka babci Sylwii. Aż w końcu nadszedł czas na niespodziewaną, jak zwykle, ceremonię. Akurat nikt nie został weteranem (powtarzam się?), ale za to zostali uhonorowani zwycięzcy dwóch pierwszych retro-konkursów: Filip i Ania, laureaci edycji 2015 oraz Madzia, laureatka edycji 2016. Otrzymali koszulki specjalne w niepowtarzalnym, szarym kolorze, z przepasanym retro-aparatem, a ich wiewiórki były wyposażone w kapelusik, sandały i skarpetki oraz plecaki ze stelażem.

Po Krystynie Czyczy odprawiliśmy jeszcze dziwniejszą rzecz, przyniesioną z harcerstwa zabawę w kole. Potem, udając przed innymi turystami, że nic nie zaszło, ruszyliśmy w dół.

Wreszcie wspięliśmy się na Bukowe Berdo i zostawiliśmy za sobą niepraktyczne schody i tłumy turystów. Na dłuższym postoju, podczas którego zalegliśmy wśród krzaków drobnych jagód, odbył się nierozstrzygnięty konkurs na zjedzenie suchej kromki w minutę.

– Widać tu różne taktyki: władowanie całej kromki do buzi naraz, niektórzy stosują inne, wyżerając środek! (…) Dziewięć! Osiem! Siedem! Zadławienie! Pięć! Cztery! Trzy! Dwa! Jeden! Koniec! No niestety, drodzy państwo, dzisiejsze spotkanie zakończyło się przegraną wszystkich.

– Przeszło…! – wykrztusił Pająk, kiedy już mógł z powrotem mówić.

Oprócz akcentów humorystycznych było też, jak to na Bukowym, po prostu przepięknie. Szeroki Wierch przypominał grzbiet konia, z widocznymi pod skórą kośćmi i falującą na wietrze trawiastą sierścią. Odpoczynek wśród traw kołysanych wiatrem najwyraźniej wzbudził w niektórych wenę; powstało wiele pięknych dwuwierszy, spośród których wszystkim zapadło w pamięć:

Aby szybciej zejść ze szczytu

Wsadź se kijki do plecaka.

Nasyciwszy się poezją i ogołociwszy do reszty jagodowe krzaki, ruszyliśmy w dół. Rzeka, która dwa lata temu zatrzymała nas na dłużej, teraz ledwo sączyła się po kamieniach. Dłuższy czas siedzieliśmy na szutrówce przed Widełkami, celując kamieniami do kapelusza Myśliwego. A czasem w samego właściciela. Czasem bolało. Ale życie już czasem boli.

Po długim postoju przy sklepie w Pszczelinach doturlaliśmy się szosą do Stuposian, gdzie czekał nas obfity obiad i nowa porcja dowcipów. Zadowoleni z nich i z całego dnia siedzieliśmy spokojnie przy stole. Niedługo później chwaliliśmy się swoimi supermocami. Niektórzy udawali zebrę, niektórzy mówili „HDSZ!”, inni łapali prawą ręką za prawe ucho (ale nie tak zwyczajnie), jeszcze inni robili coś dziwnego z językiem, nosem czy uszami. Inni próbowali się po prostu ładnie uśmiechać. Tak, wszyscy jesteśmy wyjątkowi.

Łąki pod Moklikiem (fot. Sylwia)
40 osób w jednym pokoju, razem z plecakami i nawet prawie wszyscy spali na łóżkach (fot. Kuba M)

6.

Następny dzień upłynął na letnich rozrywkach. Co jakiś czas ktoś robił pranie, ale zaczęło się od przejrzenia listy dostępnych w telewizorze bajek, było dojadanie pomidorowej z dnia zeszłego, krzyżówki, pseudokoszykówka małą piłką do rugby (o dziwo bez kozłowania), czytanie książek o rewolucji seksualnej… Kółko mafijne na razie nie grało w mafię, tylko w inną grę, bardziej karcianą, mając przy tym nadal mnóstwo zabawy. Wreszcie Szef zarządził – koniec lenistwa! I poszliśmy. Kilometr od schroniska Wołosaty wpadał do Sanu, choć na pierwszy rzut oka mogło wydawać się odwrotnie. To właśnie tam urządziliśmy piknik na plaży, a że plaża była kamienista, to siedzieliśmy głównie na idealnie stworzonym do tego przez naturę długim kamieniu. Pływaliśmy, badając siłę nurtu rzeki. Julka po raz kolejny dowiodła swojej retrowości, wchodząc do wody w sukience. Na plaży tymczasem rysowano kamieniem na kamieniu. Na jednym z nich powstała nawet wiewiórka.

