a

Wyspy 08-14 VIII 2016

Obóz Wędrowny

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Sylwia Bednarska
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Michał Żłobicki
  • Ania Zaleska
  • Paweł Jacyk
  • Grzesiek Smoła
  • Magda Buszka
  • Wojtek Hebisz
  • Piotr Sterc
  • Justyna Dobras
  • Mira Najdek
  • Zuzia Baran
  • Iza Platis (Graba)
  • Krzysiek Platis
  • Michał Urban
  • Asia Ramos
  • Jędrzej Barański
  • Gosia Maciejewska
  • Natalia Jeszka
  • Karol Knapiński
  • Ania Sterc
  • Kuba Poprawski
  • Mikołaj Weber
  • Emilia Skwarska
  • Wojtek Jacaszek
  • Karolina Olech
  • Julia Koronczok
  • Julia Błaszczyk
  • Piotr Teplicki
  • Tomek Czyżycki
  • Agnieszka Zegan
  • Narcyza Krajewska
  • Dawid Ignasiak
  • Julia Osmólska
  • Wiktor Jacaszek
  • Mateusz Bożejko
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Mszana Dolna
Śnieżnica
Mogielica
Polana Wały
Ochotnica Górna
Lubań
Krościenko nad Dunajcem
Trzy Korony
Ochotnica Górna
Turbacz
Rabka-Zdrój
Autorka: Śmieszka

Ktoś mi kiedyś powiedział, że chodzenie po górach to drapanie się tam, gdzie nie swędzi. Zwykle tylko uśmiecham się lekko na wspomnienie tych słów… ale nie tym razem…

Tym razem miałam szczerą ochotę ogłosić, że skoro nie swędzi, to ja nie będę się dalej drapać. Prawdopodobnie każdy pasjonat takiego bezcelowego drapania przeżył podobne chwile zwątpienia w sens swojego hobby. I prawdopodobnie miało to miejsce w podobnym piekle jak podejście pod – obiektywnie rzecz biorąc – niezbyt wielką, lecz potężną, gdy już ma się ją pod stopami, Śnieżnicę.

Ale – dla wszystkich zdezorientowanych tym karygodnym brakiem chronologii – zacznę od początku.

Ów nastąpił bardzo wcześnie, bo o ani trochę nieludzkiej godzinie piątej czterdzieści w holu Dworca Głównego PKP. O pogodzie na razie niewiele można było powiedzieć, bo było po prostu czarno, ale wedle prognoz telewizyjnych zapowiadała się ona bardzo optymistycznie.

Co do optymistycznych prognoz: zapowiadały się też przeszło trzy godziny w miękkich fotelach i przy miarowej kołysance szeptanej do ucha przez koła pociągu. Wielu wykorzystało ten błogi czas na ucięcie sobie porządnej drzemki w ramach rekompensaty za zbyt krótką noc. Natomiast część tych równie niewyspanych, a mimo to pełnych energii, zajęła wagon kolejowy, gdzie dała się porwać krwawym mafijnym porachunkom.

Kiedy wreszcie, gotowi na rozpoczęcie marszu, wysypaliśmy się z pociągu (już po pierwszej przesiadce), przeszliśmy kilkadziesiąt metrów… aby przystanąć w oczekiwaniu na autobus… Na jego pokładzie, przy pomocy profesjonalnego sprzętu nagłaśniającego, Szef oficjalnie powitał nas w tych pięknych stronach województwa małopolskiego, po czym poinformował, że naszym najbliższym celem jest Mszana Dolna, natomiast cele dalekosiężne są rozliczne i nawet bardziej fascynujące. Padło też nieco zagadkowe dla niektórych polecenie: „Rozważcie, kto chce brać udział w warsztatach z filcowania wełny w bazie namiotowej na Lubaniu”. Wobec tego, kiedy to jakiś czas później w Mszanie tradycyjnie przedstawialiśmy swoje skromne osoby z imienia i klasy, dodawaliśmy jeszcze krótką informację co do naszych zamiarów względem lubańskiej wełny (co objawiało się zwykle krótkim „filcuję” lub „bez filcu”, przy czym opcja pierwsza miała zdecydowaną przewagę). Choć wyjeżdżaliśmy praktycznie w środku nocy, to kiedy po zakończeniu części oficjalnej wreszcie ruszyliśmy, słońce dosłownie przypiekało nam czubki głów.

Za pierwszy cel obraliśmy Lubogoszcz. Całą drogę towarzyszył nam upał, co oczywiście wcale nie ułatwiało wspinaczki. I właśnie wtedy, podczas pierwszego podejścia na tym obozie doświadczyłam przeżycia epokowego. Wszystkie TKTowskie postoje to wydarzenia bardzo przyjemne, ponieważ wiążą się ze zbawiennym zwykle odpoczynkiem. Ponadto często ubarwiają je iście cyrkowe popisy pajęczaków czy podobnych im słoni, od czasu do czasu ktoś pobije jakiś rekord świata, no i wszyscy zdążą się najeść. I, możecie wierzyć lub nie, ale to wszystko nie znaczy kompletnie nic przy cudzie, który spotkał nas na tym beskidzkim szlaku…

Upał, skwar i palące słońce, droga jakby coraz bardziej pod górę, a plecak jakby coraz cięższy, każdy skrawek cienia zdaje się idealnym miejscem na postój, byle na chwilkę ochłonąć, a tu trzeba iść… Nie! Ktoś tam na górze zwalnia, zdejmuje plecak i siada! Przerwa! I to jaka… Była jak powiew świeżego, chłodnego powietrza… chociaż powinnam chyba raczej powiedzieć: jak haust świeżej, chłodnej wody. Zawsze uwielbiałam górskie strumienie, nawet wyłącznie za ich walory krajoznawcze, ale tego dnia po prostu je pokochałam. Do tej pory się wzruszam, kiedy pomyślę o uldze, jaką przyniósł mi wtedy ten malutki, niepozorny strumyczek.

Uzupełnienie płynów i ochlapanie się nawzajem od góry do dołu zajęło nam ponad pół godziny (przy czym, oczywiście, przedłużaliśmy to jak tylko mogliśmy), niestety szczyt nieubłaganie nie przybliżył się ani trochę, trzeba więc było ruszyć dalej.

