a

Sokołowsko 14-15 IV 2018

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Wojtek Hebisz
  • Sylwia Bednarska
  • Olek Milach
  • Michał Żłobicki
  • Paweł Kazimierczyk
  • Magda Buszka
  • Jan Kwaśnik
  • Lea Jurek
  • Tymon Porębski
  • Kuba Kaczmarek
  • Marianna Janikowska
  • Krzysiek Jadłowski
  • Janusz Witkowski
  • Kuba Jugo
  • Julia Lignarska
  • Karol Knapiński
  • Natalia Jeszka
  • Dawid Ignasiak
  • Narcyza Krajewska
  • Julia Błaszczyk
  • Emilia Skwarska
  • Kasia Miernikiewicz
  • Zuzia Baran
  • Jędrzej Barański
  • Wiktor Ogrodnik
  • Jagoda Hanuszewicz
  • Martyna Frankowicz
  • Artur Wawryszewicz
  • Zosia Kołaczkowska
  • Asia Suppan
  • Oliwia Piątek
  • Zuzia Dobras
  • Pola Hałupka
  • Darek Ciesielski
  • Kuba Nowakowski
  • Agnieszka Szwarczyńska
  • Piotr Jażdżyk
  • Kuba Żuk
  • Jan Barć
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Boguszów-Gorce
Krzeszów
Jawiszów
Skałki Gorzeszowskie
Dobromyśl
Mieroszów
Kowalowa
Sokołowsko
Ruprechtický Špičák
Andrzejówka
Kamieniołom
Kamionka
Wałbrzych Główny
Autorki: Kasia i Magda

14 kwietnia 2018, godzina 6.35. Wrocław Główny.
Poruszenie pod zegarem. Czy to naprawdę to?

Godzina 6.52. Wrocław Główny.
W trasę rusza pociąg Kolei Dolnośląskich. Celem jego podróży jest Szklarska Poręba Górna.

Godzina 6.55. Wrocław Grabiszyn.
Ludzie zaczynają szeptać. Już niedługo. To chyba jest to.

Godzina 6.58. Wrocław Grabiszyn.
Pociąg KD wjeżdża na stację. Ludzie na peronie przygotowują się do wsiadania. Dwie dziewczyny stoją w bezruchu, obserwując wnętrze przejeżdżającego pociągu. Wyraźnie czegoś lub kogoś szukają. Ich niedowierzanie rośnie w miarę przesuwania się przed ich oczami kolejnych części składu. Przecież to miało być to.

Godzina 6.59. Wrocław Grabiszyn.
Dziewczyny podchodzą do jednych z drzwi. Otwierają je. Jednak to naprawdę jest to! Kilkanaście osób siedzi w kręgu tuż przy drzwiach; trochę na podłodze, a trochę na plecakach, w których na pewno są schowane czerwone koszulki z wiewiórką. Gdyby stali, na pewno zostaliby zauważeni z peronu przez dziewczyny. Dwadzieścia-kilka osób z podobnym ekwipunkiem, jak ten tych z podłogi, stoi lub siedzi; są porozrzucani po dużej części pociągu. To dzisiaj. Teraz. To to.

TKT wyrusza na podbój Sokołowska.

Dobrze, że jednak zapowiadane przez Szefa “załamanie pogody hie hie hie” zostało odwołane. Wiadomo, taki wyjazd to przecież nie dla przyjemności, ale zawsze bez deszczu jakoś łatwiej to znieść. Słońce towarzyszyło nam w wędrówce przez pełne dwa dni, może z pominięciem tego fragmentu, kiedy my szliśmy, a ono nie, bo była noc. Ale od początku...

W tym roku pociągowe ciasto, przynajmniej to Magdy, okazało się być nie w pudełku po butach, tylko po lodach, za to było tak samo dobre, a może i nawet lepsze. W ogóle jedzenie pokarmów, jak to zwykle w pociągu, było powszechne, za to pozbywanie się pustych opakowań odbywało się czasem również poza przestrzenią wagonową - a jeśli peronowy kosz był istotnie daleko od pociągu, to nie było czasu na łapanie wypadających przez drzwi plecaków (krzyknięcie “Plecaki lecą!” rozgrzesza zupełnie, przynajmniej według Karola); w końcu trzeba było biec, jeśli chciało się wrócić przed zamknięciem drzwi.