Cień przesunął się i zasłonił nasz piknik, co dało nam sygnał do powrotu. Był to jednak dopiero początek dnia. Nadeszła gra w państwa-miasta. Tym razem wśród kategorii znalazły się m.in. rzeczowniki żeńskie niekończące się na „-a” (nic nie dzieje się po nic), rzeczy na metry cięte, rzeczy, które mogą zmieścić się w opakowaniu na sztuczną szczękę oraz miejsca, w których zawitało TKT. Okazało się, że nie była to taka łatwa kategoria, z powodu liter A i E. Wspólnie doszliśmy potem tylko do dwóch nazw na E, które w dodatku obie znajdują się poza granicami Polski. Przy okazji tradycyjnych obelg dowiedzieliśmy się, że jebutnik to ktoś, kto je buty.

Hebisz, którego stolicą państwa na E był Edynburg, postanowił wstąpić do Frontu Wyzwolenia Szkocji, lub założyć go, jeśli sami Szkoci dotąd tego nie zrobili. Można było odnieść wrażenie, że broni wolności tego kraju gorliwiej niż jego mieszkańcy.

Wieczorem przyszedł czas na atrakcję, której jeszcze dotąd nie było. Odbył się quiz dla świeżo upieczonych emerytów. Pytania muzyczne, zdjęciowe i zwykłe, dotyczące najnowszej historii TKT układali starsi emeryci. Kto się nie zgubił na wyjeździe na Gromnik? Co dodała Bogusia do pierogów ruskich? Co widniało na tablicy w PTSMie w Krempnej? Gdzie leży Olsztyn? Ola, Sylwia, Marysia i Olek wykazywali się, jak na emerytów przystało, nie tylko dobrą pamięcią o zdarzeniach, w których sami brali udział, ale również o tych, podczas których ich nie było, a o których wielokrotnie wspominało się przez ostatnie lata. Oczywistym wnioskiem jest (a przynajmniej obstawiałbym, że to fakt), iż odpowiedzi na wszystkie tamte pytania znajdują się w pewien sposób w niniejszej kronice.

Także tego… (fot. Kuba M u góry, Michaś na dole)

7.

W niedzielę rano pomaszerowaliśmy szosą do Pszczelin, gdzie spędziliśmy godzinę pod sklepem, czekając na Benka i jego ręcznik.

Gdy uszliśmy już kawałek leśną drogą na zachód, dogonił nas rowerzysta z portfelem zostawionym pod sklepem przez Myśliwego. Kierowaliśmy się wspomnieniem mapy leśników, która wisiała w Stuposianach. Głębokie ślady w błocie świadczyły, że ścieżka ta była uczęszczana przez krowy – zdumiewające, że tym flegmatycznym stworzeniom chce się tak wspinać. I my z kopyta zaatakowaliśmy Magurę Stuposiańską, w zastraszającym tempie wznosząc się o pół kilometra. Pod szczytem zażyliśmy zasłużonego odpoczynku.

Las na południowym stoku Magury był znacznie rzadszy, pełno tam było zalanych słońcem pól jagodowych. Zdjęliśmy plecaki i rozłożyliśmy się między krzakami, zajadając ogromne, słodkie jagody. To samo robili harcerze idący w drugą stronę. A raczej właśnie nieidący.

W Kolibie na Przysłopie Caryńskim zabawiliśmy długo, zamówiwszy mnóstwo placków ziemniaczanych i jajecznicy. Po okolicy grasował puszysty, kilkumiesięczny kotek, który omal nie zniszczył – tym razem standardowej – gry w bierki, której oddawano się na tarasie.

Ruszyliśmy dalej, a kiedy znów drzewa zmieniły się w wysokie jagodzińce, Madzia w końcu po prostu szła z kubkiem w dłoni. Znaki przeznaczyły na wspięcie się stromym szlakiem na Połoninę Caryńską niemal dwie godziny. Ostatnia Wiewiórka dotarła tam po godzinie. A pierwsza po połowie. Ale nie że było łatwo. Po prostu jesteśmy nieźli. Niedługo potem od Ustrzyk nadeszła drużyna młodszych harcerzy z Nowej Huty. Tarasując cały szlak wielkim kręgiem,zaprosiliśmy ich do naszej głupiej harcerskiej zabawy, a oni pokazali nam swoją.

