a

Rudawy Janowickie 26 V 2018

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Michał Urban
  • Magda Buszka
  • Wojtek Hebisz
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Piotr Sterc
  • Michał Żłobicki
  • Filip Marcinek
  • Grzesiek Smoła
  • Michał Kucharczyk
  • Magda Kłodnicka
  • Jan Kwaśnik
  • Kuba Kaczmarek
  • Krzysiek Jadłowski
  • Janusz Witkowski
  • Julia Lignarska
  • Natalia Jeszka
  • Dawid Ignasiak
  • Narcyza Krajewska
  • Wiktor Jacaszek
  • Weronika Wykrota
  • Julia Błaszczyk
  • Kasia Miernikiewicz
  • Mateusz Grześkowiak
  • Paweł Jacyk
  • Kacper Dąbek
  • Kuba Żuk
  • Wiktor Ogrodnik
  • Jagoda Hanuszewicz
  • Martyna Frankowicz
  • Dominika Czerwińska
  • Basia Chłódek
  • Marysia Złotek
  • Maks Kołodziej
  • Basia Birula
  • Hania Wójciak
  • Karolina Kucharczyk
  • Marcin Badowski
  • Darek Ciesielski
  • Jan Micygiewicz
  • Przemek Kolanek
  • Staszek Pikul
  • Mikołaj Mazurczyk
  • Kuba Kobik
  • Marta Pikul
  • Kinga Staniszewska
  • Mateusz Kandybo
  • Mikołaj Marsy
  • Michał Ostrowski
  • Mateusz Orda
  • Jacek Posielężny
  • Michał Jopek
  • Maciek Leśniak
  • Bartek Wieremiej
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Kamienna Góra
Wielka Kopa
Wołek
Zamek Bolczów
Janowice Wielkie
Autorki: Magda i Kasia

Jak to możliwe? Jak to się stało?
Niby nie wrzesień, a ludzi niemało
Zupełnie nowych jedzie na Tekat.

Nie jest to pierwsza w tym roku wyprawa
A jednodniowa - stąd taka sprawa
Że debiutantów garść na nią czeka.

Przybywając o 6.30 w sobotę, 26 maja 2018, na stałe miejsce zbiórki TKT, można było mieć niewielkie wątpliwości co do tego, czy na pewno dobrze się trafiło. Nie dość, że trzeba było przeanalizować skład 3 grup, które mniej więcej o tej porze postanowiły znajdować się pod zegarem, to jeszcze okazywało się, że wszystkie te grupy wyglądały na wybierające się w góry oraz zawierały nieznajomych ludzi.

Poszukiwania zdecydowanie ułatwiał fakt, że w największej z tych grup pewną istotną część stanowili obywatele w czerwonych koszulkach z białym gryzoniem. Za ciekawy paradoks można tu uznać fakt, że dołączając do tej grupy zwiększało się jej liczebność, natomiast nie można było powiedzieć, czy zmniejsza to liczbę brakujących osób do zera czy dowolnej innej wartości; nie było bowiem wśród zebranych nikogo, kto miał lub znał na pamięć listę wszystkich zapisanych na wyjazd osób. Tak, Szef już był.

Nawet kiedy już na kilka minut przed odjazdem pociągu przenieśliśmy się na właściwy peron, Wiewiórek cały czas przybywało. Jeszcze o 6.52 ostatnie osoby szybko wsiadały do pociągu, by chwilę później wrzucić na półkę bagażową plecak (“A legitymacja?”), zdjąć plecak, wyjąć legitkę, wrzucić plecak z powrotem i rozkoszować się przyjemną podróżą składem Kolei Dolnośląskich.

Po pierwszej rundzie zbierania legitymacji wyglądało na to, że Mickiewicz postanowił nas przypilnować również poza szkołą, bo imię nasze czterdzieści i cztery; ale ktoś dosiadł się na późniejszej stacji, ktoś dopiero po chwili przyniósł dokument, czyiś zapodział się w liczeniu… więc pierwsza runda nie była ostatnią, a nas było jednak trochę więcej.

Anioły są całe zielone, zwłaszcza te… w Rudawach? (fot. Jul)

Sobota rano nie tylko dla nas była idealną porą na wyjazd w góry - pociągowy skład do pustych nie należał, do bezpiecznych też raczej nie - z każdej strony na idącego wzdłuż siedzeń czyhały niebezpiecznie wystające, najeżone ostrymi fragmentami, drapieżnie metalowe części stojących w korytarzu rowerów. Tekatowi żartownisie szybko zauważyli, że może przynajmniej szukanie jednośladów na postojach w lesie będzie łatwiejsze niż zwykle.

