a

Lewin Kłodzki 24-25 II 2018

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Michał Urban
  • Wojtek Hebisz
  • Piotr Sterc
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Michał Żłobicki
  • Michał Kucharczyk
  • Ala Kucharczyk (Przybyszewska)
  • Jan Kwaśnik
  • Tymon Porębski
  • Bartek Chądzyński
  • Krzysiek Jadłowski
  • Janusz Witkowski
  • Zuzia Abrich
  • Kuba Jugo
  • Julia Lignarska
  • Wiktor Jacaszek
  • Martyna Firgolska
  • Karol Knapiński
  • Narcyza Krajewska
  • Natalia Jeszka
  • Dawid Ignasiak
  • Ania Sterc
  • Julia Błaszczyk
  • Kasia Miernikiewicz
  • Mateusz Grześkowiak
  • Agnieszka Rucka
  • Wojtek Jacaszek
  • Paweł Jacyk
  • Dawid Chmiel
  • Jędrzej Barański
  • Martyna Frankowicz
  • Marysia Złotek
  • Basia Chłódek
  • Artur Wawryszewicz
  • Basia Birula
  • Mateusz Kandybo
  • Zuzia Bardian
  • Pola Hałupka
  • Tomek Zakrzewski
  • Darek Ciesielski
  • Ania Czachorowska
  • Adam Morawski
  • Marek Krupicki
  • Ania Gołecka
  • Hania Raczyk
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Kudowa-Zdrój
Brzozowie
Dobrošov
Borová
Lewin Kłodzki
Lasek Miejski
Pańska Góra
Jamrozowa Polana
Duszniki-Zdrój
Autorka: Kasia

Wstydliwa męska rzecz na k?

Kalesony oczywiście!

Na wycieczce do Lewina nawet najmniej miętkie wafle musiały uznać wartość tej i innych, może mniej wstydliwych, za to podobnie chroniących przed zimnem rzeczy.

Bo trochę zimno było.

Ja nie narzekam, w końcu nie byliśmy tam dla przyjemności; podaję to jako fakt - ten weekend i kilka poprzedzających go dni były wyjątkowo mroźne, co prawdopodobnie również w pewnym stopniu wpłynęło na liczność grupy. 40-kilka osób to przecież jak na standardy TKT dość kameralny wyjazd.

Pewnie dlatego nie zajęliśmy całego holu dworca w czasie zbiórki; za to w ramach naprawy tego błędu podjęliśmy próbę rozciągnięcia się na cały pociąg w czasie przejazdu z Wrocławia do Kudowy.

W Kudowie... trochę obok Kudowy-Zdroju utworzyliśmy standardowe kółeczko, przy okazji którego po standardowym powitaniu, przedstawianiu się, statystykach, wspomnieniu brakujących itd.; po przypomnieniu - to jest wycieczka do Lewina, Lewin jest tam - tu Szef wskazał kierunek - możecie zgadywać gdzie idziemy. Kilka osób wskazało zupełnie różne strony, jedna chyba nawet trafiła. Może to nie było dokładnie przeciwnie względem Lewina, ale raczej mniej zgodnie niż bardziej.

I w takim, wyznaczonym czyimś palcem kierunku, ruszyliśmy.

A tam okazały się być Czechy, ze swoimi najlepszymi przygranicznymi atrakcjami - bunkrami. Skoro nawet jeśli bunkrów nie ma to jest... super fajnie, to jak wspaniale jest, jak są?

Jeszcze zanim dotarliśmy do pierwszego z nich, zaczęło się pojawiać coraz więcej śniegu - i tego na ziemi, i tego padającego. Nie były to co prawda jakieś niesamowite ilości, ale mroźny wiatr wdmuchujący śnieg w twarz to też nie jest jakaś wielka przyjemność, dość szybko więc część Wiewiórek upodobniła się do ninja, względnie tych z muzułmanek, którym widać tylko oczy, zakładając chusty i bandany na twarze.

Chustki z twarzy trzeba było tylko ściągać na copostojowym uwspólnianiu herbaty (albo kakao! God bless Karol) oraz oczywiście innych niepłynnych artykułów spożywczych. (Na tym etapie wycieczki jeszcze wszystkie pierwotnie płynne rzeczy były dalej płynne, kolejnego dnia to już różnie bywało.)