Po wspólnym zdjęciu ruszyliśmy dalej. Na rozdrożu schodzącym na południe zostawiliśmy plecaki i tradycyjnie na lekko zdobyliśmy szczyt Carysi. Po kilkunastu minutach ucichł nawet turystyczny gwar i pławiliśmy się w popołudniowym słońcu, spoglądając na Rawki i Wetlińską, na które mieliśmy zawędrować. W ciszy. To było naprawdę kojące. Gdy wracaliśmy ze szczytu Caryńskiej do rozdroża, minęliśmy znów nowohuckich harcerzy. Dzieci, uginające się pod ciężarem plecaków zapakowanych przez troskliwe mamy, nie wyglądały na zadowolone. Zapewne mamy były zbyt troskliwe. Naszła mnie refleksja, że wcale wszyscy nie jesteśmy harcerzami, a jednak nas już praktycznie nie trzeba uczyć, jak dobrze spakować plecak. O, odezwał się…

Schodząc ku Przełęczy Wyżniańskiej, minęliśmy Filipa idącego na połoninę. Tym razem się go spodziewaliśmy, nie to co dwa lata wcześniej. Pod Małą Rawką czekali już na nas Werka, ogromny obiad i mnóstwo herbaty. A potem obiad czekał na Filipa. Taki łańcuszek. Po posiłku kilka Wiewiórek zebrało się w czytelniczym kąciku, by posłuchać wieczornych bajek i komicznych, rymowanych legend.

Gdy zapadał zmrok, zebraliśmy gałęzie i rozpaliliśmy ognisko. Tradycyjnie już rąbano je siekierą w rytm TNT AC/DC. Na ciemniejącym niebie ukazywały się coraz jaśniejsze gwiazdy, aż przecięła je mglista Droga Mleczna. Wkrótce jednak zza połonin wyjrzał złoty Księżyc i zaczął wspinać się po nieboskłonie, gasząc gwiazdy na swojej drodze. Nas za to gasiły najpiękniejsze utwory Dżemu, śpiewane przez Szefa.

8.

Garść szaleńców wstała tuż po trzeciej, by wspiąć się na Rawkę i podziwiać wschód słońca. Ponoć w drodze minęli stojące trzy milczące postaci, wpatrujące się w dogasające ognisko nieruchomo i obojętnie, jak gdyby we śnie.

Cztery szalone dziewczyny i czterech szalonych chłopców – Zalesia, Magda, Ola i Julka oraz Kuba, Filip, Benek i ja. Dotarliśmy oczywiście za wcześnie, a na Rawkach zawsze wieje. Ale warto było zobaczyć słońce, świeżo narodzone, kładące niepewnie swoje światło na rozwiane trawy. Po powrocie zaznaliśmy jeszcze tylko odrobiny snu, bo tego dnia czekała nas dłuższa trasa.

Pogoda, mimo prognoz, wciąż nam dopisywała – choć, prawdę mówiąc, upał stawał się uciążliwy. W skwarze wspięliśmy się na odkryte grzbiety Rawek, skąd widać było dobrze surową – nie z braku zieleni, lecz z charakteru – Połoninę Caryńską, leżące w dole Ustrzyki i jasną Tarnicę. Po lewej czekała na nas Połonina Wetlińska z malutką, czerniejącą na szczycie Chatką Puchatka.

Z Rawek ruszyliśmy wydartym lasowi pasem ziemi niczyjej, by dotrzeć do szczytu, na którym stał czarny, trójścienny obelisk, obwieszczający, że stoimy na górze zwanej Krzemieniec, Kremenec czy też Кременець, choć mapy i znaki (i my sami) wolały używać nazwy węgierskiej: Kremenaros. Na prośbę Szefa Kuba, który dojechał poprzedniego dnia z Moniką, opowiedział, jak w zastraszającym tempie lekko ponad dwóch tygodni pokonać lekko ponad 500 kilometrów Głównego Szlaku Beskidzkiego. Można było się nauczyć, że kiedy już wymiotuje się ze zmęczenia, najlepiej jest docisnąć do 50 kilometrów tego dnia. Chwalebny wyczyn Kuby nie pozwolił mu jednak pojechać na paraobóz z powodu kontuzji kolana.

Następnych kilka godzin maszerowaliśmy grzbietem granicznym, zatrzymując się po drodze przy jedynym w okolicy niewyschłym źródełku. Dotarłszy na Riabą Skałę (zwaną też Rabią), rozsiedliśmy się wśród traw, zajadając przygotowywane na miejscu kanapki.

– Czy jutro ma padać? – zapytał ktoś.

– A jak mówi stare żeglarskie przysłowie – dodał Pająk, wskazując na chmury – „cirrus na niebie, pogoda się zepsuje”.