Nie ze wszystkimi cyklistami dane nam było podróżować do końca; ponaddwudziestominutowy postój na stacji Jaworzyna Śląska służył oczekiwaniu na pociągi jadące we wszystkich możliwych dolnośląskich kierunkach. Kiedy więc część zroweryzowanych się przesiadała, ktoś z Trójkowiczów dostrzegł możliwość powtórzenia jednej z pociągowych zabaw, uskutecznianych poprzednio na beskidzkim obozie - otóż siedzenia w newagowych Impulsach okazały się posiadać wciskano-wyciskane wieszaki na ubrania, ale czy to z powodu zbyt małej liczby chętnych, czy obecności postronnych ludzi w pociągu, nikt nie zdecydował się na poprowadzenie zawodów w najszybszym klikaniu owych wystających elementów. Nie można jednak mówić o całkowitym niepowodzeniu próby, zaobserwowano bowiem przynajmniej jednego pasażera, który po chwili sam zaczął się bawić przyciskiem.

Wśród zaokiennych gajów, strumyczków, pól i biegających po nich uroczych sarenek, sokole oczy mogły również dostrzec interesujący szczególnie dla dużych chłopców, nowy, jeszcze błyszczący towarowy tabor kolejowy (“Myślisz, że to stare pomalowane wózki, czy takie zupełnie nowiutkie?” “Nie myśl, tylko podziwiaj!”).

W takich okolicznościach przyrody upłynęła nam podróż do Sędzisławia (“Następna stacja - Sędzisłaaaaw” - w głosie Ivony słychać było zdziwienie i jakby... rozczarowanie?), gdzie po wyjściu na trawiasty peron mieliśmy oczekiwać na skład jadący do Kamiennej Góry. Dobrze, że ktoś zauważył, że zamiast na pociąg na stacji, powinniśmy czekać na autokar przed budynkiem dworca - pojazdy szynowe okazały się bowiem nie kursować w pożądanym przez nas kierunku (zwrocie?), za to po chwili przyjechał, podstawiony specjalnie dla nas (chociaż chyba ani kierowca, ani konduktor z drugiego pojazdu o tym nie wiedzieli; o tym, że specjalnie, nie o tym, że przyjechał, rzecz jasna), autobus.

Podróż autokarem, choć krótka, i tak była okazją do zagrania w disco i starego Abrahama (szkoda, że duże stężenie niewtajemniczonych w arkana tychże rozrywek utrudniało przedostanie się zabawy z tyłu na przód pojazdu). Równie krótkie było przejście z miejsca, w którym zakończyliśmy pierwszy zmotoryzowany etap naszej podróży, na rynek Kamiennej Góry (wydłużone jeszcze przez prawie-pętlę “Nie robiliśmy pętli bo tam były pasy, tylko ratusz chciałem wam pokazać”), gdzie nastąpiło oficjalne otwarcie wycieczki.

Idealne miejsce na stworzenie okręgu, to jest środek rynku, okazało się być dla nas niedostępne, z uwagi na istniejący tam targ. Stanęliśmy więc nieco z boku, na schodach. Otwarcie wycieczki, ramowy plan trasy, przedstawienie uczestników, powitanie debiutantów, zapamiętanie człowieka z prawej - te punkty programu przebiegły bez niespodzianek; podejrzanie mało było za to wycieczkowych ciekawostek o uczestnikach, a właściwie to było ich… pół - Myśliwy zauważył, że Jeszka przewiozła nieprzerwaną serię wyjazdów przez klasę maturalną, co niewątpliwie jest godnym podziwu wyczynem. Śmieszka okazała się jednak być niecałą ciekawostką, bo takim samym osiągnięciem mogła pochwalić się Julka Retro, co w istocie zrobiła, zadając nieskomplikowane pytanie “A ja?”.

Pierwszy raz w dziejach TKT zaistniała nowa kategoria debiutanta - debiutant-abiturient. Wyjazdy pomaturalne zawsze cieszyły się popularnością wśród właśnie wypuszczonych na wolność trzecioklasistów, pierwszy raz jednak zdarzyło się, żeby ktoś dopiero oczekując na wyniki matury zdecydował się debiutować na wycieczce z TKT, a co dopiero czterech ktosiów - Jacek, Mateusz, Mikołaj i Michał. I oby to nie był ich ostatni raz.