Lubogoszcz okazał się tylko krótkim przystankiem (z którego, przyznaję, niewiele pamiętam) na dalszej drodze prowadzącej na wspomnianą, budzącą grozę Śnieżnicę. A była to droga bardzo ciekawa, zważywszy na wyspowy charakter Beskidu Wyspowego. Trochę etymologii… Legenda głosi, że nazwę wymyślił jeden z pionierów polskiej turystyki, który dopiero co zdobył Ćwilin. A gdy był już na szczycie, zastał go wieczór, postanowił więc rozbić namiot i tam spędzić noc. Następnego dnia wstał bardzo wcześnie, żeby bardzo wcześnie wyruszyć na trasę, i kiedy zobaczył, co zobaczył, miał wrażenie, że jednak nadal śpi. Mianowicie cała okolica była skąpana we mgle, jakby ją ktoś zalał spienionym mlekiem, i jedynym, co niczym wyspy wystawało z tego mlecznego morza, były poszczególne szczyty. Na podstawie tej pięknej opowieści można wysnuć prosty wniosek, który – niestety – potwierdza rzeczywistość: Beskid Wyspowy składa się z pojedynczych szczytów, niespecjalnie wysokich, ale o długich, wysokich i męczących podejściach (oraz, co podpowiada rozsądek, równie licznych i o podobnym charakterze zejściach). Co więc próbuję w ten przydługi sposób powiedzieć: aby z Lubogoszcza dostać się na Śnieżnicę, musieliśmy najpierw zejść do najbliższej wsi, przejść nią kawałek i dopiero znaleźliśmy się u stóp naszego ostatniego tego dnia celu.

Nie było na co czekać. Zaraz przy dolnej stacji wyciągu narciarskiego zaatakowaliśmy. Był to atak na górę, z góry skazany na porażkę, bo – jak dowiedziałam się od Myśliwego podczas właśnie tego podejścia – góry nigdy nie można pokonać, można tylko na tej górze zwyciężyć ze sobą samym. Głębokie… Szkoda, że niepomocne. Bo odkąd to usłyszałam (a warto dodać, że usłyszałam to bliżej dołu niż góry tej góry), do całego pęku moich czarnych myśli dołączyła kolejna: „No, fajnie, w takim razie ja już jestem pokonana, przegrałam, finito. To po co mi iść dalej?”. Szłam z jednej przyczyny. Bo wiedziałam, że jedynym wyjściem jest wejście. Wejście na szczyt. Oto jedyna motywacja. No, dobra… Może jeszcze jedno: gdzieś tam, w być może dalekiej i bolesnej, ale ostatecznie osiągalnej przyszłości, czekał na nas obiad.

Mam, niestety, uzasadnioną obawę, że gdybym wylała tutaj wszystkie moje wspomnienia z tego traumatycznego podejścia, tak bym się zmęczyła, że nie miałabym sił stukać w klawiaturę. Może więc pominę ból, pot i łzy, ograniczając się do krótkiej prywaty, a mianowicie serdecznych podziękowań dla tych, którzy te okrutne chwile ze mną dzielili (czyt. wlekli się razem ze mną pół godziny za grupą) i okłamywali mnie jak najlepiej umieli, że już niedaleko, że jeszcze tylko chwilę, że to ostatni zakręt.

W końcu weszliśmy. Dom rekolekcyjny na Śnieżnicy, gdzie spaliśmy, był kilka minut dalej. Zaraz po wczołganiu się na teren ośrodka i krótkiej wizycie w łazience przeszliśmy do kolejnego tego dnia ataku. Było to oblężenie stołówki. Na szczęście trwało krótko i zakończyło się sukcesem: szybko wdarliśmy się do środka. Tego dnia czułam jak nigdy w życiu, że swój obiad wywalczyłam.

Dom rekolekcyjny okazał się ośrodkiem luksusowym, ponieważ – uwaga – mieliśmy tam do dyspozycji więcej łóżek niż potrzebowaliśmy (i chyba nie muszę nadmieniać, że jest to zjawisko niezwykle rzadkie). Nie ma jednak nigdy w życiu nic za darmo… I tym razem luksus miał cenę, nazywała się „cisza nocna”, konkretniej „o północy cisza nocna”… Znacznie ograniczyło to, niestety, długość śpiewanek, ale… z drugiej strony może pozwoliło nam na lepszą regenerację sił po tym niełatwym pierwszym dniu…

Następnego dnia do śniadania akompaniowały nam pieśni śpiewane przez drugą grupę nocującą w domu rekolekcyjnym (i nieco bardziej niż my korzystającą z niego zgodnie z przeznaczeniem zawartym w nazwie). Wychodząc, odpowiedzieliśmy im oraz podziękowaliśmy naszym gospodarzom „Pożegnalnym tonem”. I tyle nas tam widzieli.

Drugiego dnia działo się wcale nie mniej. Co pozostało niezmienne po tej pierwszej nocy w Beskidach, to wspaniały nastrój, słoneczna pogoda i… ciężar plecaków… Zmianie uległa jedynie droga przed nami, tym razem wiodła przez dwa najwyższe szczyty Beskidu Wyspowego. Pierwszym z kolei, a drugim co do wielkości okazał się piękny (i, jak wspomniałam, legendarny) Ćwilin. Oczywiście słodkie słówka, z jakimi go wspominam, nie oznaczają że na szczyt nie wczołgałam się bez tchu. Ale jakoś szybciej udało się ten oddech odzyskać i cieszyć chwilą. Można się było położyć na środku stołu i opalać (pogoda jak najbardziej sprzyjała), można było w chaszczach rozpocząć polowanie na licznie tam występujące borówki albo można też było po prostu napawać się widokami.

Zejście nie było wcale krótkie, a przecież czekała nas jeszcze tego dnia Mogielica, królowa Beskidu Wyspowego! Potrzebowaliśmy jednak czasu na odwiedziny w najbliższej wsi – los chciał, aby był to Jurków – gdzie moglibyśmy zrobić zakupy na wieczorną obiadokolację i trochę się przegrupować. A to dlatego, że nielicznym pechowcom (oczywiście się do nich wliczam, jakże mogłoby to mnie ominąć?!) przydarzyły się bardziej lub mniej krótkotrwałe uszczerbki na zdrowiu. Mogielica więc musiała poczekać do kolejnych odwiedzin w Beskidzie Wyspowym, na razie wybraliśmy krótszą, trochę bardziej płaską drogę.