Jak powszechnie wiadomo, wycieczka przedmaturalna zawsze zapewnia dodatkowe atrakcje - maturzyści (a było ich 200% stanu z poprzedniego roku, czyli 6 osób) czytający w pociągu "Ferdydurke", zapoznawali pozostałych z przebiegiem akcji tej jakże fascynującej lektury, dbając przy tym, by zwerbować nowych fanów łydki ("łydka, łydka, łydka, łydki, łydki, łydka...").

Mimo że pociąg może i jechał do Szklarskiej Poręby, to my - ani trochę. Wysiadanie z pociągu na odpowiedniej stacji było właściwie kwestią filozoficzną - “Czy Boguszów-Gorce Wschód albo Zachód to też Boguszów-Gorce?” (“Nas interesuje środkowa stacja, Boguszów-Gorce Nic”).

Uformowanie okręgu powitalnego przebiegło dość tradycyjnie, acz nie bez komplikacji (“Dlaczego to koło jest wklęsłe?”, “Czemu plecaki mają być na zewnątrz?”), wszyscy się przedstawili, absolwenci oczywiście zastanawiając się trzy razy, w której są klasie (“Czyli jak ty jesteś w 10, to ja w 20, tak?”, ewentualnie “trz...warta A”).

Niespodziewanie Myśliwy okazał się nie mieć przygotowanych statystyk i interesujących wycieczkowych faktów, kilka ciekawostek udało się nam jednak znaleźć: kontynuacja od-początku-wyjazdowych serii Janusza, Krzysia i Jul oraz aktualno-rekordowej serii Julki Retro, a także informacja historyczna - że wycieczka inauguracyjna tegorocznych maturzystów (której celem był Chełmiec) zaczynała się dokładnie w tym samym miejscu - na stacji Boguszów-Gorce; dla 4 spośród obecnych osób (a dokładniej dla Narcyzy, Jeszki, Dawida i Karola) była więc to piękna klamra kompozycyjna uczniowskich wyjazdów.

Po odhaczeniu wszystkich obowiązkowych czynności początkowowyjazdowych nadszedł czas, by skierować się w stronę celu naszej podróży. No, może nie tak do końca. - Tam jest Sokołowsko - Szef wskazał mniej więcej na południe - więc idziemy tam - dodał po obróceniu się o mniej więcej 97°3’.

Nie tylko my wykazaliśmy pewne zdziwienie takim obrotem trasy (chociaż czy takie rzeczy powinny nas dalej dziwić?) -  jakiś czas później, kiedy byliśmy już na szlaku, spotkaliśmy inną grupę zorganizowaną, z odrobinę wyższą średnią wieku niż u nas, też idącą do Sokołowska, tylko jakby… w drugą stronę. Usłyszawszy, że idziemy tam, gdzie oni, postanowili pomóc, w ich mniemaniu, zagubionym wędrowcom, wskazując nasz oczywisty błąd w wyborze drogi. Nie wydawali się do końca przekonani, mimo naszych szczerych zapewnień, że idziemy dokładnie tak, jak chcemy.

Nie mogliśmy iść inaczej, skoro już kawałek dalej, minąwszy leżącą na poboczu drogi samotną gitarę, mieliśmy okazję oglądać tak wspaniałą atrakcję, jak (nazwa brzmi zdecydowanie bardziej dumnie niż sam obiekt wygląda) ruiny zamku Konradów. Przy okazji podziwiania ich w biegu i z pewnej odległości, wynikła dyskusja, czym właściwie różnią się “ruiny” od “pozostałości”, i w związku z tym czym naprawdę jest to, co widzimy. Wtedy chyba nie udało się tego do końca ustalić.