Wycieczka została oficjalnie otwarta, można było więc ruszać. Nie był to jeszcze koniec atrakcji kamiennogórskich, bowiem w tej miejscowości znajduje się jeden z czterech istniejących (a sześciu wybudowanych) kościołów łaski. Grzesiu jeszcze w czasie spacerku w kierunku świątyni opowiadał o różnicach między szachulcem a murem pruskim, jako że akurat budynek o takiej konstrukcji (to znaczy właśnie nie wiadomo jakiej) znalazł się w polu widzenia; pod samym kościołem natomiast, razem z Szefem, o historii powstania kościołów łaski i o ciekawostkach związanych z tym, Kościołem łaski pw. Trójcy Świętej. Potem jeszcze wężyk chętnych przewinął się przez przedsionek świątyni i można było zacząć wypatrywać szlaku, który miał nas wyprowadzić poza Kamienną Górę.

Czerwonym, a potem żółtym szlakiem poszliśmy z Kamiennej Góry w kierunku głównego pasma Rudaw Janowickich. Niewielkie podejście otworzyło nam za plecami malowniczy krajobraz Gór Kamiennych. Na jednym z przystanków na podziwianie widoków ktoś wypatrzył wśród drzew przed nami fana biegania na łonie natury; na wąskiej ścieżce utworzyliśmy długi szpaler kibiców, wspierających go, zarówno werbalnie, jak i gestami, w słusznym dla zdrowia wysiłku. Biegacz, mimo że był daleko od jakiegokolwiek potencjalnego punktu docelowego, mógł się poczuć jak na mecie maratonu.

Właściwie na każdym postoju na tej części trasy działo się coś ciekawego - a to był sklep, w którym jednakowoż nie było lemoniady, a to organizowane były wieloosobowe wycieczki w las na poszukiwanie rowerów (*brak na ten temat szczegółowych informacji*), a to można było zza płotu podziwiać jelenie…

Po raz pierwszy grupa naprawdę się rozciągnęła na podejściu pod Wielką Kopę. Las bez podszytu aż zachęcał do szukania idealnej dla siebie ścieżki; nie było pewnie dwóch osób, które szły tą samą trasą. Na pierwszym wypłaszczeniu czekali już na nas Michaś “odprowadzałem Kobika” Urban i Jakub “przepraszam, zaspałem” Kobik. Ten postój był również okazją do ubrudzenia sobie spodni żywicą (równo ułożone bale same się prosiły, żeby na nie wejść!) i zrobienia sobie zdjęcia z partyzantem Jackiem, ale tylko pod warunkiem, że wyglądało się wystarczająco nieżywo, będąc przewieszonym przez drzewo czy też leżąc płasko na trawie.

Przyszły weteran TKT na miejscu postojowym, Rudawy Janowickie, 2018 rok, zdjęcie koloryzowane (fot. Julka Retro)

Przed Kopą była jeszcze jedna krótka przerwa, z włażeniem na kamienie, z których widać było… widoczek, w każdym razie góry, których ze szczytu Kopy nie sposób było dostrzec, bo tam wszystko zasłaniały drzewa. To tylko zmotywowało nas do niespędzania czasu na górze, którego to czasu mieliśmy jak zwykle “wystarczająco, ale bez przesady”.

Może jak popatrzymy jeszcze chwilę, to będzie widać więcej? (fot. Bado)
“No i tamta góra o 3 na lewo od tamtej takiej bardziej stromej, to wtedy co Ci mówiłem, że…” (fot. Jul)

Wystarczyło, żeby gdzieś na polance w środku lasu popracować w końcu mięśniami innymi od tych w nogach - ktoś znalazł… właściwie najlepszą nazwą będzie chyba “plaster pnia”, w każdym razie kawałek drewna przypominający dysk lekkoatletyczny. No, z tym że drewniany. I raczej ciężki. Trochę gruby. Dość nieporęczny. Właściwie to z dyskiem to miał tyle wspólnego, że był okrągły.

Sprzęt, poza, mina. Oto profesjonalista (fot. Jul)

Tak czy inaczej, zawody w pchnięciu dyskiem zostały otwarte. Odległości były mierzone, a raczej porównywane w skali

  1. nie wyszło
  2. chyba bliżej
  3. raczej dalej
  4. oooo ładnie!
Jak zawsze, liczyła się również indywidualna technika rzutu, a ponieważ to z kolei bardzo trudno porównać, to zawody pozostały, przynajmniej oficjalnie, nierozstrzygnięte. A może to Ostry wygrał i techniką, i odległością? Albo Bado? (Rozstrzygnięcie Schrödingera - każdy jednocześnie wygrał i nie wygrał.)