Zielonym szlakiem ruszyliśmy w dół, przez potężny, pachnący las bukowy. Zszedłszy na zachodni skraj Wetliny, pokonaliśmy ostatni odcinek trasy nieprzyjaznym asfaltem. Wymęczeni, w Kalnicy spróbowaliśmy wtopić się w lokalną społeczność, pijąc oranżadę pod sklepem. W tym czasie Marysia, Michaś, a także Bożo z Kingą, którzy przyjechali tego dnia, walczyli z obiadem. A skoro przyjechał Bożo, to przyjechała również pierwsza partia drugiej wersji śpiewników jubileuszowych. Została oceniona pozytywnie i natychmiast po obiedzie przeszliśmy do przegrywania utworów, które dopiero się w niej pojawiły.

Mina Karola wskazuje na intensywny proces myślowy. Znając go można stwierdzić, że wpadł na kolejny niebanalny pomysł, jednak wiedząc coś o wędrowaniu z TKT można również wysnuć podejrzenie, że jego myśli krążą wokół obiadu (fot. Kuba M)
Którędy na Bukowe Berdo? (fot. Sylwia)
Osobom takim jak Sylwia, by wzlecieć wystarczą tylko sprzyjające okoliczności (fot. Sylwia)

9.

Następne przedpołudnie upłynęło pod znakiem prania, które wyschło dopiero dwa dni później. Kuba i Ania znaleźli kilka numerów bardzo ciekawej gazety Lasów Państwowych; popularnością cieszyła się siatkówka i balansowanie archów na huśtawce, jak również oczywiście pobliski sklep. Nawet mafiozi wylegli na dwór i przerzucili się na karty. Przez długi czas mogliśmy śledzić przemarsz burzy, pomrukującej to nad jednym, to nad drugim grzbietem, aż wreszcie rozległ się szum kropel na liściach i runęła na nas. Zebraliśmy spiesznie wszystkie rzeczy i schowaliśmy się w budynku.

Przejaśniło się już, gdy grupa przyszłych przewodników z Górnego Śląska przyszła szukać noclegu. Po bardzo długich pertraktacjach ustalono, że zajmą pokoik zwolniony przez Anię Gerus i Marchewę, którzy wyjechali rano. Pojawiali się też inni ludzie, ale tym Szef odpowiadał już stanowczo i zgodnie z prawdą, że nie ma miejsc.

– Nie jest to takie łatwe, gdy się ma ujemną asertywność – żalił się.

Po obiedzie wybraliśmy się na spacer na grobowiec wsi Łuh. Pozostał po niej jedynie zarys pól opadających tarasowo ku rzece, prosty krzyż postawiony przez dawnych mieszkańców w 950-lecie chrztu Rusi oraz krzyż nowszy, upamiętniający ich życie i wygnanie. Gdy wracaliśmy do Kalnicy, zmierzch w akompaniamencie cykad spłynął w dolinę i gęste mgły rozsnuły się po łąkach.

Wieczorne śpiewanie dzieliliśmy ze Ślązakami, którzy próbowali przeprowadzić nader szybką lekcję pewnej ukraińskiej piosenki. Mogliśmy też posłuchać śląskiej wersji któregoś z radiowych przebojów. Ale i tak największym hitem były kwiaty w wazonie. Nieważne, co dokładnie robiły, ale robiły to bardzo długo.

10.

Następnego dnia wspięliśmy się przez Jaworzec na Połoninę Wetlińską. Na Przełęczy Orłowicza pożegnaliśmy Sylwię. W cudownej pogodzie przeszliśmy całą połoninę. W Chatce Puchatka kupiliśmy zatrważająco drogą wodę (najlepiej na pragnienie robiła gazowana, nie mówcie o tym troskliwym mamom) i po pamiątkowym zdjęciu ruszyliśmy w drogę powrotną.

Od wschodu nadciągnęły ołowiane chmury i, równając z nami krok, zaczęły pochłaniać krainy na północy. Gdzieś w okolicach Koliby znad drzew wychynął płat tęczy – nie wstęga, lecz właśnie płat, o barwach postawionych w poprzek. Wkrótce i on zniknął; mrok rozlał się po okolicy, rozjaśniany z rzadka błyskawicą. Nad nami jednak wciąż wisiały jedynie baranki, nabrzmiałe już i poszarzałe, lecz niegroźne.

Podziwiając grę świateł i wsłuchując się w pomruki burzy, dotarliśmy na Przełęcz i nie zatrzymując się ruszyliśmy na Smerek. Wiatr uderzał koralikami różańców o stalową konstrukcję krzyża, który w tajemnicy postawili kiedyś szaleni ludzie. Nad północnymi grzbietami rozpięła się tęcza; burza przeszła dalej, pozostawiając na górach szare plamy deszczu. Nie zmoknąwszy ani trochę, wróciliśmy do Kalnicy, gdzie raczyliśmy się znów oranżadą i kwasem pod sklepem.

