a

Pisary 13-14 X 2018

Rozwiń
Zwiń
listę uczestników
Legenda:
  • Koszulka Specjalna
  • Emeryt
  • Weteran
  • Nowy Emeryt
  • Nowy Weteran
  • Brak Wyróżnienia
  • Debiutant
  • Stefan Mizia
  • Michał Urban
  • Dawid Ignasiak
  • Natalia Jeszka
  • Narcyza Krajewska
  • Magda Buszka
  • Wojtek Hebisz
  • Piotr Sterc
  • Marysia Milach
  • Olek Milach
  • Michał Żłobicki
  • Filip Marcinek
  • Ania Zaleska
  • Michał Śliwiński
  • Basia Chłódek
  • Daria Perkowska
  • Adam Morawski
  • Lea Jurek
  • Tymon Porębski
  • Jan Kwaśnik
  • Magda Kłodnicka
  • Zuzia Bardian
  • Oliwia Piątek
  • Pola Hałupka
  • Kuba Kaczmarek
  • Janusz Witkowski
  • Bartek Chądzyński
  • Krzysiek Jadłowski
  • Marianna Janikowska
  • Piotr Jażdżyk
  • Julia Lignarska
  • Kuba Jugo
  • Weronika Wykrota
  • Wiktor Jacaszek
  • Martyna Firgolska
  • Ola Gerszendorf
  • Kasia Miernikiewicz
  • Hania Grześkowiak
  • Jeremiasz Łodyga
  • Julia Wołk-Łaniewska
  • Justyna Kamińska
  • Jędrzej Lower
  • Jan Buszka
  • Weronika Tarnawska
  • Ola Sośnierz
  • Ada Witkowska
  • Wiktor Stankiewicz
  • Michał Durkalec
  • Michał Zakrzewski
  • Mateusz Kapusta
  • Marek Jarema
  • Martyna Szymańska
  • Kuba Żuk
  • Ola Miernikiewicz
  • Łukasz Majsiak
  • Tomek Zakrzewski
  • Marcin Badowski
  • Karolina Łukasik
  • Michał Roberts
  • Grzesiek Stępień
  • Zuzia Gerszendorf
  • Martyna Frankowicz
  • Darek Ciesielski
  • Justyna Ziemichód
  • Michał Dworszczak
  • Maciek Bichajło
  • Bartek Szachniewicz
  • Łukasz Magnuszewski
  • Błażej Błażejewski
  • Ala
    Anioł
  • Julia Michalska
  • Adam Krośnicki-Midoń
  • Olga Wójcik
  • Michał Grzybowski
Domaszków
Szczerba
Solna Jama
Lesica
Kamieńczyk
Smreczyna
Pisary
Opacz
Potoczek
Pisary
Międzylesie
Autorka: Kasia Miernikiewicz

- Hej, potrzymasz mi arbuza?

- Ej, chcesz zobaczyć, jaki ten arbuz jest ciężki?

- Patrz, arbuz. Specjalnie dla ciebie.

I oczywiście nikt nie zadał pytania, po co nam właściwie jest ten arbuz.

Z ciekawostek przyrodniczych - rano na dworcu oprócz nadprogramowej flory znalazła się też fauna, może nie aż tak nadprogramowa, ale na pewno dla większości podobnie zaskakująca. Werka i Filip zabrali ze sobą na wycieczkę suczkę Korę, która w ten sposób dostąpiła zaszczytu posiadania miana trzeciego czworonoga, który zadebiutował na TKT.

W pociągu, wiozącym nas w kierunku Kotliny Kłodzkiej, ze względu na dość duże obłożenie składu, trudno było zapewnić rozrywki wiążące jednorazowo więcej osób. W różnych częściach składu dochodziło jednak do podejmowania prób mafiowych, czasem rozwiązywania zadanek z matmy czy nawet, aż ciężko w to uwierzyć… zwykłego rozmawiania.

Stacja w Domaszkowie przywitała nas wcale ładnym słoneczkiem i ciepłym powietrzem, tylko miejsca na niej zbyt dużo nie było, a przynajmniej nie tyle, żeby cała ta wielka banda ludzi mogła uformować jakiś praktyczny powitalny kształt. W związku z tym faktem przenieśliśmy się na czyjeś zaorane pole, uderzeniami setek stóp powodując uniesienie w powietrze chmur pyłu, który w czasie trwania ceremonii otwarcia wycieczki powoli osiadał na polu, tekatowiczach, psie i arbuzie.

