a

Wójtówka 01-02 XII 2007

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Monika Matyjaszczyk
  • Sonia Krajewska
  • Piotr Wojtaś
  • Bartek Piwowarski
  • Adam Foiński
  • Dominik Gronkiewicz
  • Asia Huzar
  • Michał Koziatek
Pokaż
Schowaj
trasę wyjazdu
Lądek-Zdrój
Wójtówka
Lądek-Zdrój
Autor: Szef

Przez lata funkcjonowania naszego Klubu odwiedziliśmy setki miejsc, spaliśmy w dziesiątkach schronisk, ale rzecz jasna nie da się za każdym razem oglądać czegoś nowego. Czasem wręcz chętnie wracamy do niektórych miejsc. Czasami odbywa się to cyklicznie jak listopadowe Orle, wrześniowo-październikowa Poręba, obóz w Bieszczadach. Nigdzie nie byliśmy jednak tyle razy, co w Chatce w Wójtówce. Wymienione wcześniej imprezy, choć powtarzające się, różnią się pewnymi detalami. Zazwyczaj trasą dojścia, przejścia czy powrotu, czasem długością trwania, specjalnymi wydarzeniami czy wizytami. Wyjazdy do Wójtówki są najbardziej przewidywalne i powtarzalne. Mimo to (a może dzięki temu) odbyły się tam aż 4 zimowiska i 8 wyjazdów grudniowych. Wydarzyło się tam tyle fantastycznych rzeczy, tyle jest chatkowych anegdot, że często trudno po latach powiedzieć kiedy one powstały. Wielu fantastycznych ludzi przewinęło się przez te gościnne biało potynkowane mury. Zamiast relacji z grudniowej Wójtówki z 2007 roku przeczytajcie zatem o samej Chatce, która przez lata była (i zapewne będzie) areną tylu niezapomnianych wydarzeń.

Chatka w Wójtówce, nazywana przez niektórych IrChatką, przez innych Chatką Moniki lub Chatką na Chłopskiej Kopie została zbudowana nieco ponad 20 lat temu (czyli na początku lat dziewięćdziesiątych) przez Irka Gasiewicza na zboczu Chłopskiej Kopy nad Wójtówką. Zauważ drogi czytelniku, że w tym jednym zdaniu sprytnie wyjaśniłem genezę trzech z czterech nazw tego niezwykle miłego miejsca, jakże chętnie odwiedzanego także przez TKTowiczów. Zdaje się jednak, że właśnie ostatnia niewytłumaczona nazwa jest mi najbliższa i przez wiele lat zanim jeszcze podjąłem pracę w III LO używaliśmy nazwy Chatka Moniki. Monika Gasiewicz jest żoną Irka Gasiewicza, a zanim nastąpiło do tego mariażu była uczennicą mojego ojca, Stefana Mizi w V LO we Wrocławiu. Kto był w moim rodzinnym domu na pewno widział wiszące w dużym pokoju grafiki autorstwa Moniki, które podarowała mojemu ojcu z okazji 50-tej wspólnej wycieczki. Rysunki przedstawiają kapliczki i kościółki mijane na beskidzkich szlakach przez lata wspólnych wędrówek i wiszą na honorowym miejscu od ponad 20 lat. Dzięki temu, że ojciec zabierał mnie czasem na wycieczki ze swoimi uczniami poznałem dość dobrze Monikę, a gdy już jako dorośli niektórzy z najbliższych uczniów ojca przychodzili do niego zawsze 2 września na imieniny (do tej pory to robią), poznałem także samego Irka. Nie będę się tutaj rozwodził nad przymiotami tych wspaniałych ludzi, ale napiszę tylko, że na górach i wędrówce znają się jak mało kto i ich chatka jest miejscem jakich mało. Może nawet w ogóle nie ma drugiego takiego miejsca. Przy okazji pisania tego tekstu uświadomiłem sobie śmieszną rzecz. Nigdy w chatce, a w ciągu tych 20 przeszło lat byłem tam kilkadziesiąt razy, nie spotkałem się z samymi gospodarzami. Był za to wyjazd, na który pojechała z nami córka państwa Gasiewiczów, Bogusia.