Wieczorem popełniliśmy straszne szaleństwo. Zaczęło się niewinnie, od Stand by me, które tradycyjnie przeszło w Every breath you take i w I just called. Potem jednak – nikt nie wiedział, jak to się stało – prześpiewaliśmy cały śpiewnik na te cztery akordy, z chórkami i wszelkimi ozdobnikami, jakie nam przyszły do głowy. Trwało to niemal dwie godziny i nie ośmieliliśmy się tego wieczoru już niczego śpiewać.

Możliwość sięgnięcia wzrokiem po horyzont pozwala nabrać odpowiedniego dystansu. Takie widoki należy zawekować w słoiku jak konfitury i odstawić w spiżarni na „czarną godzinę” – innymi słowy napatrzeć się i zachować je w pamięci (fot. Kuba M)
Państwa-miasta. Zaangażowanie, emocje i żądza krwi (fot. Sylwia)
Nigdy przedtem nie graliśmy na TKT w bierki, a w Bieszczadach aż dwa razy i to bardzo różnymi bierkami… (fot. Sylwia)

11.

Następnego ranka Czesław i Pająk przygotowali gar owsianki z bananami i miodem bohatersko kupionym u Sołtysa. Łyżka w niej stała, i to nie tylko nie chwiała się na boki, ale też nie opadała w głąb. Nawet najwięksi wymiatacze ledwo podołali drugiej porcji.

Pierwotne plany na ten dzień zakładały przemarsz do wsi Przysłop, a następnie podróż słynną bieszczadzką wąskotorówką przez Cisną do Balnicy. Okazało się jednak, że kursy kolejki mają charakter czysto turystyczny i nikt z wsiadających w Cisnej w Przysłopie nie wysiada – choćby nas było dziesięć razy mniej, prawdopodobnie nie udałoby nam się wsiąść do wąskotorówki. Podjechaliśmy więc wynajętymi busami do Roztok Górnych, na jeden z prawdziwych Końców Świata. Tam pochłonęliśmy dużą Studentską, którą Szef dostał od sklepikarki z Kalnicy, po czym ruszyliśmy szlakiem rowerowym, asfaltową drogą przecinającą las. U jej końca znajdowała się Solinka, kilka dobrze zachowanych grobów i fundamenty cerkwi na zalesionym zboczu.

Wkrótce odbiliśmy w las, na błotnistą ścieżkę noszącą ślady końskich kopyt. Zatrzymaliśmy się przy przesiece, którą wiodły słupy energetyczne, gdzie Dowództwo pochyliło się nad mapą. Ktoś zahukał jak sowa, ktoś zagrał na szerokiej trawie i rozległ się koncert dziwnych dźwięków. Były koty, psy, małpy, żaby i coś niezidentyfikowanego. Echo niosło hałasy hen, daleko, póki nie zagłuszył ich gwizd lokomotywy. Najwyraźniej byliśmy już blisko Balnicy.

Rzeczywiście, po kilkudziesięciu krokach wyszliśmy na polanę przeciętą torami, przy której stał samotny dom. Ledwo przekroczyliśmy szyny, rozległ się donośny gwizd i na peron wtoczyła się kolejka, wypchana po brzegi.

– Już wiemy, czemu nikogo nie było na połoninach – stwierdził Szef.

Posiadacze aparatów zrobili kilka zdjęć lokomotywie i kolorowym wagonikom. Pasażerowie zaś fotografowali nas. Jak gdyby mieli rzadką okazję zrobienia zdjęcia przedstawicielom zagrożonego gatunku.

Reszta trasy upłynęła nam w lesie pokrywającym niewysoki grzbiet graniczny. Niebo zasnuły szare chmury i gdy wspinaliśmy się na ostatni szczyt tego dnia, rozpętała się burza. Moknąc nieco, zeszliśmy między łąki i po długim marszu dotarliśmy do Chaty na Końcu Świata w Łupkowie. Dużo tych Końców Świata. To chyba taka tradycja regionalna. Nam się w każdym razie podoba.

Miała ona najprawdziwszą studnię z kołowrotem, rzadkość wśród chatek, które zwykle stoją nad górskimi strumieniami. Przy drzwiach, od których rozpościerał się widok na rozległe łąki, dalekie lasy, studnię, zbiornik z kranikiem i niebieski wychodek, który poza kabinami damską i męską miał jeszcze teleporter, wisiało zdjęcie przemierzających te łąki machin kroczących z Gwiezdnych Wojen, podpisane: „Wychodząc do WC upewnij się, że zabrałeś swój miecz świetlny”.