Czy żałuję, że ominęło mnie to wejście? Najpierw bardzo żałowałam (przez pierwsze kilka godzin), potem trochę mi przeszło… Ale po paru dniach wróciło z podwojoną siłą. A to za sprawą pewnej rozmowy. Niestety, jest jedynym opisem Mogielicy, jaki mogę podać, ale za to jakim opisem! Otóż dopiero następnego dnia odważyłam się zapytać kogokolwiek, jak tam na Mogielicy, będąc ciekawa, co przegapiłam. Najpierw usłyszałam: „Natalia, ja ci tego nie powiem. Nie chcesz wiedzieć”. I dopiero po paru minutach nalegań dostałam odpowiedź właściwą: „Tam było tak pięknie, że się popłakałam”. Wtedy właśnie tak bardzo pożałowałam zmiany trasy. I postanowiłam, że muszę tam kiedyś wejść. Po prostu muszę. Więc… Mogielico, szykuj się! Nadchodzę!

Niemniej, moja podróż do bazy namiotowej „Polana Wały” sama w sobie też była ciekawa i zasługuje na przytoczenie… Pierwsze, na oko, dwie godzinki szłyśmy sobie spokojnie, chciałoby się rzec: nudnie, bo ciągle asfaltem, nieznacznie pod górę. Potem w końcu skręciłyśmy do lasu i zaczęło się robić stromiej – niby ciekawiej, ale też przecież trudniej… Jednak prawdziwych atrakcji natura dostarczyła nam dopiero po trzech godzinach marszu. Niebo zasnuły chmury, a na nos spadły nam pierwsze krople. Zbierało się na deszcz. Wtedy Iza stwierdziła, że w lesie to nie ma nawet sensu wyciągać peleryny, bo przez liście przebije się kilka kropelek na krzyż. Niestety, nie do końca była to prawda… To znaczy, na początku: jak najbardziej. Nawet przyjemnie było trochę ochłodzić się takim drobniutkim deszczem po dwudniowym skwarze. Problem w tym, że drobniutki deszcz szybko przestał być drobniutki, rozszalał się na dobre i zmusił nas do wyciągnięcia peleryn. Postanowiłyśmy trochę przyspieszyć, żeby za bardzo nie zmoknąć. Na niewiele zdały się takie postanowienia, ponieważ deszcz był może przyjemną odmianą, ale przedzieranie się przez ścianę wody (bo tak trzeba ten ówczesny deszcz nazwać) bynajmniej nie ułatwiało wspinaczki.

Ekipa z niebieskiego dżipa (fot. Sylwia)
Jazda figurowa w wersji na lato (fot. Julka Retro)
Eeej, wieża wyłoniła się z chmur. To może jednak wejdziemy? (fot. Sylwia)
Sprawcy nie zostali wykryci (fot. Karol)

Co wydarzyło się potem, zasługuje na odrębny akapit. Tak dla uczczenia doniosłości tej chwili. Bowiem wtedy… coś błysnęło mi przed oczami. Zastanawiałam się, czy może jestem już tak zmęczona, że zaczynam mieć omamy, ale już chwilę potem do kompletu doszedł huk głośniejszy niż wystrzał armaty i już byłam pewna. Burza. Burza zawsze jest czymś doniosłym. Nawet kiedy siedzę zamknięta w cieplutkim, suchutkim domku, daleko od niej, nawet wtedy powala mnie swoją potęgą. To co dopiero w środku ogarniętego przez ulewę lasu w górach! Poczułam dreszczyk strachu, ale towarzyszyło mu też podniecenie, spowodowane może głupim uczuciem, że jeszcze tak wysoko podczas burzy nie byłam, jeszcze nigdy nie byłam tak blisko rozszalałego nieba, jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłam.

No. To już przeżyłam. I chyba mi wystarczy. Bo uczucie jest wprawdzie niesamowite, ale potem, kiedy nocuje się w bazie namiotowej, gdzie wszystko jest mokre, i chce się jakkolwiek wysuszyć cokolwiek z przesiąkniętego wodą plecaka, to nie jest tak różowo. To był chyba największy minus tych ulew: wszystko niedosuszone…

W każdym razie przemoczone, ale szczęśliwe dotarłyśmy do bazy. Tworzyły ją cztery wojskowe namioty i malutka – ale jaka ciepła i sucha! – kuchnia. Ponieważ przyszłyśmy na dobre dwie godziny przed resztą, miałyśmy czas na pozwiedzanie (choć tego nie było wiele), przebranie się (z mokrych ciuchów w wilgotne) i rozmowę z bazowymi (którzy stwierdzili, że takiej burzy to od paru lat nie mieli…). Potem przybyli pozostali i rozpoczęli bezskuteczny proces osuszania, co mogli. Na nic. Po godzinie wróciły deszcze.

Wieczór pamiętam jak przez mgłę. Kiedy już zaszło słońce, odeszły ode mnie wszystkie siły i nawet nie pamiętam, kiedy zasnęłam. Obudziło mnie najsłodsze możliwe wołanie: na obiad. Potem, przy nastrojowym blasku latarek, trochę sobie pośpiewaliśmy, ale z tego już niewiele pamiętam, bo jak szybko mogłam wśliznęłam się do śpiwora i do samego rana nie dałam się z niego wyciągnąć.

Deszcze niestety nie ograniczyły się do jednego popołudnia i jednego wieczoru. Nazajutrz nie było ani trochę suszej. I pogody właśnie dotyczyły rozważania, które obudziły mnie tego środowego poranka. Wszyscy się zastanawiali, czy aura zmieni nasze wędrówkowe plany. A jeżeli tak, to czy zostaniemy w bazie na drugą noc, czy też po prostu skrócimy trasę do najbliższego noclegu. Dopiero po śniadaniu poznaliśmy oficjalny plan na dziś. Rezygnujemy z trasy. Po południu autokar zabierze nas do Ochotnicy Górnej, gdzie przenocujemy i… zobaczymy, co dalej.

Mieliśmy więc kilka długich godzin tylko dla siebie. Wszelkie formy spędzania czasu poza namiotem i kuchnią raczej odpadały (oczywiście ze względu na pogodę), ale w tych miejscach rozrywek nie brakowało. Rozpętała się mafijna wojna, rozpętała się też – choć na trochę krótszą chwilę – wojna karciana, a czworo szczęśliwców odgrzebało gdzieś bazowego chińczyka i przy nim doczekało wymarszu.