No i w końcu - bunkry.

Pierwszy, odnowiony, pomalowany w maskujące kolory (oczywiście znaleźliśmy go wyłącznie dlatego, że, co zaskakujące, moro wcale nie chroni przed odkryciem w śniegu!), został doceniony dzięki swoim interesującym okienkom strzelniczym. Szef powiedział kilka słów o budowie umocnień przed II WŚ i o tym, jak bardzo się Czechom wtedy nie przydały. Oraz o tym, że na wzgórzu niedaleko jest zamek w Nachodzie, który nawet przez chwilę, gdy niskie chmury trochę się przerzedziły, dało się zobaczyć.

W okolicy było jeszcze kilka bunkrów, oczywiście, jak przystało na bunkry, ładnie poukrywanych. No, może oprócz największego tamtego dnia, na który nawet dało się wejść i popodziwiać okolicę. Wtedy już duch TKT w ludziach był silny (kolejna sesja dzielenia herbatą przy opowieści o tym, jak to "rycerz pomalował prawą przednią i lewą tylną nogę swojego konia na zielono" by Stercu), nic dziwnego więc, że bo szybkiej zmianie dachu bunkra na inny dach bunkra ("Pozor"? A, to po czesku - to nie rozumiem) odbyła się ceremonia koszulkowa.

Morowe nastroje pod bunkrem (fot. Jul)
Rozgrzani do czerwoności (fot. Karol)

Koszulki w tym roku szkolnym zostały przyznane już w forcie w okolicach Grochowej, oczywiście w Orlu, no i na wzgórzu z widokiem na Wilno, teraz więc do tego spisu dołączył czeski bunkier; do spisu weteranów natomiast dołączyli dwaj silni mężczyźni - Adam i Marek. Koszulki zostały przyznane z zachowaniem wszelkich tradycji, co z tego że zimno. Najfajowsze (bo ciężko mówić o istnieniu jakiegoś najwyższego) miejsce tego dnia zasłużyło na KRYSTYNĘ CZYCZĘ i można było iść dalej.

Ta część Kotliny Kłodzkiej nie obfituje bynajmniej w wysokie góry, cała nasza trasa była więc, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, łażeniem trochę w górę, a trochę w dół. Tempo też było raczej typowo tekatowe - Słuchajcie, mam dobrą wiadomość. Nie spóźnimy się na obiad - po minie Szefa było widać, że jeszcze coś dopowie - Przełożyłem go właśnie o godzinę. - No tak.

Żeby tak wyrosnąć w środku kadru… (fot. Jul)
Karol w centrum zbiegów perspektyw i okoliczności przyrody (fot. Jul)

Ostatnim pozalewińskim interesującym miejscem tego dnia było czyjeś pole, na którym beztrosko leżały sobie bele siana. No bo przecież to zupełnie oczywiste, że jeśli 1) jest zimno 2) wieje wiatr i pada śnieg 3) przeszliśmy już niezły kawałek 4) za pół godziny można się już grzać w ciepłej sali, jedząc obiad; to jedyną sensowną opcją jest natychmiastowa przerwa na budowanie wieży z beli siana!

Matka Boska wyraźnie przejęła się tym, co zobaczyła w górze (fot. Karol)

Pierwszym celem było ustawienie wieży z 3 beli, co wcale nie było takie proste, w dodatku okazało się wymagać znajomości fizyki (oś obrotu, te sprawy). Potem, skoro była już wieża, to trzeba było jeszcze na nią wleźć, kolejne cele klarowały się więc same - trzeba było zbudować wieże z 2 i z 1 beli... no i potem jeszcze po jednej każdego z tych dwóch rodzajów, w końcu symetria musiała być zachowana. A skoro już było tyle wież, to jedyne, co pozostało, to zrobić sobie na nich przepiękne Gruppenfoto. I iść dalej; kilka osób postanowiło już zacząć marznąć (co za pomysł!?), folia przeżycia pomagała Basi przeżyć. Ciepły obiad był priorytetem.