Centralne miejsce w głównej izbie zajmował piec, na którym już przygotowywano obiad. Za piecem stał długi stół oświetlony świecami. U jednego końca wisiały gitary – w tym jedna malowana w morze i okręty – różne instrumenty perkusyjne i nieco fałszująca, ręcznie wykonana fujarka. U drugiego końca stało czarne pianino, rozstrojone straszliwie, o czym można było się przekonać, wcisnąwszy tylko jeden klawisz. Dopiero stanąwszy tuż obok, dostrzegało się czarnego kota, który skryty w cieniu i czerni instrumentu leżał, patrząc leniwie na salę złotymi ślepiami. Ponad nim półka uginała się od wszelakich gier; zaraz też przy stole zagrano w 5 sekund i w Tabu. W międzyczasie dziewczyny kroiły cebulę i biedny Dawid płakał jak bóbr.

Ku powszechnej rozpaczy przed północą chatarka oznajmiła, że chce spać i możemy zaśpiewać trzy ostatnie piosenki. Wybraliśmy, naturalnie, trzy najdłuższe.

Najpiękniejsze są noce, kiedy śpiew unosi się wraz ze snopem iskier i miesza się u góry z gwiazdami (fot. Sylwia)
Wschodzące nad Caryńską słońce rozchyla źdźbła trawy (fot. Magda)

12.

Nazajutrz, po krótkiej grze w siatkówkę, zeszliśmy do Nowego Łupkowa, gdzie oblegliśmy plac zabaw, wyposażony w napowietrzną siłownię, oraz sklep. Ola rzucała puszką do oddalonego kosza, wykorzystując pęd huśtawki. Wkrótce minęliśmy prawie nieczynny dworzec kolejowy i leśną ścieżką dotarliśmy na rozległą łąkę z widokiem na wieś, złote pola i odległe grzbiety. To była naprawdę majestatyczna łąka.

– Czasem takie proste miejsca dorównują urokiem najpiękniejszym połoninom – wyznał Szef.

Rozłożyliśmy się na trawie. Po partyjce pająka Wojtek pokazał Bagno, którego głównym elementem było trzymanie się za ręce i przepychanie się w te i we w te. Gdzieś tam chodziło o to, żeby nie dotknąć stojącej karimaty, ale momentami nie było to zbyt widoczne.

– Kółko graniaste, czterokanciaste – zaśpiewały dziewczyny, obserwując zmagania chłopców.

Następny odcinek szlaku był tak nieuczęszczany, że musieliśmy praktycznie przetrzeć go, przedzierając się przez las. Powróciliśmy na szlak graniczny, na którym nie spotkaliśmy nikogo. Zdobyliśmy ostatni szczyt – niewielkie, zalesione wzniesienie – po czym zeszliśmy do Dołżycy. Stamtąd, omijając Komańczę, ruszyliśmy na azymut przez nieco podmokłe łąki i pastwiska. Fotografowie wykorzystywali ostatnią okazję na złapanie szerszych górskich kadrów. W końcu wkraczaliśmy w Beskid Niski. Niektórzy wspinali się na leżące tu i ówdzie bele siana i szli po nich, gdy toczyły się, popychane z dołu. Inni zdobyli ustawioną z bel wieżę i pozowali do zwycięskich zdjęć. Gdzie okiem sięgnąć, a sięgnąć można było naprawdę daleko, same te pastwiska, łąki i bele. A jedyni widoczni ludzie to wiewiórki.

Przekroczyliśmy skryty wśród drzew strumień, po czym lawirując między pastuchami i przechodząc przez czyjeś zawalone najróżniejszymi rzeczami podwórko dotarliśmy do dolinki potoku, którą wiodła droga do czystogarbskiej stadniny. Tuż przed bramą minęliśmy pana Romana i dwoje innych jeźdźców na pękatych hucułach, wybierających się na przejażdżkę mimo groźnych chmur zasnuwających niebo.

Ściągnęliśmy plecaki z ostatniej tego obozu wędrówki, mając w nogach 240 kilometrów. Ledwie siedliśmy do stołów, gdzie czekała pomidorowa i bigos, lunęło jak z cebra. Troje jeźdźców wróciło po zmroku, przemoczonych do suchej nitki.