W czasie tego wyjazdu można było zobaczyć też zdecydowanie dziwniejsze rzeczy, jak na przykład pojedyncze betonowe ekrany dźwiękochłonne (to znaczy, z takim zastosowaniem owe obiekty najbardziej się kojarzyły). I to zupełnie naprawdę - tuż za miejscowością Grzędy prawy brzeg ścieżki przyozdabiało kilka stojących co kilkanaście metrów betonowych płyt. Mur berliński na miedzy? A kto tam lokalesów wie...

Początkowy fragment naszej trasy był dosyć okresowy - miejscowość, pole, las, pole, miejscowość, pole, las… Teraz las okazał się być dość do góry, co więcej - okazał się być górą. Świętej Anny. Posiadał również kościół pod wezwaniem tej świętej. Oraz zupełnie czaderski widoczek na znajdujący się w dole Krzeszów, a za nim na Góry Krucze, a nawet, co było już zupełnie wspaniałe - na ośnieżony szczyt Śnieżki.

Wiewiórki, perła i Śnieżka (fot. Karol)

A skoro już widzieliśmy Krzeszów, to nie mogło się obyć bez dawki historii na dziś - Szef opowiedział o początkach istnienia zakonu cystersów i o ich sprowadzeniu na ziemie książąt śląskich. Przy okazji tej opowieści, snutej przy krążących wokół ciastach, waflach ryżowych i kabanosach, można się było dowiedzieć, że klasztory powstające po pierwszym, głównym, to wcale nie “córki? dzieci?” tylko zwyczajnie “pomiot klasztorny”.

“Świetny widok” to czasem pojęcie względne, w szczególności określenie to należy rozważać zawsze w odniesieniu do osób, które je wypowiadają. W końcu zwykłe skrzyżowanie dwóch wiejskich dróg nie wydaje się być czymś, czego zobaczenie może wywoływać jakieś specjalne emocje. Jednak kiedy doda się do tego nazwy tych ulic… to już zupełnie inna historia. No bo jak TKT mogłoby przejść obojętnie koło takiej gratki, jak skrzyżowanie ulicy św. Anny z ulicą św. Jana Nepomucena? W dodatku tą pierwszą zeszliśmy ze szczytu Góry Świętej Anny z kościołem pod wezwaniem tej świętej, a druga prowadzi do pomnika świętego, którego ma w nazwie (a jak wiadomo, te pomniki rozpoznać można odpowiadając sobie na 2 pytania - Czy jest to pomnik na Dolnym Śląsku? Czy przedstawia mężczyznę innego niż Jezus?  - Twierdząca odpowiedź na oba pytania? Brawo, to Nepomucen!). Przecież to jak wygrana w totolotka!

A potem była już perła perły. W dodatku o nieregularnym kształcie. To znaczy, doszliśmy do samego Krzeszowa, którego oczywiście główną atrakcją jest Bazylika Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, której to określenie “perła baroku” jest właściwie takim pleonazmem, co nie uszło uwadze Julki Retro i Narcyzy. A sama bazylika jest zupełnie niczego sobie. No dobra, naprawdę jest perłą. Zadowolony z siebie Szef wykupił przewodnika, który opowiedział o obu budynkach kościelnych wchodzących w skład kompleksu, i o Mauzoleum Piastów Świdnickich, znajdującym się na tyle zabudowań. Jego niewątpliwie rozległa wiedza i tak została wystawiona na próbę przez dociekliwych tekatowiczów, i pytanie Jędrzeja o cel istnienia niewielkich dziurek w suficie jednego z kościołów pozostało bez odpowiedzi.

Artyści potrzebują przestrzeni (fot. Jul)

Kościoły mają tę specyficzną cechę, że wiosną, gdy mury są nienagrzane, w środku jest istotnie chłodniej niż na zewnątrz, więc po pewnym czasie większość Wiewiórek chciała już koniecznie zobaczyć z bliska stojącego przed wejściem rycerza i jego giermka, którzy nad wnętrzem kościoła mieli tę niewątpliwą przewagę, że można ich było podziwiać, grzejąc się w promieniach słońca. W końcu, po rundce po Mauzoleum Piastów, wycieczka z przewodnikiem dobiegła końca, można więc było wrócić do planu wycieczki z Szefem.