Trwają poważne obliczenia konstruktorskie… (fot. Jul)
… ale kto by się tam przejmował! (fot. Karol)
Mieszkańcy całej ziemi mieli jedną mowę, czyli jednakowe słowa. (Rdz, 11, 1) (fot. Jul)

I w końcu stał się również zupełnie realnym dobrem, gdy tylko pierwsze osoby punktualnie o 18 przekroczyły próg ośrodka "Marysieńka" w Lewinie Kłodzkim. Miło było tak sobie usiąść w ciepełku i zjeść coś, co nie próbowało jedzącemu łamać siekaczy (jak mrożone batoniki na przykład).

Warunki w ośrodku odbiegały znacznie od standardu TKT - pokoje(!) z łóżkami i pościelą(!!) i nawet łazienkami w pokojach(!!!). Ja na wszelki wypadek wraz z 6 innymi osobami zajęłam 4-osobowy pokój, jedno łóżko na osobę to już byłaby przesada. Gotowy baniak z herbatą, istotnie wysoka temperatura w pokojach - to było naprawdę niecodzienne.

Pierwsza część wieczoru przebiegła w atmosferze ciężkiej pracy i korzystania z dóbr doczesnych. To znaczy, kto co woli - we wspólnej sali był stół do tenisa stołowego, bilard, piłkarzyki; ale na przykład w pokoju <tu wpisz numer> był za to klub liczenia całek (chociaż Cyza chyba wybrała zadanka z kombinatoryki), który w ramach przerw od nauki recytował tekst z jakiegoś (rosyjskiego?) filmiku z otchłani internetu. Za takie właśnie chwile kocham TKT.

Bilard, jednorożec, piłkarzyki i zakaz robienia zdjęć na jednym zdjęciu (fot. Jul)

Ale czymże byłby wieczór bez śpiewanek? Szef zarządził koniec piłkarzyków i innych takich, i czerwonokoszulkowcy oraz ci, co odliczają wycieczki do wejścia w posiadanie takiego ubioru, ustawili krzesła w krąg. Już po raz kolejny do gitar Szefa i Dawida dołączył flet Klary. W takich warunkach można by było w ogóle nie iść spać, tym bardziej że oprócz samego śpiewania były takie atrakcje jak akrobatyczna sesja popisowa by Jul & Hania & Martynka czy (ach, te nowoczesne technologie) skajpowe łączenie z chorą Madzią, która przecież i tak choć nie ciałem, to duchem na pewno była cały czas z nami, tak samo zresztą jak i Magda, której na bieżąco zdawałam sprawę z przebiegu wycieczki i dzięki wsparciu której powstaje ta relacja. Odbyło się też demokratyczne(!) głosowanie nad terminami obozów oraz wybór kierunku (a właściwie zwrotu) obozu bieszczadzkiego (na wschód! Tam musi być cywilizacja). Szczerze mówiąc, nie wiem, kiedy najwięksi twardziele uznali, że pora na sen; mnie łóżko wezwało koło godziny trzeciej.

(Starless and) bible black za oknem już od dawna nie było, gdy Szef budził Wiewiórki ze śpiewem na ustach. Wszystkie mniej więcej w tym samym czasie, bowiem instancja ekipy śniadaniowej wyjątkowo nie była potrzebna - śniadanie już na nas czekało. Standardowe śniadaniowe zasady nie obowiązywały, bo kanapki wcale nie tworzyły stosu, a wszystkie dodatki były bazowo 'uwolnione', co oczywiście nie oznacza, że takie śniadanie było jakkolwiek gorsze - wszystko zostało pochłonięte, herbata w termosach uzupełniona - i po uformowaniu nowego kółka, jako że wystąpiły straty osobowe (Klara, Narcyza, Sterca, Michaś, Julka Retro, Jaro) - można było podjąć marsz ku Dusznikom.