Bo wymarsz jednak nastąpił i to z przyczyny prozaicznie prostej – autokar nie podjechałby do środka lasu. Trzeba więc było przejść ten krótki odcinek, odnaleźć cywilizację i dopiero można się było grzać na miękkich fotelach busa, a potem na miękkich łóżkach Szkolnego Schroniska Młodzieżowego w Ochotnicy Górnej.

Następnego dnia trzeba było pożegnać się z labą. Czekała kolejna baza namiotowa w środku kolejnego lasu. I tym razem żadnych autokarów.

Na plus trzeba zaliczyć, że deszcz trochę zelżał. Co jednak nie znaczy, że nie pozostawił po sobie mokrych wspomnień w postaci mokrego… wszystkiego. O błocie na każdym kroku nie wspominam, ale strumyczki spływające w dół ścieżki, którą właśnie wchodziliśmy pod górę… To było kolejne piękne, niezapomniane, choć czasem może troszeczkę uciążliwe urozmaicenie krajobrazu. Ale ostatecznie – komu przeszkadzałoby trochę wody? Dlatego obandażowani w folie, peleryny i nawet plastikowe worki pokonywaliśmy z werwą każdą napotkaną kałużę.

Lubań, bo on był naszym celem, powitał bardzo przyjaźnie. Choć może nie chodziło o sam szczyt, a o całą infrastrukturę dookoła niego. Zacząć muszę od potężnej wieży widokowej wzniesionej na Lubaniu właśnie. Wieża piękna, widok z niej niesamowity (o ile w ogóle jakiś jest, czyli nie zasłania go mgła), ale nie to w wieży najcudowniejsze. Najcudowniejsza jest jej legendarna właściwość, że gdy strudzony wędrowiec, który dopiero co ostatkiem sił zdobył szczyt Lubania, stanie pod wieżą i oprze się o nią w poszukiwaniu… oparcia, spotka go niesamowity zaszczyt, zostanie bowiem – dzięki mocom magicznym – pokrzepiony. Zalążki tej legendy powstały około 11 sierpnia Anno Domini 2016, bo wtedy też po raz pierwszy odnotowano przypadek takiego cudownego pokrzepienia – a było to pokrzepienie mocą spadającej ze szczytu wieży czekolady. (Niewierni do dziś twierdzą, że czekoladę zrzucała stamtąd grupa niewychowanej młodzieży, i każdy sam w swojej mądrości musi rozsądzić, której wersji zaufa).

Dosłownie kilkadziesiąt metrów od góry rozciągała się baza namiotowa – miejsce naszego dzisiejszego noclegu. Tym razem namioty były dwu- i trzyosobowe, ale ściskaliśmy się w nich i po cztery osoby, żeby tylko maksymalnie się dogrzać (jak na środek sierpnia było zdecydowanie zimno, a w nocy – i tu wszystkich zadziwię – wcale nie miało być cieplej). Kiedy tylko się zakwaterowaliśmy i umościliśmy, przyszedł czas na warsztaty z filcowania wełny – te zapowiadane z takim wyprzedzeniem i te wyczekiwane z taką niecierpliwością. Oczywiście wyczekiwane przez tę większość z nas, która się na nie zapisała. Ale żeby pozostali się w tym czasie nie nudzili (ani nie podpatrywali kolegów z zazdrością), i dla nich wymyślono zadanie – no bo ktoś musiał ugotować obiad.

Obiad był zaplanowany ze szczegółami. Z wysoce skomplikowanego menu TKT wybraliśmy pozycję „makaron z dobrym sosem” i przystąpiliśmy do realizacji. Tylko że tak jakoś wyszło, że… Makaron trochę się rozgotował, a przy mieszaniu z mięsem kompletnie rozpadł (tak, że ostatecznie trudno było odróżnić mięso od makaronu). Niemniej nie zmieniło to smaku żadnego ze składników, a i sos wyszedł całkiem udany. I tak oto, podczas gdy część naszych kolegów zgłębiała tajemnice filcowania wełny, my wynaleźliśmy nowe, wspaniałe danie: papka z dobrym sosem.

Wieża widokowa, jak sama nazwa wskazuje, służy do podziwiania urody krajobrazów (innymi słowy: oglądania widoków). A kiedy widoki są piękniejsze, niż podczas zachodu czy wschodu słońca? Te wspaniałe zjawiska było nam dane oglądać z wieży. I o ile wschodu nie widziałam (bo o szóstej rano było zdecydowanie za zimno, żeby wychodzić ze śpiwora!), o tyle zachód był naprawdę zjawiskowy. A poza westchnieniem wzruszenia przyniósł nam też… troje nowych weteranów! Światło zachodzącego słońca idealnie wpasowało się pod kolor koszulek i uświetniło swą obecnością naszą ceremonię. W gronie weteranów powitaliśmy Narcyzę, Julę i Dawida, których najbardziej wówczas ucieszyło… że nareszcie mają jakąś czystą koszulkę.

Po powrocie z ceremonii rozpoczęliśmy inne święto: śpiewy przy ognisku. Dla takiego mieszczucha jak ja było to niesamowite przeżycie… Już takiej atrakcji jak ognisko mam okazję doświadczać najwyżej dwa/trzy razy do roku. A zobaczyć nieprzeniknione ciemności rozświetlane jedynie światłem gwiazd, blaskiem ogniska i mocą kilku czołówek? Przy przyzwyczajeniu do latarni notorycznie pukających przez okno, tysięcy – przepraszam za tak nieliterackie sformułowanie – upierdliwych neonów i świateł zawsze przewijających się gdzieś samochodów, styczność z takim innym rodzajem światła, tym prawdziwym, tym żywym porusza. No a w połączeniu z parą gitarek i siłą kilkudziesięciu gardeł – na pewno zapada w pamięć na długi czas. Do dzisiaj, kiedy otwieram śpiewnik, czuję zapach tamtego dymu (i nie jest to chyba tylko urojenie…), a ten przesiąknięty wspomnieniami papier ponownie przenosi mnie do tamtej nocy, doprowadzając niemal do łez. (Czemu do łez? Ze wzruszenia? Pewnie też… Ale przede wszystkim z żalu. Że te wspomnienia są już tylko wspomnieniami). Tamta noc nie tylko na mnie wywarła tak niesamowite wrażenie. Rano wszyscy zgodnie okrzyknęli ją najlepszą nocą w historii TKT.