A jej punktem następnym był istotny element każdej wycieczki TKT, to jest z uwagi na gitesowość miejsca drewniane podwyższenie przed kościołem stało się sceną wydarzenia znanego jako ceremonia koszulkowa. W gronie weteranów TKT powitaliśmy tym razem jedną osobę - Dżydża. Fotoreporterzy aż przepychali się, by uchwycić w obiektywie tę ważną chwilę, jaką było przywdzianie przez niego czerwonej koszulki z wiewiórką.

I ruszyliśmy dalej. Przyklepaliśmy trochę krzeszowskiego asfaltu (właściwie część osób niektóre fragmenty trasy pokonała polem, idąc równolegle do drogi), by jakiś czas później, przechodząc przez czyjeś gospodarstwo i mijając pasące się nieopodal konie, skierować się w stronę następnej atrakcji, tym razem o charakterze geologicznym.

Najpierw trzeba było ją znaleźć, a nasz szlak miał dziwną tendencję do bycia słabo oznaczonym, przecinanym przez strumyki do przeskakiwania lub po prostu do kluczenia. Gorzeszowskie Skałki udało się jednak namierzyć i pierwsze skalne bloki zostały zdobyte w bardzo niedługim czasie od chwili, w której pojawiły się w polu widzenia. Grupa, która zdobyła je jako pierwsza, postanowiła dostarczyć dodatkową dawkę emocji idącym za nimi, rzucając z wysokości gitarą. A przynajmniej taki obraz jawił się tym, którzy nie widzieli, że chwilę wcześniej, zanim gitarowy pokrowiec rozpoczął spadek, został pozbawiony niesionego w nim dotychczas instrumentu.

Kilka osób zdobyło też szczyt tego… takiego… czegoś, u podnóża którego znajdowały się skałki. Szef nie mógł w pełni cieszyć się widokiem na znajdujący się w dole Gorzeszów bez wiedzy o nazwie struktury geologicznej, na której staliśmy. Po zejściu do skałek zasięgnął więc telefonicznie języka u znajomej “po tych studiach z geo…”. Zawsze istniało niebezpieczeństwo, że jej studia były związane na przykład z geometrią, a nie geografią lub geologią, ale telefon do przyjaciela został wykorzystany z sukcesem i twór okazał się być “progiem strukturalnym”. Od razu lepiej.

Skalne grzyby, mosty, żebra, przejścia czy bramy aż się prosiły, żeby bardzo dokładnie je obejrzeć z możliwie bliska. Kamienne żebro oddzielające jedną ze skał od stałego lądu spontanicznie stało się granicą między teamem łapiącym rzucane szyszki a drużyną je rzucającą. Został również wykonany test sprawdzający wysokość skałek, polegający oczywiście na mierzeniu czasu swobodnego spadku szyszki, zakończony wynikiem “no dość wysoko”. Odpowiednio wysoko na Krystynę Czyczę, którą dodatkowo wzmacniało fantastyczne echo.

Usiedli na skale i zadowoleni (fot. Jul)
3 gracje = 6 butów (fot. Karol)

I w drogę, bo wcale jeszcze nie byliśmy tak blisko celu, a słońce już mocno się zniżyło. Po raz kolejny to nie szlak, a azymut wyznaczał nam kierunek (i zwrot oczywiście). Na drodze postanowiły stanąć nam płoty okalające pastwiska, które chcieliśmy przejść na wskroś, ale przecież to nie był wyjazd dla miętkich wafli i takie przeszkody były nam zupełnie niestraszne.

