a

Bielice 03-04 XII 2016

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Olek Milach
  • Michał Żłobicki
  • Grzesiek Smoła
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Michał Kucharczyk
  • Paweł Kazimierczyk
  • Narcyza Krajewska
  • Karol Knapiński
  • Weronika Wykrota
  • Agata Kwaśniewska
  • Hela Cebrat
  • Ania Faltyn
  • Julia Błaszczyk
  • Bartek Pruchnik
  • Filip Marcinek
  • Ula Grochocińska
  • Piotr Sterc
  • Magda Buszka
  • Ala Kołodziejska
  • Jan Kwaśnik
  • Marianna Janikowska
  • Hania Wójciak
  • Julia Kossowska
  • Basia Nohr
  • Zuzia Bardian
  • Natalia Bocian
  • Magda Kłodnicka
  • Zosia Tobiasz
  • Kuba Kaczmarek
  • Tomek Zakrzewski
  • Pola Hałupka
  • Maja Szymajda
  • Karol Machoś
  • Michał Purzycki
  • Grzesiek Stępień
  • Karolina Kucharczyk
  • Karolina Łukasik
  • Krzysiek Jadłowski
  • Janusz Witkowski
  • Piotr Jażdżyk
  • Marcin Badowski
  • Kuba Jugo
  • Julia Lignarska
  • Asia Suppan
  • Adam Madej
  • Magda Ślusarz
  • Szymon Jonkisz
  • Julia Gajda
  • Wojtek Stach
  • Kasia Świątoniowska
  • Julia Tesyna
  • Natalia Jeszka
  • Martyna Firgolska
  • Emilia Skwarska
  • Marcel Lipowski
  • Mateusz Grześkowiak
  • Bartek Sójka
  • Albert Aniszczyk
  • Krzysiek Grynkiewicz
  • Wojtek Hebisz
  • Julia Zubrzycka
  • Kuba Nowakowski
  • Zuzia Abrich
  • Natalia Wojciechowska
  • Krysia Grzesiak
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Przełęcz Płoszczyna
Rudawiec
Postawna
Bielice
Czernica
Goszów
Autor: Karol

Już wtedy Szef przeczuwał, że Jul będzie owocnym nabytkiem dla TKT i zapewne stąd decyzja, aby trzeci w jej historii wyjazd z klubem za cel obrał sobie rodzinną miejscowość dziewczyny z chatki Cyborga. Przydarzyło się, że miał być to wyjazd grudniowy; Bielice – biało – śnieg – zgadza się. Chociaż z początku wydawało się, że wyjazd będzie raczej w kolorach ciemnej nocy lub też pożogi wschodu słońca. Ale już podczas przesiadania się w Kłodzku z pociągu do autobusu podskórnie czuliśmy, że biel jednak będzie. Na własnej skórze przekonaliśmy się o tym, gdy tę białość trzeba było usuwać spod kół pojazdu, dla którego zawracanie po dowiezieniu nas na przełęcz Płoszczyna było zbyt dużym wymaganiem, kiedy wokoło ponad metrowe zaspy. Sama myśl o zawracaniu przyprawiała kierowcę o zawroty głowy, więc w te pędy ruszyliśmy na pomoc. Wszyscy mężczyźni zdolni do noszenia broni zostali oddelegowani do kopania, z wyjątkiem Myśliwego, który zajmował się przyjemnością przebierania spodni. Doświadczeni wędrowcy wiedzą, jakie są prawidła rządzące światem. Każda zimowa wycieczka w gruncie rzeczy jest taka sama – zaczyna się kręgiem, chwilowym entuzjazmem, potem moment zachwytu nad krajobrazem, ale zawsze kończy się myśleniem wyłącznie o marznących stopach.

Czasami droga bywa naprawdę nieznośna (fot. Jul)

Nie ma wyjątków: witanie starych tekatowiczów, poznawanie nowych, rozmowy, śmiechy – wszystko zakończyło się z chwilą wejścia w głębszy śnieg. Pukał nam w podeszwy, zaglądał przez szpary między sznurówkami, okupował stuptuty z wszech stron. Dlatego jakże wielką ulgą było dla przemarzniętego stadka wiewiórek, gdy nieoczekiwanie napotkało fragment trasy całkiem ubitej, równej a wielce urodziwej. Wprawdzie miała ona nieco podejrzane, równoległe rowki po swoich dwóch stronach, jednak umęczone nogi czem prędzej wyparły z umysłu myśl o możliwym niebezpieczeństwie czyhającym z którejś ze stron i nie omieszkały skorzystać z takiej ulgi w trudach wędrówki.