Najwytrwalsi doczekali przy dogasającym ogniu bladego świtu, obejrzeli wschód słońca i na dwie godzinki poszli spać. Trzeba przyznać, że potem tryskali energią… A tego dnia energia była wręcz niezbędna: czekały nas Pieniny!

Pozwolę sobie w tym miejscu przypomnieć oficjalną nazwę wyjazdu zamieszczoną m.in. na równie oficjalnej umowie-zgłoszeniu: „Obóz wędrowny Beskid Wyspowy – Pieniny 2016”. Obóz wędrowny – zgadza się. Beskid Wyspowy – zgadza się. 2016 – zgadza się. Nie było jeszcze tylko Pienin. Więc na nie najwyższy czas.

Wprawdzie ze względu na niezbyt sprzyjającą pogodę nie było do końca pewne, czy w ogóle do Pienin zawitamy, ale na szczęście w piątek zza chmur wyjrzało już słońce, deszcz wrócił na swoje miejsce – czyli daleko od nas – i mogliśmy objąć kurs na Krościenko, które tego uroczystego dnia zostało przez nas mianowane „takim Karpaczem Pienin” – bardzo obrazowo i trafnie, moim zdaniem. Nazwaliśmy je tak, gdy tylko weszliśmy do centrum. Centrum aż pstrokatego od różnych stoisk z pamiątkami, oscypkami, ciastami i czym tam jeszcze właściciel miał pod ręką. Po półgodzinnym ogołacaniu tychże stoisk z najbardziej interesujących wiktuałów i wypchaniu kieszeni taką ilością jedzenia, jaka się tylko zmieściła, zrzuciliśmy plecaki z ramion, aby pienińska pętelka dostarczyła jeszcze więcej radości i… w drogę!

„Na Trzy Korony? To chyba ulicą Trzech Koron” – tak Narcyza skomentowała drogowskaz, który mijaliśmy po drodze na szlak. Faktycznie, na Trzy Korony najlepiej ulicą Trzech Koron. Ale od tej ulicy to jeszcze parę godzinek wspinaczki! Ta minęła mi nad wyraz lekko (bo bez żadnego obciążenia! – nareszcie) i w sumie z całej trasy najlepiej zapamiętałam kolejkę na sam szczyt. I nie mam tu bynajmniej na myśli kolejki linowej… Po prostu, zanim mogliśmy dostać się na taras widokowy wieńczący Trzy Korony, trzeba było swoje odstać. Wprawdzie pogoda była już o niebo lepsza, ale mimo to nie upalna… Nadal trochę dokuczał chłód, a na tej wysokości dodatkowo towarzyszył mu wiatr. Warto było jednak trochę pomarznąć, dla takiej panoramy! Pod stopami wije się Dunajec, a na wysokości wzroku – czego dusza zapragnie: Pieniny, Gorce, Tatry… Niestety na nas kolejka się nie kończyła i w związku z tym trzeba było Trzy Korony szybko opuścić.

Gorczańskie wrzosowiska przeplatane mgłą (fot. Julka Retro)
Emilia i Julka z panoramą z wieży na Lubaniu w tle (fot. Julka Retro)

Nie był to jednak koniec wyprawy po Pieninach. Czekał jeszcze jeden szczyt – moim zdaniem – nawet piękniejszy: Sokolica. Ten odcinek wędrówki wspominam chyba najlepiej z całego obozu (chociaż niezmiennie wlokłam się w samej końcówce stawki), a powodów jest kilka. Pierwszym, oczywistym: nieopisanie cudne widoczki. Poza tym właśnie wtedy, pierwszy raz w swoim krótkim życiu, zobaczyłam salamandrę plamistą i wywarło to na mnie niemałe wrażenie. Czemu? – nie pytajcie. Poza zwierzętami chronionymi wśród ściółki można było znaleźć jeszcze, na przykład, Lentilki, co może już mnie nie poruszyło, ale z jakichś przyczyn wywołało u mnie uśmiech. Nie bez znaczenia dla mojej sympatii do tej trasy był fakt, że szliśmy głównie w dół, choć zdarzały się, nawet strome, odcinki pod górę, ale one nie przeszkadzały – wręcz ciekawie urozmaicały przejście. Ogólne wrażenie: bardzo dobre.

To znaczy… ogólne wrażenie: bardzo dobre przez znaczną część trasy. Tak przez dziewięćdziesiąt siedem procent trasy. Bo ostatnie trzy – samo podejście pod Sokolicę – uświetniały mi (i nie tylko mi, ale wszystkim poza samym czołem stawki) wybitne popisy wokalne tych, którzy szczyt zdobyli jako pierwsi. Może nie będę rozwijać tematu walorów estetycznych tego recitalu – kto słyszał, ten wie. A kto nie słyszał… to dobrze… Chociaż muszę naszym wybitnym muzykom oddać, co ich – zdecydowanie urozmaicili mi podejście. Ja tutaj mówię, że ogólne wrażenie obniżali, ale może… to wrażenie byłoby jeszcze niższe bez nich? Bo muszę otwarcie przyznać, że byłam już wtedy niesamowicie zmęczona i na sam szczyt dosłownie się wczołgiwałam. I dzięki naszym obdarzonym oryginalnym talentem kolegom mogłam się na tym najtrudniejszym, choć najprzyjemniejszym dla mnie odcinku skupić na czymś innym. Nadali mojemu krokowi rytm, mniejsza w jaki sposób. A poza tym zafundowali mi kolejne niezapomniane wspomnienie.

Nie żałowałam specjalnie, że na Sokolicę wlazłam jako ostatnia. Przynajmniej nie zmęczyłam się bardziej, przynajmniej mogłam dłużej cieszyć się drogą… Ale trochę pożałowałam tego na szczycie. Bo gdy już padłam tam jak nieżywa, po dosłownie kilku minutach (albo miałam wrażenie, jakby to było ledwie kilka minut) trzeba było wracać do Krościenka. Pocieszała tylko perspektywa obiadu, ale nawet ona nie zdołała mi wynagrodzić konieczności pożegnania z rozbrajająco pięknym widokiem na Dunajec.