Oczywiście nie w linii prostej i nie bez atrakcji, z których pierwszą było problematyczne przekraczanie nie do końca zamarzniętego strumyka jeszcze w samym Lewinie, który to problem większość uczestników rozwiązała przekraczając miast strumyka płot okalający teren ośrodka "Maria". ("'Maria', 'Marysieńka'... najwyżej powiemy że pomyliliśmy nazwy"). Potem już było tylko lepiej - świeciło piękne słońce, mroźne powietrze było czyste, zaspy tworzyły fantastyczne kształty na brzegach ścieżki, słychać było skrzypienie butów na śniegu i Szefa powtarzającego "Ale czad! Ale pięknie!", na wypadek gdyby tekatowicze sami tego nie zauważyli. I w tych słowach nic nie było przesadzone. Było naprawdę pięknie, każdy fragment lasu i każde pole miało swój unikalny urok. Śnieżne panoramy zachwycały, chociaż temperatura nie pozwalała na zbyt długie cieszenie się z widoku w jednym miejscu; za to w ramach widoków - wprawne oko dostrzegało w oddali zarys naszych siennych wież z dnia poprzedniego, wprawny obiektyw z zoomem (wiadomo więc do kogo na pewno nie należał) potwierdził ich istnienie.

Cała trasa do Dusznik przebiegała w tych pięknych okolicznościach przyrody, dzięki czujności Artura wybraliśmy szlak omijający szosę (choć nie do końca wszyscy ;)), nic więc nie przeszkadzało w podziwianiu otoczenia.

Niektórzy wolą podziwiać śnieżny krajobraz z przytulnego, domowego zacisza (fot. Jul)
Narciarze już są, brakuje tylko nart (fot. Karol)

Duszniki zdobyliśmy od strony Parku Zdrojowego, by następnie przejść je na wskroś, z przerwą na zakup jadalnych dóbr doczesnych. Warty zaznaczenia jest tu fakt, że nie tylko nie spóźniliśmy się na pociąg - ba, my nawet pojechaliśmy wcześniejszym! Aby aktualna sytuacja nie odbiegała za bardzo od naszych standardów komunikacyjnych, pierwszy z pociągów, którym mieliśmy dojechać do Kłodzka, był u celu nieco później niż powinien, co mogło się dla głodnych Wiewiórek skończyć tragicznie - kilkanaście osób zrzuciło się bowiem na kłodzką pizzę, która jednak musiała przyjść na nogach wolontariuszy (czyt. Adasia i moich), które to nogi miały niecałe 20 minut na pokonanie trasy Kłodzko Miasto - pizzeria w centrum - Kłodzko Główne. Czego się jednak nie robi, by zobaczyć Janusza w drzwiach pociągu, radośnie machającego do nas (a może do pizzy?) już z daleka.

W pociągu do Wrocławia Szef wyciągnął gitarę, tekatowicze śpiewniki, Janek zaparzył zieloną herbatę, można więc było rozpocząć standardowy proces bawienia towarzyszy podróży śpiewem. Ktoś zauważył, że fakt, że zajmujemy środkowy z 3 wagonów, wpływa negatywnie na wskaźnik entropii w pociągu, bowiem ludzie, którzy wsiedli do pierwszego wagonu (bardziej zatłoczonego), nie wykazywali zupełnie zainteresowania dostaniem się do wagonu numer 3, którym jechało mniej podróżnych. W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o piosence "Zostanie tyle gór" w rapowym wykonaniu Myśliwego - był to niewątpliwie hit tamtego weekendu.

Szef zdaje się już sam nie wiedzieć, co tu jest grane (fot. Karol)

Kółko na dworcu zawierało nie tylko te osoby, które właśnie wysiadły z pociągu - Julka i Madzia też wzięły udział w pożegnaniu, chociaż wcale się nie witały; była też Klara, która do Wrocławia przyjechała porannym pociągiem; brakło za to tych, do których nie dotarła informacja o zmianie pociągu na wcześniejszy. Szef zapowiedział wycieczkę okołomaturalną, zaśpiewaliśmy "Pożegnalny ton", ślimaczek wzajemnych uścisków nieubłaganie posuwał się do przodu.

I tak nastąpił koniec wycieczki TKT do Lewina, 24-25 lutego roku Pańskiego 2018.

Do następnego wyjazdu!

Kasia Miernikiewicz