a

Beskid Sądecki i Niski 03-16 VII 2017

Obóz Wędrowny

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Wojtek Hebisz
  • Piotr Sterc
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Michał Żłobicki
  • Ania Zaleska
  • Grzesiek Smoła
  • Paweł Kazimierczyk
  • Narcyza Krajewska
  • Natalia Jeszka
  • Dawid Ignasiak
  • Karol Knapiński
  • Hela Cebrat
  • Ania Faltyn
  • Agnieszka Sawicka
  • Agata Kwaśniewska
  • Ania Sterc
  • Kuba Poprawski
  • Julia Osmólska
  • Ola Gerszendorf
  • Marta Posadzy
  • Julia Błaszczyk
  • Magda Buszka
  • Kacper Dąbek
  • Ula Grochocińska
  • Adam Morawski
  • Daria Perkowska
  • Tymon Porębski
  • Kuba Kaczmarek
  • Bartek Chądzyński
  • Kuba Jugo
  • Julia Lignarska
  • Staszek Pikul
  • Marianna Kabata
  • Martyna Firgolska
  • Ola Balasińska
  • Gabrysia Pytel
  • Mateusz Grześkowiak
  • Marta Magnuszewska
  • Marta Pikul
  • Michał Urban
  • Magda Kłodnicka
  • Janusz Witkowski
  • Krzysiek Jadłowski
  • Magda Ślusarz
  • Wiktor Jacaszek
  • Kasia Miernikiewicz
  • Krzysiek Grynkiewicz
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Szczawnica
Wysoka
Jaworki
Biała Woda
Niemcowa
Rytro
Hala Łabowska
Krynica
Banica
Radocyna
Kotań
Krempna
Myscowa
Zawadka Rymanowska
Zyndranowa

Wschód słońca na Radziejowej, 05.07.2017, Chatka pod Niemcową

Autorka: Kasia

Godzina 2:50
Telefon, ukryty pod polarem, stanowiącym moją tymczasową poduszkę, zaczął wibrować. Dobrych kilka sekund musiało minąć, żebym zrozumiała, co się właściwie dzieje. Ano tak, godzinę z hakiem temu ustawiałam budzik z nazwą “świt”. Jejku, muszę wstawać? Przecież dopiero co się położyłam. Wszystkie “za” i “przeciw” bardzo powoli przechodziły mi przez głowę, pewnie dobre 5 minut, bo 2:55 wyświetlała się na ekranie telefonu, kiedy w końcu podniosłam się na łokciach, skontrolowałam stan świeczek palących się na stole (“tak, ostatnio były trochę dłuższe”), i obudziłam Magdę. Właściwie zaczęłam budzenie Magdy. “Magda… Maaagda… Chodź, na wschód słońca idziemy.” Magda niby na mnie patrzyła, ale wątpię, że mnie widziała. “Karola obudź.” Magda sięgnęła ponad dwiema niezainteresowanymi wstającym słońcem osobami, szturchnęła Karola, któremu udało się szybciej nawiązać kontakt z rzeczywistością; wysunął się bowiem z gracją ze śpiworka i zaczął zakładać buty. Ja też, tylko co do swojej gracji to nie wiem, dalej mi się bardzo powoli myślało. Magda wróciła do pozycji horyzontalnej. “To co, nie idziesz?” “Iiidę…”.

Brzdęk. No tak, ostatnie, co pamiętam przed snem, to “Tu w dolinach wstaje…”; skoro teraz nic nie słyszę, to Szef musiał gdzieś odłożyć gitarę. Dokładnie tam, gdzie Magda właśnie dała nogi, żeby założyć buty.

Chyba nikt się nie obudził. Nikt poza tymi, co chcieli się obudzić, i próbowali teraz jak najciszej wyjść z chatki, nie wpadając w inne gitary, kubki czy plecaki śpiących Wiewiórek.

3:00
Przed chatką już utworzyło się kółeczko tych, którzy nad sen przedkładają rzadkie wrażenia, takie jak oglądanie ze szczytu górskiego wschodzącego słońca. Sprawa nie była wcale taka prosta, bo ten szczyt był całkiem daleko. Wieczorna matematyka kazała nam wierzyć, że słońce wzejdzie około godziny 4:30 (obliczenia miały dość duży margines błędu, bazowaliśmy bowiem na godzinie wschodu ponad tydzień wcześniej [niewielki problem] we Wrocławiu [już trochę większy]). Mieliśmy więc półtorej godziny. (Sprawdzając kiedyś mapę po obozie doliczyłam się na tej trasie czasówki rzędu 2h15; idealnie.)

Pamiętam, że Myśliwy coś powiedział, coś oprócz “ja prowadzę, Szef śpi” (znając Myśliwego, na pewno coś z poezją; słowa jednak jakoś mnie omijały). Włączenie czołówki to jeden z moich większych sukcesów tych kilku minut. I zapamiętanie osoby z prawej. Chyba.

3:15
Dalej jest ciemno, ale myślałam, że będzie gorzej. Droga na razie jest znana, szliśmy nią poprzedniego dnia, z tym, że w drugą stronę. Po jakimś czasie od trzymania głowy z czołówką w jednej pozycji zaczyna mnie boleć szyja. Czołówkę przejmuje Magda, w końcu w ogóle ją wyłączamy. Ktoś tuż za nami jeszcze świeci swoją.