Niemniej obiad cieszył. Chociaż osobiście to czułam się w tamtej restauracji bardziej jak nad morzem niż w górach (mimo że nad morzem byłam tylko raz w życiu, w wieku pięciu lat – i niewiele już pamiętam). Dlaczego? Z powodu towarzyszącej nam muzyki. Ta płynęła z osobliwej budki, z osobliwego pół-playbacku i sama też była osobliwa. Oczywiście same największe radiowe i dyskotekowe hity, a wykonanie… pozostawiało trochę do życzenia… Dla mnie brakowało tylko szumu fal i delikatnego aromatu starego oleju ze smażalni ryb. Ale może mam na temat morza jakieś błędne pojęcie…

Kiedy w końcu tę rozśpiewaną knajpkę opuściliśmy, była ciemno jak w… nocy… A i my sami byliśmy zmęczeni jakbyśmy… mieli za sobą cały dzień łażenia po górach. Dlatego ucieszył nas widok znajomego aż za dobrze podczas tego obozu środka transportu – autokaru. Wsiedliśmy. Ja marzyłam wtedy tylko o krótkiej drzemce w miękkim fotelu, ale byłam chyba odosobniona. Bo pozostali postanowili wykorzystać zmontowane w busie radyjko z głośniczkami do rozkręcenia imprezy. Śpiewom i tańcom w fotelach nie było końca – oczywiście aż do momentu, w którym dotarliśmy do celu. A tym ponownie okazała się Ochotnica Górna. (Wtedy to dobiegający właśnie końca dzień okrzyknięty został dniem profanacji muzyki…). Kiedy tylko weszliśmy do znajomego już ośrodka, od razu ustawiliśmy się w kolejkach do łazienek. Następnego dnia obudziłam się na pościelonym łóżku w towarzystwie ręcznika i kosmetyczki – bo dzień wcześniej tej łazienki się nie doczekałam… Przynajmniej teraz nie było kolejki.

Do góry na zachód. Choć na geografii uczyli, że na górze jest północ, a zachód po lewej. Ale do północy było jeszcze kilka godzin (fot. Julka Retro)
TKTowska noc w najlepszym wydaniu (fot. Sylwia)
Trzy Korony (fot. Julka Retro)

Sobota rozpoczęła się bardzo uroczyście. Mógłby świadczyć o tym sam fakt wolnej łazienki, a było jeszcze lepiej! Albowiem tego poranka w kuchni wyprawiały się prawdziwe cuda. Śniadanie składało się z trzech różnych serków, pasty jajecznej i tysiąca innych pyszności. Po prostu bueno magnifico! Jak nietrudno się domyślić, wszystkich wprawiło to w cudowny nastrój.

A tenże był niezwykle konieczny, szczególnie dla tych, dla których ten właśnie wyjazd był pierwszym TKTowskim obozem. Przed nimi bowiem stało tej soboty wielkie wyzwanie stworzenia piosenki obozowej, scenki o górach, legendy o wybranym szczycie i trzech limeryków, a potem jeszcze większe wyzwanie zaprezentowania ich na forum wszystkich obozowych wyjadaczy. Od rana do wieczora, z krótką przerwą na obiad i trochę dłuższą na wizytę w kościele, układaliśmy swój program artystyczny, podzieleni na trzyosobowe grupki. Różnie to wychodziło… (W tym miejscu serdecznie przepraszam Karolinkę i Naiwnego Kolegę Mikołaja, którzy mieli nieszczęście być na mnie tego dnia skazani, za całą krytykę, którą uraczyłam ich i ich rozliczne pomysły). Ale wynik końcowy był taki, że nasze intelektualno-artystyczne otrzęsiny zadowoliły i twórców, i odbiorców, stawiając bardzo wysoko poprzeczkę na przyszły rok.

Na pewno każdy oczekuje w tym miejscu skrótu występów, który to skrót nie jest wcale taki łatwy do przytoczenia, jeżeli nie pamięta się dokładnie całego wieczoru… Napomknę więc tylko o tych występach, które najbardziej zapadły mi w pamięci.

Na pewno zasługuje tu na uznanie wybitnie długa, pałająca artyzmem, chociaż po pierwszych piętnastu zwrotkach już trochę nużąca piosenka Karola. Co było jej główną cechą, to długość. A poza tym: bardzo poetycka, obrazowa i klimatyczna.

Nieważne, jak bardzo spartoliłby swoją rolę (a nie spartolił), i tak zapamiętałabym Wicia przebranego za księżniczkę: w kwiatowej spódnicy, chustce na głowie i… z brokatowym cieniem do powiek! Scenka jego grupy na temat etymologii nazwy Lubań była trzymająca w napięciu i porywająca zwrotami akcji. Brawo!

Kolejna scenkolegenda, dotycząca tym razem Sokolicy, również pozostanie niezapomniana ze względu na charakteryzację jednego z bohaterów – SuperSokoła, będącego chyba kuzynem Supermana, a granego przez Chlebosza.

Wspomnę jeszcze o naszej legendzie, może nie tak spektakularnej i wciągającej jak pozostałe, ale z pewnością zaskakującej, dzięki jednej małej omyłce językowej (kto nie wie, o co chodzi, niech zapyta Mikołaja…).

Żaden z limeryków na tyle mną nie wstrząsnął, bym go w całości zapamiętała. Pamiętam tylko fragment limeryku Kuby (więc chyba ten był najbardziej niecodzienny). Parafrazując: przerwij zbieranie Pokemonów, bo mamy właśnie księżyca nów. Mimo że niektóre rymy były zapewne lepsze od tego, to właśnie ten wierszyk wybił się swoją aktualnością i nietuzinkowością…

Kiedy już zostaliśmy otrzęsieni jak trzeba, otrzymaliśmy zasłużoną nagrodę, którą jest możliwość udziału we wszystkich późniejszych otrzęsinach w roli widowni. I bardzo ucieszył nas fakt, że w kolejnych latach będziemy oglądać wysiłki innych bez konieczności wysilania się samemu. Potem jeszcze usłyszeliśmy tradycyjną piosenkę obozową Szefa, tym razem do melodii „Przyszedłem po to”. I to by było na tyle, jeżeli chodzi o śpiewanie… Ale nie znaczy to, że zaraz po zakończeniu otrzęsin rozeszliśmy się do łóżek. Po prostu tego wieczoru postawiliśmy na wspaniałe gry integracyjne, które zawsze podobają mi się do tego momentu, kiedy nie muszę w nie grać… Najpierw z lubością na ślepo macaliśmy się po twarzach i odgadywaliśmy, kto siedzi naprzeciwko (co okazało się wcale niełatwe…) i wtedy mogłam ze śmiechem obserwować wysiłki koleżanek i kolegów, ale kiedy postanowili zatrudnić mnie do gry w perskie oczko, wyśliznęłam się tak szybko, jak mogłam.