O ile mi wiadomo, Święty Mikołaj nie chodzi z kijami, chłopcze (fot. Myśliwy)

Radośnie i beztrosko czoło wbiło się na trasę biegówkową. Ogon, widząc ten żywy ratrak, na próżno próbował zareagować i zawrócić przód, ale kolumna była zbyt rozciągnięta, aby można było coś zaradzić. Ratunkiem okazało się zmęczenie – chwilowa chęć odpoczynku zatrzymała zwycięski pochód – tryumf siły nad zmyślną fantazją. O pomstę do nieba wołający obraz zmasakrowanej trasy biegówkowej wołał coraz głośniej w spojrzeniach mijających nas narciarzy, a niemy krzyk urzeczywistnił się w końcu w ustach pewnej Czeszki. I nie było to bynajmniej rozpaczliwe: you’ve destroyed all the tracks, ale raczej sangwiniczne: what the f**k have you done?. Po wysłuchaniu kilku gorzkich słów od Szefa, nogi pokornie poprowadziły nas dalej w las. Nie dziwmy się im, że pragnęły sobie jakkolwiek ułatwić wędrówkę. Tego dnia zdobyliśmy już Rudawiec, a w planach były jeszcze Postawna i Kowadło nad Bielicami. Śnieg nie ustępował, a my stąpaliśmy coraz mniej pewnie. Niespodziewanie dopadł nas zachód. Stanęliśmy na rozstaju dróg: piąć się dalej czy dać za wygraną i udać się w dół, lub bardziej przyziemnie – prosto czy w lewo. Wieczór się zbliża i dzień się nachylił.

Chwilowo rozterkę zażegnał Szef, przystępując do realizacji swej wspaniałomyślnej idei poczęstowania Hebisza gorącą herbatą, bo Wojciu zawsze ma ciepłą herbatkę do częstowania i tym razem ja chciałem się z nim podzielić. No i Wojtek dostał długo wyczekiwany polarek. Nie, właściwie czekał najkrócej z wszystkich dotychczasowych (stan na 25.06.2018 r. – jaką ja mam pamięć!) emerytów, bo zaledwie 26 miesięcy. Po ceremonii rozpoczęliśmy wędrówkę na dół, dając sobie spokój z kolejnymi szczytami. I była to rozsądna decyzja, bo im więcej wysokości traciliśmy, w tym niższe tonacje barwowe wpadał otaczający nas las. Początkowo dzielnie nie zwracaliśmy uwagi na zatracanie się w mroku otaczającego nas świata, a czas tonął w rozmowach o figurach retorycznych i muzyce konkretnej. Jednak w pewnym momencie musieliśmy w końcu zauważyć, że jest ciemno. Na domiar złego zorientowaliśmy się, że jesteśmy na polanie w lesie, wieje wiatr i stoimy. – Stoimy. – Dlaczego stoimy? – Idźmy. – Ale my nie wiemy gdzie iść…

Ceremonia pierwszego w historii emeryta, który nie ukończył jeszcze szkoły (fot. Jul)

Stoimy w ciemności na jakiejś polanie i nie wiemy w którą stronę iść. Szef też chyba nie do końca wie. Nie mamy też pewności, że wszyscy są. Wieje wiatr. W lesie coś trzaska, a na skraju polanki stoi chatka, która jest opuszczona. Gęste chmury odpierają próby wypatrzenia gwiazd i jedyne światło wydaje się pochodzić od śniegu. Co jakiś czas po oczach błyśnie światło latarki. Rozterka. Mieszanie uczuć. Tam być. Wtedy tam być. Dobrze, że można było skupić się na stałym punkcie zimowych wycieczek. – Narcyza, zimno mi w nogi. – Jeszka, zamknij się. – A wiecie, że John Cage napisał taki utwór 4’33’’. – Tak, wiemy, klasyka aleatoryzmu.