Wieczorem gospodyni opowiadała nam, jak to pewnego razu na pastwisku osiadł helikopter, który dyspozytor wysłał po dziewczynę, której po upadku z konia lekko kręciło się w głowie; jak jeden z uczestników rajdu wrócił do domu w kołnierzu ortopedycznym, nie wsiadłszy nawet na konia, bo spadł ze schodów; jak to pan Roman i jego córka Maja zbierają coraz wyższe mandaty za wjazd do Parku.

– Ostatnio byli na rajdzie, nocowali pod Rawkami. Wiedzą, że parkowi zaczynają pracę o siódmej, więc wstali o piątej, osiodłali konie i o szóstej ich nie było. Po siódmej przyjechali ci z Parku, pytają, gdzie jest Romek. Ja im na to: nie wiem, pojechał, szukajcie. No to zaczęli ich gonić.

– Quadami?

– Gdzie! Helikopterem!

Wybuchnęliśmy pełnym niedowierzania śmiechem.

– Helikopter miał kamerę na podczerwień, ale gdzie w lesie odróżnisz, czy to jeleń stoi, czy koń. Więc gdy Romek słyszał, że leci helikopter, stawali pod drzewami, a potem jechali dalej. I tak dojechali aż do Wetliny. Strażnicy stali pod kasami, ale gdzie, oni wyjechali konno rzeką i już ich nie było. Uciekli. Potem ci z Parku przyjechali tutaj, do stadniny, i dali Romkowi mandat. Ten już był duży. 800 złotych.

Później, gdy rozłożyliśmy się na materacach w głównym pokoju, pani Ela pięknie zaśpiewała nam dwie rzewne łemkowskie ballady. Wtórowała też Myśliwemu w Beskidzie i Balladzie o świętym Mikołaju.

Zjadłam tylko dwie... objętości kubka (fot. Julka Retro)
Teraz można mówić, co nam Bieszczady na język przyniosły. Zresztą wystarczy popatrzeć (fot. Myśliwy)

13.

Nazajutrz kilkoro zapaleńców wstało wcześniej i ruszyło boso na rozległe pastwisko, by przyprowadzić konie. Nim zostały wyczyszczone i osiodłane, minęło południe.

Poza dziewczynami z TKT w teren wyjechały jeszcze dwie pary – oraz, oczywiście, pan Roman. Wchodziliśmy właśnie w galop na podłużnej łące opadającej od szosy, gdy koń Werki potknął się, a ona sama wylądowała na ziemi. Dyżur tego dnia pełnił najwyraźniej inny dyspozytor, bo zamiast helikoptera przysłał karetkę. Pani Ela przywiozła Szefa i odjechali do Sanoka.

Bez większych przygód dojechaliśmy do gospodarstwa agroturystycznego, które prowadził znajomy pana Romana. Przejechawszy przez sad, uwiązaliśmy konie nad potokiem i zamówiliśmy pierogi i maślankę z koziego mleka. Kończyliśmy obiad, gdy pan Roman odebrał telefon – Werka okazała się być nie do złamania.

Konie, wiedząc, że wracają do domu, chętnie zrywały się do galopu. Przemierzywszy łąki poprzecinane strumieniami, dotarliśmy do stadniny, gdzie pozostałe Wiewiórki skończyły już obiad. Z chłopców jedynie Czesław zdecydował się na przejażdżkę; gdy wrócił, zapadał już zmrok.

Tymczasem w stadninie cały dzień pracowano nad otrzęsinami. Pewna ekipa wybrała się na spacer do Komańczy, celem zwiedzenia sklepu i cerkwi.

– Chce ktoś zagrać w Cytadelę? – spytał Wojtek. Nie wspominałem o tym wcześniej, ale zrobił to na tym obozie po raz n-ty. I ostatniego dnia, za tym n-tym razem w końcu zaproszenie zostało przyjęte.

Wieczorem odbyły się otrzęsiny, podczas których nader często wspominano Front Wyzwolenia Szkocji. Poza tradycyjną piosenką obozową autorstwa Szefa (Jadę z TKT, z TKT w Bieszczady – w refrenie jak i w całości Szef przeszedł samego siebie) i kilkoma utworami otrzęsinowymi wysłuchaliśmy też myśliwskich Fotografii (pisanych, tradycyjnie, przez cały otrzęsinowy dzień). Gdy wszyscy stali się już pełnoprawnymi uczestnikami TKT-owego obozu wędrownego, przenieśliśmy się na podwórze, gdzie migotało już pożegnalne ognisko.

14.

Dzień powrotu. Na głodnego wsiedliśmy do zamówionych busików i już niedługo byliśmy w Zagórzu. Tam zakupiliśmy i skonsumowaliśmy śniadanie w stylu mleko-kiełbasa-bułka. Napisaliśmy też i wysłaliśmy pocztówki do naszych przyjaciół.