Data powrotu widniejąca na zgodzie głosiła wszem wobec: 15.08. Czyli poniedziałek. No ale poniedziałek o 3 rano… Czyli, praktycznie rzecz biorąc, wracaliśmy w niedzielę. I z tą myślą wszyscy się obudziliśmy kolejnego dnia – bo ten „kolejny dzień” był właśnie niedzielą. I co? To już ma być koniec? Ledwo przyjechaliśmy, już trzeba wyjeżdżać? Na szczęście mieliśmy jeszcze prawie cały dzień do przewędrowania, zanim wsiedliśmy do pociągu.

No to śniadanko, pakowanko i nic tu po nas. Turbacz czeka. Tego dnia nie wędrowaliśmy samotnie, a to dlatego, że Turbacz, jako najwyższy szczyt Gorców, jest bardzo popularnym celem wielu turystów, zwłaszcza w sezonie wakacyjnym. Więc czy komuś to odpowiadało, czy nie, musiał akceptować towarzystwo kolarzy, samotnych wędrowców, wycieczek szkolnych, matek z dziećmi i matek bez dzieci. Schronisko na Turbaczu było jeszcze bardziej zatłoczone niż cały szlak na szczyt, więc nie zabawiliśmy tam długo, ale mimo to wszystkim głodnym udało się zaopatrzyć w ciasto i batony, a ja przeprowadziłam wówczas eksperyment i mogę potwierdzić hipotezę Gosi: lody w górach faktycznie smakują najlepiej.

Droga w dół była chyba jeszcze dłuższa niż w górę. Nie okazała się też bezproblemowa, bo na chwilę rozstaliśmy się z Karolem, którzy na szczęście odnalazł nas jeszcze przed obiadem. I wszystko byłoby super, gdyby… znowu nie zaczęło padać! Tym razem nie był to deszcz długotrwały, ale za to nagły i ulewny. Zaskoczył nas między Schroniskiem Stare Wierchy a Bacówką na Maciejowej i wynik był taki, że do bacówki wchodziliśmy cali przemoknięci. Przemoknięci, lecz jednak w dobrych nastrojach, bo było to miejsce naszego ostatniego obiadu. Trzeba przyznać – wspaniałe miejsce. Pierogi z jagodami, kapustą albo ruskie i słynne na całe Gorce racuchy – to tylko kilka z tamtejszych specjałów. A podczas gdy my zajadaliśmy, deszczowi znudziło się padanie (potem jeszcze namyślał się kilka razy i tyleż razy wracał, ale już nie tak ulewnie) i w stronę Rabki Zdroju mogliśmy ruszyć z pelerynami pod ręką, a nie na głowie. Jak się jednak okazało, nawet niezbyt mocny deszcz mimo wszystko stanowił dla nas utrudnienie, bo zamazywał trochę wzrok. Marysi zamazał go na tyle, że do Rabki dotarła… nieco inną drogą niż my. Czy ciekawszą? – musicie zapytać samą zainteresowaną.

Później… nie ma już co opowiadać. Ostatni odcinek trasy to spacer przez miasto, niezbyt interesujący, jeśli ma się za sobą Beskid Wyspowy, Pieniny i Gorce… Smutny spacer, trzeba dodać, bo przybliżający nas do pociągu i tym samym do domu.

Śmieszka
Karolowi jakoś słabo z wąsami (fot. Sylwia)
Finaliści konkursu Mister Filcu Lubań 2016 (fot. Karol u góry, Grzesiu na dole)
Filc of gold! (fot. Julka Retro)
Autorka: Marysia

Zgubić się można również przez zbytnią pewność siebie. Wyszliśmy z Ochotnicy Górnej, tego dnia planem było zdobycie Turbacza (z postojem w schronisku), a następnie zejście do Rabki-Zdroju przez Stare Wierchy i Maciejową (z obiadem w bacóweczce). O ile na początku dnia wlokłam się raczej z tyłu, to potem dostałam kopa i szłam względnie z przodu. Prawdziwy przełom nastąpił na Kiczorze – tylu takich jagód nie widziałam (a co dopiero takiego skoku cukru i poziomu energii). No to wystrzeliłam – na schronisko przy Turbaczu dobiegam w 20 minut zamiast 45 wg mapy (i daję sobie w żyłę szarlotką z bitą śmietaną i jagodami), na Turbacz 10 minut robię w niespełna 5. I znowu oddalam się od czoła grupy – dopiero na zejściu na Stare Wierchy Dawid jakimś cudem mnie dogania, a i tak jesteśmy daleko przed resztą. Nie ma się co dziwić – my zbiegamy w błocie strumykami i szybko pokrowcujemy się przy ulewie, a grupie zajmuje to więcej. Następnych ludzi widzimy po kwadransie siedzenia pod schroniskiem. Na Maciejową idziemy już względnie razem, moknąc w kolejnej już fali deszczu. W bacówce poza obiadem jedzonym w niemożliwym tłoku zamawiam sobie kakao, na którym zamierzałam zrobić pozostałe 5km do Rabki i pozostały odcinek do Chabówki.