Stagnacja, odmóżdżenie, nie-myślenie – to niekiedy przyjemne uczucia, ale nie przybliżają w żadnym stopniu do jakiegokolwiek celu. A wtedy cel był jeden, konkretny i jasno określony. W normalnych warunkach osiągnięty zostałby przed pięcioma godzinami, ale gotowi byliśmy czekać kolejne trzy. Jego miarą był każdy z nas, a także czas jaki minął od chwili postawienia nogi na zmarzniętej ziemi. Sam był miarą zadowolenia i poczucia bezpieczeństwa, troski. Wzbudzał zaufanie. Przywoływał wspomnienia domu, jakkolwiek blisko by się ten dom od nas nie znajdował. Nasz cel był trywialny, ale niezbędny. Zwyczajny, a jakże potrzebny. Był powszedni. Zawierał się między gestem złapania łyżki a gestem odstawienia kubka po herbacie. Zaspokajał i dawał odczuć, że jest ktoś, kto dba o nas i poświęca swój czas. Budził instynkty, warunkował odruch. Powodował miły skurcz i ucisk w dołku przed urzeczywistnieniem się, a za sobą pociągał błogie ciepło gdzieś w środku. Dawał okazję skupić się na czynnościach podstawowych – spożywaniu i trawieniu. Skutkował stagnacją, w której organizm przyswaja sobie spożytą treść i zawiązuje tkankę tłuszczową. Dla tej stagnacji byliśmy gotowi wyrwać się z uprzedniej stagnacji i pokonywać kolejne kilometry, paraliżowani strachem, ale popychani naprzód nadzieją na ziszczenie się snu o obiedzie.

Gdybyśmy nie dotarli do asfaltowej drogi biegnącej przez Bielice, gdybyśmy nie podziwiali miasteczka w świetle latarni odbijanym przez śnieg, gdybyśmy nie doszli do domu baptystów, aby tam porzucić zamiar rozwiązywania zamarzniętych sznurowadeł i jakimś cudem wyrwać stopy z więzów zesztywniałych butów, gdybyśmy w końcu nie zasiedli do obiadu, aby cieszyć się dwudaniowym posiłkiem i herbatą z ciastem, wtedy nie byłoby czego teraz, po ponad półtora roku, wspominać. Jednak relacja powstaje. Zatem doszliśmy, rozebraliśmy się, zjedliśmy, umyliśmy się, wzięliśmy rzeczy, usiedliśmy w pokoju, graliśmy, śpiewaliśmy, siedzieliśmy, leżeliśmy, śpiewaliśmy, masowaliśmy się, graliśmy, braliśmy śpiwory, śpiewaliśmy, odkładaliśmy śpiewniki, śpiewaliśmy, spaliśmy, spaliśmy, wstawaliśmy.

Jul ostrzy sobie na ciasto (fot. Jul)
Kot śpi, myszy harcują (fot. Jul)

Wiele i niewiele pamięta się z tamtej nocy. Pamiętam Sójkę leżącego na krokwi. Pamiętam Szefa grającego na leżąco. Nie pamiętam, kiedy pokój opustoszał. Pamiętam śpiewanie Lornetki. Pamiętam, że wziąłem śpiwór. Pamiętam, że położyłem się na podłodze. Nie pamiętam ostatniej piosenki. Pamiętam twardą wykładzinę i głęboki sen. Następny dzień – obfitość śniadania. Jajka na twardo pakowaliśmy w worki, żeby nie dawać właścicielom okazji do marnotrawienia żywności. Gdy przyszło do wychodzenia, buty były rozmrożone – a więc zimne i mokre.

Aby aktywować, nalej herbatę z jedną łyżeczką cukru. For English add lemon (fot. Jul)
Ej, a znacie ten? (fot. Jul)
Skażony mafią (fot. Jul)
Krajobraz o 6 nad ranem (fot. Grzesiu)

Wydostawaliśmy się z Bielic białym stokiem. Poranek rozświetlał mroki nocy. Było jasno i ciepło, ostro i zimno – prawdziwa zima. Obraliśmy kierunek na Czernicę z jej wieżą widokową i wokół tego celu obracała się cała wędrówka dnia wtórego, umilana na postojach dźwiękami fletu Jasia Kwasia. Gdy w końcu doszliśmy do wieży i weszliśmy na nią, to zeszliśmy z niej i poszliśmy w stronę Stronia Śląskiego. Poszłoby gładko, gdyby nie permanentne zmarznięcie nóg. Czesław korzystał ze swoich sanek i próbował przykuć naszą uwagę swoimi poczynaniami, ale wszyscy myślami byliśmy już w pociągu powrotnym do domu. Pół godziny w autokarze do Kłodzka nie należy do tej wycieczki i niknie w odgłosach cichego i głośnego chrapania. Na Kłodzku Mieście pozostało nam, w oczekiwaniu na ciuchcię, odtańczyć rytualny taniec przyzywający bogów ognia, aby rozgrzali nam ręce i nogi. I zostaliśmy wysłuchani, bo pociąg miał ogrzewanie.

Karol
Z plecakami jest jak ze śniadaniem - jedni wolą kakao, a inni czosnek (fot. Jul)