Plecaki górą, ciało dołem - sposób na marines wydawał się działać, zapewniał też względne bezpieczeństwo przy pokonywaniu ogrodzeń z drutów kolczastych. Nie wszystkich jednak to satysfakcjonowało. Szef, a za nim kilku innych uczestników płci męskiej, zdecydowało się przeskakiwać nad płotem, z różnym efektem - od całkowitego sukcesu po postrzępione nogawki spodni włącznie. Grunt, że w końcu wszyscy znaleźli się po odpowiedniej stronie drutu, potem po odpowiedniej stronie lasku brzozowego, najbliższej górki… i tak coraz dalej.

Szefy nisko latają, będzie padać (fot. Julka Retro)
A my jak zwykle na azymut (fot. Karol)

Więcej Nepomucenów tego dnia nie było, za to po którejś łące, pełnej bajecznie wyglądających zawilców, trafiliśmy na stadardowy kapliczko-pomnik ze staroniemieckim napisem. Po kilku chwilach żmudnego tłumaczenia (“Przejść… przechodzień… tacy, którzy przechodzą, pozdrówcie Boga… bo ratuje...”) Magda skwitowała wspólnie podjęty wysiłek, mówiąc, że i tak tu jest napisane to, co na każdym takim pomniku, czyli mniej więcej “Bóg jest fajny”. Kto się nie zgadza, niech pierwszy rzuci lepszym tłumaczeniem.

Już kawałek dalej powierzchnię asfaltu, na który wróciliśmy z pól, zaczął pokrywać smutek i zwątpienie, głównie w formie martwych żab. Ktoś określił to nawet jako “hekatombę żab”. W jaki sposób taka liczba tych zwierząt znała się w tak nieprzyjaznym dla nich miejscu? Nie udało się nam dojść do żadnego logicznego wytłumaczenia - ani jedna, ani druga strona drogi nie wydawała się mieć strategicznej przewagi w postaci bajorka lub stawu, a i w samym asfalcie nie było dziur, które mogłyby po deszczu zmienić się w zachęcające do pluskania kałuże.

Jeszcze jedno wzgórze pokonane w promieniach zachodzącego słońca, podziwianie widoku na otulone mgłą Góry Stołowe, jeszcze jedna miejscowość i w końcu zostało nam już tylko przejście przez las, by znaleźć się w Sokołowsku. Wcale nie było w nim tak ciemno, jak zapowiadał nam jeden z przechodniów (“Tak ciemno jak w...”, czyli, no, bardzo), weterani orlowych wyjazdów uznali więc czołówki za zupełnie zbędne. Przez to na końcu przejścia można było mieć istotne wątpliwości, czy na pewno dobrze trafiliśmy - pierwszym widocznym obiektem była bowiem... (Ł/ł)ódź. Taka drewniana. Na skraju lasu.

Ale były też inne sokołowskie budynki, znalazła się nawet nasza baza - Ośrodek Wypoczynkowy Radosno. Była 21.00, kiedy tekatowiczów radośnie powitało tam dwoje nowoprzybyłych uczestników (właściwie to byli tam długo przed nami; tylko nas wtedy nie było) - Olek i Jagoda (która przyjechała tuż po konkursie filatelistycznym!) oraz trochę mniej uśmiechnięty (z uwagi na późną porę rzecz jasna) właściciel obiektu.

Ciepły obiad (składający się z zupy oraz jednego z naszych ulubionych dań - ryżu z dobrym sosem) zaspokoił nasze potrzeby żywieniowe, a chwilę później pokoje (znowu te pokoje, i znowu z łazienkami!) zaspokoiły również potrzeby lokalowe.

Niektórym po męczącym dniu (a warto zauważyć, że przeszliśmy jakieś 34km, co w połączeniu z 20km dnia następnego dało najdłuższą dwudniową trasę w dziejach TKT) wizja bliskiej przyjaźni z łóżkiem bardzo się spodobała, na początku śpiewanek nie było więc zbyt wielu Wiewiórek. Populacja zwiększyła się trochę, gdy przenieśliśmy się do cieplejszej sali kominkowej.

Cały czas jednak brakowało jeszcze kilku osób, ukrywających się gdzieś po pokojach. Znalazły się dopiero o północy, a właściwie to wtedy po prostu przyszli sami, swoją wcześniejszą nieobecność rekompensując dwoma ciastami.