Z ciekawostek osobowych - klasa wychowawcza Szefa, znana jako “pierwsza A” została klasą, z której najwięcej osób pojechało na wyjazd z TKT, ale inny niż wycieczka inauguracyjna… a może trzeba to obwarować jeszcze innymi “ale”, ale fakt faktem - było ich całkiem dużo. Wyjątkowo dużo, w liczbie 3, było też aktualnych trójkowych nauczycieli - i na tę liczbę składali się Szef, Prof Ojciec i Prof $liwka. Co do tego ostatniego - jak ktoś wziął sobie rok wolnego, to i na Tekat znajdzie czas, i może w końcu zapracuje punktowo na posiadaną już od całkiem dawna czerwoną koszulkę…?

Przy tradycyjnym przedstawieniu uczestników arbuz, podawany z rąk do rąk, zatoczył pełne koło, po czym, majestatycznie rzucony przez Kaczmara, zakończył żywot na poziomie parteru, rozbijając się na większe i mniejsze cząstki. I, jak by nie patrzeć, przyjął w ten sposób formę jadalną, która istotnie została dość szybko zjedzona.

Może i nie jesteśmy tu dla przyjemności, ale w takich okolicznościach przyrody jest bardzo przyjemnie (fot. Jul)

No to skoro już nie było nic ciekawego do robienia na polu, to trzeba się było z niego ruszyć. Najpierw przez inne pole, żeby nie iść od razu asfaltem, ale kiedy przed nami znalazł się zagajnik zdecydowanie zbyt gęsty, żeby podejmować próby przedzierania się przez niego, przenieśliśmy się na drogę.

Która doprowadziła nas dość szybko do pierwszego interesującego miejsca na tej wycieczce. - To tu mam mówić o tych huzarach? - Roberts już nie mógł się doczekać prezentacji swojego referatu. - O husytach, i nie, jeszcze nie tutaj.

Na zamku Szczerba, znanym uczestnikom wyjazdów do Poręby, chociaż może nie w takiej kolorowowczesnojesiennej szacie, miało się odbyć ważniejsze wydarzenie. Ruiny, jako miejsce o dużej epickości, zostały wybrane na miejsce przeprowadzenia ceremonii koszulkowej. W szlachetnym gronie weteranów TKT powitaliśmy Martynę i Darka. Ale nie był to koniec wydarzenia, bo koszulka była jeszcze jedna, choć już nie czerwona, za to tak samo jak tamte dwie stworzona przez znaną jako siostrę Janusza siostrę brata siostry Janusza, a tak bardziej z imienia - przez Adzika. I ta trzecia, czarna koszulka, nie ujmując niczego pozostałym dwóm, była naprawdę fantastyczna. Diabelska wiewiórka z rogami i widłami, usytuowana pośrodku pentagramu, miała odtąd zdobić plecy 666 uczestnika TKT, który, oprócz tego, że okazał się być uczestniczką, to jeszcze nazywał się Ala Anioł. I oby dostanie tej koszulki nie było jej ostatnim słowem jako uczestniczki wycieczek z Trójkowym Klubem Turystycznym.

Nowi weterani, anielski diabeł i Szef tego zamieszania (fot. Jul)

A my po chwili dzielenia się jedzeniem wśród ruin ruszyliśmy w dalszą drogę. Znalezienie szlaku, ukrytego gdzieś pomiędzy drzewami, okazało się być trudniejsze niż można się było spodziewać, skutkiem czego przechodziliśmy ścieżką na tyłach zamku całe 2 razy, mijając przy tym kilka biwakujących tam osób, wśród których Szef rozpoznał absolwentkę Trójki.

Droga wśród kolorowych, jesiennych drzew zaprowadziła nas na otwartą przestrzeń łąki z wielkimi belami siana i pięknym widokiem na Masyw Śnieżnika. Ominięcie takiego miejsca bez uczczenia go chociaż krótkim postojem byłoby grzechem, więc po krótkim zapoznaniu się z opisem tego, co widać, Wiewiórki pobiegły ujeżdżać, względnie rozpędzać po zboczu, bele siana. A potem grać w pająka. I to nie raz.

Sienna armia, Pisary, (2018, koloryzowane) (fot. Jul)

Z uwagi na to że jednak ileż można, nie byliśmy tam przecież dla przyjemności, przenieśliśmy się po krótkim marszu do Solnej Jamy. Byłam w grupie tych, którzy postanowili jako pierwsi wejść do jaskini tak głęboko, jak tylko się dało. I mieliśmy w związku z tym dwie obserwacje - po pierwsze, że jest większa, niż na początku mogłoby się wydawać; i ma interesujące wąskie korytarze; i po drugie - że jednak nie widzimy w ciemności. W końcu jednak bardziej przebiegli od nas ludzie z latarkami zeszli w głąb jamy, można było więc na przykład zobaczyć wodę zebraną na dnie i ukryte wcześniej w ciemności korytarze.