Do Rzeszowa dotarliśmy autobusem, załatwiając w międzyczasie pizzę na dworzec. Na miejscu był jeszcze czas na mały spacer, który z Czesławem i Julką chętnie wykorzystaliśmy. Pizza trzymała poziom i miło było ją zajadać równolegle z kupionym przez Wojtka litrowym pudełkiem lodów za jakieś marne grosze.

W Krakowie były ogromne tłumy. Jak nie Woodstock, to Światowe Dni Młodzieży. Ale w tym tłumie przynajmniej znalazła się Sylwia, która przyniosła nam obwarzanki i rozmawiała z nami, póki nie pojechaliśmy dalej. Sympatyczny akcent na koniec obozu, bo końce zawsze są trochę smutne, przynajmniej dla mnie. Ba, po tym obozie miałem najpotężniejszą depresję powyjazdową od długiego czasu. Z siedmiu, na których byłem, ten oceniam najwyżej. „Gdy duch bieszczadzki w górę cię porywa (…)/ znajdź swoje imię w kamieniu wyryte / i dłoń przyjazną podaną przed szczytem”. To jednak są nasze kochane Bieszczady, w których serce zostaje już na zawsze i do których tęskni, mimo że to najdalej w całej Polsce. I może też trochę właśnie dlatego.

Ala i Myśliwy
Cały świat w zasięgu wzroku i telefonii komórkowej (fot. Kuba M)
Autorka: Marysia

Schronisko w Czarnej było wprost cudowne – kiedy po przywitaniu naszej grupy pan zarządzający SSMem po słowach, że wstawi bojler, skierował się schodami w dół, po zajęciu sobie miejsc do spania rzuciłam się z Michasiem w poszukiwaniu pryszniców oraz, co za tym idzie, ciepłej wody. Nieco zdziwiło mnie mocno zaakcentowane stwierdzenie, iż łóżka są jednoosobowe. No dobra. Gdy wróciłam, stwierdziłam, że dobrze by było położyć się chociaż na minutkę. Jako że moje łóżko było zajęte przez mój (na pewno zmęczony bardziej niż ja) plecak i jego zawartość, oznajmiłam składowi mojego pokoju, że „rozwalę się na łóżku Martusi” – po chwili zaskoczona siedziałam w ramie łóżka, z materacem leżącym na podłodze, z deseczkami podtrzymującymi materac przesuniętymi na jedną stronę. W tym momencie do pokoju wszedł zaalarmowany hukiem Myśliwy >jest takie zdjęcie jak siedzę w rozwalonym łóżku i się śmieję, to było wtedy! Łóżko dało się spokojnie naprawić, Martusia Markowicz została poinformowana o posiadaniu przygodowego łóżka, ale po kilku kolejnych incydentach (którym zawsze towarzyszył wybuch śmiechu) z udziałem łóżek jej i Magdy Buszki dziewczyny zdecydowały się na wyjęcie z ram materaców i noc na podłodze, gdzie mogły spać spokojnie bez niespodziewanego upadku.

Następnego dnia (po wycieczce do cerkiewki w Bystrem) siadłam sobie z mafijnymi, by w oczekiwaniu na pierogi delektować się rozrywką rozumianą przez nie wszystkich TKTowiczów. Nie jest ważne, kto gdzie siedział, poza faktem, iż łóżko Michasia (a raczej ramę) okupowali właśnie Michaś, Julka Osmólska, Olcia Gerszendorf i Hebisz. Z braku informacji pozwalających nam sprawdzić konkretne jednostki postanowiliśmy złożyć sprawę w ręce losu – zakręciliśmy butelką po czymś gazowanym, walającej się koło nas na podłodze. W tym momencie wydarzyły się dwie rzeczy jednocześnie: padło na mnie (a byłam szefem mafii) i łóżko się zawaliło. Dosłownie.

Chwilę później do pokoju wszedł Myśliwy, zaalarmowany brakiem salwy śmiechu po huku związanym z awarią konstrukcji danego łóżka. Kiedy zawiesiliśmy wzrok na pękniętej w pół ramie łóżka polecieliśmy po Szefa, który poinformował panią u władzy o zaistniałej usterce. Ze szkody wycenionej na 100zł Szef pokrył połowę, a czwórka podzieliła się pozostałymi kosztami po równo.

Marysia
Wędrowanie uskrzydla. Jak wiadomo, tutaj dzieje się to za sprawą bieszczadzkich aniołów (fot. Kuba M)