Chatka była miejscem, w które podejrzanie rzadko ktoś zabierał aparat fotograficzny i to zdjęcie nie powstało oczywiście na tym wyjeździe. Ale bardzo dobrze pokazuje jak wygląda chatka podczas grudniowych Wójtówek. Oprócz tych, podczas których śniegu prawie nie było, czyli około połowy

Chatka jest położona jakieś 45-60 minut drogi z Lądka. Można dotrzeć do niej prosto z Rynku, można także okrężnie przez Wójtówkę, można od Zdroju przez Geovitę i Ułęże. Zdarzało się nam także wędrować do Chatki aż z Barda (ale wiadomo co niektórzy rodzice myślą o takich pomysłach). Jest położona na zboczu, pod lasem, ale przed chatką rozpościera się przyjemna dolinka. W zimie zdarzało się nam zjeżdżać na sankach albo workach aż do płotów od Wójtówki, na wiosnę czasami trzeba było trzebić maliny i inne kłujące rośliny. Czasami zastawaliśmy całą trawę zadeptaną przez krowy, które w stawiku miały wodopój. Czasami źródełko dawało wodę w tempie wiadro/6 sek, a czasami półwiadra/całąnoc. Ostatnio jakoś z wodą coraz gorzej. Wysoką temperaturę w środku zapewnia romantyczny kominek (kiedyś na czas remontu zastąpiony małym piecykiem), który zawsze jest centrum zainteresowania 2 godziny po przyjściu. Bywało, że amplituda temperatur między wnętrzem chatki a dworem wynosiła ponad 40 stopni. Ale nawet jak w środku jest 30 stopni, to jak ktoś wychodzi, to na pewno usłyszy: DRZWI! Gotowanie odbywa się na kuchence gazowej. Nie ma chyba potraw, które są niemożliwe do przygotowania w chatce. Jadłem tam i kurczaki, kotlety, pierogi, makarony z dobrym sosem, ryż z dobrym sosem, inne rzeczy z dobrym sosem, makaron z niedobrym sosem, którego nawet Albercik (mój piesek) nie chciał jeść i jadłem też, niestety, polentę. Kto nie wie co to za potrawa, to niech pozostanie w błogiej nieświadomości i nigdy nie próbuje. W chatce nie ma żadnej elektryczności (nawet trochę), za to są świeczki i jest romantycznie. Do spania przeznaczone jest pięterko z materacami, ale zazwyczaj część materaców ląduje na dole, a niektórzy lubią spać na ławie albo na legendarnych białych niedźwiedzich skórach. Kiedyś z powodu awarii zamka i posiadania niewystarczającej liczby kluczy przyszło nam także spać na dworze pod chatką, na ganku, na ławkach przy ognisku oraz na huśtawce. Nie mogę nie napisać o wychodku i toalecie. Umywalnia znajduje się poniżej stawiku, przy rurze i uprasza się, żeby nie myć zębów przy stawiku, a wychodek znajduje się na ścieżynce po drodze do lasu. I ma klasyczne serduszko na drzwiach. O innych rzeczach związanych z wychodkiem przeczytacie w innych relacjach z Wójtówki. Jeśli chodzi o spędzanie czasu, to wiele osób próbowało różnych rzeczy. Od gier intelektualnych, towarzyskich i planszowych przez czytanie książek, rozwiązywanie zadań matematycznych, karty, śpiewanki i inne. Ale oczywiście najlepsze jest nicnierobienie. Tak zwana chatkowa zamuła. Ktoś coś powie, podrzuci temat, to jakoś rozmowa się toczy. Jak nikt nic nie mówi, to też fajnie. Można sobie dłubać w świeczce na przykład albo patrzeć na ogień w kominku albo ostatecznie kimnąć na te pół godzinki w oczekiwaniu na coś interesującego albo wręcz na coś nieinteresującego. Chatka jak magnes przyciąga do siebie, więc trasy, które zwykle robi się w trakcie wyjazdu do chatki nie są zbyt długie. Standard to szczyt Borówkowej. Czasem smażeny syr w Travnej. Takie trochę to opowiadanie nieposkładane, ale nie da się opisać słowami klimatu chatki. Szumu drzew wokół chatki, tej ciszy dookoła. Fenomenu tych przykrótkich niewygodnych ław wzdłuż ścian, płukania naczyń w zimnej wodzie w strumyku, poukładanych pedantycznie gazet na rozpałkę, rąbania drewna przyniesionego z lasu. Jak się otworzy główne okno, to tam jest przyklejona taka karteczka z napisem KOCHAMY TO MIEJSCE i podpisane dwa imiona. Nie wiem kto to tam wkleił, ale ja też kocham to miejsce. Dlatego wielu z Was tam zaprowadziłem i mam nadzieję, że jeszcze zaprowadzę kolejnych…

Szef