Ale potem jakoś zostawiam Dawida, Michasia i czoło grupy za sobą, gdzieś na wysokości ulicy Dietla gubię czerwony szlak i zaczynam schodzić (miejmy nadzieję do centrum – kieruję się intuicją i malejącymi numerami domów na Gorczańskiej) niebieskim i żółtym rowerowym. Ulewa nie pomaga – bąble deszczu na chodniku wyganiają ludzi do domów, a miejscowi mówią gwarą i nie pomagają – miła pani zaganiająca koty do domu pokazuje mi tylko, w którym kierunku mam iść. W tym momencie (o godzinie 18.19) stwierdzam, że zadzwonię do Michasia (nie odbiera), za to Dawid stwierdza, że chyba się zgubiłam, a Michaś stwierdza, że są przy delikatesach Adaś. Myślę sobie – ile może być Adasiów w moim otoczeniu w Rabce? Na pewno niewiele. W tym momencie mały chłopiec na rowerku na moje pytanie o ten sklep odjeżdża z piskiem opon, a ja staję zasmucona i przemoczona pod witryną sklepu rybnego i usiłuję kontaktować się z nimi, mając za punkty orientacyjne aptekę i ów sklep rybny. Mam iść w kierunku kuli ziemskiej – podobno jakaś rzeźba, rozpoznawalne miejsce, dobry punkt do wzajemnego ogarnięcia się. Na wysokości przystanku busików miły pan ze spożywczaka załamuje nade mną ręce, sugeruje mi wygrzebanie 2,50 i poczekanie na busa. Panie, ja tu mam przed oczami wizję spóźnienia się na pociag – na szczęście dwie miłe panie z wózkami wymamrotały, żebym szła cały czas do przodu i przed torami skręciła w lewo. Jest godzina 18.35, dochodzę do torów, staję na skrzyżowaniu Piłsudskiego z Jana Pawła II i przechodzi mi przez myśl rzucenie tego wszystkiego i pójście po torach (tyle że najpierw trzeba wiedzieć, w którą stronę skręcić, by dojść względnie na zachód). Idę przed siebie za sugestią pani ze sklepu (kupuję u niej jogurcik, żeby jakoś przetrwać godzinę tempa szybkobiegaczki) i lecę przed siebie. O godzinie 18.43 widzę delikatesy Adaś – w których pewnie reszta obozu była pół godziny temu – i zalewa mnie krew (jak można mieć takiego pecha!). Wtedy zdesperowana wchodzę do pierwszej lepszej Żabki, zaczynam ot tak wylewać swoje żale (dlaczego nikt w tym mieście nie jest w stanie mi powiedzieć, jak dojść do tej okropnej kuli ziemskiej, jak jest taka rozpoznawalna to ona chyba nie ma metra średnicy) – na szczęście miłe starsze panie, jak ta za ladą, są solą tej ziemi i w prosty, logiczny sposób nakreśliła mi pozostałą część mojej trasy. O 18.52 przechodzę zmoczona i zmęczona pod nowym, murowanym kościołem i dzwonię do nich (siedzących sobie spokojnie w Parku Zdrojowym), że ja sama już nie wiem gdzie jestem i czy ich znajdę. Ignasiak każe mi pomachać – no to macham. Nie wiem jakim cudem wypatrzył mnie z dobrych kilkuset metrów, ale kiedy już trochę się rozpogodziło, a chodnikiem idzie przemoczona osoba z charakterystycznie podskakującym plecakiem, to to chyba musiałam być ja. Oczywiście bez zbędnych uprzejmości prujemy na pociąg i bez większego zamieszania włączam się w drugą połowę grupy. Dochodząc na stację, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, kilka poinformowanych o sytuacji jednostek gratuluje mi (kolejnej już) radosnej akcji.

Ale potem jakoś zostawiam Dawida, Michasia i czoło grupy za sobą, gdzieś na wysokości ulicy Dietla gubię czerwony szlak i zaczynam schodzić (miejmy nadzieję do centrum – kieruję się intuicją i malejącymi numerami domów na Gorczańskiej) niebieskim i żółtym rowerowym. Ulewa nie pomaga – bąble deszczu na chodniku wyganiają ludzi do domów, a miejscowi mówią gwarą i nie pomagają – miła pani zaganiająca koty do domu pokazuje mi tylko, w którym kierunku mam iść. W tym momencie (o godzinie 18.19) stwierdzam, że zadzwonię do Michasia (nie odbiera), za to Dawid stwierdza, że chyba się zgubiłam, a Michaś stwierdza, że są przy delikatesach Adaś. Myślę sobie – ile może być Adasiów w moim otoczeniu w Rabce? Na pewno niewiele. W tym momencie mały chłopiec na rowerku na moje pytanie o ten sklep odjeżdża z piskiem opon, a ja staję zasmucona i przemoczona pod witryną sklepu rybnego i usiłuję kontaktować się z nimi, mając za punkty orientacyjne aptekę i ów sklep rybny. Mam iść w kierunku kuli ziemskiej – podobno jakaś rzeźba, rozpoznawalne miejsce, dobry punkt do wzajemnego ogarnięcia się. Na wysokości przystanku busików miły pan ze spożywczaka załamuje nade mną ręce, sugeruje mi wygrzebanie 2,50 i poczekanie na busa. Panie, ja tu mam przed oczami wizję spóźnienia się na pociag – na szczęście dwie miłe panie z wózkami wymamrotały, żebym szła cały czas do przodu i przed torami skręciła w lewo. Jest godzina 18.35, dochodzę do torów, staję na skrzyżowaniu Piłsudskiego z Jana Pawła II i przechodzi mi przez myśl rzucenie tego wszystkiego i pójście po torach (tyle że najpierw trzeba wiedzieć, w którą stronę skręcić, by dojść względnie na zachód). Idę przed siebie za sugestią pani ze sklepu (kupuję u niej jogurcik, żeby jakoś przetrwać godzinę tempa szybkobiegaczki) i lecę przed siebie. O godzinie 18.43 widzę delikatesy Adaś – w których pewnie reszta obozu była pół godziny temu – i zalewa mnie krew (jak można mieć takiego pecha!). Wtedy zdesperowana wchodzę do pierwszej lepszej Żabki, zaczynam ot tak wylewać swoje żale (dlaczego nikt w tym mieście nie jest w stanie mi powiedzieć, jak dojść do tej okropnej kuli ziemskiej, jak jest taka rozpoznawalna to ona chyba nie ma metra średnicy) – na szczęście miłe starsze panie, jak ta za ladą, są solą tej ziemi i w prosty, logiczny sposób nakreśliła mi pozostałą część mojej trasy. O 18.52 przechodzę zmoczona i zmęczona pod nowym, murowanym kościołem i dzwonię do nich (siedzących sobie spokojnie w Parku Zdrojowym), że ja sama już nie wiem gdzie jestem i czy ich znajdę. Ignasiak każe mi pomachać – no to macham. Nie wiem jakim cudem wypatrzył mnie z dobrych kilkuset metrów, ale kiedy już trochę się rozpogodziło, a chodnikiem idzie przemoczona osoba z charakterystycznie podskakującym plecakiem, to to chyba musiałam być ja. Oczywiście bez zbędnych uprzejmości prujemy na pociąg i bez większego zamieszania włączam się w drugą połowę grupy. Dochodząc na stację, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, kilka poinformowanych o sytuacji jednostek gratuluje mi (kolejnej już) radosnej akcji.

Marysia
Stworzona przez Marysię mapa porównująca trasę jej i reszty grupy
Fotografia historii fotografii TKT (fot. Sylwia)
Mizia & Mizia – w górach od pokoleń (fot. Julka Retro)