3:45
Latarka jest zupełnie zbędna; spokojnie można uwierzyć, że słońce wzejdzie właściwie zaraz. Wiewiórki mimowolnie zaczynają szybciej iść, grupa się rozciąga. Pierwotny pomysł poczekania na wszystkich na rozdrożu na Wielkim Rogaczu zostaje porzucony. Do przejścia jeszcze kawałek, widzę już cel. Widzę, bo jest zupełnie jasno. I widzę, że cel jest daleko. “Czekajcie na następnych, potem możecie iść.”

4:00
Pora na “Czarnego bluesa o czwartej nad ranem” zastaje nas akurat na zejściu z Wielkiego Rogacza w kierunku Przełęczy Żłobki. Magda i ja cicho nucimy pomiędzy krokami. Jak się później okazało, bardziej wariację na temat. Jakoś udało się nam pomieszać fragmenty obu zwrotek, ale raczej każdy wers został zaśpiewany. Myślę jednak, że ze względu na okoliczności należy nam się wybaczenie.

A poza tym, to kto to widział, żeby schodzić, żeby potem wejść?

4:10
Podchodzimy pod Radziejową od południowo-zachodniej strony, więc wschodu nie widać. Oczami wyobraźni bez problemu mogę zobaczyć, że słońce już na pewno wstało, przecież kolory nieba wahają się od różu po żółć i pomarańcz. Podejście lekkie nie jest, a trzeba iść szybko. Ciąży mi już nawet półlitrowa butelka wody w ręce. Nie no, ale przecież niemożliwe, żebym już od godziny miała iść na darmo. Nie, nie. Szybciej.

4:25
W końcu, wieża widokowa na Radziejowej. Tuż za chatką wątpiłam w sens brania ze sobą kurtki, teraz bez niej pewnie bym zamarzła. Z każdym schodkiem wieży wiatr wieje mocniej. Na najwyższej platformie Wiewiórki już zostały pingwinkami. Słońca jeszcze nie widać.

Z kapturem naciągniętym na głowę trudno mi usłyszeć wszystkie padające dookoła pytania. “A to kiedy to słońce?” “A dasz gryza batonika?” “A co to za góry tam widać?” Niskie chmury szczelnie wypełniają doliny śródgórskie. Wszystko wygląda magicznie, nierzeczywiście. Jest zupełnie różowo. Ciemne wierzchołki gór ciągną się aż po horyzont.

4:30
Jest!
Zegarek wskazuje dokładnie 4:30, gdy pierwszy malutki fragmencik tarczy słonecznej pojawia się nad horyzontem. Z minuty na minutę rośnie coraz bardziej, aż w końcu słońce wynurza się całe. Wcale nie jest dużo jaśniej. Ani cieplej.

Mam poczucie spełnienia.

Teraz, gdy można oderwać wzrok od wschodu, mogę przyjrzeć się też innym stronom świata - na zachodzie wysokie góry wynurzają się spod miękkiej warstwy chmur, na północy szare mgły płyną dolinami, przelewając się wodospadami z wyższych do niższych partii. Południe zdaje się w półmroku czekać na dalszy rozwój wypadków.

Po kilkunastu minutach, w czasie których wszyscy podziwiamy piękno nowego dnia, na niebie materializuje się pierwsza przeszkoda dla tarczy słonecznej - przechodząc przez poziomą chmurę słońce z bladożółtego staje się niemal pomarańczowe, jakby chciało spalić skroploną w atmosferze wodę. Znika na chwilę, ale zaraz wraca. Znów większe i jaśniejsze.

Nie żal mi ani sekundy snu.

Tu jest naprawdę pięknie.

(fot. Julka Retro)

5:00
Pod wieżą tworzy się już małe kółeczko zmarzniętych. Czas wracać, może jeszcze uda się chwilę przespać. “Jesteście porąbani” - Myśliwy nie zaniedbuje obowiązków opiekuna TKT. “Nawzajem.”

Ktoś zauważył, że barierkę tuż przy schodach zdobi napis “Kajojek”. Karol, schodzący z wieży jako jeden z ostatnich, jest wniebowzięty.

5:45
Tempo marszu jest właściwie spacerowe, jednak z tendencją zwyżkową. Mnie do przodu pchają dwie wizje - wizja spania i wizja jedzenia. Nawet nie wiem, która bardziej.

6:15
W tę stronę poszło jakoś szybko, większość Wiewiórek jest już w chatce. Stok, na którym stoi budynek, opada ku wschodowi; podobno widok sprzed wejścia był wcale nie gorszy od naszego.

Jeszcze teraz, kiedy słońce jest już wysoko, miesza się resztka poranka - jasne mgły płynące dolinami pomiędzy burymi szczytami - z dniem - jasnym, ciepłożółtym słońcem.

Na ławkach przed chatką siedzi kilka osób. W garnku, z którego wszyscy jedzą, znajduję jeszcze jedną bezpańską łyżkę. Nic nie smakuje tak dobrze, jak zbita paćka rozgotowanego poprzedniego dnia makaronu po powrocie ze świtowego spaceru. To nie jest sarkazm.

Czuję, że naprawdę jestem we właściwym miejscu.

6:30
Teraz jest jakaś szansa, że do śniadania nie umrę już z głodu; co najwyżej ze zmęczenia. Ratuję swój śpiwór spod śpiącej Martynki, znajduję kawałek wolnego miejsca. Zasypiam właściwie w momencie, w pamięci mając różowopomarańczowy krajobraz z budzącym się słońcem, nie wiedząc jeszcze, że to mój ostatni tekatowy sen bez czerwonej koszulki z wiewiórką.

Kasia Miernikiewicz
(fot. Jul)