A właściwie tortami. Pierwszy, żółty za sprawą przyniesionego z poświęceniem w termosie przez Karola lemon curda, był dla kończącej 18 lat Oliwii, natomiast drugi, w kolorze moro (na który składały się wszystkie istniejące kolory dżemów i nasion) dla nieco starszego, za to właściwie dopiero od następnego dnia, Myśliwego.

Śpiewanki, wznowione po śródnocnym słodkim posiłku, trwały na pewno do jakiejś późnej nocnej godziny (gitarzystów było w końcu pod dostatkiem - Szef, Myśliwy, Dawid, Dżogi, Tymon…), ale okazuje się, że bardzo trudno zachować koncentrację, kiedy w śpiworku jest tak ciepło i przytulnie… Niektórzy starali się opóźnić moment oddania się w objęcia Morfeusza na przykład poprzez przyjęcie nie najwygodniejszej pozycji; strategia jednak nie zawsze się sprawdzała, więc wraz z upływem czasu coraz więcej osób decydowało się więc przenieść do pokojów, przed ostatecznym pójściem spać nastawiając jeszcze budziki na rano - nie było szans na poranne Starless; pokoje tekatowiczów znajdowały się bowiem wśród pokojów postronnych obywateli.

A spanie do późnych godzin porannych było niewskazane - kto chce potem leżeć na łączce i nie spóźnić się na pociąg, nie może leżeć w łóżku; udało się nam więc wyruszyć w trasę w czasie poniżej tekatowej średniej - trochę pomógł nam fakt, że śniadania nie musieliśmy ani przygotowywać, ani po nim sprzątać, wystarczyło je w miarę szybko zjeść (a z takimi zadaniami TKT raczej nie ma problemu). Na schodkach budynku zrobiliśmy jeszcze Gruppenfoto, i w drogę.

Radosno i wesoło (fot. Karol)

Najpierw na południe, żeby zdobyć Ruprechticki Szpiczak. Góra ta, dysponująca wartym do zobaczenia widoczkiem i nawet służącą do oddawania się tej czynności wieżą widokową, kończy się dosyć ostrym podejściem. Zostawiliśmy więc plecaki w miejscu, gdzie było jeszcze względnie płasko, korzystając z uprzejmej oferty Zuzi, która zaproponowała, że może zostać ich strażniczką. Przynajmniej większość z nas. Część grupy, która nieco za bardzo rozpędziła się w swoim marszu z obciążeniem, musiała zostawić swój bagaż, tym razem już niestrzeżony, kawałek dalej, albo się wrócić.

Po naszym ataku padła w końcu wystawiona na mocne podmuchy wiatru wieża widokowa na Szpiczaku. Nie można chyba wybrać strony, w którą patrzenie miało jakąś istotną przewagę doznaniową nad innymi (4 razy “Ale czad!” poproszę!). Po zapoznaniu się z pełną panoramą okolicznych gór, zrobieniu zdjęć z rozwianym włosem i odśpiewaniu Krystyny Czyczy, wróciliśmy do naszych plecaków i kontynuowaliśmy marsz w kierunku schroniska Andrzejówka.

A tam był czas na chwilę relaksu i zjedzenie kilku frytek, ale tylko kilku - czekał nas bowiem jeszcze ważny, rybny obowiązek. Pożegnaliśmy Myśliwego i Asię, którzy do Wrocławia musieli wrócić wcześniej, i skierowaliśmy się w stronę kopalni melafiru o wdzięcznej nazwie, nomen omen “Rybnica Leśna”. (W czasie trwania wycieczki chyba nikt tej nazwy nie znał [albo nie skojarzył], zbiegi okoliczności jak widać się zdarzają - a może to po prostu przeznaczenie?).