A kiedy w końcu poszliśmy dalej, liczba aktualnych nauczycieli Trójki obecnych na wycieczce na dobre 5 minut wzrosła do 4, na kolejnym postoju spotkaliśmy bowiem Profesora Inglota. Kolejna jakaś zupełnie dziwna osoba - żeby swój czas wolny poświęcać na wyjazd w góry…? Naprawdę trudno coś takiego zrozumieć.

Podobnie jak ideę skoku przez kija, takiego trzymanego przez cały czas trwania skoku w rękach. Szef cały czas pozostaje mistrzem tej konkurencji. Jest też na pewno mistrzem zbyt długich skrótów na trasach, bo choć na razie jeszcze nie błądziliśmy ani razu po lesie, Szef opowiadał historię z jednego z obozów integracyjnych, kiedy to oznaczenia z jego mapy okazały się być niekompatybilne z rzeczywistością i…

Tym razem wyglądało na to, że jednak idziemy zaplanowaną trasą, co potwierdzało spotkanie Bada i Manji, którzy wtedy dołączyli do tej i tak wielkiej już bandy ludzi; i nie miał być to wcale koniec dołączeń.

Teraz już w dół, w górę pójdziemy następną razą (fot. Jul)

Na razie jednak minęliśmy obserwujące nas spode łba krowy, i słupek z różowym napisem “granica”, i drogę w stadium środkowobudowlanym, żeby dojść do następnej łączki z belami siana, które z kolei tym razem posłużyły jako cokoły pod pomniki znanych Trójkowiczów. Przechodziliśmy obok zamkniętego drewnianego kościoła w Kamieńczyku, podziwialiśmy Masyw Śnieżnika oświetlony późnym słońcem, w końcu przekroczyliśmy znaną i lubianą drogę krajową numer 33 i polem doszliśmy do czerwonego szlaku, łączącego, przynajmniej na tym odcinku, Międzylesie z Pisarami.

Do Pisar dotarliśmy może jeszcze nie “w całkowitej ciemności”, ale dość bardzo ciemno już było. - Halo, Jeszka? Szef mówi, że macie z tego Międzylesia nigdzie nie iść. Jak to dlaczego? No bo jest ciemno! - I tak właśnie, kiedy chwilę później przekraczaliśmy próg ośrodka “Modrzewie”, po 4 gracje - Madzię, Klarę, Jeszkę i Leę - wyruszył transport kołowy.

A my zabraliśmy się za konsumpcję. Dwudaniowy obiad zniknął bardzo szybko, czego można się było właściwie spodziewać; a kto odniósł talerz, szedł na górę dokonać rezerwacji pokoju. Duża część pomieszczeń uległa wtedy modyfikacji, jeśli chodzi o planowaną liczbę śpiących w nich osób. Standardowo część łóżek została uznana za dwuosobowe, a niektóre materace zostały przeciągnięte, nierzadko przez całą długość korytarza, do innych pokojów.

To oczywiście nie oznaczało końca wspólnych zajęć na ten dzień. Na godzinę niepamiętamktórą zostały zaplanowane śpiewanki przy ognisku. Delikatnie niefortunnym okazał się być fakt, że miejsce na ognisko znajdowało się w altance o niewielkiej wymianie powietrza z zewnętrzem, co owszem, z jednej strony zapewniało wyższą temperaturę wewnątrz, ale z drugiej… szybko robiło się szaro od dymu.

Po północy impreza śpiewankowa przeniosła się do jadalni, i jeszcze przez jakiś czas nieprawdą było, że liczba uczestniczących w niej ludzi malała monotonicznie. Nie wiem jednak ile osób ostatecznie dotrwało do końca śpiewanek, i kiedy w ogóle taki nastąpił; ja już wtedy od dawna spałam.

Niektóre aktywne po zmroku Wiewiórki uznały, że godzina 2.00 w nocy to idealny czas, aby obudzić w sobie ducha rywalizacji. Emocje, adrenalina, żądza zwycięstwa, zew walki - tym kierowali się profesjonalni rajdowcy, którzy, zebrani na sali balowej, próbowali pobić rekord Adama. Tej nocy bezskutecznie. Fascynacja tą jakże rozwijającą, kształcącą i pełną fabuły grą z czasem nieco zmalała. Niektórzy przerzucili się na brydża. Inni delektowali się brzdękiem strun. Jeszcze inni w końcu wybrali sen.

~ Anonimowa wstawka wiem czyja, ale nie powiem!