Dalsza część trasy upłynęła pod znakiem żartów o wielorybie i trzech żółtych kulkach, a także oglądania widoczków i krzyża milenijnego na Przełęczy Rędzińskiej. Na koniec, ostatnim właściwie wysiłkiem tego dnia, zdobyliśmy zamek Bolczów.

Wszystko jest dobre, gdy rodzina w komplecie (fot. Bado)

Gdy podchodziliśmy pod mury, w bramie pojawił się jedyny obrońca zamku, dzierżąc w jednej ręce piłę, a w drugiej siekierę. Wyszedł i minął nas bez słowa. Poddał się? A może w środku stacjonował jakiś garnizon, a to był element taktyki?

Jedno z większych płaskich miejsc wewnątrz murów, a raczej tego, co z nich zostało, zajmowała grupa dzieci w wieku środkowopodstawówkowym, dysponująca sprzętem wspinaczkowym. My wybraliśmy miejsce z widokiem, na szczycie murów. Tam, wśród ech historii, odbyła się ceremonia koszulkowa. Nowy, czerwony strój, włożył na siebie Kandybo.

Szybko znaleźli się zarówno fani wchodzenia wyżej na ruiny, jak i schodzenia w głąb jam znajdujących się pod murami. Było to niewątpliwie bardzo pouczające zachowanie - opiekun grupy małych wspinaczy zachęcał swoich wychowanków do dokładnego śledzenia zdobywających kolejne kondygnacje tekatowiczów słowami “Patrzcie jak tam pan zaraz będzie spadał”.

Stety, nikt nie spadł, a po dokończeniu ostatnich paczek kabanosów i słodyczy mogliśmy przejść ostatni kawałek trasy aż do ostatniego sklepu, a nawet dwóch. Lodowe zakupy trzeba było jednak robić szybko, bo do odjazdu pociągu zostało już niewiele czasu. (jak zwykle!)

The road goes ever on and on... (fot. Jul)

Różowy dworzec w Janowicach Wielkich mijaliśmy w atmosferze szybkiego marszu do najbliższego przejścia przez tory, bo szlabany mogły się zamknąć w każdej chwili. Szczęśliwie wszyscy zdążyli znaleźć się na odpowiednim peronie, gdy pociąg do Wrocławia wjechał na stację. No więc wsiedliśmy i pojechaliśmy.

“A dokąd ten pociąg stoi?” I to w środku pola? Chyba nikt nie wiedział, skąd się wziął ten postój pośrodku niczego. Nikt się tym też specjalnie nie przejął, w końcu to tylko wydłużyło czas, który jeszcze mogliśmy spędzić razem, grając w mafię, karcianki albo po prostu rozmawiając czy eksplorując pociąg (opuszczenie podłokietnika okazało się być prawie dobrym sposóbem na barierę psychologiczną dla ludzi, którzy chcieliby usiąść na wolnym miejscu - kilka osób jej uległo, dopiero Myśliwy ją pokonał - ale za to razem z nią od razu pokonał również inne bariery [granicy przestrzeni osobistej na przykład] i przyległ do Grzesia. A toaleta miała wyświetlacz pokazujący poziom wody i poziom… tego drugiego.)

Uczestnicy wyjazdu do Sokołowska mogli mieć wrażenie deja vu - wracaliśmy do Wrocławia tym samym pociągiem, więc tak samo jak wtedy tuż po 19.30 wysiedliśmy na peronie 5 wrocławskiego dworca. Tym razem zdecydowaliśmy się jeszcze przejść na koniec peronu, oświetlonego pięknym, późnopopołudniowym słońcem.

Debiutanci nie znali jeszcze “Pożegnalnego tonu”, który wybrzmiał głośno na cichym w tej chwili dworcu. “Fajne macie te koszulki, ciekawy pomysł z tą wiewiórką” było chyba ostatnim zdaniem, które padło z ust jednego z debiutantów przed oficjalnym zamknięciem wycieczki przez Szefa i rozpoczęciem ślimaczka wzajemnych pożegnań. Może na następnym wyjeździe poznają historię kubeczka z wiewiórką.

W bliskiej perspektywie mieliśmy teraz obóz w Bieszczadach, potem następny w Jeseniku, a w jeszcze bliższej - znalezienie ostatnich otwartych jeszcze kwiaciarni i kupienie kwiatów, w końcu wycieczka odbyła się w Dzień Matki. A Wiewiórki nie zapominają.

No to następna wycieczka za nami.

Do następnego wyjazdu!

Magda Buszka i Kasia Miernikiewicz