Dokonany miał tam zostać akt utylizacji szprota, a właściwie Szprota, nieznanej większości obecnych na wyjeździe (z uwagi na ich zbyt młody wiek) ryby w puszce, która na wyjeździe 5 lat wcześniej, w Chatce Misia w Niedźwiedzicy, dokonywała popisów akrobatycznych, znanych jako drift po stole wśród zastawy kuchennej. Norweska wikipedia jest zdania, że szproty dożywają do 7-8 lat, ale być może ich zapuszkowanie jakoś modyfikuje ten czas, w każdym razie ten przebywający dotychczas pod opieką Myśliwego sprawiał wrażenie kończącego swój żywot.

Wszyscy eksperci od efektów specjalnych, wybuchów, niszczenia odpadów, balistyki i czego tam jeszcze długo debatowali, skąd i dokąd ma być rzucany szprot. W tak zwanym międzyczasie ktoś zdecydował się spytać wodolubne zwierzę o zdanie, robiąc w puszcze małą dziurę. Jego opinia, mimo że nic konstruktywnego nie wniosła, była wręcz powalająca w swej istocie. W końcu odpowiedni poziom kopalni, dysponujący idealnym do startu, a właściwie rozbiegu szprota, wystającym kawałkiem klifu, został wskazany, i ryba, z uwagi na brak własnych, poruszająca się na nogach Kaczmara, na końcowym etapie nabierająca szybkości również jego ręką, skoczyła. Albo odleciała, co kto woli.

Tekatowi dokumentaliści nagrali lot szprota po krzywej balistycznej do celu, pewną liczbę poziomów kopalni niżej. Wszyscy w głębi serduszek trochę spodziewali się jakiegoś spektakularnego wybuchu, może nawet niszczącego okolicę i zabijającego życie w promieniu kilku kilometrów; tymczasem, na tyle na ile dało się to stwierdzić, szprot po prostu wylądował. Niech spoczywa na wieki.

Rybnica Leśna - może mało leśna, za to Szprot już płynie (fot. Karol)

Chwilę później zdobyliśmy szczyt kopalnianego wzgórza, wyglądający miejscami jak piaszczysto-kamienna pustynia (drzewa, wycięte z uwagi na planowane powiększenie kopalni, nie chroniły ziemi przed utratą wody). Po wysypaniu z butów kawałków melafiru, udaliśmy się na poszukiwanie odpowiedniej do leżenia łączki.

Pierwsze kilka łąk było do ominięcia, z uwagi na niewątpliwą wcześniejszą obecność krów; 2 czy 3 płoty dalej udało nam się jednak znaleźć taką, która może też nie była idealna, ale na pewno zdecydowanie lepsza od wcześniejszych. Każdy wybrał sobie swój ulubiony kawałek trawy i można było rozpocząć oddawanie się relaksowi.

Szybko zebrała się grupa fanów dzikiej przyrody, która postanowiła przybliżyć innym uczestnikom, przynajmniej z grubsza, wygląd dwóch zwierząt - pająka i słonia. Oczywiście konstrukcje były tworzone kilka razy, za to z uwagi na jednak istniejące zaminowanie łąki był to interesujący widok i dla grających, i dla oglądających - rozbieg slalomem to jedno, a drugie - pająk-niespodzianka, z umieszczoną dokładnie w centrum… motywacją do niewpadania do środka. Żywot obu zwierząt był jednak tragicznie krótki, ze względu na wydarzenia wielkiej wagi, jakimi były skoki Darka.

Karole, jak widać, mają większą wysokość przelotową niż szefy (fot. Jul)
Wyglądają na niewysokie, a jak się podejdzie bliżej to się dopiero można zdziwić (fot. Jul)

Po szeroko rozumianym odpoczynku fizycznym, zawierającym również wysiłek umysłowy (pytanie “Jak dokładnie rozmnażają się pszczoły?” padło oczywiście jako kontynuacja przemyśleń dotyczących ukrytych wśród pobliskich drzew, głośno śpiewających ptaków) trzeba było w końcu wstać i iść dalej, w kierunku Wałbrzycha. Widoczne wcześniej z góry kolano kaptażowe na Rybnej nie padło w końcu naszym łupem; za wystarczające nam do szczęścia atrakcje mieliśmy znów płoty, a także szerokie rowy. Na przeskakiwanie przez te drugie, jako na mniej narażające zdrowie i życie, było zdecydowanie więcej chętnych, i majestatyczne nadrowowe przeloty tekatowiczów zostały wielokrotnie uchwycone w kadrze.