Rano, po śniadaniu, należało opuścić pokoje, przywracając je do względnie początkowego stanu umeblowania; zanieśliśmy plecaki do sali balowej i wyszliśmy na zwiedzanie okolicy. Celem spacerku był pierwszy (albo ostatni, zależy jak patrzeć) szczyt w Masywie Śnieżnika, Opacz. I miał nawet na niego prowadzić jakiś szlak, tylko jakoś się nie dało go łatwo znaleźć… ale co to za problem, przecież wiemy, gdzie jest szczyt - trzeba pójść tym zboczem w górę, aż się skończy. I wtedy będziemy na górze.

I kiedy już wszyscy weszli na szczyt i zajęli wygodne miejsca do odpoczywania, przyszedł czas na wysłuchanie referatu Robertsa o husytach, uzupełnionego dodatkowo historią Prof Ojca o naszym ulubionym świętym, Janie Nepomucenie. Potem nastąpiła jeszcze przerwa na reklamy - Szef ogłosił ostatecznie, że zimowisko TKT odbędzie się w pierwszym tygodniu ferii w Czystogarbie, w którym mieliśmy okazję gościć w wakacje, i że oprócz możliwości trenowania jazdy konnej czy spacerków po śniegu, będzie można w końcu zostać joginem i wszystkich uciszać, bo w końcu “joga ćwiczy”. A jakby komuś z maturzystów wydawało się, że na takim zimowisku nie przygotuje się dobrze do matury z matematyki (- Ale przecież możemy robić tyle zadanek, ile będziecie chcieli!) to zawsze może jechać na konkurencyjną imprezę - sesję maturalną z licealistami z elo5, organizowaną przez Prof Ojca.

Jakiś pan w pomarańczowym zapowiada prelegenta (fot. Jul)

Po lesie niosło się “żony nie dałeeeeeem, żonę wziąłeś sobie sam!” kiedy schodziliśmy z Opacza w poszukiwaniu łączki na kolejną sesję odpoczywania, po drodze znów podziwiając panoramę Masywu Śnieżnika. Już niedaleko miejscowości Potoczek znaleźliśmy odpowiednie miejsce na zagranie w słonia tudzież po prostu leżenie na trawie. A kiedy wracaliśmy do Pisar, przyłączył się do nas tym razem już naprawdę nadprogramowy pies, i towarzyszył nam już do samych drzwi ośrodka. Czasem zaczynam podejrzewać, że wśród Wiewiórek musi ukrywać się jakaś księżniczka Disneya…

Po powrocie do Pisar i pożywieniu się własnymi zapasami kabanosów i ciastek, zgarnęliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę do Międzylesia, najpierw znanym nam z przejścia poprzedniego dnia fragmentem, potem znanym już tylko staruchom i innym z-dziwnych-powodów-bywalcom-Pisar szlakiem. Międzylesie zdobyliśmy więc standardowo od strony sklepu, który, mimo niehandlowej niedzieli, pozwolił na uzupełnienie zapasów do pociągu.

TKT w naturalnym środowisku (fot. Jul)
No to wracamy (fot. Jul)

I żeby tradycji stało się zadość, na dworzec należało iść zdecydowanie szybkim krokiem, bo jak zwykle nie mieliśmy zbyt wiele czasu do odjazdu pociągu.

Już na wejściu Szef zarekomendował zajęcie jednego końca pociągu; a podział na grupę śpiewankową i grupę mafiową utrwalił się ostatecznie kilka stacji za Międzylesiem, kiedy już pociąg był wypełniony po brzegi, a Wiewiórki ściśnięte tak bardzo jak się dało; nie sposób było więc za bardzo zmienić swojego położenia w ramach składu.

Czy ci ludzie mogą wsiadać? Chyba nie
Czy się drzwi mogą wyłamać? Itepe
Chyba dzisiaj wracasz sama - to był błąd
Czy ci ludzie mogą wsiadać? Ależ skąd!

Najnowszy hit autorstwa Darka, inspirowany panią konduktor pukającą w szybę, żebyśmy się ścisnęli jeszcze bardziej, robił furorę wśród Wiewiórek i postronnych pasażerów.

Ostatnią ciekawostką z życia pociągowego była jeszcze mobilizacja, żeby wysiadającym w Żórawinie Bartkowi i Justynie podać przez okno legitymacje, co okazało się nie być tak prostym przedsięwzięciem i wymagało zaangażowania naprawdę wielu osób.

Ten pociąg wcale jeszcze nie jest taki pełny... (fot. Jul)

I niedługo później przyjechaliśmy do Wrocławia. Na peronie Szef podziękował wszystkim za wyjazd, wraz z Julką zaprezentował, jak powinno się profesjonalnie robić baranki, odśpiewaliśmy “Pożegnalny Ton”, już myślami będąc przy następnej wycieczce - przecież za niecały miesiąc Blues nad Izerą w Orlu. Pewnie będzie gites, jak zwykle. To w takim razie...

Do następnego wyjazdu!

Kasia Miernikiewicz