Przed zanurkowaniem w okołowałbrzyski las, wśród domów Kamionki minęliśmy jeszcze przejeżdżającego obok właściciela Radosna, który w żartach zapytał nas, jak trafić do jego własnego ośrodka. Poznaliśmy też rzeczywiste zastosowanie powiedzenia “czas to pieniądz” - napis na jednym z płotów głosił: “Sprzedam 2h” (może można je też wypożyczyć czasowo?).

Zmęczone już trochę Wiewiórki pchała naprzód głównie motywacja - szybkie dojście do Wałbrzycha oznaczało czas na przedpociągowy sklep (w niehandlową niedzielę? “Ciiiii, teraz przynajmniej mają cel”). Lokalna metropolia, mimo niekoniecznie estetycznego wyglądu, okazała się jednak posiadać otwarty spożywczak, w którym głodni tekatowicze przed pójściem na stację mogli zaopatrzyć się w potrzebne wiktuały, które, ponieważ na pociąg nie czekaliśmy zbyt długo, trzeba było zjeść w odpowiednio krótkim czasie; a że nie wszystkim się to udało, to gdy padło hasło “Do abordażu.” większość miała w rękach jeszcze niepuste paczki płatków śniadaniowych czy żelków. Niestety, okazało się, że z uwagi na dość duże zapełnienie osobowe składu, który zabrał nas do Wrocławia, nie dało się łatwo upłynnić przepływu jedzenia, nie mówiąc już w ogóle o możliwości zorganizowania pociągowych śpiewanek.

15 kwietnia 2018, godzina 19.38. Wrocław Główny.
Skład Kolei Dolnośląskich wjeżdża na peron 5. Z głośników rozlega się informacja o tym, że pociąg kończy bieg. Kończy się też powoli wycieczka TKT do Sokołowska.

Godzina 19.41. Wrocław Główny.
Na wąskim peronie nie sposób utworzyć wieloosobowego okręgu. Można jednakże uformować elipsę, która przecież ma podobne własności, pozwalające w szczególności widzieć się nawzajem wszystkim, którzy ją tworzą. Traci się jednak w pewnym stopniu gwarancję usłyszenia wypowiedzi dowolnej z osób. Nie wszystkie Wiewiórki słyszą, co mówi Szef TKT.

Godzina 19.42. Wrocław Główny.
Peron 5 ma tę zaletę, że ściana ograniczająca go z jednej strony wzmacnia śpiew grupy, która stoi tuż obok niej. “Pożegnalny ton” rozbrzmiewa wyjątkowo głośno. Wśród śpiewających są też tacy, którzy wcale nie wysiedli z wałbrzyskiego pociągu. Łatwo ich rozpoznać - nie są tak zmęczeni i nie mają plecaków, za to są tak samo jak pozostali uśmiechnięci i piękni pięknem gór.

Godzina 19.45. Wrocław Główny.
Oto właśnie raj matematyków; wizja rodem z zadań ze zbiorku - jeśli w grupie jest n osób, i każdy żegna się z każdym, to ile jest pożegnań? Ile wśród nich jest takich, że pożegnanie zmieni się w powitanie następnego dnia w szkole, a ile par zobaczy się dopiero na następnym wyjeździe?

Godzina 19.50. Wrocław Główny.
Peron 5 powoli pustoszeje. Pojedyncze Wiewiórki idą na inne perony, pozostałe będą wracały do domów autobusami, tramwajami, może też samochodami czy pieszo. Już niedługo znów wrócą na Dworzec Główny, zbiorą się pod zegarem i, pewnie wspominając poprzednie wyjazdy, wsiądą w pociąg odjeżdżający w stronę gór.

Już niedługo.

Do następnego wyjazdu!

Kasia Miernikiewicz i Magda Buszka